15 kwietnia 2024
Historia i idea Okres międzywojenny i okupacja

Tadeusz Gluziński: Odrodzenie realizmu politycznego – cz.II

Rządy demokratyczne

Po kilkunastoletnim trwaniu odbudowanego państwa polskiego mamy już za sobą całe bogactwo przeżyć; mieliśmy wojnę i pokój, mieliśmy inflację i deflację, rozkwit gospodarczy i kryzys, żydowski blok mniejszości i współpracę żydowskich posłów z rządowym klubem w parlamencie, rządy demokratyczno-parlamentarne i rządy „autorytatywne”. Zwłaszcza ta ostatnia antyteza bywa obecnie chętnie podkreślana, przy czym przedstawiciele niektórych kół młodego pokolenia usiłują w niej dopatrzeć się istoty przemian zachodzących w świecie i w Polsce.

Demokratyzm był przed wojną czymś wszechwładnym w modzie politycznej; przyzwoity, „oświecony”, „postępowy” człowiek powinien był być demokratą. Wolno mu było do tego dodawać sobie przymiotnik, odróżniający go od ogółu demokratów tak, jak rodziny tego samego nazwiska odróżniają się przydomkiem lub herbem: mógł więc być postępowym demokratą, socjalnym demokratą, radykalnym demokratą, a nawet… narodowym demokratą czy chrześcijańskim demokratą, byle nie zapominał o wspólnym pniu.

Zdawałoby się, że demokracja – u nas przynajmniej – przestała być dziś już aktualna, że należy do przeszłości. Takie zapatrywanie byłoby błędem. Demokracja ciągle jeszcze żyje wśród nas. Działają jeszcze dawne stronnictwa demokratyczne, a w obozie rządowym nie zamarły dotąd pogłosy demokratycznej przeszłości. Najintensywniej atoli żyje demokracja wśród nas, jako uzasadnienie swojej rzekomej antytezy, jako uzasadnienie potrzeby rządów autorytatywnych. Każę nam się wierzyć, że te dwa systemy – to „dwa na krańcach swych przeciwne bogi”. Czyżby tak było w rzeczywistości?

 Demokracja to – jak wiadomo – grecka nazwa dla ustroju, w którym lud rządzi się sam, czyli jest zwierzchnikiem państwa. Forma ta, istniejąca w maleńkich państewkach greckich, gdzie cały niemal lud zbierał się na targowisku, by decydować o sprawach publicznych, przypominająca raczej dzisiejszy samorząd gminny, nie może być uznana za matkę demokracji nowoczesnej; demokracja nowoczesna to podrzutek, którego rodziców należy szukać w lożach wolnomularskich XVIII w.

Toteż rozpatrując istotę nowoczesnej demokracji, od razu przekreślimy ten jej sfałszowany, grecki rodowód. Przyjmijmy, że szlachectwo tej doktryny, która całej niemal Europie w XIX w. narzuciła formę rządów, jest wątpliwe i bardzo świeżej daty, zaś do ojcostwa przyznaje się cała zbiorowość lóż; demokracja nowoczesna to jakby córka pułku. Do chrztu trzymały ją wolność, równość i braterstwo.

 Doktryny te – to fundamenty logiczne demokracji. Ludzie mają przyrodzone prawo do wolności osobistej; z natury między sobą są równi; w pierwotności swojej są dobrzy, mają „naturalną” etykę. Niestety, psuje ich cywilizacja, a szczególnie „stan społeczny”, w którym żyć muszą z konieczności. Trzeba więc dać im w tym „stanie społecznym” taki ustrój władzy państwowej, który by jak najmniej psuł ich naturalną dobroć. Ten z natury dobry człowiek pierwotny ma przyrodzone prawo do nieograniczonej wolności osobistej; tymczasem warunki ziemskiego pożycia sprawiają, że musi żyć w „stanie społecznym”, czyli pod jakąś władzą. Jak to uzasadnić?

Czy każda władza jest bezprawiem i gwałtem, zadanym jednostkom ludzkim? Umysły, szkolone w lożach, każdą dziurę logiczną w głoszonej doktrynie umiały zawsze zacerować nicią jakiejś nowej doktryny. Od nadmiaru doktryn głowa nie boli. I tutaj więc znalazł się krawiec w osobie Rousseau’a, który sporządził swą „fikcję kontraktu społecznego”. To prawda – głosił on – że jednostka ma nieograniczone prawo do wolności, władza jednak istnieć musi, a więc jednostka w „stanie społecznym musi poddać się pewnym ograniczeniom swej wolności. Jak tu wybrnąć? Ano, przyjmijmy fikcję, jakoby wszystkie jednostki ludzkie kiedyś w prawiekach zawarły między sobą dobrowolną umowę, mocą której zezwoliły na ograniczenie swej, wolności na rzecz zbiorowości. Tę rzekomą umowę nazwał Rousseau „kontraktem społecznym”. Z przyjęcia a lekcji płynęły ważne konsekwencje logiczne: oto wobec tego, ze ograniczenia wolności jednostki mają swe uzasadnienie li tylko w owej dobrowolnej umowie w owym kontrakcie społecznym, wynikłym z uznania konieczności jakiejś organizacji stanu społecznego, a więc i władzy, przeto stosunek jednostki do państwa mieści się w kategorii stosunków prywatnoprawnych, zwykłych stosunków umownych. Wskutek tego ograniczenia wolności jednostki na rzecz władzy państwowej reguluje treść tej prywatnoprawnej umowy, a więc mogą one iść tylko tak daleko, jak dalece na nie te, kochające się w wolności, jednostki przyzwoliły; a na pewno nie przyzwoliły na ograniczenia większe, lecz tylko na takie, które były niezbędne dla pożycia w „stanie społecznym”. Wynika z tej doktryny dogmat demokracji: ograniczyć wolność jednostki wolno jedynie wtedy, gdy to jest absolutnie niezbędne, a jedynie cały „lud” swą zgodą może uprawnić władzę państwową do stosowania tych ograniczeń.

 Oparty na demokracji system rządów był systemem trwałego kłamstwa i oszustwa. Już podstawowe prawo, jakie ogłaszały ustroje demokratyczne, jakoby zwierzchnikiem państwa był „lud”, jakoby rządy „z woli ludu” sprawowali jego wybrańcy, nie miało z rzetelną rzeczywistością nic wspólnego. Na tym kłamstwie oparł się system rządów parlamentarnych, nieuchronnie związany z nowoczesną demokracją.  Prawa jednostki ograniczać, a więc rządzić, można tylko za przyzwoleniem ogółu, czyli „z woli ludu”. Jak jednak tę „wolę ludu” wybadać? Najdokładniej chyba przez zapytanie wszystkich. Ale to byłby niemożliwy kłopot, co chwila kazać ludziom głosować; na dobrą sprawę – zgodnie z doktrynami demokracji – każdy wypadek ograniczenia wolności jednostki powinien by być rozstrzygnięty przez osobne głosowanie. Toteż – dla uproszczenia procedury – niech ten wolny „lud” raz na jakiś czas wybierze swych wybrańców, swych pełnomocników, „posłów”, a ci z jego polecenia będą wyrażać jego wolę. Tak zaadoptowała demokracja instytucję wyborów przedstawicieli przez ludność, znaną już w zupełnie innym charakterze w średniowieczu i w ten sposób wolnomularska mamka wykarmiła parlamentaryzm.

 Parlament w ustroju demokratycznym – to namiastka „ludu”, stąd dostojeństwo tego ciała i pojedynczych jego członków. Dlatego to posłowie, namaszczeni zawartością urny wyborczej, czyli zmaterializowanym zaufaniem „ludu” muszą być „nietykalni” i „niezależni od rządu, czyli pobierać diety poselskie; muszą posiadać gratisowe bilety pierwszej klasy na wszystkie pociągi, żeby jak najswobodniej, mogli się stykać z „ludem”, imieniem którego występują. A jednak, mimo to wszystko, może się łatwo zdarzyć, że wybrani kiedyś posłowie w krótki czas później nie reprezentują już „woli ludu”, bo zmieniły się nastroje wyborców, a to jest tylko jedno lekarstwo: jak najczęstsze wybory. Ten postulat, logiczny zresztą, broniony bywał zawsze przez najbardziej konsekwentnych demokratów, przez socjalnych demokratów, czyli przez międzynarodówkę socjalistyczną.

 Kto ma głosować przy wyborach? I w jaki sposób to głosowanie ma się odbywać? Są to dla demokracji pytania równie doniosłe, jak dla dworu samowładcy-króla pytanie, jaki ma być ceremoniał przy narodzinach następcy tronu. Ponieważ Wielka Rewolucja francuska obaliła tron Burbonów w oparciu o burżuazję, czyli mieszczaństwo, przeto złamano wyłączność szlachty do zajmowania się sprawami publicznymi i prawa polityczni rozciągnięto w ten sposób, by objęły także stan trzeci. Natomiast proletariat miejski i wiejski przez długi czas panowania doktryn demokratycznych pozbawiony był prawa głosu politycznego, a co najwyżej dopuszczany do wyborów pośrednich, gdzie dopiero jego wybrańcy mieli wybierać posłów. Międzynarodówka socjalistyczna włożyła we wszystkich krajach cały ogrom wysiłków, by proletariatowi zdobyć to niebiańskie szczęście, jakim było dopuszczenie go do rozkoszy demokratycznego ustroju, do głosowania. Lat szeregi wojowali socjalni demokraci postulatem wyborów czteroprzymiotnikowych, a później nawet sześcioprzymiotnikowych, twierdząc, że jest to istotne żądanie prawdziwej demokracji. Dlaczego?

Wybory powinny być powszechne, równe, bezpośrednie, tajne, a potem jeszcze bez różnicy płci i proporcjonalne. Wybory – jak wiemy – miały uprawnić posłów do wyrażania „woli ludu”. Kto należy do „ludu”. Oczywiście każdy. Czy i każdy, kto się do danego państwa przybłąkał, choćby zaraz miał zamiar się wynosić? W zasadzie tak. Ideałem demokracji jest w zasadzie zniesienie granic państwowych, jakieś Stany Zjednoczone świata, a w najgorszym już wypadku państwo tak gościnne, że każdego obcego przybysza, jak w domu zajezdnym, uważa za współgospodarza. Niestety, organizacja państwa wzdraga się przed całkowitym jej oparciem na elemencie koczowniczym; musiała więc demokracja znowu pójść na kompromis między doktryną a wymogami rzeczywistości i stworzyć pojęcie „obywatela”, który ma się bez wszystkiego obywać, lecz właśnie człowiek, któremu w danym państwie przysługują prawa polityczne. Od czego to zależy, czy ktoś jest „obywatelem”? Od przynależności do narodu, który kiedyś w ciągu dziejów stworzył dane państwo? Oczywiście takie postawienie sprawy grzeszyłoby przeciw zasadom demokracji, bo przecież obcy są także ludźmi, mającymi przyrodzone prawo do wolności osobistej, a ograniczenie ich wolności może się dokonać tylko za ich przyzwoleniem. Jakże zaś mają dać to przyzwolenie. Oczywiście tak samo, jak wszyscy inni mieszkańcy, w głosowaniu; muszą więc być „obywatelami”.

 W ustroju demokratycznym krew, pochodzenie, nie może uzasadniać praw obywatelskich. Nie wszyscy jednak mogą być wszędzie „obywatelami”, choćby ze względu na połączony z tym normalnie przykry obowiązek służby wojskowej; trzeba więc było – wbrew doktrynie – to prawo „obywatelstwa” ograniczyć przez postawienie jakichś wymogów natury formalnej, od których spełnienia zależy jego posiadanie. Wśród tych wymogów pochodzenie zostało wprawdzie uwzględnione, ale na równi z innymi wymogami natury formalnej. A więc o „obywatelstwie” rozstrzyga: pochodzenie od ojca, który jest „obywatelem” danego państwa; adopcja przez obywatela; wyjście za mąż za „obywatela”; długoletnie zamieszkanie w państwie; na koniec tak rozpowszechnione nadanie „obywatelstwa” przez władzę administracyjną. Tak więc – pod wpływem doktryn demokracji – o „obywatelstwie” jednostki, czyli o trwałym związku jej i jej potomków z losami państwa decyduje spełnienie któregoś z tych wymogów czysto formalnej natury, a w tysiącach wypadków rozstrzyga o tym po prostu widzimisię urzędnika administracyjnego, jeżeli już nie jakaś wysoka protekcja czy łapówka albo niekiedy chwilowa taktyka polityczna rządu. Tacy to „obywatele” rozstrzygać mają swym głosowaniem o losach państwa i o rządzie w państwie. Tak drogo zapłaciła demokracja tysiącom, a czasem milionom obcych za ograniczenie ich „przyrodzonego prawa do wolności osobistej”. A teraz trzeba jeszcze, by nikogo z nich przy głosowaniu nie pominięto i by mogli głosować swobodnie.

 Tutaj możemy powrócić do sławnych przymiotników.  Głosowanie musi być powszechne! To chyba nie budzi wątpliwości. Skoro każdy musi przyzwolić na ograniczenie jego wolności osobistej to oczywiście każdy musi głosować. Wybory muszą być równe! I to proste. Jakaż racja pozwalałaby jednemu „obywatelowi” oddawać jeden głos, gdy drugi oddawałby dwa, trzy albo nawet cztery? Czyż wolność jednego „obywatela miałaby być więcej warta niż wolność drugiego? A gdzież „wolność, równość, braterstwo”? Wybory muszą być bezpośrednie! Zgoda na ograniczenie wolności osobistej – to za poważny, za uroczysty akt, by się można było przy nim wyręczać jakimiś zastępcami czy pełnomocnikami. Głosowanie musi być tajne! Zgoda „obywatela” na ograniczenie jego wolności osobistej, usymbolizowana w akcie głosowania, jest już z jego strony wyrzeczeniem poważnym, bolesną ofiarą, złożoną na ołtarzu „stanu społecznego”; czyż można odeń równocześnie wymagać drugiej ofiary, czyż można wymagać, by dzięki jawnemu głosowaniu narażał swoje interesy na szwank, by składał dowód cywilnej odwagi? Przecież cywilnej odwagi, ani w ogóle odwagi nie wymagają od „obywatela” żadne zasady demokracji. Głosowanie musi być bez różnicy płci! Czyż kobieta nie jest człowiekiem? Czyż nie ma prawa na wyrażenie zgody na ograniczenie jej przyrodzonej wolności osobistej? Głosowanie musi być proporcjonalne! A to po co? Jak zwykle w wypadkach, kiedy trudno zgadnąć, chodzi tutaj o… ochronę mniejszości. Przy każdym głosowaniu jakaś większość rozstrzyga o wyborze, pozostaje zaś na lodzie jakaś niepocieszona mniejszość. Czy to nie grzech przeciw zasadom demokracji? Tamci, szczęśliwi, mają swego wybrańca, który za nich decydować będzie o losach państwa i rządach, a oni mieliby się zgodzić na ograniczenie ich wolności bez żadnej rękojmi? Trzeba więc i im zapewnić przedstawicielstwo w parlamencie, a da się to przeprowadzić skutecznie tylko przy istnieniu okręgów wielomandatowych i przy głosowaniu proporcjonalnym. I tak zostanie jeszcze wprawdzie pewna liczba drobnych mniejszości bez przedstawicielstwa w parlamencie, ale na takie ustępstwa wobec rzeczywistości doktryna demokratyczna  musi godzić się nieraz i nabrała już potrzebnej po temu wprawy, że przypomnę choćby „kontrakt społeczny” Rousseau‘a lub kompromisowe rozstrzygnięcie sprawy, kto jest „obywatelem” państwa.

O jednej kategorii ludzi, których wolność nieraz mocno ogranicza państwo, a którym nigdy nie dała sposobności do wypowiedzenia ich woli zapomina demokracja  stale: o małoletnich i dzieciach. Wprawdzie trzeba jej przyznać, że – jakby odczuwała tę ustawiczną krzywdę wyrządzaną tylu jednostkom ludzkim, pozbawionym wolności bez pytania – stara się wiek, uprawniający do głosowania, jak najbardziej obniżyć, ale czy to otrze łzy oseskom?

 Na tak wybranym parlamencie, pochodzącym prosto „z woli ludu”, opierają się rządy demokratyczne. Jak parlament jest poniekąd dzieckiem „woli ludu” tak znowu rząd jest dzieckiem „woli parlamentu”; rząd jest więc niejako wnukiem „woli ludu” i reprezentuje dziadka tylko dzięki ojcu. Tak wygląda demokratyczna hierarchia rodzinna. Każde warknięcie ojca, każde „votum nieufności” parlamentu pozbawia rząd w ustroju demokratycznym tytułu prawnego do reprezentowania dziadka, czyli „woli ludu”, a więc – mówiąc po prostu – przepędza rząd. Jak wychodził „lud” na tej swojej „wolności” i „równości” i na tym swoim „zwierzchnictwie” w państwie? Demokratyczne pojęcie „obywatelstwa” otwarło drogę do wpływu na rząd wszelkiego rodzaju obcym przybłędom, którzy los państwa, a tym bardziej zamieszkującej je, rdzennej ludności, gotowi byli zawsze poświęcić dla jakiegoś doraźnego zysku, dla jakiejś ordynarnej korzyści materialnej; tego typu ludziom nietrudno było wkraść się w zaufanie głosujących lub też kupić to zaufanie i w ten sposób zapewnić sobie lepszy dostęp do państwowego żłobu. Na tle niespodzianek głosowania, intryg zakulisowych w parlamentach, a nawet przez proste kupowanie posłów i całych stronnictw uzyskiwał na rząd i państwo ogromny wpływ potężny kapitał międzynarodowy. Wybory w konkurencji kandydatów i stronnictw stały się rzeczą kosztowną, a zwycięstwo dostępne tylko dla bogatych kandydatów i dla zasobnych stronnictw. W ten sposób rósł w siły nowoczesny kapitalizm, jako nieuchronne następstwo rządów demokratycznych. Ustrój demokratyczny i nowoczesny kapitał międzynarodowy, wysysający najszersze masy ludności rdzennej, to dwaj nieodstępni towarzysze.

Ustrój demokratyczny od początku do końca opiera się na kłamstwie i oszustwie. Kłamstwem jest, jakoby człowiek miał jakieś przyrodzone prawo do wolności osobistej; fikcją, czyli świadomym kłamstwem jest „kontrakt społeczny” Rousseau‘a; kłamstwem jest, jakoby wybory, razem z ich wszystkimi przymiotnikami, dawały naprawdę wyraz woli ludu, kłamstwem jest, jakoby rząd demokratyczny reprezentował wolę parlamentu, a tym bardziej wolę ludu. O tym wszystkim wiedzą doskonalą wszyscy kierownicy i działacze stronnictw demokratycznych, głoszenie przez nich tych haseł – to już po prostu oszustwo, a w najlepszym wypadku oszukiwanie samego siebie.

 Demokracja i jej parlamentaryzm powołały do życia jeszcze jedną plagę życia publicznego: nowoczesne stronnictwa polityczne. Chęć wywierania jak największego wpływu na rządy, a także kosztowność wyborów stały się najmocniejszym cementem ich spójności. Trzydziestu posłów solidarnie zorganizowanych znaczy dla każdego rządu demokratycznego więcej niż stu niezorganizowanych, którzy mogą głosować przeciw sobie i swoje głosy wzajemnie znosić; stąd zachęta dla posłów, by tworzyli zwarte stronnictwa, w których obowiązuje solidarność i karność partyjna. W rezultacie dyktatorami stronnictw stają się ich przywódcy, a kilku takich przywódców większych stronnictw dyktuje swą wolę parlamentowi i rządowi. Dyktaturę tę wykonywują oni bez żadnej odpowiedzialności, bo za nich formalnie odpowiada rząd, zaś rachunki płaci „lud”.

Ustrój demokratyczny to dyktatura ludzi nieodpowiedzialnych. Skąd wziął się w chrześcijańskiej Europie ustrój tak kłamliwy i oszukańczy, tak przeczący na każdym kroku prawom Boskim i zdrowemu rozsądkowi ludzkiemu, tak po prostu potworny? Wiadomo już dzisiaj dobrze, że narodziny swoje i późniejszy swój rozwój zawdzięcza demokracja wyłącznie lożom masońskim i ich właściwym kierownikom, ich „Nieznanym Przełożonym”. Kto to są ci nieznani dyktatorzy państw demokratycznych? Odpowiedź daje nam historia i badacze masonerii. Kto z ustrojów demokratycznych skorzystał naprawdę? Kto uzyskał dzięki uznaniu przyrodzonego prawa do wolności, do równości, prawo handlowania gdzie bądź, prawo dostępu do wszystkich szkół w charakterze ucznia czy nauczyciela, prawo wyborcze czynne i bierne do parlamentów, co więcej prawo zajmowania wszystkich stanowisk urzędowych w każdym państwie i posterunków zaufania publicznego, a nawet prawo uczestnictwa w rządach? To żydzi doktrynom demokracji i towarzyszącym jej z konieczności wpływom kapitału zawdzięczają całą swoją pozycję w świecie. W ustroju demokratycznym mamy do wyboru dwie alternatywy: albo anarchię zupełną, albo pod firmą „ludu” zakulisowe rządy tajnych organizacji międzypartyjnych i – najłatwiej – międzynarodowych. W braku ich wszystko musi się rozlecieć. Rozwydrzone partyjniactwo demokratycznego ustroju uniemożliwiłoby bowiem stworzenie jakiegokolwiek, dłużej trwającego, rządu i rozdarłoby państwo na strzępy. Koniecznością staje się wiec ów tajny cement, spajający przywódców poszczególnych stronnictw w jakieś zwarte koła, których istnienie pozostaje tajemnicą nie tylko dla „ludu”, ale nawet dla ogółu działaczy partyjnych. Pęknięcia i zatargi w tych tajnych kołach powodują niesamowite pęknięcia i przegrupowania na powierzchni jawnego życia politycznego, a „lud biedzi się potem nad odcyfrowaniem ich znaczenia i powodów.

Tadeusz Gluziński