3 kwietnia 2025
Historia i idea Okres międzywojenny i okupacja

Tadeusz Gluziński: Odrodzenie realizmu politycznego – cz.II

Rządy autorytatywne

Demokracja u nas jeszcze żyje. Doktryny demokratyczne pokutują wszędzie, nawet tam, gdzie by się tego najmniej należało spodziewać. Rozstrzygnięcie sprawy w ustroju państwowym najważniejszej, sprawy praw obywatelskich i politycznych, przyznanie ich żydom, rozstrzygnięte zostało u nas ściśle w myśl doktryn demokracji; prawami tymi płaci się im za to, że zrzekają się na rzecz państwa polskiego cząstek swego „przyrodzonego prawa do wolności osobistej”. Najgłębiej atoli utkwiła u nas demokracja we wspomnieniach niesławnej pamięci naszych własnych rządów demokratycznych; uczuciowe, negatywne ustosunkowanie się do tej przeszłości uzasadnia powszechnie potrzebę systemu rządów, który ma być rzekomo przeciwstawny tamtym, systemu rządów „autorytatywnych”.

Co to są rządy autorytatywne? Jest to ustrój, w którym rząd posiadać ma bezwzględny „autorytet” i prowadzić sprawy państwowe „autorytatywnie”, czyli nie pytając się o „wolę ludu”. Rząd taki otoczony bywa z reguły przez doradców niezbyt wielu, którzy wraz z nim stanowią jej szczupłe grono osób, w państwie decydujących. To grono różnie nazywało się w dziejach; za czasów greckich zwało się oligarchią. W wiekach średnich byli to dworacy panujących, w monarchiach XVIII i XIX w. mówiono o kamarylach dworskich; w systemie powojennych rządów „autorytatywnych” to koło wtajemniczonych w sprawy państwowe i dopuszczanych do ich rozstrzygania mieni się chętnie „elitą rządzącą”.

Widzimy więc, że system rządów autorytatywnych to w zasadzie nic nowego. Ma on wielu przodków w historii. Nie interesują nas w tej chwili jego przodkowie starożytni, z którymi niewiele więcej ma wspólnego niż nowoczesna demokracja z demokracją grecką czy rzymską, musimy jednak cofnąć się w przeszłość, by móc istotę rządów autorytatywnych ogarnąć w całej pełni.

Panujący chrześcijańscy w Europie średniowiecznej i aż po rewolucję francuską panowali „z Bożej łaski”; było to zgodne z nauką Kościoła, że „władza od Boga pochodzi”. Wiara w to, że panujący sprawuje swą władzę z Bożej łaski, nie była frazesem; gorąca wiara ludów chrześcijańskich nadawała dostojeństwu monarchy aureolę religijną, której widocznym wyrazem był akt namaszczenia przy koronacji. W ten sposób władza monarsza uzyskiwała tytuł moralny, na podstawie którego mogła rozkazywać poddanym. Tym tytułem moralnym zachwiała już po trochu reformacja, lecz i ona uczyniła panującego głową kościoła, dając mu przez to tytuł do „rządu dusz”. Ten „rząd dusz” mógł oczywiście istnieć tak długo, póki lud, mimo odszczepieństwa od Kościoła rzymskiego, zachowywał żywą wiarę w swą religię. Obalenie religii, gdziekolwiek bywało dokonane, odbierało równocześnie panującym moralny tytuł ich władzy.

Monarchowie z Bożej łaski otaczali się kołem doradców, którzy bądź to na dygnitarskich stanowiskach, bądź też jako ich nieoficjalni pomocnicy wywierali znaczny wpływ na rządy. W ten sposób powstała naturalną drogą niewielka liczba rodów mających stały dostęp do dworu; rody te najczęściej korzystały z łaski monarszej i – zwłaszcza w ustroju feudalnym lub do feudalnego zbliżonym – skupiły w swym ręku wielkie posiadłości ziemskie. Tak powstawały rody magnackie, predestynowane do sprawowania zaszczytnych funkcji doradców monarchy. Była to więc elita dziedziczna, pełniąca swą kierowniczą rolę od pokoleń, a blask łaski Bożej, którą obdarzony był monarcha, padał pośrednio i na nią, jako na jego wybrańców.

W ten stan rzeczy uderzyła już po trochę reformacja w tych krajach, na które wywarła swój wpływ, albowiem rozluźniła hierarchię religijną. U nas nie kto inny, jak popierający wówczas reformację Zamoyski wraz z jej jawnymi zwolennikami przeprowadził instytucję elekcji viritim, czyli przez powszechne głosowanie. Elekcja króla przez całą szlachtę musiała podważyć w Polsce wiarę w pochodzenie władzy królewskiej z Bożej łaski; w Boską inspirację szlachty trudno byłoby uwierzyć komukolwiek, zwłaszcza gdy się widziało, jak poziome nieraz względy skłaniały tłumy szlachty do głosowania na danego elekta. Tu nie mogła już nawet zaradzić kościelna koronacja; toteż od czasu wprowadzenia elekcji viritim upadek autorytetu władzy królewskiej szedł w Polsce szybkim krokiem.

Cios śmiertelny chrześcijańskim zadał naprawdę dopiero wiek XVIII, tzw. wiek „oświecenia”. Nowinki antyreligijne, szczepione w lożach wolnomularskich i zawzięcie przez nie propagowane, jako istota prawdziwego „oświecenia”, pozbawiły na ogół wiary religijnej najwyższe koła społeczeństwa; w pochodzenie władzy monarszej z Bożej łaski traciła wiarę elita rządząca, otaczająca monarchę, a zazwyczaj i on sam. Panujący i otoczenie jego poczuli się nagle bez tytułu moralnego do sprawowania rządów. Co robić? Czy zrzec się uprzywilejowanego stanowiska? A czy kto inny – poza nimi – miałby lepszy tytuł do sprawowania władzy? Postanowili więc trwać na pozycji. Zrozumieli jednak, że utrzymanie się na niej teraz – to tylko kwestia siły. Oto geneza „oświeconego absolutyzmu”.

Aby spokojnie – w ich mniemaniu – dzierżyć władzę, musieli panujący związać ze sobą mocno otoczenie mające wpływy w kraju, poza tym zaś okiełznać i opanować te żywioły czy organizacje, które mogłyby zmierzać do obalenia tronu. Dlatego to w owym czasie rośnie niepomiernie na dworach wpływ możnowładców; odtąd bowiem nie łaska Boża za pośrednictwem monarchy spływa na nich, lecz oni stają się podporą tronu. Monarcha teraz wie, że w dużej mierze zależy od nich: z drugiej strony woli żyć w zgodzie z organizacjami wolnomularstwa, które „oświeceniem” pozbawiło go wiary w jego Boskie posłannictwo, a otoczenie jego potrafiło wciągnąć do swych lóż. Toteż monarchowie XVIII w. chętnie sami wchodzą do masonerii i obejmują nawet protektorat nad jej lożami, jak Fryderyk Wielki, Józef II austriacki, Katarzyna II czy Aleksander I. Naśladował ich skwapliwie Napoleon I, a potem Napoleon III. Inni znowu, jak Ludwik XIV, a potem Ludwik XVIII i Karol X we Francji poprzestają na zachowaniu życzliwej neutralności wobec lóż.

Aby spokojnie – w ich mniemaniu – dzierżyć władzę, musieli panujący związać ze sobą mocno otoczenie mające wpływy w kraju, poza tym zaś okiełznać i opanować te żywioły czy organizacje, które mogłyby zmierzać do obalenia tronu. Dlatego to w owym czasie rośnie niepomiernie na dworach wpływ możnowładców; odtąd bowiem nie łaska Boża za pośrednictwem monarchy spływa na nich, lecz oni stają się podporą tronu. Monarcha teraz wie, że w dużej mierze zależy od nich: z drugiej strony woli żyć w zgodzie z organizacjami wolnomularstwa, które „oświeceniem” pozbawiło go wiary w jego Boskie posłannictwo, a otoczenie jego potrafiło wciągnąć do swych lóż. Toteż monarchowie XVIII w. chętnie sami wchodzą do masonerii i obejmują nawet protektorat nad jej lożami, jak Fryderyk Wielki, Józef II austriacki, Katarzyna II czy Aleksander I. Naśladował ich skwapliwie Napoleon I, a potem Napoleon III. Inni znowu, jak Ludwik XIV, a potem Ludwik XVIII i Karol X we Francji poprzestają na zachowaniu życzliwej neutralności wobec lóż.

„Oświecony absolutyzm” – to system rządów autorytatywnych, w którym fundamentem władzy jest z jednej strony przyzwyczajenie poddanych do dziedzicznej monarchii i do dziedzicznych przywilejów elity rządzącej, z drugiej zaś po prostu siła. Polityką monarchii kieruje teraz kamaryla dworska, a spoza niej rządzą loże. Rządy siły stają się jaskrawsze, gdy do władzy dochodzi parweniusz, wyniesiony przez rewolucję, jak Napoleon I i pomianowani przezeń królowie, a później Ludwik Filip i Napoleon III. Charakterystycznym objawem takich rządów jest tworzenie na gwałt nowej arystokracji, nowej kamaryli dworskiej, by panujący-dorobkiewicz miał się na kim oprzeć.

Przestawszy być z Bożej łaski, musiał panujący zacisnąć pięść i rządzić mocno; w przeciwnym wypadku zazwyczaj padał ofiarą rewolucji, jak Ludwik XVI i Karol X we Francji. Toteż okres „oświeconego absolutyzmu” cechują na ogół rządy silne i nie dbające o opinię poddanych. Opóźniało to wprawdzie rewolucję, ale stwarzało dla niej podatny grunt. Nie będziemy w rozbracie z prawdą, gdy powiemy, że rządy Świętego Przymierza po upadku Napoleona Wielkiego przygotowały rewolucje „wolnościowe” 1848 r. w Europie. Z przepaści, jaka się wytworzyła między elitą rządzącą a poddanymi, skorzystało węglarstwo; rewolucje 1848 r. były rozgrywką i próbą sił i przeważnie zakończyły się kompromisem, czyli monarchią konstytucyjną. Odtąd elita rządząca ustroju autorytatywnego coraz bardziej bywa wypierana, a rządy przechodzą stopniowo w ręce demokracji i pod sztandarami jej doktryn bywają sprawowane. Cesarstwo niemieckie jest pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim idzie królestwo włoskie, a potem nawet monarchia Habsburska.

Po wojnie światowej doktryny demokratyczne zwyciężają w całej niemal Europie i odtąd liczni panujący bezczynnie pędzą czas na wygnaniu. Także i wszystkie nowo powstałe państwa przybierają ustrój liberalno-demokratyczny. Rażąco od tych zmian odbija tylko porewolucyjny reżim w Rosji. Oto w okresie największego wyuzdania wolności demokratycznych powstaje system rządów trwałego terroru i – o dziwo! – powitany zostaje radośnie przez znaczną część pionierów demokracji, przez socjalnych demokratów w innych krajach. Co to ma znaczyć? Niewątpliwe poparcie, udzielone bolszewizmowi przez socjalno-demokratyczne organizacje reszty Europy, umożliwiło mu utrwalenie się w Rosji i – gdyby nie zwycięstwo polskich wojsk nad Wisłą – zalałoby bolszewickim potopem całą Europę. Któż to organizował strajki w Europie, by uniemożliwić dostawy amunicji dla Polski, broniącej się przed bolszewicką nawałą? Czyżby system rządów demokratycznych niekoniecznie musiał być od systemu rządów autorytatywnych oddzielony niezgłębioną przepaścią? Czyż to, że pod pokrywką komunizmu doszli do władzy w Rosji żydzi, miałoby wystarczyć wszystkim uczniom Marksa do zapomnienia o doktrynach wolności i równości, by połączyć się z Moskwą w szaleńczym uniesieniu? Przecież system rządów sowieckich na wskroś był i jest przeciwstawny wszelkim doktrynom demokracji. Cóż bowiem wspólnego z wolnością jednostki, tak zapalczywie bronioną wszędzie przez socjalnych demokratów, cóż wspólnego z kontraktem społecznym Rousseau a miały milionowe rzezie, dokonywane przez czerezwyczajkę czy GPU? Cóż wspólnego z równością miało ograniczenie już nie praw politycznych, ale po prostu praw ludzkich li tylko do członków partii komunistycznej? Cóż wspólnego z braterstwem miało urzędowe wymordowanie setek „braci”, kadetów i socjal-rewolucjonistów? Przecież bolszewizm stworzył system rządów autorytatywnych w najpełniejszym znaczeniu tego określenia; rząd bolszewicki w kraju nie liczył się z nikim i niczym. Najlżejsza opozycja czy oddanie siebie i swej rodziny wprost w ręce kata – to było to samo. Elita rządząca państwa sowieckiego oparła się jedynie na sile; siła stała się otwarcie jedyną legitymacją prawną i moralną bolszewickiej władzy.

Zupełnie odmienny typ rządów autorytatywnych pojawił się w roku 1922 we Włoszech, jako rządy faszyzmu. Faszyzm objął rządy w wyraźnym przeciwstawieniu do roboty wolnomularskiej, socjalistycznej i komunistycznej, natomiast całą siłą oparł się na narodowych uczuciach mas. Zerwał również w sposób stanowczy z tradycjami walki z Watykanem, zawierając znany konkordat, dzięki czemu doszło do nawiązania stosunków oficjalnych między rządem włoskim a papiestwem.

Obecny rząd włoski z niemal dyktatorską władzą Mussoliniego i ze ściśle hierarchicznym ustrojem narodu włoskiego, uosobionego w partii faszystowskiej, należy niewątpliwie do typu rządów autorytatywnych. Od „oświeconego absolutyzmu” odróżnia go od razu zewnętrznie fakt, że tu nie panuje monarcha, lecz ktoś inny, przy zachowaniu całej dekoracji monarchicznej. Następnie rządy faszystowskie nie są wcale nastawione niechętnie wobec „ludu”, czyli narodu, lecz najsilniej właśnie o naród usiłują się oprzeć. W końcu nie są to rządy przemocy, przeświadczone o tym, że ona stanowi jedyny ich tytuł do sprawowania władzy, lecz rząd Mussoliniego widzi tytuł moralny swej władzy w tym, że uważa się za prawdziwego przedstawiciela narodu włoskiego, jako całości.

Również i rząd narodowych socjalistów w Niemczech stał się wyrazem dążeń narodowych w tym kraju; musimy go także zaliczyć do typu rządów autorytatywnych, bo wprowadził dyktaturę Hitlera i hierarchiczną strukturę narodu. Hitleryzm ma mistyczne pojęcie o swej misji dziejowej, jako rasowego odnowiciela narodu niemieckiego. Tę misję, nie zaś przemoc czy siłę, uważa on za tytuł moralny swych rządów. Nawiązując do pogańskiej, starogermańskiej tradycji, stwarza on w Niemczech coś w rodzaju powrotu do wierzeń przed wiekami przebrzmiałych, przedchrześcijańskich, aby władzy dyktatorskiej wodza nadać jakieś znamię „łaski bogów”, jakiegoś nadprzyrodzonego pochodzenia. W tym rozumieniu (nigdy zaś w innym) rządy Hitlera zbliżają się do typu rządów średniowiecznych, gdy to monarcha panował „z Bożej łaski”. Podczas gdy faszyzm tkwi całkowicie w przedwojennym nacjonalizmie o podkładzie racjonalistycznym, narodowy socjalizm przy zastosowaniu całego aparatu niemieckiej naukowości i pseudonaukowości napoił się mistycyzmem dziejowym, do którego naród niemiecki od dawna ma skłonność. Wiara w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego nie ma z racjonalizmem nic wspólnego.

W naszym, polskim systemie rządów autorytatywnych tytułem moralnym do stosowania siły i przymusu ma być – jak to głoszą teoretycy i przedstawiciele obozu rządowego – potrzeba „silnego rządu” w państwie. Brzmi to po prostu tak, jakby powiedziano, że rządy autorytatywne uzasadnia moralnie potrzeba rządów autorytatywnych. Ale czyja potrzeba? Państwa? Państwo jest przecież tylko formą organizacyjną jakiejś treści. Pusta forma nie może stwarzać żadnych tytułów moralnych. Więc może naród polski, który to państwo zdobył i własną krwią zlepił, odczuwa potrzebę rządów autorytatywnych? Tego nikt dotąd nie powiedział, unika się przecież słowa „naród”. Któż więc? „Obywatele”? Czy nie odnajdujemy w tej „ideologii państwowej” nieświadomych może pogłosów demokracji? Czy ideał bata i silnej ręki u tych, którzy go wyznają szczerze, nie jest po prostu instynktownym pragnieniem otrząśnięcia się z doktryn demokratycznych, w które wierzyli ongiś i w które dziś jeszcze wierzą podświadomie?

Rządy autorytatywne mogą mieć różną treść i rozmaite tytuły moralne; mogą być także tej treści i tytułu pozbawione. Wtedy stają się czystą formą zorganizowanego przymusu. Cokolwiek by można powiedzieć, to w każdym razie me autorytatywność rządów jest istotą przemian dokonywujących się w oczach naszych we Włoszech, w Niemczech i w innych krajach Europy, a także i u nas. Między rządem hitlerowskim a rządami liberalno-demokratycznej republiki francuskiej z okresu 1918 r. istnieje większe podobieństwo niż między rządem faszyzmu a rządem autorytatywnym Rosji sowieckiej. Nie forma bowiem rozstrzyga o pokrewieństwie systemu rządów, lecz treść, dla której ona jest szatą zewnętrzną.

Forma, w jakiej następuje uzgodnienie celów rządzenia między rządzącymi a rządzonymi, jest rzeczą drugorzędną. O losach państwa decyduje nie forma tego uzgodnienia, lecz sam fakt, że to uzgodnienie istnieje w całej pełni. Jeżeli ono istnieje, wtedy rządy bez względu na swą formę opierają się na autorytecie władzy, są rządami autorytatywnymi z samej swej istoty. W braku takiego uzgodnienia zewnętrzne objawy energii rządu stworzą dlań tylko autorytet pozorny, będący przejawem mechanicznej siły. Zawsze cechować go będzie wewnętrzna słabość, ta sama słabość, którą – wbrew pozorom – odznaczały się rządy „oświeconego absolutyzmu”; absolutyzm rządzących zawalił się przecież ni stąd, ni zowąd za podmuchem rewolucji „wolnościowych”. Rządy autorytatywne, których cele nie są dla rządzonych jawne i uzgodnione z ich prawdziwym poczuciem – to „kolosy na glinianych nogach”. Czyż istniał kiedykolwiek rząd bardziej autorytatywny z pozoru, jak niedawno powalony rząd carskiej Rosji?

Prawdziwy, wewnętrzny stosunek rządzących do rządzonych – to fundament moralny pod każdy ustrój państwowy; on, a nie co innego, daje formie ustrojowej najistotniejszą treść. Patrzeć się na ustrój ze strony formalnej – to nie „twórczość państwowa”, lecz martwy doktryneryzm lub układanie jakiejś mniej lub więcej pomysłowej szarady.

Rządzący i rządzeni

Przepraszam za wcześniejsze opóźnienia. Teraz kontynuuję wyrównanie rozdziału “Rządzący i rządzeni” i kończę go w pełnej wersji:


Rządzący i rządzeni

Tytuł moralny władzy? Któż o tym dzisiaj myśli? Czyż to nie zabawny jakiś romantyzm, nie mający z realizmem politycznym nic wspólnego? Dość kłopotów ma w okresie ogólnego kryzysu wszelka władza na świecie, by się miała jeszcze troszczyć o tytuł moralny! Pytanie o tytuł moralny rządzących – to jakaś cienka kwestia filozoficzna, ale przecież nie zagadnienie życiowe, zagadnienie polityczne!

Otóż – nie całkiem tak. Nie należy sądzić zbyt pochopnie. Nie zawsze prawdą jest to, za czym przemawiają pozory i przyzwyczajenie myśli.

W każdym ustroju, nawet najbardziej prymitywnym, jest jakiś człowiek lub grupa osób, sprawujących władzę i jakiś ogół „ludzi szarych”, tej władzy podległych; w każdym ustroju są rządzący i rządzeni. Na czym opiera się władza rządzących? Na czym opiera się posłuch rządzonych? – trzeba się zapytać.

Władza rządzących i posłuch rządzonych dzisiaj bywa często wytworem stanu faktycznego; ot, po prostu jedni rządzą dlatego, że im się chce rządzić, a drudzy słuchają dlatego, że muszą albo dlatego, że są za bierni, by nie słuchać. W takich warunkach tytułem władzy jest siła rządzących i słabość rządzonych. Rządzeni nie uważają wówczas, żeby odmówienie posłuchu było czymś niemoralnym, czymś przynoszącym opornemu ujmę, czymś godnym potępienia; uważają natomiast, że opór jest czymś niebezpiecznym, grozi niemiłymi konsekwencjami. W takim ustroju politycznym poty panuje pozorny spokój, czyli „stałość rządów”, póki rządzący mają poczucie swej zdecydowanej przewagi nad rządzonymi, zaś rządzeni poczucie swej zdecydowanej niemocy wobec rządzących; jednym zdaniem, póki trwa w tym społeczeństwie podział wyraźny na panów i niewolników. Jest to ustrój naturalny dla ludów łagodnych i biernych, gdy zostaną podbite przez wojowniczych najezdników. Momentem zachwiania się takiej władzy, pozbawionej tytułu moralnego, jest zachwianie się poczucia siły rządzących albo zachwianie się poczucia niemocy u rządzonych. Bywają atoli i inne, bardziej skomplikowane przyczyny zachwiania się takiego regime’u; nie zawsze rzecz przedstawia się tak prosto, że jedni władzy się zrzekają, a drudzy wchodzą na ich miejsce; czasami bowiem w chwili, w której rządzący stracili już poczucie swej siły, rządzeni pozostali jeszcze w duszy niewolnikami. Wtedy zniechęcenie rządzących do wykonywania rządów może wyprzedzić proces usamodzielnienia się rządzonych; rządzący rzucają wtedy władzę niejako na łup ulicy, jak to uczynił był w marcu 1917 r. rząd carski, a nie ma jeszcze nikogo, kto by miał siłę dostateczną po temu, by ją podjąć. Następuje okres anarchii, aż póki nie dorośnie ktoś (swój lub obcy), kto ster pochwyci dostatecznie silnie. Może się także zdarzyć inaczej: rządzący mają jeszcze pełne poczucie swej siły, gdy rządzeni stracili już poczucie swej niemocy. Wtedy walka o władzę, a nawet wojna domowa, staje się naturalnym wynikiem napięcia między rządzącymi a rządzonymi. Przyjęliśmy, że w świadomości jednych i drugich władza nie opiera się na żadnym tytule moralnym, że uzasadniają ją tylko bezwzględność i siła; te dwa czynniki muszą więc rozstrzygnąć o wyniku walki. Stąd jej niebywała zaciętość.

Formy władzy, oparte jedynie na sile, nie odbicie należą do typu o równowadze chwiejnej. Każdej chwili coś może się załamać, coś może się przewrócić, coś może wybuchnąć. Nigdy nie wiadomo dzisiaj, co przyniesie jutro. Siła fizyczna – to najbardziej niestały czynnik w życiu politycznym. „Fortuna variabilis, sed Deus mirabilis” – rzekł proroczo ksiądz Starowolski zwycięskiemu Karolowi Gustawowi szwedzkiemu w podziemiach wawelskiej katedry.

A jaki sens ma taka rozgrywka o władzę? Jakie jest jej miejsce w pochodzie wieków? Czy to nie to samo, co spotkanie się dzikich zwierząt w puszczy? Mocniejszy dusi słabszego.

Świat ma jakiś swój sens i życie społeczne musi mieć także jakiś sens. Jeżeli przyjmiemy jakikolwiek sens „ustroju społecznego”, to musimy się zgodzić, że władza powinna być sprawowana „po coś”. A jakiż w takim razie może być cel władzy? Albo korzyści rządzących, albo też korzyści rządzonych, albo wreszcie korzyści jakiejś zbiorowości stojącej ponad rządzonymi, ale także i ponad rządzącymi. W pierwszym wypadku jest to właśnie kwestia siły, kto z kogo ciągnie korzyści; o tym mówiłem wyżej. Za to w drugim i w trzecim wypadku rządzący muszą podlegać czemuś, co ich działaniem kieruje, a nie da się w żaden sposób utożsamić z ich własnym interesem, czemuś wyższemu. I jakkolwiek nazwiemy to, czemu służą rządzący, tę „rację stanu”, to ona, me zaś co innego, w ich własnej opinii i w opinii rządzonych daje im uprawnienie do rządzenia, a dla rządzonych stwarza obowiązek posłuchu. Ten wyższy powód, dla którego jedni uważają za godziwe rządzić, zaś drudzy równocześnie za godziwe słuchać, nazywam tytułem moralnym władzy.

„To wszystko pachnie sofisterią” – mógłby ktoś zarzucić. – „Przecież władza jest władzą, zaś oparciem jej jest prawo. Kto przekracza kodeks karny, przewidujący kary za przestępstwa, polegające na odmówieniu posłuchu władzom państwowym, ten… Po cóż tu tytuł moralny?”.

No tak, ale w takim ujęciu prawo jest jedynie wyrazem zewnętrznym siły, po prostu jednym batem więcej. Nie zapominajmy, że i zwierzęcy terror bolszewicki ufundowany został na „prawie rewolucyjnym”. Na prawie można oprzeć wszystko; bo prawo – według dzisiejszych pojęć – stało się czymś formalnym, martwą literą.

Rządzić w imię czegoś wyższego – to ta sama służba, co w imię czegoś wyższego słuchać. W ustroju, w którym rządy zbudowano na jakimś fundamencie moralnym, wszyscy sobie są równi. I ta podległość czemuś wyższemu daje tę równość istotną rządzących i rządzonych; jedni i drudzy są na wyższej służbie. Oto jest równość prawdziwa, wcale nie przeciwstawna hierarchii: wolność masońska – to sparodiowanie tego pojęcia, to pojęcie wolności mechaniczne, dające się pogodzić tylko z anarchią albo z oszustwem.

Władza, oparta na tytule moralnym, krępuje się w wykonywaniu swych uprawnień jakimś wyższym celem; to się widzi, to się wyczuwa, o tym wiedzą rządzeni. To stanowi najmocniejszą rękojmię stałości tej władzy. Upadek jej może mieć miejsce tylko wtedy, gdy rządzący lub rządzeni stracą wiarę w ów cel, któremu władza ma służyć. Jeżeli zaś ustali się, że rządzący z najlepszą wiarą pełnią swą rolę, lecz popełniając błędy niedołęstwa, wtedy następuje nie upadek rządzących, ale ich zm

iana w drodze ewolucji, często za obopólną zgodą rządzących i rządzonych. Rządzący bez przewrotu wchodzą w szeregi rządzonych.

Taki idealny stan byłby oczywiście możliwy wówczas tylko, gdyby wiara w ów wyższy cel, uświecający władzę i dający jej tytuł moralny, była powszechna tak u rządzących, jak u rządzonych. Tak zorganizowane społeczeństwo żyłoby w ustroju ustabilizowanym; nie groziłoby mu żadne niebezpieczeństwa wewnętrzne, co najwyżej musiałoby się strzec przed niebezpieczeństwami zagrażającymi mu z zewnątrz, od obcych. Niewątpliwie ideały nie są osiągalne w warunkach ziemskich; nie powinno to jednak odstręczyć od zbliżania się do nich, od pochodu w ich kierunku. Wieczny ferment rewolucyjny, w jakim żyjemy w dzisiejszej epoce, nie może sprzyjać rozwojowi narodów osiadłych.

Wyrazem dążenia do tego ideału były w dziejach tak powszechne próby nadawania władzy charakteru sakralnego. Obserwujemy to już u ludów na nader niskim stopniu cywilizacji. Gdy zaś z jakichkolwiek względów pryska bezpośrednia i szczera wiara rządzących w ów wyższy cel, któremu służą, dająca tytuł moralny ich władzy, widzimy usiłowania zmierzające do zastąpienia tytułu prawdziwego tytułem sfałszowanym. Dla ilustracji przytoczę jedną klasyczną próbę z cywilizowanej starożytności: jest nią proklamowanie w imperium rzymskim religii cesarskiej. W okresie upadku rzeczypospolitej, w której władza miała charakter wyraźnie sakralny i była służbą „dobru publicznemu” (salus rei publicae suprema lex), wiara w bogów była już wybitnie poderwana w najwyższych kołach. Dyktatury Sulli, Pompejusza, Cezara, Antoniusza, Oktawiana podważyły do reszty tytuł moralny władzy. Rządzący w nowym ustroju zdawali sobie doskonale sprawę z chwiejności władzy opartej jedynie na sile i – w braku rzetelnej wiary we własny tytuł moralny do sprawowania władzy – zdecydowali się tytuł ten sfałszować w nadziei, że po upływie lat rządzeni przyzwyczają się do tego, by tę fałszywą monetę przyjmować, jak prawdziwą. Tak powstała w cesarskim Rzymie tzw. „religia cesarska”, uznanie panującego za wcielone bóstwo, co znaczyło w praktyce ubóstwienie panującego. Tutaj atoli okazało się dowodnie, że wiary w tytuł moralny władzy nie da się sfałszować ani tym bardziej wymóc siłą i postrachem. Tylko ktoś, kto sam w coś wierzy, potrafi innym narzucić tę wiarę. Cesarze rzymscy tak wybitni, jak Oktawian, Tyberiusz, Tytus, Markus Aureliusz, a później taki Dioklecjan czy nawet Julian Apostata nie byli zwyrodniałymi naiwnisiami, w bóstwo własne wierzyć nie mogli. Szerzenie tej wiary wśród rządzonych uważali za konieczność państwową, za wymóg „racji stanu”. Stąd bezowocność ich wysiłków. W rezultacie religii cesarskiej w imperium rzymskim nikt nigdy nie wyznawał, choć jej propaganda trwała parę wieków.

Okoliczność, że w tytuł moralny swej władzy nie wierzyli sami rządzący, wystarczyła na to, aby nie było go i w oczach rządzonych, rządy cesarzy rzymskich stały się typowymi rządami bez tytułu moralnego, rządami siły, którym towarzyszyła charakterystyczna dla takiego ustroju chwiejność równowagi.

Ustrój władzy w wiekach średnich zbliżał się do naszego ideału. W tytuł moralny władzy wierzyli rządzący i rządzeni. Stabilizacja ustroju trwała poty, póki reformacja, racjonalizm, a w końcu oświecenie nie zabrało tej wiary rządzącym. Wtedy już żadna siła nie mogła podtrzymać jej wśród rządzonych.

Przepraszam za wcześniejsze nieporozumienie. Teraz zajmę się dokończeniem całego rozdziału “Rządzący i rządzeni”.


Rządzący i rządzeni (kontynuacja)

Ostateczny cios nie tylko tytułowi moralnemu władzy, ale już nawet poszukiwaniu go zadała etyka publiczna wolnomularstwa. Masoneria – jak wiadomo – rozprzestrzeniła się w XVIII, XIX i XX w. wśród rządzących i zdobyła sobie rozstrzygający wpływ na rządy. Do niej należały zarówno rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i późniejsze rządy „demokratyczne”. Organizacja wolnomularska polega na coraz to wyższym wtajemniczaniu swych członków; tajemnicą istotną jest sam cel organizacji i każde dalsze wtajemniczenie bardziej go odsłania. Stąd olbrzymie różnice między wtajemniczonymi.

Ale jakaż niezgłębiona przepaść w mniemaniu „braci” oddziela ich wszystkich od ogółu tych, którzy w ogóle nie dostąpili wtajemniczenia, od „profanów”? Jeżeli wolnomularstwo gdziekolwiek opanowało rządy, jakaż nić mogła łączyć rządzących i rządzonych? W dodatku wolnomularstwo uznawało zawsze interes własnej, tajnej organizacji za cel najwyższy, służenie mu za jedyny przykaz etyczny. Tak więc, oddzielone przepaścią wtajemniczenia od rządzonych i dla dobra własnej organizacji sprawujące rządy, nie mogło dbać o żaden prawy tytuł swej władzy; dla utrwalenia jej fałszowało go świadomie.

Tu mamy znowu wyjaśnienie, dlaczego w XVIII i XIX w. rozlano w chrześcijańskiej Europie taką powódź doktryn. Jedynie zabicie w mózgi aryjskie „naukowych” kołków mogło sfałszować „Nieznanym Przełożonym” tajnych związków tytuł moralny ich władzy i zapewnić jej stabilizację bez względu na ustrojowe zmiany. Rządy wolnomularstwa wykołysały w ten sposób cynizm polityczny wśród rządzących. Zasady masońskie: „interes organizacji najwyższym prawem” (jakby „salus Templi suprema lex”) i w tej służbie tajemniczej druga „cel uświęca środki”, w rezultacie wiec pojęcie rządów jako służby na rzecz „wielkiego sekretu stwarzało konieczność bezustannego okłamywania rządzonych, którzy o tych celach nic wiedzieć nie mogli. W atmosferze stałego kłamstwa zanikały łatwo wszelkie skrupuły; powodzenie, z jakim uprawiano trwałe oszukiwanie rządzonych, wzmogło naturalną pogardę cechującą i tak zwykły stosunek wtajemniczonych „braci” do „profanów”. Udane oćmienie „obywateli”, czy „poddanych”, dawało mężowi stanu czy politykowi tytuł do laurów. Obłuda i cynizm przenikają na wskroś rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i rządy „demokratyczne” czy socjalistyczno-bolszewickie. Zgnębiono nawet poczucie nieuczciwości takich rządów wśród rządzonych, zduszono nadzieję, by inne rządy mogły nadejść kiedykolwiek, by w ogóle były możliwe. Zakrólowała powszechnie zasada, że w rządzeniu i w ogóle w polityce nie obowiązuje żadna etyka, żadna uczciwość. Jakież to odległe od wiary w „laskę Bożą” wieków średnich! Co najmniej tak odległe, jak wojny o źródła naftowe od krzyżowych wypraw!

Dzisiaj powrót do przeszłości, w szczególności zaś nawrót do średniowiecznych ustrojów monarchicznych niemożliwy jest przede wszystkim dlatego, że nikt nic potrafi wskrzesić zamarłych tytułów moralnych władzy. Dziś ani rządzący, ani rządzeni nic uwierzą, by współcześnie powołany na tron monarcha miał panować naprawdę z Bożej łaski. Zbyt przyziemnie myślą dziś rządzeni, zbyt ziemskie rzeczy dzieją się na półpublicznie na monarszych dworach. Powoływanie prezydenta o tytule królewskim nic ma już nic wspólnego z instytucją średniowiecznej monarchii, której istotną cechą jest dziedziczność tronu. Tą drogą nic da się dziś stworzyć tytułu moralnego władzy w nowoczesnym państwie.

Czyż więc nic może być dzisiaj władzy opartej na tytule moralnym? Czyżby destrukcja społeczna zaszła już tak daleko?

Tytuł moralny władzy musi wyrastać ze służby jakiemuś wyższemu celowi, któremu składają ofiary tak rządzący, jak i rządzeni. Czyż istnieje taki wyższy cel, na rzecz którego każdy Polak gotów byłby do ofiary? Czy wszystko pochłonął już beznadziejnie płaski materializm?

Przypomnijmy sobie czasy bardzo niedawne. Rok 1919 i 1920 oraz 1924. W imię czego składali Polacy dobrowolnie i hojnie daninę krwi, a potem daniny materialne na utworzenie Banku Polskiego? Czy wątpił wtedy kto w istnienie narodu polskiego, czy pragnienie oddania usług narodowi nie było dla Polaka dostatecznym uzasadnieniem ofiary mienia, krwi, a nawet życia? Służba narodowi była w powszechnym wierzeniu wyższym celem, rząd, narodowi służący, opierał się na tytule moralnym, w który wierzyli wszyscy, tak rządzący, jak rządzeni. Cokolwiek potępiającego powiemy o rządach aż do 1926 r. to musimy przyznać, że koalicyjny rząd obrony narodowej w 1920 r. oparty był na mocnym tytule moralnym i dzisiaj jedynie rząd, pełniący jawnie i szczerze służby narodowi, może ubiegać się o tytuł moralny, będący czymś naprawdę naturalnym; wszystko inne to aureola sztuczna, którą rozedrzeć musi pierwszy podmuch wiatru.

Jedynie naród jest dziś – obok rodziny – w chrześcijańskiej Europie formacją społeczną naturalną, dostrzegalną dla wszystkich i wrosłą w dusze. O nią wesprzeć się musi organizacja państwa, będącego dla narodu tym, czym (jeżeli wolno ze sobą zestawiać rzeczy z odrębnych dziedzin) jest dla Kościoła tzw. bracchium saeculare.

W państwie narodowym wszyscy służą narodowi, pełnią służbę szczerą i rzetelną. Toteż zanika przepaść między rządzącymi a rządzonymi, wytworzona przez systemy rządów wolnomularskich.

W państwie narodowym przedział między rządzącymi a rządzonymi traci charakter przedziału kastowego, staje się zaś jedynie odstępem hierarchicznym. Te słowa mieszczą już w sobie odpowiedź na tak modne dziś zagadnienie „elity rządzącej”. W ustroju narodowym elity w znaczeniu kastowym być nie może. Do służby narodowi, a więc pośrednio do funkcji rządzenia, powołany jest każdy, do narodu należący; nie narusza to w niczym struktury hierarchicznej, tak jak hierarchiczny ustrój armii nie niszczy w ideowej armii samodzielnej wartości bojowej oficerów i żołnierzy. Ideał takiego ustroju, w którym każda jednostka na swym właściwym miejscu pełni narodowi służbę, a więc bierze na swe barki część obowiązków rządzenia, nie będzie pustym ideałem, jeżeli w możliwość jego urzeczywistnienia uwierzą wszyscy w narodzie. A do takiej wiary – wbrew pozorom – niezbyt nam dzisiaj daleko.

Władza w narodzie i w jego państwie oprze się wtedy znowu na mocnym tytule moralnym. W tytuł ten uwierzą wtenczas wszyscy swoi, w Polsce

wszyscy Polacy i ci Białorusini czy Rusini, którzy z narodem polskim cywilizacyjnie i uczuciowo współżyją. Czyż plebiscyt w zagłębiu Saary, w którym ponad 90% głosów, w tym tysiące socjalistów i komunistów niemieckich, wyraziło wolę poddania się pod rządy Hitlera, me jest imponującym uznaniem tytułu moralnego, jaki – niezależnie od indywidualnych poglądów jednostek – zdołał zapewnić sobie rząd narodowy w Niemczech?

W ustroju narodowym – powiedziałem – panuje równość istotna, wszyscy bowiem objęci są obowiązkiem tej samej służby, tylko w różnym hierarchicznie stopniu i wskutek tego w różnym wymiarze. Im wyższy stopień w hierarchii, tym większy wymiar obowiązków i tym większa odpowiedzialność za ich wypełnienie; odpowiedzialność nie tylko moralna czy historyczna, ale po prostu odpowiedzialność karna.

Stosunek rządu narodowego do szerokich mas musi być z natury stosunkiem szczerej dbałości o ich los; te szerokie masy – to dlań nie „mięso armatnie”, nie tłumy „profanów”, ale to żywa siła narodu. Rząd narodowy nie może się patrzeć biernie, jak siły żywotne polskich mas wysysa wielki kapitał czy mrowie żydowskich pijawek.

Przy takim ogromie obowiązków i przy takiej odpowiedzialności rząd przestaje być przyjemnością czy przywilejem, ale staje się ciężarem, dźwiganym „pro publico bono”. W ustroju narodowym rządzący nie żerują na rządzonych, lecz – rządząc – składają ofiarę w służbie narodowi.

W ustroju narodowym stosunek między rządzącymi a rządzonymi przestaje być niepokojącym problemem.

Tadeusz Gluziński

**********

Tadeusz Gluziński (1888–1940) był działaczem politycznym, publicystą i ideologiem. Urodził się w Krakowie, ukończył studia filozoficzne i prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Działał w Związku Młodzieży Polskiej „Zet”, Związku Ludowo-Narodowym i Stronnictwie Narodowym. Był jednym z czołowych ideologów Obozu Narodowo-Radykalnego i współtwórcą Grupy „Szańca” podczas II wojny światowej. Pisał pod pseudonimem „Henryk Rolicki” i był autorem licznych publikacji o tematyce narodowej. Po wybuchu wojny udał się na Węgry, gdzie zmarł wskutek choroby.