24 czerwca 2024
Historia i idea Początki Myśli

Zygmunt Balicki: Umiarkowanie w polityce

Nie ma nic trudniejszego do odwrócenia jak potok nałogów myśli, który już sobie wyżłobił pewne łożysko i ciągle je pogłębia samą siłą fal, płynących w jednym kierunku. Życie bogate i wszechstronne dostarcza innym społeczeństwom coraz to nowych sprawdzianów do ciągłej rewizji własnych ustalających się pojęć, dopóki ich łożysko nie zostanie ujęte w karny stale, uregulowane i obmurowane, jako trwała zdobycz kultury umysłowej. Nam, jako społeczeństwu, żyjącemu życiem ubogim i jednostronnym, brak zarówno niewzruszonych pewników w zakresie spraw publicznych, jak zdolności do poddawania ustawicznej rewizji pojęć, które się tylko z biegiem czasu utarły, choćby płynęły najbardziej płytkim i krętem łożyskiem.

W polityce pokolenie nasze nie miało ojców, a jeżeli odziedziczyło doświadczenia przeszłości – to zbyt ciężkie, zawiłe i oszałamiające, aby mogło z nich wyprowadzić określone i niewzruszone normy postępowania w życiu publicznym. Zdobyte na tych doświadczeniach pewniki szły w kierunkach diametralnie rozbieżnych i dopiero wysiłki myśli i czynu ostatnich czasów dążą świadomie do ujęcia ich w pewną syntezę, a usiłują dokonać czegoś więcej niż pogodzić formalnie zawarte w nich sprzeczności, podążając po przekątni, drogą pośrednią, ale chcą rozwiązać je tak, aby synteza tych sprzecznych twierdzeń stała się trwałym nabytkiem naszej myśli politycznej.

Do takich norm rozbieżnych, gdy idzie o ocenę kierunków w polityce lub poszczególnych kroków na tym polu, należy ich umiarkowanie. Nie jest to hasło zasadnicze – chociaż i do tej wysokości bywa niekiedy bezwiednie podnoszone – ale wskazanie praktyczne, metoda postępowania, stopień na skali dążeń i środków działania, słowem charakter posunięć politycznych, różne zaś jego pojmowanie występuje na tle każdego nastręczającego się zagadnienia, każdej oceny kierunków i stronnictw. Skala umiarkowania w polityce, przykładaną zresztą rozmaicie, jako plus lub minus, bywa jednak, w formie często ukrytej lub wręcz bezwiednie, stosowaną w roli sprawdzianu, i na jej podstawie wydaje się w gruncie rzeczy w większości wypadków sądy o dążeniach i krokach politycznych. Zależy więc wiele na tym, aby sobie należycie wyjaśnić, dlaczego jedni uważają umiarkowanie w polityce za bezwzględnie niemal dobre, inni za bezwzględnie niemal złe, jakie są przyczyny tej lub innej oceny owej metody działania i na czym rzeczywiście umiarkowanie polega.

Im społeczeństwo jest mniej politycznie dojrzale, tym prostsze i pierwotniejsze posiada metody myślenia. Najniższy stopień na skali duchowego rozwoju zajmuje sąd, będący bezpośrednim wynikiem i usprawiedliwieniem zbiorowego odruchu: mamy popęd do pewnego czynu lub postawienia kwestii, a więc jest on dobry i wskazany. Następnym stopniem, niemal równie pierwotnym, jest kierowanie się uczuciem w polityce: co jest zgodne z uczuciowym nastrojeni społeczeństwa, a właściwie tej jego częścią która pewien krok zaleca, – to jest zarazem politycznie najlepsze. O rozumowe uzasadnienie ex post własnego uczuciowego popędu nietrudno, zdobywają się na nie w sposób zdumiewający np. osoby poddane hipnozie i działające w myśl narzuconej sobie z zewnątrz woli: umieją one znakomicie wytłumaczyć, dlaczego właśnie tak a nie inaczej postąpiły.

Otóż z góry zaznaczyć tu należy, że ani odruchowe, ani nawet uczuciowe bodźce działania w życiu publicznym nie dorastają jeszcze wcale do wysokości polityki i nie zasługują na jej miano. Jak to – powiedzą nam czyż można w polityce negować lub odrzucać doniosły wpływ uczuć, a nawet zdrowych odruchów zbiorowych? – Niewątpliwie nie, tylko że w polityce, zasługującej na tę nazwę, stanowią one jej przedmiot, jeden z czynników, który się bierze i powinno zawsze brać w rachubę na to, aby go należycie skierować i zużytkować dla nakreślonych z góry celów, ale nigdy nie mogą być podmiotem w polityce, a więc czynnikiem, który określa konkretne jej cele i zadania, wskazuje drogi i nadaje kierunek działaniu. Polityka opiera się na pracy myśli tej samej natury, co rozwiązywanie zadań matematycznych, gra w szachy lub rozstrzyganie zagadnień naukowych. Uczucie jakiegokolwiek rodzaju może tu być bodźcem do wysiłku, ale nigdy treścią, wskazującą kierunek tego wysiłku lub dyktującą rozwiązania, posunięcia i kroki, wtedy bowiem będzie tylko szkodliwe, będzie mąciło jasność sądu i prowadziło niechybne do zgubienia drogi właściwej. Dla ścisłości zaznaczyć należy, że uczucie, lecz innej zupełnie natury i treść, głębsze i ogólniejsze, towarzyszyć musi każdemu wysiłkowi i każdemu działaniu, wtedy jednak spełnia jedynie rolę jego sprężyny i graniczy z instynktem. Bodźcem dla szachisty jest uczuciowa chęć wygranej, gdy atoli posunięcia jego na szachownicy będzie mu wskazywało podniecone położeniem gry uczucie, straci zimną krew, wpadnie w stan zacietrzewienia i pocznie popełniać błędy za błędami. Tak samo polityk, czy będzie nim jednostka, stronnictwo, czy naród cały, musi być przeniknięty uczuciowym popędem do osiągnięcia zamierzonych przez siebie celów, ale musi zarazem zamknąć ściśle swe uczucia w tych granicach, tak aby one nie występowały w chwili, gdy jako podmiot prowadzonej polityki pocznie obmyślać środki działania i przewidywać następstwa swych kroków.

Pojęcia, zdawałoby się tak elementarne, mozolnie tylko i powoli torują sobie drogę w naszym życiu publicznym, to też nie tylko szerokie koła opinii, ale często nawet ci, co się mają za polityków, oceniają zarówno posunięcia, jak i metody w poi tyce według tego, czy i o ile odpowiadają one uczuciowym nastrojom społeczeństwa lub co gorsza – ich samych. Temu samemu losowi ulega ocena umiarkowania w polityce jako metody działania. Jedni – zawsze uczuciowo podnieceni – uważają umiarkowanie, za objaw braku wszelkich uczuć żywszych, co w ich pojęciu równa się brakowi poczucia własnej siły, za trwożliwość, niezdolność do śmielszych kroków, niemal za wrodzone lub nabyte tchórzostwo. Inni – podlegający chronicznej depresji – poczytują przeciwnie umiarkowanie za pierwszą cnotę w polityce, ale rozumieją pod nim unikanie wszelkiej walki i wszelkiego ryzyka, nawet gdy istnieją przeważające szanse powodzenia, rozumieją stanowisko obronne z zasady, połączone z obawą narażenia sobie kogokolwiek. Ostatnich znamionuje brak charakteru, tego najważniejszego warunku wszelkiej dobrej polityki, ale pierwsi nie są bynajmniej wyrazicielami siły charakteru, bo nie posiadają ani zdolności do wytrwałego, celowego postępowania, przywdziewają tylko maskę siły, którą zdziera pierwsze niepowodzenie. Zarówno ci jak tamci biorą umiarkowanie w polityce czysto uczuciowo, zależnie od własnego nastroju i poczytują je za cechę dodatnią, gdy odpowiada ich usposobieniu wewnętrznemu, za ujemną zaś, gdy stoi z nim w sprzeczności.

Potwierdzenie tego łatwo znaleźć w fakcie powszechnym, aczkolwiek zazwyczaj przeoczanym, że najmniej umiarkowane kierunki tego typu zdradzają przesadne umiarkowanie na tych punktach, na których uczucie nie pozwala im zająć wyraźnego stanowiska: socjaliści wszystkich krajów są niesłychanie umiarkowani w stosunku do żydów, ich przesądów, wyzysku i form pomnażania kapitału; nasz obóz postępowy, oprócz powyższej cechy, okazuje się nader umiarkowanym na punkcie wszelkiego przeciwstawiania się takiemuż obozowi rosyjskiemu, nawet gdy interesy obu są najwidoczniej sprzeczne. Z drugiej strony „umiarkowane” kierunki tegoż typu nie wykazują bynajmniej oględności i umiarkowania, gdy prowadzona przez nie polityka wyładowuje się w kierunku zgodnym z ich uczuciami, czy to będzie prąd „ugodowy” końca zeszłego stulecia, czy stanowisko klasowe konserwatystów galicyjskich dawnego autoramentu.

Już to jedno dowodzi, że „umiarkowanie” w polityce, o ile jego ocena dodatnia lub ujemna wypływa z pobudek czysto uczuciowych, nie jest pojęciem, posiadającym jakąkolwiek wartość z punktu widzenia istotnej polityki, jako sztuki rządzenia i umiejętności przeprowadzenia celów zbiorowych. Jak każde pojęcie, oparte na przesłankach uczucia, nie zaś rozumu politycznego, stoi ono dopiero u progu polityki, ale do niej nie dorasta.

Rzeczywiście umiarkowanie w polityce jest metodą czysto rozumową, metodą zarówno sądzenia, a więc oceny położenia, jak i wnioskowania, a więc nakreślania dróg postępowania. Umiarkowanie – jak sama etymologia wyrazu na to wskazuje – jest umiarem, trafnym określeniem stanu rzeczy i równie trafnym wyborem środków działania dla osiągnięcia zamierzonego celu. Polityk, który się daje unieść uczuciu w jakimkolwiek kierunku, jest pod tym właśnie względem lichym politykiem, chociażby posiadał wszystkie inne zalety z tego zakresu, polityk zaś, który zastosowuje całe swe postępowanie i swe sądy do pobudek czysto uczuciowych, nie jest wcale politykiem, bo jest w polityce niepoczytalny i nieodpowiedzialny, co najwyżej może być agitatorem lub demagogiem. Z tego właśnie względu „polityka”, która nie oblicza, nie waży szans dopięcia zamierzonego celu, lecz daje jedynie folgę jednostronnym uczuciom, nosi na sobie zawsze piętno agitacji, posiłkującej się środkami demagogicznymi; to też społeczeństwo, które nie wyszło jeszcze z fazy uczuciowego traktowania zagadnień politycznych, musi być siłą rzeczy, przez samą konieczność logiczną, rzucone na pastwę demagogicznej agitacji, chociażby ona była uprawiana nie na ulicy i nie na wiecach, ale na statecznych zebraniach ludzi skądinąd poważnych. Decyduje tu nie miejsce i nie audytorium, ale sposób traktowania zagadnień politycznych. Przekonać się o tym u nas łatwo przy każdych niemal obradach, gdy tylko znajdzie się mówca, który weźmie za punkt wyjścia swego wystąpienia stanowisko uczuciowe.

Niczym nieskrępowane uczucie nie może być umiarkowanym; im jest silniej zaznaczane i krańcowe, tym bardziej jest zgodne same z sobą, tym pełniejszy będzie jego wyraz, tym będzie logiczniejsze z punktu widzenia specyficznej logiki uczucia, ale zarazem okaże się tym mniej logiczne z punktu widzenia logiki rozsądku, zdrowego sensu, uwzględniającego wszystkie strony zagadnienia, i rozumu politycznego, mającego zawsze określony cel na oku.

Polityka jest dążeniem na drodze wysiłku zbiorowego do utrzymania lub stworzenia takiego ustosunkowania sił społecznych, które by prowadziło bezpośrednio do ustalenia norm prawa, będących tych sił wyrazem i stwierdzeniem. Wprowadzenie w życie nowych norm prawa lub utrzymanie istniejących, zależnie od tego czy się prowadzi akcję zaczepną, czy odporną, jest zawsze celem każdej polityki, to też jednostronne proklamowanie haseł, mających te normy wyrażać, lub co gorsza zajmowanie takiego stanowiska, jak gdyby się miało odpowiednią do przeprowadzenia ich silę, podczas gdy się nie posiada środków po temu, lecz jedynie napięcie uczuć i pragnień, – jest tylko pseudo-polityka. Brak jej jednego zasadniczego momentu: możności zmuszenia przeciwnika, a więc tej strony, która się na owe normy nie zgadza, do ich uznania. Stąd wszelka akcja polityczna jest grą i walką między dwiema stronami, z których każda usiłuje sprowadzić drugą na swoje podwórko i skłonić ją w ten lub inny sposób do zgodzenia się na zajęte przez nią stanowisko. Nie można więc prowadzić polityki samemu dla siebie, grać niejako w strachy z dziadem, co stanowi zabawkę niektórych naszych nieprzejednanych kierunków; nie można nie liczyć się z przeciwnikiem, z jego siłą, pojęciami i uczuciami, z jego stosunkiem wreszcie do tych norm prawno-politycznych, które się chce urzeczywistnić. Teoretycznie mogłaby się z tym wszystkim nie liczyć tylko strona, mająca nad drugą stroną notoryczną pod każdym względem przewagę i zupełną pewność zwycięstwa na wypadek, gdyby miała rozstrzygnąć ostatecznie walka; w praktyce – nie ma polityka cokolwiek przezornego, który by i w tym razie nawet nie obliczał szans i następstw, choćby ze względu na niespodzianki, na możliwą interwencję czynników zewnętrznych i na niezmierną złożoność współczesnego układu stosunków i sił społecznych.

Niezależnie od tego, czy zamierzamy krok polityczny jest wywołany posunięciem przeciwnika, świadomością nowego układu stosunków, czy też jest owocem twórczej inicjatywy, zawsze ten co go ma postawić, zdawać sobie musi jasno sprawę z dwóch rzeczy: z sił i środków, jakimi rozporządza, lub które wydobyć może, oraz z wyników do jakich krok ten doprowadzi, a więc czy opłaci poniesione nakłady i czy w rezultacie ostatecznym da mu zyski a nie straty, wzmożenie własnego stanowiska, a nie wzmożenie stanowiska przeciwnika. Dopóki podobna ocena i rachuba, przeprowadzona w sposób trzeźwy i ścisły, nie zostanie dokonana, i nie wykaże spodziewanych korzyści, dopóty czyn przedsięwzięty pozostanie odruchem, wyładowaniem uczuć i zadowoleniem ślepego popędu, lecz nie będzie posunięciem politycznym.

Dobrze jest pamiętać zawsze, że przy danym układzie sil społecznych jeden tylko plan działania jest najlepszy i jeden tylko krok polityczny jest bezwzględnie trafny. Szachiści wiedzą o tym i przy określonym rozkładzie figur zgodzą się zawsze na to, że tylko takie posunięcie jest w danych warunkach jedynie wskazane, każde zaś inne będzie wtedy błędem. W polityce, jak w szachach, jak na polu bitwy, potrzeba określić z góry normy, które się wysuwa, jako stanowisko, jako pozycję do zdobycia, ilość sił, które mają być w ruch puszczone, należy nawet z góry oznaczyć stopień napięcia uczuć, którym się chce dać wyraz, o ile wyraz ten ma być posunięciem politycznym. Wszystko, co na idealnej skali stopniowania poruszeń nie dochodzi do punktu z góry określonego lub za ten punkt przechodzi – jest błędem politycznym, za który się płaci zawsze, często zniweczeniem wszystkich, dobrych stron posunięcia. I to umiarkowanie punktu, jedynie trafnie obranego za cel chwilowy, stanowi właśnie to, co mogliby słusznie nazwać „umiarkowaniem” w polityce. Nie może ono podlegać żadnej ocenie uczuciowej, bo samo nie jest wynikiem uczucia, ale ścisłego rozumowania. Ustalone założenie jest tym samym dla polityka, czym jest cel dla strzelca: każde od niego zboczenie jest pudłem, a uczucie, dyktujące posunięcia polityczne, gra taką rolę, jak gorączkowanie się przy strzale. Umiarkowanie nie jest więc rzeczą temperamentu, ale zdolności do obliczania swych kroków i przewidywania ich następstw, nieumiarkowanie zaś, o ile z temperamentu wypływa, nie oznacza nic innego, jak niezdolność do polityki. Dlatego to prawdziwi politycy są zawsze umiarkowani i zarówno w słowach jak i w czynach, co im nie przeszkadza wygłaszać twierdzeń stanowczych i robić posunięć śmiałych, ale odznaczających się zawsze trafnością. W polityce funt zdrowego sensu więcej wart niż funt uczucia i ognistego temperamentu. To też między agitatorem-demagogiem a politykiem istnieje zasadnicze i radykalne przeciwieństwo i nieunikniony antagonizm, o ile jeden i drugi występują jako wartości równorzędne. Agitator-demagog może nie być bezwzględnie szkodliwym w życiu publicznym tylko wtedy, gdy jest narzędziem w ręku polityka, który umie go użyć, ale zarazem powściągnąć i zmusić do milczenia, o ile idzie za daleko.

W takiej roli agitatora uczuciowego wystąpił np. obecnie we Włoszech znany pisarz d’Annunzio ze swymi „Pieśniami wojennymi”, egzaltującymi uczucia patriotyczne Włochów z okazji wojny trypolitańskiej. Pisane przez artystę, nie nosiły one w swym założeniu charakteru politycznego, z tego jednak nawet punktu widzenia były bez wątpienia pożyteczne jako podnoszące siłę duchową narodu. Ale poeta wydał pomiędzy nimi „La canzone dei Dardanelli”, pełną gwałtownych, namiętnych napaści na państwa europejskie, powstrzymujące Wiochy od przeniesienia wojny na półwysep bałkański, która zawierała W sobie wprost obraźliwe zwroty pod adresem Austrii i mogła sprowadzić przykre dla Włoch powikłania dyplomatyczne. Rząd pieśń tę skonfiskował, gdyż stanowiła ona niebezpieczny dla państwa krok polityczny ze strony niepowołanej i nieodpowiedzialnej. Brak miary w uczuciach, przekroczenie linii, poza którą egzaltacja patriotyczna staje się dla narodu szkodliwą, skłoniły władze, stojące na straży polityki, do ukrócenia samowoli.

Gdzie nie ma państwa, stojącego na straży polityki narodowej, przestrzegać umiarkowania i odbierać nieumiarkowaniu znaczenie polityczne może tylko opinia publiczna, wyrażona przez te sfery, które odgrywają rolę miarodajna w polityce narodowej.

Umiarkowanie w polityce, zasługującej na to miano, dotyczy nie tylko kroków stawianych na zewnątrz, czynów sprowadzających bezpośrednie następstwa, ale również oceny faktów i zajmowanego w rzeczach politycznych stanowiska.

Polityka praktyczna, w przeciwstawieniu do celów ogólnych, często odległych, którym toruje drogę szeregiem etapów przygotowanych, wychodzić musi zawsze z faktów, z obecnego położenia. Dlatego to trafna ocena sytuacji jest równie dla polityka niezbędna jak nakreślenie planu działania i poszczególnych posunięć, które się na tej ocenie opierają. Zbytnia wrażliwość jest tu równie niebezpieczna jak uczuciowość w działaniu. Jeżeli faktowi nowemu, wskazującemu na zmianę położenia, nadaje się przesadne znaczenie wskutek zbyt wrażliwego odczuwania, pociąga to za sobą nieumiarkowanie w sądach i prowadzić musi do wniosków nietrafnych, rodzących czyny politycznie błędne. Umiarkowanie jest tu równoznaczne z wytrawnością sądu, który bierze pod uwagę wszystkie przyczyny, warunki i skutki zmienionego położenia i ocen a ściśle wszelkie możliwe płynące stąd następstwa. I tu również drobny czasem błąd w określeniu sytuacji prowadzić może do omyłek doniosłych w działaniu. Stąd tak niebezpieczne są w polityce wszelkie powzięte z góry założenia i formuły, pod które podprowadza się fakty, podlegające ocenie. Położenie rzeczy, z punktu widzenia polityki, zmienia się ciągle, zmienia się nawet wtedy, gdy się nic wyraźnego nie dzieje i żadne nowe uderzające fakty nie zachodzą, bo nastrój, usposobienie, stopień wrażliwości różnych wchodzących w grę czynników nigdy nie stoją w miejscu, ale jak każdy przejaw świadomości ludzkiej ciągłym ulegają modyfikacjom, nie mówiąc już o tym, że bieg życia społecznego i rozwój stosunków również ustawicznej podlega ewolucji. To też polityka nie może ani na chwilę spoczywać na laurach raz zdobytej oceny położenia, ale musi ją poddawać nieustannej rewizji. Niezdolność do niej, zasklepianie się w raz przyjętych pod tym względem formułkach, jest zarazem niechybnym wskaźnikiem niezdolności do polityki.

To samo dotyczy zajmowanego w danej kwestii stanowiska politycznego, a więc pewnych norm, odpowiadających układowi sił w danym czasie, a stanowiących cel bezpośredni dążeń, norm, o które toczy się akcja i dla których pragnie się wywalczyć uznanie. Polityka – jak słusznie powiedziano – obraca się jedynie w dziedzinie wrażliwości, to też ani stanowisko, obrane na daną chwilę w rozwoju stopniowo realizowanych dążeń, ani normy, będące jego wyrazem, nie mogą być określane na podstawie pragnień, celów odległych lub tak zwanych popularnie ideałów. Ujawniać bez potrzeby swe ostateczne cele i drogi, mające do nich prowadzić, znaczy często w polityce to samo, co ogłaszać wojenny plan kampanii lub zdradzać przy grze w szachy znaczenie własnych posunięć. Postulatem politycznym na dany czas i w danych warunkach, a więc stanowiskiem, jakie się zajmuje w danej kwestii, jest to, co można bezpośrednio osiągnąć lub wywalczyć, a co pod żadnym względem nie przesądza o dalszych etapach w rozwoju dążeń. Gdyby nawet ktoś składał uroczyste oświadczenia w tym względzie, dla polityka, patrzącego trzeźwo na rzeczy, oświadczenia takie mają jedynie znaczenie na czas najbliższy, aż do zmiany warunków i układu sił obustronnych. Nawet traktaty i umowy, grające role obowiązujących obie strony norm prawa, nie są nigdy wieczne, tym mniej wszelkiego rodzaju jednostronne deklaracje. Nadaje im się tym więcej znaczenia im bardziej noszą one nie polityczny, ale moralny np. charakter. To też tylko żywioły apolityczne traktują je jak średniowieczne przysięgi i tylko od żywiołów apolitycznych druga strona rada je przyjmuje, grając na tym ich pierwotnym sposobie pojmowania publicznie składanych oświadczeń.

Stanowisko polityczne w każdej kwestii, przywiązane do układu sil i stosunków w danym czasie i miejscu, zmieniać się musi wraz ze zmianą warunków, a ponieważ te ulegają ciągłym modyfikacjom, normy polityczne powinny być – tak samo jak ocena położenia – poddawane periodycznej rewizji, ilekroć ocena owa wykaże tego potrzebę. Im stosunki prawno-polityczne są bardziej ustalone, trwałe i niepodlegające niespodziewanym zmianom, co się spotyka w krajach o stałej kulturze społecznej i państwowej, tym potrzeba dla każdej grupy politycznej schodzenia z raz zajętego stanowiska występuje rzadziej i sprowadza mniejsze wahania.

Umiarkowanie stanowiska politycznego, trafna ocena tego, co można przeprowadzić lub zdobyć w danych warunkach, stanowi nie tylko konieczną, ale pierwszą cechę dobrego i wytrawnego polityka. Posiadali ją wszyscy mężowie stanu, nawet ci, co największych w dziejach dokonali przewrotów. Napoleon I, ten wielki twórca bojowych sił społecznych, nigdy w polityce nie przeciągał struny, a wobec państw, które wchodziły w rachubę przy jego planach ogólnych, jak Austria i Rosja, okazywał nadzwyczajne umiarkowanie i powściągliwość. Bismarck, który sprowokował wojnę francusko-pruską, gdy przyszła pora po temu i dawała wszelkie widoki zwycięstwa, po pogromie Austrii oparł się zarówno pochodowi na Wiedeń, jak i wszelkim zdobyczom terytorialnym, a umiarkowanie to żądań opłaciło mu się później hojnie możnością zawarcia z Austrią przymierza. W pamięci wreszcie wszystkich jest umiarkowanie Japonii podczas całego przebiegu wojny rosyjskiej, które kazało jej przy podpisaniu pokoju ustąpić wiele ze swych istotnych dążeń.

Wszystko, co tu było powiedziane, należy do a b c nie tylko umiejętności politycznej, ale wprost znajomości polityki, a równocześnie jest w naszym życiu publicznym na każdym kroku kwestionowane, zbijane i zaprzeczano, i to zarówno w zasadzie jak i w praktyce. Można by sądzić, że nam jednym na świecie wolno pojmować politykę po swojemu i robić z niej jakiś jednostronny, dla własnego zadowolenia manifestowany wyraz naszych odruchowych popędów, podnieconych uczuć lub podrażnionych nerwów. Bardzo nieliczne kola naszej inteligencji zdają sobie sprawę z tego, że polityka jest umiejętnością, czy też sztuką, posiadającą własne metody rozumowania i postępowania, wymagającą uzdolnień specjalnych, a przede wszystkim tego, co nazywamy „myśleniem kategoriami politycznymi. Lud wiejski, instynktowo wprawdzie, ale daleko lepiej to rozumie, to też z tej strony nie spotyka się zarzutów, stawianych w polityce z niepolitycznego punktu widzenia: tzw. „chłopski rozum” pojmuje tu od razu potrzebę umiarkowania we właściwym tego słowa znaczeniu i wie, że tylko politycy są kompetentni do prowadzenia polityki. Na zachodzie, gdzie cały ogół – z wyjątkiem kobiet – jest powołany do udziału w życiu politycznym, udział ten ogranicza się do popierania i obdarzania mandatami rzeczywistych polityków, przedstawiających interesy i dążenia grup poszczególnych, zorganizowanych w stronnictwa: jest to udział pomocniczy, pośredni i na wskroś pozytywny. U nas przeciwnie, „zainteresowanie” polityką sfer szerokich a bezbarwnych, nie posiadających w tej dziedzinie kwalifikacji wyraża się przede wszystkim przez bezpośrednie zabieranie głosu, i to w kierunku czysto negatywnym: przez krytykę polityki tych, którzy ją prowadzą, jakakolwiek by ona była. Z reguły w krytyce tej przejawiają się zarzuty bądź zbytniego „umiarkowania”, bądź „braku umiarkowania”, bądź jednego i drugiego jednocześnie, ale zawsze z czysto uczuciowego punktu widzenia, zależnie od tego, czy pewien krok jest dla krytykujących sam w sobie „sympatyczny” lub nie. Sportowi temu oddają się z największym upodobaniem ci, którzy nie tylko są do właściwej polityki niezdolni, ale po największej części nie rozumieją nawet, na czym ona polega: młodzież, kobiety, robotnicy, różne grupy niezadowolonych z siebie, a więc i z innych, z pismami humorystycznymi na czele, tymi prawdziwymi u nas rozsadnikami analfabetyzmu politycznego. Jest to obraz, który by sam nadawał się przede wszystkim do humorystyki, gdyby to nie o nas chodziło, gdybyśmy nie musieli płacić za to obniżeniem naszego życia publicznego, a często poważnymi stratami narodowymi.

Wszelkie sądy tego rodzaju, podawane przez tych, komu na tym zależy, za „sądy opinii”, za wyraz usposobienia społeczeństwa, z którym się przede wszystkim liczyć należy, – są zazwyczaj tylko pochwyconymi przez szersze koła demagogicznymi hasłami czysto negatywnej natury, rzucanymi w masy przez żywioły opozycyjne z zasady, a niezdolne do żadnej pozytywnej polityki. Jest to najprostszy, nieznany już gdzieindziej sposób „robienia opinii”. Oczywiście o jakimkolwiek umiarkowaniu w sądach politycznych tego rodzaju nie może być mowy. Demagogia w metodach oddziaływania na szerokie koła społeczeństwa, zamiast wyrabiać je politycznie i kształcić – jeżeli nie w polityce samej, to w jej rozumieniu szczepi wśród nich psychologię tłumu: lubowanie się w hasłach negatywnych, mierzenie kroków politycznych uczuciami lub nerwami i niezdolność do systematycznego a zgodnego pojęcia przez ogół jakiejkolwiek planowej polityki. Istnieją przecież u nas specjalne placówki opinii, których cała rola w życiu publicznym sprowadza się do inkwizycyjnego śledzenia, co by można u nas polityce narodowej lub prowadzącym ją ludziom zarzucić, tak aby ukuć z tego broń demagogiczno-agitacyjną. Są to nieodpowiedzialne czynniki, które nie tylko szerzą nieumiarkowanie w polityce, ale powstrzymują rozwój polityczny szerokich kół naszego społeczeństwa i demoralizują je; zamiast przyczyniać się do ich wykształcenia w życiu publicznym.

Przyszły historyk okresu obecnego nie zorientuje się w nim, jeżeli nie weźmie pod uwagę, że mozolnie torująca sobie drogę nasza polityka narodowa ma nie tylko ciężkie przeszkody zewnętrzne do zwalczania, ale równie ciężkie przeszkody wewnętrzne, płynące z własnego społeczeństwa, w którem jest nadmiar żywiołów, rwących się jedynie do ferowania wyroków w dziedzinie polityki, a nie mającej o niej elementarnego choćby pojęcia, nie zdających sobie nawet sprawy, czego pod tym względem ma się prawo żądać od innych. Dzięki temu siły, które by mogły być użyte na tym lepsze rozwiązywanie trudnych zawsze zagadnień polityki, zużywają się bezpłodnie na walkę z przesądami apolitycznej lub pseudopolitycznej natury.

Zygmunt Balicki

za: „Przegląd Narodowy”, Luty 1912 r.