3 kwietnia 2025
Historia i idea Okres międzywojenny i okupacja

Tadeusz Gluziński: Odrodzenie realizmu politycznego – cz.I

Od autora

Zamglony wzrok nie daje należytej perspektywy w ocenie rzeczywistości i w działaniu. Przed dziesiątkami lat odebrano narodom chrześcijańskim to, co stanowiło ich siłę: wiarę. Wiarę religijną, etykę chrześcijańską, idealizm. Proklamowano nowe bóstwo, które nazwano „bóstwem Rozumu”. Postawiła je na piedestale już Wielka Rewolucja francuska, składając mu ofiary na zbezczeszczonych ołtarzach katolickich kościołów. W XIX w. rozum zajął zwycięsko miejsce Boga, a stworzona przezeń wiedza miała stać się wiarą przyszłości. Etykę chrześcijańską zastąpiło prawo, ideę – wymędrkowana doktryna. Odtąd człowieka miał doskonalić „postęp”. Stało się tak, jakby narodom o cywilizacji chrześcijańsko-rzymskiej wyjęto pod chloroformem kościec i wstrzyknięto na jego miejsce jakąś galaretowatą masę. Póki panował dobrobyt, ogólna „prosperity”, póki narody mogły błogo odpoczywać w pozycji leżącej, poty nie odczuwały braku kręgosłupa; gdy jednak groźne położenie poczyna naglić do czynu, gdy nagle trzeba zerwać się i działać, wtedy okazuje się, że galaretowata masa nie podtrzyma mięśni. Naród się rozłazi, staje się kupą mięsa bezkształtną i bezradną.

Dziś w Polsce panuje beznadziejność. Ludzie, zniechęceni walką z przeciwnościami, pognębieni przez kryzys gospodarczy i znękani dolegliwościami codziennego życia, przestają wierzyć w przyszłość. Rezygnują z walki o lepsze jutro. „Może być gorzej, ale chyba nigdy nie będzie lepiej” – powiadają sobie. Teraźniejszość odebrała im wiarę w Polskę, splamiła błotem ideały, które dotąd zdołali ustrzec przed zbrukaniem i przechować na dnie duszy. Gdzie spojrzeć – bierność. Grzęźniemy w pesymizmie. Skąd to zniechęcenie? Czy naród, który tak niedawno wydobył był z siebie takie skarby ofiarności, odwagi i wiary, który ma za sobą obronę Lwowa, powstanie śląskie i armię ochotniczą, ma tytuł do bezradnego opuszczania rąk? W ciągu tych kilkunastu lat dokonała się w nas przemiana wprost przerażająca. Z narodu, pełnego energii zdobywczej i optymizmu, staliśmy się niespodzianie zrezygnowanym, fatalistycznym i biernym ludem Wschodu. Tego upadku duchowego, jaki przeżywamy, nie da się wyjaśnić jakimś zbiegiem zdarzeń zewnętrznych, ani jakimś mechanicznym działaniem obcych, wrogich sił.

Zło musi tkwić głębiej, musi tkwić w nas samych. Jeżeli nie dostrzegamy go dziś z należytą wyrazistością, jeżeli nie widzimy jasno wyjścia – to gdzieś musi być jakaś zasłona, która zakrywa nam oczy. Póki jej nie zedrzemy, będziemy błądzić bezradnie. Książka moja chce wskazać na to, że uzdrowienia stosunków u nas nie można dokonać mechanicznie, przez jakiś luźny akt wyzwolenia. Musimy zmienić radykalnie istotne podstawy naszego życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego, przebudować nasze mieszkanie tak, aby przestało być polskie tylko z nazwy. W książce mojej nie mogłem oczywiście pominąć roli tajnych związków, które przez propagandę pewnych doktryn wywarły ogromny wpływ na bieg dziejów w XVIII, XIX i XX stuleciu. Nie należy jednak przypuszczać, jakoby te związki wpływały na życie publiczne przez jakiś system tajnych rozkazów czy zakazów. Ich główną bronią była zawsze – obok niewidzialnej zmowy – propaganda pewnych myśli i doktryn, które kierownictwo uważało za nadające się do osiągnięcia zakrytych celów. Wytwarzano więc pewne nastroje zbiorowe, pewną atmosferę, jakby szkołę psychiczną czy środowisko intelektualne, promieniujące na zewnątrz. W ten sposób pomysły i doktryny cudze lub własne, choćby były nieżywotne i sztuczne, zorganizowana propaganda i sugestia zbiorowa szczepiła szerokim kołom, aż wreszcie ogół do nich przywykał z latami do tego stopnia, że już trudno mu było inaczej myśleć. Tymi metodami tajne związki międzynarodowe wypaczały naturalne ramy życia w sposób dla siebie dogodny.

Po tych uwagach sądzę, że nikt przy czytaniu mej książki roli tajnych związków ani roli żydostwa nie będzie pojmować mechanicznie, bo wiodłoby to -jak każde fałszywe uproszczenie – do poważnych nieporozumień. Nie należy również oczekiwać, jakobym w książce mojej miał dać jakiś program zwarty i skończony lub choćby jego zaczątki. Nie było to wcale moim zamiarem. Albowiem gmach naszego życia publicznego zmurszał aż do fundamentów i każda trwała i rzetelna reforma do nich musi sięgnąć. Zadaniem mej książki w mych zamierzeniach – to właśnie zstąpić w te podziemia, ocenić wartość podwalin, na których wznosi się trzeszczący budynek dzisiejszej rzeczywistości i wskazać bez obsłonek, że trzeba dno rozgrzebać, jeżeli się pragnie zacząć dzieło odbudowy. Będę rad, jeżeli książka moja przyczyni się choćby w najskromniejszej mierze do ułożenia pierwszych zdrowych cegieł pod gmach nowej Polski, naprawdę odrodzonej.

Warszawa, dnia 2 kwietnia 1935 r.

TYTUŁ MORALNY WŁADZY

Ruch narodowy a nacjonalizm

Nie tak to dawno liberalizm i socjalizm święciły triumfy wśród narodów europejskich. Kto nie był liberałem, temu wolno jeszcze było być socjalistą; kto nie mieścił w ramach tych dwóch prądów swego poglądu na życie publiczne, ten w państwach monarchicznych mógł jeszcze bronić resztek przeszłości i zaliczać się do konserwatystów; wszystko inne uchodziło już bezapelacyjnie za zwykłe barbarzyństwo bez obsłonek. Liberał wierzył w pierwotną dobroć natury ludzkiej i prawo do wolności uważał za przyrodzone uprawnienie człowieka; stąd każdy ustrój społeczny, w szczególności zaś ustrój państwowy, był dlań tylko złem koniecznym, z którym należało się pogodzić, które jednak w głębi duszy potępiało się zawsze i przyjmowało z niechęcią. Usiłował więc ograniczyć państwo do jak najskromniejszego zakresu działania, aby pozostawić jednostce jak najwięcej wolności; przede wszystkim zaś w życiu gospodarczym uznawał bezkompromisowo zasadę zupełnej swobody jednostki.

Zwyrodnienie życia gospodarczego pod panowaniem liberalizmu ujawniło się już w kilkadziesiąt lat po sformułowaniu jego zasadniczych tez; z zasad liberalnych i z rzeczywistości liberalnego świata wywiódł swoje rozumowanie socjalizm, aby stać się w ten sposób odwrotną stroną medalu. Dyktatura proletariatu nie była wcale czymś sprzecznym z założeniami liberalnymi; była właśnie posunięciem wolności ludzkiej do najdalszych granic. Skoro bowiem nie ma w zasadzie żadnych więzów dla wolności ludzkiej, w szczególności zaś hamulców natury etycznej, to cóż ma wzbraniać najliczniejszej klasie społecznej zmówić się i zorganizować, by potem chwycić za gardło wszystkie inne? Bolszewizm, który w pierwszych latach swej władzy urzeczywistnił zasady Marksa, mógł słusznie uchodzić za prawe dziecko liberalizmu tak samo, jak był nim terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Tak oto toczyła się na przestrzeni XIX w. walka dwóch „światopoglądów”, pozornie ze sobą sprzecznych i wyłączających się wzajemnie, w istocie jednak wyrosłych ze wspólnego korzenia. Ta wspólność pochodzenia myślowego i wspólność ukrytych sprężyn sprawiła nie tylko, że walka między nimi nie ujawniła żadnej zaciekłości, ale dopuściła nadto wzajemne przenikanie się doktryn; socjaliści stali się po trochu liberałami, zaś liberałowie socjalistami. Razem toczyli wojnę z resztkami monarchicznych ustrojów i przeciw obozom konserwatystów chodzili w zwartym przymierzu. Przed zjednoczonym atakiem krok za krokiem cofały się szeregi konserwatystów. Zdesperowani obrońcy powalonego na obie łopatki ancien regime’u, owych Okopów Świętej Trójcy, żyli wyłącznie tęsknotą za powrotem dawnych, dobrych czasów, których przeżytków bronili w beznadziejnej walce. Pogotowie ich miało charakter czysto obronny, motorem ich działania był lęk o przyszłość. Gdy tylko zawodziła ich wiara we własne siły, szli do kompromisów z wrogiem, byle choć na krótki czas okupić spokojne pozostawienie ich na pozycji. Ustępowali przeciwnikom w sprawach istotnych w tej nadziei, że w ten kosztowny sposób zdołają pohamować ich rozpęd zdobywczy. To paktowanie z wrogiem nazwali „hamowaniem z góry”.

Od tej pory ośrodki konserwatywne stanęły otworem dla wpływów wolnomularstwa; gdzież bowiem, jak nie w lożach, można było „hamować” najdogodniej, najmniej dostrzegalnie? I tak loże poczęły nęcić przywódców ruchu, nowoczesnych hrabiów Henryków. Zapewniały tolerancję ze strony wroga, a nawet… karierę. W ślad za swymi wodzami zmienił twarz i konserwatyzm i stał się… liberalny. Wszystkie narody europejskie zostały oderwane od rzeczywistości i zarażone doktrynami. Legitymacją do życia, w szczególności zaś do brania udziału w życiu publicznym, stało się posiadanie określonego „światopoglądu”. Trzeba było koniecznie wyznawać jakiś system, jakąś generalną receptę na wyleczenie wszystkich chorób, wszystkich bolączek społecznych. Myśl okuto w pancerz obowiązujących doktryn, byle ją jak najdalej uprowadzić z krainy rzeczywistości, w której z przyrodzenia króluje zdrowy rozsądek.

Aby jeszcze bardziej umocnić niewzruszalność tych doktryn, twórcy i głosiciele ich dołożyli wszelkich starań, by w tym okresie uwielbienia wszelkiej nauki swój „światopogląd” przystroić w poważne, „naukowe” szaty. Pojawiła się literatura pozornie naukowa kierunku liberalnego, socjalistycznego, a nawet konserwatywnego, narodziły się nowe gałęzie „wiedzy, jak socjologia, religiologia, ekonomia społeczna itp. A jakież miejsce wśród tych doktryn zajęły kierunki narodowe? Poczucie narodowe istniało u ludów europejskich od dawna; atoli pierwsze sformułowania tego poczucia narodowego, ujęcia go jako pewnej prawdy społecznej, należy przypisać rewolucji francuskiej i jej pisarzom. Okres restauracji i świętego przymierza, wysuwając na pierwszy plan w życiu publicznym państwo i dynastie, usunął chwilowo w cień narody; lata walk i rewolucji wolnościowych położyły nacisk na zagadnieniach praw jednostki, a zwycięski pochód socjalizmu skierował uwagę ogółu na problemy ekonomiczne i społeczne. Dopiero następstwa takich historycznych faktów, jak zjednoczenie Włoch i Niemiec, jak bohaterska obrona po pogromie Francji w 1871 r. przejawiając rosnącą samowiedzę u narodów europejskich, dały ponownie pochop do nowych sformułowań.

W końcu XIX w. zjawiają się pisarze narodowi we Francji, Włoszech i Niemczech; ci wyraziciele, a poniekąd i twórcy nowych ruchów, wychowani w doktrynach wolnomularskich, sądzą, że prawo do istnienia i widoki na zwycięstwo może mieć tylko taki ruch narodowy, który socjalizmowi, czyli internacjonalizmowi potrafi się przeciwstawić w równie skończonej szacie naukowej, a więc uzbrojony we własną filozofię, historiozofię, a – co w owym czasie uchodziło za najważniejsze – oparty o nauki przyrodnicze. Tak formułowane systemy jako przeciwieństwo internacjonału, czyli międzynarodówki socjalistycznej, nazwano nacjonalizmem. Twórcy ich oddychali od dziecka oparami filozofii pozytywistycznej; przyroda była dla nich bóstwem, jej prawa najwyższym przykazaniem, nieubłagana walka o byt koniecznością żelazną, pochłanianie słabszych przez silniejszych codziennym zdarzeniem życia. Naród – mówili – to po prostu organizm wyższego rzędu; jedynym kryterium jego działania winien być jego własny interes, pojęty skrajnie egoistycznie. Teoria „egoismo sacro”, która dziś jeszcze na wskroś przenika faszyzm, łączy się bezpośrednio z samymi podstawami sformułowań nacjonalizmu.

W Polsce literatura nacjonalistyczna – mimo swych odrębności, wynikłych z ówczesnego położenia Polaków, jako narodu pozbawionego państwa – także nasiąkła wyziewami pozytywizmu. I u nas uznano naród za organizm (bez żadnej przenośni), walczący o byt, podlegający chorobom, a nawet zarazom. Ten naród-organizm winien kierować się w swym postępowaniu li tylko skrajnym egoizmem, jaki obserwujemy rzekomo wszędzie w przyrodzie; Zygmunta Balickiego „Egoizm narodowy” zawierał w sobie przykazania etyczne dla polskiego nacjonalisty. Dążnością polskich pisarzy narodowych stało się stworzyć system możliwie wykończony i zwarty, możliwie w swym ujęciu „naukowy” i obiektywny. Chłodne, rozumowe traktowanie zagadnień było naturalnym przykazem, wymogiem owej naukowości, w której pławiła się cała Europa. Doktrynie socjalistycznej usiłowano położyć tamę przez zbudowanie doktryny nacjonalistycznej. Socjalistycznemu „światopoglądowi” przeciwstawiono „światopogląd” narodowy.

Taki system nacjonalizmu w Polsce, jak i gdzie indziej, pod grozą utraty swego naukowego charakteru, nie mógł się oczywiście obejść bez definicji naczelnego pojęcia, a więc bez definicji pojęcia narodu; ile na ten temat wyczyniono harców myślowych, by znaleźć potrzebne do definicji słowa, a jak przy tym niekiedy poświęcano zdrowy sens, wystarczy wspomnieć, że przez długi czas czczono, jak fetysza, definicję, mocą której naród był zbiorowością ludzką, osiadłą na pewnym określonym terytorium, posiadającą wspólny język i wspólną historię. Na gruncie tej definicji żydzi, którzy propagowali z początkiem XX w. masowy ruch asymilacyjny swej inteligencji i wchodzili w polskie życie publiczne, twierdzili – przy aplauzie polskich nacjonalistów – że odrębny naród żydowski nie istnieje, nie posiada bowiem ani wspólnego terytorium (Palestyna nie jest takim terytorium, bo mieszka w niej tylko znikoma ilość żydostwa), ani wspólnego języka (ani hebrajski, ani tym bardziej żargony nie są językiem wspólnym dla żydów), ani wreszcie wspólnej historii (boć historia żydów – to niejako historie rozmaitych narodów, wśród których żydzi żyją).

Jest to jaskrawy przykład, jak pogoń za „naukowością i wyssany z łona XIX w. doktryneryzm przesłaniał nawet nacjonalistom rzeczywistość i rozbrajał ruch narodowy w stosunku do istotnych niebezpieczeństw. Nie trzeba udowadniać długo, że oparty na pozytywizmie nacjonalizm ze swoim czysto przyrodniczym zabarwieniem i ze swym egoizmem narodowym me mógł z jednej strony stanowić skutecznej odtrutki na doktryneryzm, szczepiony przez loże, z drugiej zaś strony musiał kontynuować charakterystyczny dla XIX w. rozbrat z nauką Kościoła katolickiego, w szczególności zaś z etyką chrześcijańską. Tak więc ruch demokratycznonarodowy w Polsce, będący wyrazicielem polskiego nacjonalizmu, trwa około trzech dziesiątków lat w sosie liberalno-demokratycznym, przecież cały obóz narodowy w sejmie głosował w r. 1921 za konstytucją, wzorowaną na konstytucji trzeciej rzeczypospolitej francuskiej, tylko bardziej jeszcze „postępową” niż ona, czyli liberalnodemokratyczną.

Pierwotny projekt Związku ludowo-narodowego szedł w liberalnym demokratyzmie jeszcze o wiele dalej, niż później uchwalony w sejmie tekst ustawy. Gdy na wiosnę 1921 r. – a więc na rok przed marszem faszystów na Rzym – pierwszy w polskim obozie narodowym wystąpiłem w piśmie przeciw liberalizmowi i doktrynerstwu XIX w., idącemu z lóż i ogłosiłem w „Gazecie Warszawskiej” cykl kilkunastu artykułów pod wspólnym tytułem „Zmierzch liberalizmu”, poglądy moje nie znalazły żadnego echa. „Jak liberalizm ekonomiczny zrodził etatyzm” – pisałem tam – „tak rozwój społeczny, naoliwiony liberalizmem politycznym i społecznym, zrodził w czasie wojny mniej lub więcej realizowane dążenie do militaryzacji robotników i upaństwowienia pracy. Wolność, równość, braterstwo, wolność konkurencji urodziły przymus państwowy…”. A gdzie indziej: „Czerezwyczajki są ukłonem sowietów w stronę liberalizmu… Ten ustrój, który bolszewizm nazwał postępem, jest nim rzeczywiście w stosunku do liberalizmu, ale tylko w dziedzinie bezczelności. Jest to l liberalizm, posunięty do krańców konsekwencji. Od mechanicznej wolności, głoszonej przez liberalizm, do terroru prowadzi tylko śmiałość logicznej myśli. A tym, co nieśli sztandar liberalizmu po świecie i tym, co stworzyli bolszewizm, na suchej logiczności nie zbywa. Nie trzeba pokazywać palcem. Pokrewieństwo haseł samo naprowadza na tożsamość rasową duszy”.

Dopiero, gdy faszyzm rozgłosił swe hasła, z wolna i polski obóz narodowy począł strząsać swe liberalne upierzenie; hasła Obozu Wielkiej Polski nie zawierają już liberalnych pogłosów niemal wcale. Podobna ewolucja dokonała się w ostatnich latach i w stosunku do Kościoła katolickiego. Przedwojenny nacjonalizm polski odznaczał się zupełnym indyferentyzmem w stosunku do religii, okazując jej i jej przedstawicielom częstokroć jawną niechęć. Wiara nie godziła się z „duchem czasu” i ze „światopoglądem” przyrodniczym. „Egoizm narodowy” nie mógł żyć w zgodzie z etyką katolicką. Właściwy przewrót w tych pojęciach, odziedziczonych jeszcze po smutnej pamięci „oświeceniu” XVIII w. wywołało dopiero pokolenie, którego lata młode lub dzieciństwo przypadły na okres wojny światowej; wyniosło ono z tej zawieruchy wiarę żywą, mocniejszą niż przyrodnicze formułki. Odtąd zaczyna się zwrot.

W publikacji Romana Dmowskiego, wydanej w r. 1927 w ramach wydawnictw Obozu Wielkiej Polski pt. „Kościół, naród i państwo” widzimy już wyraźne odgrodzenie się od zasad egoizmu narodowego. Deklaracja programowa Obozu narodowo-radykalnego z kwietnia 1934 r. staje już bez zastrzeżeń przy zasadach katolickich. Tak to w obozie narodowym dokonała się w ostatnim dziesięcioleciu doniosła ewolucja. Ukoronowaniem jej stało się zupełne zerwanie z doktrynerską spuścizną XIX w., w szczególności zaś z liberalnym demokratyzmem i z niechętnym indyferentyzmem w stosunku do Kościoła katolickiego oraz do etyki katolickiej. Jest to zwrot stanowczy i trwały, bo wynikły z jednej strony z odczuć przeważającego ogółu, z drugiej zaś ze zgłębienia historii i poznania istotnych zamiarów tych, którzy te doktryny szerzyli i walkę z Kościołem na przestrzeni wieków organizowali. Z dnia na dzień młody ruch narodowy pozbawia się doktryn, które tumanami mgieł przesłaniały mu dotąd polską rzeczywistość. Za podmuchem otrzeźwiającego wiewu nagle cały świat nabrał jaśniejszych barw. Odpadła za jednym zamachem ustawiczna kłótnia doktryn z polską rzeczywistością, osnuwająca codziennie życie kłębami kurzu; rzeczy zawiłe i ledwo dostrzegalne stały się od razu czymś bardziej prostym i dobrze widocznym.

Życie narodu ma swój odrębny język, swoją własną wymowę. Język ten, zrozumiały dla kogoś, kto od pokoleń wrósł w głąb tego życia, dla obcego, dla przypadkowego obserwatora może nastręczać trudności niepokonane. W położeniu obcego znajduje się także człowiek, wprawdzie nieobcy pochodzeniem, ale taki, który nałożył sobie na oczy za zakopcone szkła jakiejś doktryny i do jej wymogów gwałtem pragnie nakręcić otaczającą go rzeczywistość. Obręcze skrzypią, pękają śruby, a on natęża ramiona. Niech się wszystko połamie, byle to, co zostanie, dało się uzgodnić z logiką jego doktryny! Od tego doktrynerskiego ducha, którym przepoił się cały wiek XIX, był młody, polski ruch narodowy odchodzi z każdym dniem dalej. Dziś wadzi mu nawet ten pozorny, zewnętrzny doktryneryzm „naukowy” , jaki wdział był na siebie dawny ruch wszechpolski. Ruch wszechpolski wyszedł bowiem ze szczerze narodowego odczucia, lecz pod sugestią XIX w. otulił je fartuszkiem międzynarodowych doktryn pozytywizmu i liberalizmu, pożyczonym z lóż. Był on polskim „nacjonalizmem”, czyli systemem o pozorach naukowych, „światopoglądem” w rozumieniu XIX w., wreszcie próbą dostosowania doktryn liberalizmu i pozytywizmu do polskich odczuć narodowych; młody polski ruch narodowy nie ugania się i nie będzie się uganiać za zwartym „naukowo” systemem, lecz pragnie jedynie zadość czynić polskim potrzebom materialnym i duchowym. Młody, polski ruch narodowy nie jest „nacjonalizmem” – to może najistotniejsza jego cecha. Tuła się jeszcze niekiedy po różnych publikacjach ta niefortunna nazwa i czas najwyższy, by znalazła się w muzeum mało szacownych pamiątek tych lat, w których Polacy żyli w oparach cudzego oddechu. Skończmy z „nacjonalizmem” tak samo, jak skończyliśmy z liberalizmem, demokratyzmem i tylu innymi idiotyzmami XIX stulecia.

Naród i państwo

Odróżnienie narodu od państwa w świadomości ludzkiej, a tym bardziej w świadomości piszących – to rzecz świeżej daty. Niewątpliwie życie pod władzą wspólnych monarchów we wspólnym państwie przyczyniło się niezmiernie do zlania różnych etnicznie ludów w jedną narodową całość i do zbudzenia w nich wspólnego poczucia narodowego. Można jednak zaryzykować twierdzenie, że świadomość różnicy między narodem a państwem narzucała się ogółowi wtedy, kiedy między rządem państwa a jego rdzenną ludnością powstawało przeciwieństwo tak wyraźne, że ludność przestawała uważać rząd za przedstawiciela interesów całości, jedynie zaś do czasu korzyła się przed jego siłą. Dlatego to u źródeł zbudzenia się samowiedzy narodowej znajdziemy zawsze przeciwstawność między narodem a państwem, reprezentowanym przez ówczesny rząd. Oczywiście poczucie narodowe, raz skrystalizowane, staje się potem już trwałym nabytkiem danej cywilizacji.

I tak obudzenie się samowiedzy narodowej we Francji należy zawdzięczać przepaści między rządami Burbonów a ogółem miejskiej ludności francuskiej, na której oparła się Wielka Rewolucja. Początki świadomości narodowej w Niemczech – to okres walki całej ludności o wolność w r. 1813 przeciw Napoleonowi I i narzuconym przezeń rządom. We Włoszech znowu irredenta, a więc walka z rządem Habsburgów i ze świeckim rządem Papieża w państwie kościelnym oraz przeciw Burbonom neapolitańskim wywołała pierwszy wybuch poczucia narodowego, który z biegiem lat doprowadził do stworzenia narodowego państwa włoskiego. Na Węgrzech ruch narodowy zbudził się na tle walki z panowaniem Habsburgów i wybuchnął w powstaniu zbrojnym w r. 1848.

W Polsce utrata historycznego państwa wykrzesała bolesne odróżnienie między narodem a państwem; znalazło ono natchnione ujęcie w pismach Mickiewicza, a swój polityczny wyraz w trójzaborowej łączności Polaków przez dziesiątki lat. Zawsze wiec walka z rządem, władającym w danym terytorium etnicznym, nieciła poczucie narodowe, której później trwało już, choćby rząd został uzgodniony z narodem. Natomiast wytwarzanie poczucia narodowego przez świadomą akcję państwową nie daje dostrzegalnych wyników, mimo wszelkich starań nie powstał naród austriacki, nie ma jednolitego narodu szwajcarskiego ani amerykańskiego, a nawet narodu belgijskiego. Państwo nie stworzy sztucznie narodu, naród zaś może żyć bez własnego państwa, jak to sami wiemy najlepiej. W drugiej połowie XVIII w. jednym z haseł, propagowanych przez loże wolnomularskie wśród szlachty polskiej, było pouczenie, że forma rządu powinna być dla masona rzeczą obojętną. W owym czasie hasło takie musiało mieć za skutek godzenie się „braci” i „oświeconej” części szlachty z dokonywującym się procesem rozbiorów Polski. Obojętność wobec formy rządu, obowiązująca „brata” i każdego Polaka, pragnącego uchodzić za „oświeconego” (a któżby wówczas nie pragnął?), prowadziła oczywiście do uległości wobec rządów rosyjskiego, pruskiego i austriackiego.

Po utracie niepodległości hasło pogodzenia się z istniejącym stanem rzeczy mogli głosić ci tylko, którzy stracili wiarę w Polskę doszczętnie albo zaprzańcy. Natomiast tajne organizacje międzynarodowe, jak wolnomularstwo, węglarstwo, a później międzynarodówka socjalistyczna, pragnąc dotrzeć do rdzennie polskiej ludności, musiały się przeciwstawić rządom państw rozbiorczych. Od powstania odbudowanego państwa polskiego głoszenie hasła, jakoby forma rządu miała być dla Polaka rzeczą obojętną, nie mogło również liczyć na powodzenie w narodzie, który po tylu dziesiątkach lat niewoli odzyskał wreszcie niepodległość państwową. Natomiast w kołach polskich, pozostających świadomie czy nieświadomie pod wpływem doktryn tajnych międzynarodówek, poczęto propagować nową teorię: rzekomo w okresie niewoli w ustawicznej walce z rządami zaborczymi mieliśmy zatracić do cna poczucie państwowe, wskutek czego staliśmy się społeczeństwem zanarchizowanym i nie umiejącym żyć we własnym państwie. Traktujemy rzekomo własny rząd tak, jak dawniej traktowaliśmy rządy zaborcze.

Z początku ta „ideologia państwowa” nie przeciwstawiała się zasadzie państwa narodowego, lecz miała być raczej jej uzupełnieniem; dopiero po przewrocie 1926 r. pewne koła stanęły otwarcie pod sztandarem tej teorii, aby nią zastąpić ideę państwa narodowego. Głoszenie takiej teorii przez czynniki w Polsce wpływowe zachęciło nawet żydów, tych twórców antypolskiego bloku mniejszości narodowych, do tego, by od razu uznali się za najlepszych polskich „państwowców”. Zastąpienie polskiej samowiedzy narodowej jakąś sztuczną „ideologią państwową”, szczepioną z urzędu, zamiast być odtrutką na istotnie częsty w Polsce brak poszanowania władzy, staje się czymś podobnym do wolnomularskiego hasła obojętności wobec formy rządu, głoszonego w okresie rozbiorów; podobieństwo to rośnie, gdy się uwzględni oficjalną tendencję do odsuwania opinii publicznej od wpływu na rządy, a co za tym idzie, od interesowania się sprawami publicznymi, a więc i formą rządów.

Czyż sposób, w jaki wprowadza się nową konstytucję i obojętność wzorowa, z jaką patrzy się na to naród, nie daje do myślenia? Dzisiejsza „ideologia państwowa” – to znowu doktryna, oderwana od życia i od polskiej rzeczywistości. Nasze dążenia przedwojenne, te tak zwane w kiepskiej gwarze „dążenia niepodległościowe”, miały jasną treść: pragnęliśmy, by naród polski przestał znosić jarzmo obcych rządów, by stał się sam twórcą swego ustroju, mocodawcą własnego rządu, kowalem swego losu. Natomiast nie było pragnieniem naszym powstanie państwa, polskiego tylko z nazwy, tak samo, jak nie mogło nas zadowolić w r. 1815 Królestwo Polskie pod berłem cara. Narodowi dla pełni życia, dla nieskrępowanego istnienia trzeba własnej organizacji państwowej; to chyba – po przeżyciu lat niewoli – jest dla nas rzeczą bezsporną. Państwo, mające zadośćuczynić potrzebom narodu, musi być więc naprawdę jego własnym państwem, a więc – nie trzeba się tego wstydzić – państwem narodowym. Próby tworzenia z całej ludności, zamieszkującej państwo polskie, jakiegoś nowego narodu, są czystą utopią, zwłaszcza skoro zważymy, że naród polski jest już od dawna cywilizacyjnie, historycznie i politycznie gotowy i skrystalizowany.

Dla narodu państwo nie jest nadbudową, lecz niejako narzędziem, bez którego niemal me może się obejść, firmą, pod którą występuje w stosunkach z innymi narodami, a zarazem twierdzą, która go zabezpiecza prze wrogami. Jak rodzina najbezpieczniej czuje się we własnym domu, a naród ma poczucie bezpieczeństwa we własnym państwie; ale we własnym – powtarzam z naciskiem. Ubóstwienie państwa, nawet państwa narodowego, trąci fetyszyzmem Jest to przejaw zaczerpniętego z materialistycznych doktryn XIXw. przeświadczenia o wartości czysto mechanicznych sposobów regulowania życia i zdradza zabobonną wiarę w skuteczność papierowych zarządzeń oraz w celowość, a nawet w wychowawcze oddziaływanie systematycznych aktów państwowej przemocy. To, co dzisiaj obserwujemy w Niemczech i we Włoszech, budzi poważne obawy o przyszłość cywilizacji europejskiej; jest to odwrócenie pojęć, wskutek czego to, co jest tylko narzędziem, ustraja się w godność celu. Wygląda to tak, jakby rycerz krzyżowy – zamiast myśleć o celu wzniosłym, który kazał mu rzucić rodowy zamek i pognać w dalekie kraje – wielbił tylko swój miecz i dla martwej stali czynił ofiarę ze swych wygód i nawet ze swego życia. Przypomina się Roch Kowalski z Sienkiewiczowskiego „Potopu”, który woła, głaszcząc swą szablę: „Ja jestem Roch Kowalski, a to pani Kowalska”.

Państwo i władza państwowa muszą budzić poszanowanie, ale tylko, jako organy narodu. Państwo bez tytułu moralnego i rząd bez tytułu moralnego – to tylko przemoc fizyczna. Dostojność władzy w narodzie i w narodowym państwie – to dziś podstawa wszelkiego ustroju społecznego w społeczeństwach o cywilizacji chrześcijańskiej i rzymskiej; to instytucja podobna do tej, jaką stanowi dostojeństwo władzy. ojcowskiej w rodzinie i w rodzinnym domu. Wiele dziś mruczy się w Polsce na temat smutnego spadku, jaki otrzymaliśmy po Austrii. Narzekania te nie zawsze są sprawiedliwe i słuszne, ale najbardziej podejrzanej części spadku zdaje się ogół nie dostrzegać. Jest nim niewątpliwie właśnie „ideologia państwowa”, wyrażająca się ongiś w Austrii w chęci podporządkowania różnych narodów, a nawet ich części, sztucznie oddartych od reszty, jakiemuś bóstwu, którym miała być Habsburska monarchia. Żyją jeszcze dzisiaj Polacy, którzy pamiętają dobrze słynną odezwę cesarza Franciszka Józefa do „wiernych ludów” z lipca 1914 r., wzywającą je do złożenia ofiary krwi na rzecz „Domu Cesarskiego” i wspólnej ojczyzny. Nie spotkałem wówczas Polaka, bez względu na jego „orientację”, który by nie widział w tej odezwie szczytu cynizmu politycznego, który by jej treści i towarzyszącej jej przymusowej mobilizacji nie odczuł, jako brutalnej zniewagi i naigrywania się z prawdziwych uczuć tych narodów. Nie inaczej przyjął ją Czech, Serb, Słoweniec, Rumun, Włoch czy Rusin. Toteż wierność dla monarchii trwała poty, póki strzegła jej skutecznie policja, żandarmeria i sądy połowę. Na wieść o klęsce Austro-Węgry rozsypały się niemal w ciągu jednego dnia. Albowiem cały ten twór państwowy był w XX w. przeżytkiem, urągającym poczuciu narodowemu wszystkich narodów, wchodzących w jego skład. Nawet Niemcy austriaccy i Węgrzy przejawili w monarchii austriacko-węgierskiej tendencje odśrodkowe, jakby dziś powiedziano, tendencje antypaństwowe. Nawet oni, złączeni odwieczną unią i wiekami historii, rozerwali swój związek z tym państwem przy pierwszej nadarzonej sposobności.

Do takich wyników wiedzie dzisiaj doktryna o beznarodowym państwie, o państwie bez gospodarza. Gdy ona zapanuje bezwzględnie, wówczas wszyscy uważają się za przymusowych gości i zdradzają skłonność do wyprowadzki. Czy po tak niedawnym doświadczeniu dziejowym naśladownictwo wzorów monarchii Habsburskiej może w jakimkolwiek sensie odpowiadać polskim pragnieniom? Czy państwo, które wypiera się oficjalnie związku z narodem polskim, jest w opinii ogółu tym samym państwem, którego powstanie okupiliśmy krwią naszych bliskich i własną i ofiarami, składanymi od pokoleń? To jakieś opętane doktryny szydzą z naszych bolesnych doświadczeń, ze wspomnień tak niedawnej przeszłości i nasuwają widmo chwili, w której trzeba będzie w imię czegoś świętego odwołać się do ofiarności całego polskiego narodu. Czy pragnie ktokolwiek z nas, by wezwanie to – po przeprowadzeniu ustroju państwa beznarodowego w całej rozciągłości – zostało odczute podobnie, jak proklamacja cesarska z lipca 1914 r.? A przecież – przypominam – nawet Niemcy austriaccy i Węgrzy przejawili tendencje odśrodkowe wówczas, gdy w narodowej Rzeszy niemieckiej zaraz w pierwszych dniach zgłosiły się dziesiątki tysięcy ochotników do służby wojskowej, nie 17 licząc setek tysięcy zmobilizowanych, a wodzowie pacyfistycznej międzynarodówki socjalistycznej spalili manifestacyjnie swe czerwone sztandary pod pomnikiem Bismarcka.

Rządy demokratyczne

Po kilkunastoletnim trwaniu odbudowanego państwa polskiego mamy już za sobą całe bogactwo przeżyć; mieliśmy wojnę i pokój, mieliśmy inflację i deflację, rozkwit gospodarczy i kryzys, żydowski blok mniejszości i współpracę żydowskich posłów z rządowym klubem w parlamencie, rządy demokratyczno-parlamentarne i rządy „autorytatywne”. Zwłaszcza ta ostatnia antyteza bywa obecnie chętnie podkreślana, przy czym przedstawiciele niektórych kół młodego pokolenia usiłują w niej dopatrzeć się istoty przemian zachodzących w świecie i w Polsce.

Demokratyzm był przed wojną czymś wszechwładnym w modzie politycznej; przyzwoity, „oświecony”, „postępowy” człowiek powinien był być demokratą. Wolno mu było do tego dodawać sobie przymiotnik, odróżniający go od ogółu demokratów tak, jak rodziny tego samego nazwiska odróżniają się przydomkiem lub herbem: mógł więc być postępowym demokratą, socjalnym demokratą, radykalnym demokratą, a nawet… narodowym demokratą czy chrześcijańskim demokratą, byle nie zapominał o wspólnym pniu.

Zdawałoby się, że demokracja – u nas przynajmniej – przestała być dziś już aktualna, że należy do przeszłości. Takie zapatrywanie byłoby błędem. Demokracja ciągle jeszcze żyje wśród nas. Działają jeszcze dawne stronnictwa demokratyczne, a w obozie rządowym nie zamarły dotąd pogłosy demokratycznej przeszłości. Najintensywniej atoli żyje demokracja wśród nas, jako uzasadnienie swojej rzekomej antytezy, jako uzasadnienie potrzeby rządów autorytatywnych. Każę nam się wierzyć, że te dwa systemy – to „dwa na krańcach swych przeciwne bogi”. Czyżby tak było w rzeczywistości?

 Demokracja to – jak wiadomo – grecka nazwa dla ustroju, w którym lud rządzi się sam, czyli jest zwierzchnikiem państwa. Forma ta, istniejąca w maleńkich państewkach greckich, gdzie cały niemal lud zbierał się na targowisku, by decydować o sprawach publicznych, przypominająca raczej dzisiejszy samorząd gminny, nie może być uznana za matkę demokracji nowoczesnej; demokracja nowoczesna to podrzutek, którego rodziców należy szukać w lożach wolnomularskich XVIII w.

Toteż rozpatrując istotę nowoczesnej demokracji, od razu przekreślimy ten jej sfałszowany, grecki rodowód. Przyjmijmy, że szlachectwo tej doktryny, która całej niemal Europie w XIX w. narzuciła formę rządów, jest wątpliwe i bardzo świeżej daty, zaś do ojcostwa przyznaje się cała zbiorowość lóż; demokracja nowoczesna to jakby córka pułku. Do chrztu trzymały ją wolność, równość i braterstwo.

 Doktryny te – to fundamenty logiczne demokracji. Ludzie mają przyrodzone prawo do wolności osobistej; z natury między sobą są równi; w pierwotności swojej są dobrzy, mają „naturalną” etykę. Niestety, psuje ich cywilizacja, a szczególnie „stan społeczny”, w którym żyć muszą z konieczności. Trzeba więc dać im w tym „stanie społecznym” taki ustrój władzy państwowej, który by jak najmniej psuł ich naturalną dobroć. Ten z natury dobry człowiek pierwotny ma przyrodzone prawo do nieograniczonej wolności osobistej; tymczasem warunki ziemskiego pożycia sprawiają, że musi żyć w „stanie społecznym”, czyli pod jakąś władzą. Jak to uzasadnić?

Czy każda władza jest bezprawiem i gwałtem, zadanym jednostkom ludzkim? Umysły, szkolone w lożach, każdą dziurę logiczną w głoszonej doktrynie umiały zawsze zacerować nicią jakiejś nowej doktryny. Od nadmiaru doktryn głowa nie boli. I tutaj więc znalazł się krawiec w osobie Rousseau’a, który sporządził swą „fikcję kontraktu społecznego”. To prawda – głosił on – że jednostka ma nieograniczone prawo do wolności, władza jednak istnieć musi, a więc jednostka w „stanie społecznym musi poddać się pewnym ograniczeniom swej wolności. Jak tu wybrnąć? Ano, przyjmijmy fikcję, jakoby wszystkie jednostki ludzkie kiedyś w prawiekach zawarły między sobą dobrowolną umowę, mocą której zezwoliły na ograniczenie swej, wolności na rzecz zbiorowości. Tę rzekomą umowę nazwał Rousseau „kontraktem społecznym”. Z przyjęcia a lekcji płynęły ważne konsekwencje logiczne: oto wobec tego, ze ograniczenia wolności jednostki mają swe uzasadnienie li tylko w owej dobrowolnej umowie w owym kontrakcie społecznym, wynikłym z uznania konieczności jakiejś organizacji stanu społecznego, a więc i władzy, przeto stosunek jednostki do państwa mieści się w kategorii stosunków prywatnoprawnych, zwykłych stosunków umownych. Wskutek tego ograniczenia wolności jednostki na rzecz władzy państwowej reguluje treść tej prywatnoprawnej umowy, a więc mogą one iść tylko tak daleko, jak dalece na nie te, kochające się w wolności, jednostki przyzwoliły; a na pewno nie przyzwoliły na ograniczenia większe, lecz tylko na takie, które były niezbędne dla pożycia w „stanie społecznym”. Wynika z tej doktryny dogmat demokracji: ograniczyć wolność jednostki wolno jedynie wtedy, gdy to jest absolutnie niezbędne, a jedynie cały „lud” swą zgodą może uprawnić władzę państwową do stosowania tych ograniczeń.

 Oparty na demokracji system rządów był systemem trwałego kłamstwa i oszustwa. Już podstawowe prawo, jakie ogłaszały ustroje demokratyczne, jakoby zwierzchnikiem państwa był „lud”, jakoby rządy „z woli ludu” sprawowali jego wybrańcy, nie miało z rzetelną rzeczywistością nic wspólnego. Na tym kłamstwie oparł się system rządów parlamentarnych, nieuchronnie związany z nowoczesną demokracją.  Prawa jednostki ograniczać, a więc rządzić, można tylko za przyzwoleniem ogółu, czyli „z woli ludu”. Jak jednak tę „wolę ludu” wybadać? Najdokładniej chyba przez zapytanie wszystkich. Ale to byłby niemożliwy kłopot, co chwila kazać ludziom głosować; na dobrą sprawę – zgodnie z doktrynami demokracji – każdy wypadek ograniczenia wolności jednostki powinien by być rozstrzygnięty przez osobne głosowanie. Toteż – dla uproszczenia procedury – niech ten wolny „lud” raz na jakiś czas wybierze swych wybrańców, swych pełnomocników, „posłów”, a ci z jego polecenia będą wyrażać jego wolę. Tak zaadoptowała demokracja instytucję wyborów przedstawicieli przez ludność, znaną już w zupełnie innym charakterze w średniowieczu i w ten sposób wolnomularska mamka wykarmiła parlamentaryzm.

 Parlament w ustroju demokratycznym – to namiastka „ludu”, stąd dostojeństwo tego ciała i pojedynczych jego członków. Dlatego to posłowie, namaszczeni zawartością urny wyborczej, czyli zmaterializowanym zaufaniem „ludu” muszą być „nietykalni” i „niezależni od rządu, czyli pobierać diety poselskie; muszą posiadać gratisowe bilety pierwszej klasy na wszystkie pociągi, żeby jak najswobodniej, mogli się stykać z „ludem”, imieniem którego występują. A jednak, mimo to wszystko, może się łatwo zdarzyć, że wybrani kiedyś posłowie w krótki czas później nie reprezentują już „woli ludu”, bo zmieniły się nastroje wyborców, a to jest tylko jedno lekarstwo: jak najczęstsze wybory. Ten postulat, logiczny zresztą, broniony bywał zawsze przez najbardziej konsekwentnych demokratów, przez socjalnych demokratów, czyli przez międzynarodówkę socjalistyczną.

 Kto ma głosować przy wyborach? I w jaki sposób to głosowanie ma się odbywać? Są to dla demokracji pytania równie doniosłe, jak dla dworu samowładcy-króla pytanie, jaki ma być ceremoniał przy narodzinach następcy tronu. Ponieważ Wielka Rewolucja francuska obaliła tron Burbonów w oparciu o burżuazję, czyli mieszczaństwo, przeto złamano wyłączność szlachty do zajmowania się sprawami publicznymi i prawa polityczni rozciągnięto w ten sposób, by objęły także stan trzeci. Natomiast proletariat miejski i wiejski przez długi czas panowania doktryn demokratycznych pozbawiony był prawa głosu politycznego, a co najwyżej dopuszczany do wyborów pośrednich, gdzie dopiero jego wybrańcy mieli wybierać posłów. Międzynarodówka socjalistyczna włożyła we wszystkich krajach cały ogrom wysiłków, by proletariatowi zdobyć to niebiańskie szczęście, jakim było dopuszczenie go do rozkoszy demokratycznego ustroju, do głosowania. Lat szeregi wojowali socjalni demokraci postulatem wyborów czteroprzymiotnikowych, a później nawet sześcioprzymiotnikowych, twierdząc, że jest to istotne żądanie prawdziwej demokracji. Dlaczego?

Wybory powinny być powszechne, równe, bezpośrednie, tajne, a potem jeszcze bez różnicy płci i proporcjonalne. Wybory – jak wiemy – miały uprawnić posłów do wyrażania „woli ludu”. Kto należy do „ludu”. Oczywiście każdy. Czy i każdy, kto się do danego państwa przybłąkał, choćby zaraz miał zamiar się wynosić? W zasadzie tak. Ideałem demokracji jest w zasadzie zniesienie granic państwowych, jakieś Stany Zjednoczone świata, a w najgorszym już wypadku państwo tak gościnne, że każdego obcego przybysza, jak w domu zajezdnym, uważa za współgospodarza. Niestety, organizacja państwa wzdraga się przed całkowitym jej oparciem na elemencie koczowniczym; musiała więc demokracja znowu pójść na kompromis między doktryną a wymogami rzeczywistości i stworzyć pojęcie „obywatela”, który ma się bez wszystkiego obywać, lecz właśnie człowiek, któremu w danym państwie przysługują prawa polityczne. Od czego to zależy, czy ktoś jest „obywatelem”? Od przynależności do narodu, który kiedyś w ciągu dziejów stworzył dane państwo? Oczywiście takie postawienie sprawy grzeszyłoby przeciw zasadom demokracji, bo przecież obcy są także ludźmi, mającymi przyrodzone prawo do wolności osobistej, a ograniczenie ich wolności może się dokonać tylko za ich przyzwoleniem. Jakże zaś mają dać to przyzwolenie. Oczywiście tak samo, jak wszyscy inni mieszkańcy, w głosowaniu; muszą więc być „obywatelami”.

 W ustroju demokratycznym krew, pochodzenie, nie może uzasadniać praw obywatelskich. Nie wszyscy jednak mogą być wszędzie „obywatelami”, choćby ze względu na połączony z tym normalnie przykry obowiązek służby wojskowej; trzeba więc było – wbrew doktrynie – to prawo „obywatelstwa” ograniczyć przez postawienie jakichś wymogów natury formalnej, od których spełnienia zależy jego posiadanie. Wśród tych wymogów pochodzenie zostało wprawdzie uwzględnione, ale na równi z innymi wymogami natury formalnej. A więc o „obywatelstwie” rozstrzyga: pochodzenie od ojca, który jest „obywatelem” danego państwa; adopcja przez obywatela; wyjście za mąż za „obywatela”; długoletnie zamieszkanie w państwie; na koniec tak rozpowszechnione nadanie „obywatelstwa” przez władzę administracyjną. Tak więc – pod wpływem doktryn demokracji – o „obywatelstwie” jednostki, czyli o trwałym związku jej i jej potomków z losami państwa decyduje spełnienie któregoś z tych wymogów czysto formalnej natury, a w tysiącach wypadków rozstrzyga o tym po prostu widzimisię urzędnika administracyjnego, jeżeli już nie jakaś wysoka protekcja czy łapówka albo niekiedy chwilowa taktyka polityczna rządu. Tacy to „obywatele” rozstrzygać mają swym głosowaniem o losach państwa i o rządzie w państwie. Tak drogo zapłaciła demokracja tysiącom, a czasem milionom obcych za ograniczenie ich „przyrodzonego prawa do wolności osobistej”. A teraz trzeba jeszcze, by nikogo z nich przy głosowaniu nie pominięto i by mogli głosować swobodnie.

 Tutaj możemy powrócić do sławnych przymiotników.  Głosowanie musi być powszechne! To chyba nie budzi wątpliwości. Skoro każdy musi przyzwolić na ograniczenie jego wolności osobistej to oczywiście każdy musi głosować. Wybory muszą być równe! I to proste. Jakaż racja pozwalałaby jednemu „obywatelowi” oddawać jeden głos, gdy drugi oddawałby dwa, trzy albo nawet cztery? Czyż wolność jednego „obywatela miałaby być więcej warta niż wolność drugiego? A gdzież „wolność, równość, braterstwo”? Wybory muszą być bezpośrednie! Zgoda na ograniczenie wolności osobistej – to za poważny, za uroczysty akt, by się można było przy nim wyręczać jakimiś zastępcami czy pełnomocnikami. Głosowanie musi być tajne! Zgoda „obywatela” na ograniczenie jego wolności osobistej, usymbolizowana w akcie głosowania, jest już z jego strony wyrzeczeniem poważnym, bolesną ofiarą, złożoną na ołtarzu „stanu społecznego”; czyż można odeń równocześnie wymagać drugiej ofiary, czyż można wymagać, by dzięki jawnemu głosowaniu narażał swoje interesy na szwank, by składał dowód cywilnej odwagi? Przecież cywilnej odwagi, ani w ogóle odwagi nie wymagają od „obywatela” żadne zasady demokracji. Głosowanie musi być bez różnicy płci! Czyż kobieta nie jest człowiekiem? Czyż nie ma prawa na wyrażenie zgody na ograniczenie jej przyrodzonej wolności osobistej? Głosowanie musi być proporcjonalne! A to po co? Jak zwykle w wypadkach, kiedy trudno zgadnąć, chodzi tutaj o… ochronę mniejszości. Przy każdym głosowaniu jakaś większość rozstrzyga o wyborze, pozostaje zaś na lodzie jakaś niepocieszona mniejszość. Czy to nie grzech przeciw zasadom demokracji? Tamci, szczęśliwi, mają swego wybrańca, który za nich decydować będzie o losach państwa i rządach, a oni mieliby się zgodzić na ograniczenie ich wolności bez żadnej rękojmi? Trzeba więc i im zapewnić przedstawicielstwo w parlamencie, a da się to przeprowadzić skutecznie tylko przy istnieniu okręgów wielomandatowych i przy głosowaniu proporcjonalnym. I tak zostanie jeszcze wprawdzie pewna liczba drobnych mniejszości bez przedstawicielstwa w parlamencie, ale na takie ustępstwa wobec rzeczywistości doktryna demokratyczna  musi godzić się nieraz i nabrała już potrzebnej po temu wprawy, że przypomnę choćby „kontrakt społeczny” Rousseau‘a lub kompromisowe rozstrzygnięcie sprawy, kto jest „obywatelem” państwa.

O jednej kategorii ludzi, których wolność nieraz mocno ogranicza państwo, a którym nigdy nie dała sposobności do wypowiedzenia ich woli zapomina demokracja  stale: o małoletnich i dzieciach. Wprawdzie trzeba jej przyznać, że – jakby odczuwała tę ustawiczną krzywdę wyrządzaną tylu jednostkom ludzkim, pozbawionym wolności bez pytania – stara się wiek, uprawniający do głosowania, jak najbardziej obniżyć, ale czy to otrze łzy oseskom?

 Na tak wybranym parlamencie, pochodzącym prosto „z woli ludu”, opierają się rządy demokratyczne. Jak parlament jest poniekąd dzieckiem „woli ludu” tak znowu rząd jest dzieckiem „woli parlamentu”; rząd jest więc niejako wnukiem „woli ludu” i reprezentuje dziadka tylko dzięki ojcu. Tak wygląda demokratyczna hierarchia rodzinna. Każde warknięcie ojca, każde „votum nieufności” parlamentu pozbawia rząd w ustroju demokratycznym tytułu prawnego do reprezentowania dziadka, czyli „woli ludu”, a więc – mówiąc po prostu – przepędza rząd. Jak wychodził „lud” na tej swojej „wolności” i „równości” i na tym swoim „zwierzchnictwie” w państwie? Demokratyczne pojęcie „obywatelstwa” otwarło drogę do wpływu na rząd wszelkiego rodzaju obcym przybłędom, którzy los państwa, a tym bardziej zamieszkującej je, rdzennej ludności, gotowi byli zawsze poświęcić dla jakiegoś doraźnego zysku, dla jakiejś ordynarnej korzyści materialnej; tego typu ludziom nietrudno było wkraść się w zaufanie głosujących lub też kupić to zaufanie i w ten sposób zapewnić sobie lepszy dostęp do państwowego żłobu. Na tle niespodzianek głosowania, intryg zakulisowych w parlamentach, a nawet przez proste kupowanie posłów i całych stronnictw uzyskiwał na rząd i państwo ogromny wpływ potężny kapitał międzynarodowy. Wybory w konkurencji kandydatów i stronnictw stały się rzeczą kosztowną, a zwycięstwo dostępne tylko dla bogatych kandydatów i dla zasobnych stronnictw. W ten sposób rósł w siły nowoczesny kapitalizm, jako nieuchronne następstwo rządów demokratycznych. Ustrój demokratyczny i nowoczesny kapitał międzynarodowy, wysysający najszersze masy ludności rdzennej, to dwaj nieodstępni towarzysze.

Ustrój demokratyczny od początku do końca opiera się na kłamstwie i oszustwie. Kłamstwem jest, jakoby człowiek miał jakieś przyrodzone prawo do wolności osobistej; fikcją, czyli świadomym kłamstwem jest „kontrakt społeczny” Rousseau‘a; kłamstwem jest, jakoby wybory, razem z ich wszystkimi przymiotnikami, dawały naprawdę wyraz woli ludu, kłamstwem jest, jakoby rząd demokratyczny reprezentował wolę parlamentu, a tym bardziej wolę ludu. O tym wszystkim wiedzą doskonalą wszyscy kierownicy i działacze stronnictw demokratycznych, głoszenie przez nich tych haseł – to już po prostu oszustwo, a w najlepszym wypadku oszukiwanie samego siebie.

 Demokracja i jej parlamentaryzm powołały do życia jeszcze jedną plagę życia publicznego: nowoczesne stronnictwa polityczne. Chęć wywierania jak największego wpływu na rządy, a także kosztowność wyborów stały się najmocniejszym cementem ich spójności. Trzydziestu posłów solidarnie zorganizowanych znaczy dla każdego rządu demokratycznego więcej niż stu niezorganizowanych, którzy mogą głosować przeciw sobie i swoje głosy wzajemnie znosić; stąd zachęta dla posłów, by tworzyli zwarte stronnictwa, w których obowiązuje solidarność i karność partyjna. W rezultacie dyktatorami stronnictw stają się ich przywódcy, a kilku takich przywódców większych stronnictw dyktuje swą wolę parlamentowi i rządowi. Dyktaturę tę wykonywują oni bez żadnej odpowiedzialności, bo za nich formalnie odpowiada rząd, zaś rachunki płaci „lud”.

Ustrój demokratyczny to dyktatura ludzi nieodpowiedzialnych. Skąd wziął się w chrześcijańskiej Europie ustrój tak kłamliwy i oszukańczy, tak przeczący na każdym kroku prawom Boskim i zdrowemu rozsądkowi ludzkiemu, tak po prostu potworny? Wiadomo już dzisiaj dobrze, że narodziny swoje i późniejszy swój rozwój zawdzięcza demokracja wyłącznie lożom masońskim i ich właściwym kierownikom, ich „Nieznanym Przełożonym”. Kto to są ci nieznani dyktatorzy państw demokratycznych? Odpowiedź daje nam historia i badacze masonerii. Kto z ustrojów demokratycznych skorzystał naprawdę? Kto uzyskał dzięki uznaniu przyrodzonego prawa do wolności, do równości, prawo handlowania gdzie bądź, prawo dostępu do wszystkich szkół w charakterze ucznia czy nauczyciela, prawo wyborcze czynne i bierne do parlamentów, co więcej prawo zajmowania wszystkich stanowisk urzędowych w każdym państwie i posterunków zaufania publicznego, a nawet prawo uczestnictwa w rządach? To żydzi doktrynom demokracji i towarzyszącym jej z konieczności wpływom kapitału zawdzięczają całą swoją pozycję w świecie. W ustroju demokratycznym mamy do wyboru dwie alternatywy: albo anarchię zupełną, albo pod firmą „ludu” zakulisowe rządy tajnych organizacji międzypartyjnych i – najłatwiej – międzynarodowych. W braku ich wszystko musi się rozlecieć. Rozwydrzone partyjniactwo demokratycznego ustroju uniemożliwiłoby bowiem stworzenie jakiegokolwiek, dłużej trwającego, rządu i rozdarłoby państwo na strzępy. Koniecznością staje się wiec ów tajny cement, spajający przywódców poszczególnych stronnictw w jakieś zwarte koła, których istnienie pozostaje tajemnicą nie tylko dla „ludu”, ale nawet dla ogółu działaczy partyjnych. Pęknięcia i zatargi w tych tajnych kołach powodują niesamowite pęknięcia i przegrupowania na powierzchni jawnego życia politycznego, a „lud biedzi się potem nad odcyfrowaniem ich znaczenia i powodów.

Tadeusz Gluziński

**********

Tadeusz Gluziński (1888–1940) był działaczem politycznym, publicystą i ideologiem. Urodził się w Krakowie, ukończył studia filozoficzne i prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Działał w Związku Młodzieży Polskiej „Zet”, Związku Ludowo-Narodowym i Stronnictwie Narodowym. Był jednym z czołowych ideologów Obozu Narodowo-Radykalnego i współtwórcą Grupy „Szańca” podczas II wojny światowej. Pisał pod pseudonimem „Henryk Rolicki” i był autorem licznych publikacji o tematyce narodowej. Po wybuchu wojny udał się na Węgry, gdzie zmarł wskutek choroby.