Ośrodki dla uchodźców z Ukrainy się wygaszają. Nad wschodnią granicą miejsc jest coraz mniej
Powiaty chełmski, włodawski i krasnostawski jeszcze niedawno prowadziły dziesiątki punktów, w których nocowali Ukraińcy uciekający przed rosyjską napaścią. Trzy lata później działa ich tam znacznie mniej. Przez ten przygraniczny skrawek Lubelszczyzny przechodziła po 2022 roku jedna z głównych fal uchodźczych, więc topniejąca liczba ośrodków dobrze oddaje, jak zmienił się cały system pomocy.
Region pierwszej linii przyjęć
Te trzy powiaty leżą tuż przy granicy z Ukrainą, przy przejściach, przez które wiosną 2022 roku ruszył exodus przed rosyjską inwazją. Miejsca zbiorowego zakwaterowania organizowano wtedy z dnia na dzień, zwykle w budynkach, które nie były do tego przystosowane. Jak podaje tygodnik Nowy Tydzień, wtedy liczyło się je w dziesiątkach. Obecnie działa ich znacznie mniej.
Dlaczego miejsc ubywa
Powodów jest kilka i większość z nich jest naturalna. Część uchodźców wróciła na Ukrainę, gdy sytuacja w ich regionach na to pozwoliła. Inni przez trzy lata usamodzielnili się: znaleźli pracę, wynajęli mieszkanie. Do tego kolejne nowelizacje przepisów o pomocy obywatelom Ukrainy stopniowo ograniczały finansowanie zbiorowego zakwaterowania z budżetu państwa. Model z pierwszych tygodni wojny, oparty na masowych, darmowych noclegowniach, nie był pomyślany jako rozwiązanie na lata.
Zmieniła się też sama grupa. Ci, którzy zostali, częściej mają już w Polsce pracę i dzieci w szkołach, a doraźna noclegownia przestała im być potrzebna.
Koszt, który zszedł z pierwszych stron
Wygaszanie ośrodków to również cichy sygnał, że temat uchodźczy przestał być stanem wyjątkowym, a stał się elementem zwykłej polityki społecznej i budżetowej. Trzy lata temu chodziło o to, gdzie z dnia na dzień znaleźć dach nad głową dla tysięcy ludzi. Dziś pytania są inne: ile realnie kosztuje utrzymywanie tego systemu i kto ma za niego płacić.
Dla Polski, a zwłaszcza dla przygranicznych powiatów, to nie jest kwestia czysto księgowa. Chodzi o równowagę między solidarnością z narodem, który broni się przed rosyjską agresją, a trzeźwą oceną kosztów i granic gościnności. Zamykane ośrodki pokazują, że ta równowaga cały czas się przesuwa, w stronę modelu, w którym gość z czasem staje się sąsiadem albo wraca do siebie.
Polska powiatowa jako barometr
Mowa o Polsce powiatowej, nie o wielkich aglomeracjach. To tutaj, przy przejściach granicznych Lubelszczyzny, skutki wojny za wschodnią miedzą były najbardziej namacalne. Gdy w Warszawie debatowano o skali pomocy, mieszkańcy Chełma czy Włodawy realnie organizowali noclegi i wyżywienie. Dla lokalnych samorządów zamknięcie ośrodka to zarazem ulga budżetowa i koniec pewnego rozdziału, bo część z tych miejsc przez trzy lata wrosła w codzienny krajobraz małych miejscowości.
Dlatego liczba działających ośrodków w tych powiatach jest niezłym barometrem tego, w którym miejscu jest dziś cały polski system wsparcia. Czy to trwałe wygaszanie potrzeby, czy tylko chwilowe zejście z fali, zależy przede wszystkim od tego, co wydarzy się po drugiej stronie granicy.
Źródło: Nowy Tydzień
Czytaj też

Czy ministrowi Żurkowi grozi 25 lat więzienia? Spór o granice praworządności
Wokół Waldemara Żurka, ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, narastają oskarżenia formułowane językiem kodeksu karne…

Koniec smartfonów w podstawówkach. Sejm zdecydował niemal jednomyślnie
Od września telefony komórkowe znikną z polskich szkół podstawowych i przedszkoli. Sejm niemal jednomyślnie przyjął ustawę wprowad…

Sośnierz chce rozmontować monopol NFZ. Wraca pomysł kas chorych
Andrzej Sośnierz, były prezes Narodowego Funduszu Zdrowia i pierwszy dyrektor Śląskiej Kasy Chorych, znów przekonuje, że polską oc…

Banderyzm to zbrodnicza ideologia. Za jej gloryfikację powinno grozić więzienie
Jedenastego lipca przypada osiemdziesiąta trzecia rocznica krwawej niedzieli na Wołyniu, dnia, w którym ukraińscy nacjonaliści ude…

