REKLAMA

Reklama

Wojna domowa w Hiszpanii oczyma Ksawerego Pruszyńskiego – cz. I

211

Gdy poruszamy temat reportaży i wspomnień z wojny domowej w Hiszpanii w latach 1936-1939, niemal natychmiast nasuwa się na myśl słynna książka George’a Orwella z 1938 roku „W hołdzie Katalonii”. Tymczasem mało kto wie, że w naszej literaturze istnieje dzieło o tej samej tematyce, co najmniej dorównujące, a być może nawet przewyższające książkę Orwella…

Franciszek Ksawery Pruszyński urodził się 4 grudnia 1907 roku w Wolicy Kierekieszynej, rodzinnym majątku swoich rodziców. W 1927 roku uzyskał maturę, następnie studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, które ukończył w 1931 roku. W roku następnym opublikował książkę: „Sarajewo 1914, Szanghaj 1932, Gdańsk 193?”, w której to postawił śmiałą tezę, że kolejna europejska wojna wybuchnie z powodu Gdańska. Związał się następnie z pismem „lewicy sanacyjnej” – „Wiadomości Literackie”. Jako korespondent tego właśnie pisma we wrześniu 1936 roku udał się do ogarniętej wojną domową Hiszpanii – do części kraju, która była w tym czasie pod kontrolą republikanów. Owocem tej podróży była jego książka „W czerwonej Hiszpanii”, wydana po raz pierwszy w 1937 roku, drugie wydanie pojawiło się dopiero w 1997 roku. W hiszpańskim przekładzie ukazała się w 2007 roku w Barcelonie. W czasie II wojny światowej Pruszyński walczył jako żołnierz w bitwie o Narwik (1940) oraz w bitwie pod Falaise (1944). W latach 1941-1942 pełnił funkcję attaché prasowego ambasady RP w Kujbyszewie (ZSRR). Po wojnie uznał władzę komunistyczną w Polsce. W latach 1948-1950 był ministrem pełnomocnym i posłem nadzwyczajnym RP w Hadze w Holandii. Zginął 13 czerwca 1950 roku w wypadku drogowym, w czasie podróży służbowej z Hagi do Warszawy, w mieście Hamm na terenie ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec.

Przedsmak propagandy

Reklama

Reklama

Ksawery Pruszyński przyjechał do Hiszpanii we wrześniu 1936 roku, kilka miesięcy po wybuchu wojny domowej. Już podczas przekraczania granicy hiszpańsko-francuskiej zauważył na ścianie komory celnej dosyć sugestywny i wiele mówiący o ówczesnym hiszpańskim rządzie lewicowym plakat propagandowy:

Drugi plakat nie jest, jak ten, na wesoło, ale na groźno, czy raczej na potworno. Brzuchata, koszmarna bestia z wyłupiastymi oczami żaby przykłada małpią łapę do olbrzymiego ucha. Bestia ma brunatną skórę barwy habitu, ma krzyż zwisający na różańcu na szyi, ma wreszcie koronę królewską – małą jak u żaby z naszych reklam pasty „Erdal” na głowie (K. Pruszyński, „W czerwonej Hiszpanii”, s.1-2).

Obraz Barcelony

Pierwszym ważnym miastem Hiszpanii, które odwiedził, była Barcelona. Opisał dosyć szczegółowo sytuację, jaka tam wtedy panowała: na kościołach wisiały napisy: patriomonio del Pueblo (własność, dziedzictwo ludu). Pałace armatorów handlowego portu były ,,inkautowane’’ (wywłaszczone i przejęte przez rewolucjonistów), samochody dekorowano sierpami i młotami, z głośników nad ulicą nadawano pieśń „Międzynarodówki”. Uzbrojony tłum przemierzał ulice i defilował przed czarno-czerwonymi sztandarami FAI (Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej). Codziennie wysyłano na rozstrzelanie przeciwników rządzącej lewicy mocą wyroków, tzw. „trybunałów ludowych”. Opisuje swoją wizytę w muzeum, w którym widział dzieła sztuki sakralnej, przyniesione tam z kościołów. Informuje także, że w Barcelonie około 19 lipca 1936 roku zostało spalonych 35 klasztorów i kościołów. Wymordowano w tym czasie, bez sądu wielu księży i zakonnic, nie tylko w samym mieście, ale także w okolicznych wsiach.

Za pomocą racjonalnej argumentacji Pruszyński obalił propagandową tezę rewolucjonistów, jakoby powodem spalenia kościołów i klasztorów był fakt, że stanowiły one miejsce, z którego przeciwnicy rewolucji strzelali do popierającego ją tłumu.

Podczas pobytu w Barcelonie Pruszyński poprosił także o zarekwirowanie dla swoich potrzeb samochodu pewnego człowieka o nazwisku Vergnolles. Uczynił tak na jego własną prośbę – Vergnolles uznał, że może zatrzymać swój pojazd tylko wtedy, gdy zostanie on skonfiskowany przez kogoś w ramach umowy. Vergnolles poinformował także Pruszyńskiego, że dotąd na drogach pod Barceloną znaleziono około 20-30 ciał znanych mu osób.

Kolejne przystanki na drodze rewolucji – Walencja i Madryt

Następnie obaj udali się do Walencji. Przed każdą wsią, miasteczkiem i miastem byli zatrzymywani przez wartę miejscowych chłopów, którym musieli się legitymować. Przy opuszczaniu osad sytuacja się powtarzała. Podczas przejazdu przez Tarragonę Pruszyński zauważył, że wszystkie tamtejsze kościoły zostały spalone. W Walencji zastali sytuację identyczną, jak w Barcelonie: ulice zapełnione uzbrojonym tłumem.

W wyniku nieporozumienia Pruszyńskiego aresztowano jako szpiega. Został oczyszczony z zarzutów przez pewnego dygnitarza i udało mu się dotrzeć do Madrytu. W Madrycie udał się do znajdującego się tam polskiego poselstwa. Poznał w nim dziennikarkę o nazwisku Jeziorańska, która była w tym czasie korespondentką Polskiej Agencji Telegraficznej. Od tej pory przez pewien czas miała mu towarzyszyć w jego podróży po Hiszpanii. Poinformowała go, że w królewskim ogrodzie Casa de Moro rewolucjoniści codziennie dokonują masowych rozstrzeliwań osób uznanych za przeciwników politycznych. Mimo wprowadzenia „trybunałów ludowych”, nadal wiele osób było poddawanych samosądowi. Między zwalczającymi się frakcjami robotników także dochodziło do podobnych, okrutnych scen.

Podróż śladami rewolucyjnej rzez

Obydwoje udali się w podróż po strefie lewicowej. Na początku dotarli do osady, której mieszkańcy poinformowali ich o wymordowaniu około czterdziestu „panów”. Po zasięgnięciu bliższych informacji okazało się, że ich śmierć nie była spowodowana zamożnością, ale sprzeciwem wobec Frontu Ludowego, który to objawił się w głosowaniu. Taką samą sytuację Pruszyński zastał w miejscowości Linares, gdzie dwaj dentyści zostali zamordowani tylko dlatego, że byli zwolennikami Gil-Roblesa. Następnie dotarli do miejscowości Montoro, gdzie ich oczom ukazał się widok zdewastowanego kościoła. Dowiedzieli się, że trzech księży, którzy pełnili w nim swą posługę zostało zamordowanych, zaś jeden uciekł do wsi trędowatych.

Następnie doszło do znamiennego incydentu: w czasie rozmowy z pewnym oficerem, Jeziorańska zapytała się go, czy nie mogłaby gdzieś zdobyć sławnych tamtejszych łyżników (były to okolice Kordoby). Na co on przyznał się, że kradnie je z mieszkań przeciwników Frontu Ludowego. Poradził im udać się po to do miejscowości El Carpio. Gdy tam przybyli, spotkali pewnego młodego robotnika, który zaprowadził ich po łyżniki do domu – jak to określił „faszystów”. Gdy dotarli do tego domu, ów robotnik brutalnie zażądał, żeby właścicielka dała im takie rzeczy, jakie tylko miała. Oni zdegustowani odmówili przyjęcia cudzej własności. Po opuszczeniu tego domu, robotnik poinformował ich, że dwóch synów tej kobiety zostało rozstrzelanych. Z jego informacji wynikało, że nie byli oni „faszystami” (członkami faszyzującej partii Falanga Hiszpańska), tylko mieli prawicowe poglądy polityczne.

Dowiedzieli się również, że w El Carpio trzech księży zostało zmuszonych do ucieczki, a trzech zabito. Następnie udali się do pewnej wsi, której mieszkańcy opowiedzieli im o zamordowaniu pięciuset „faszystów”. Z rozmów z tymi ludźmi Pruszyński wysnuł dość jednoznaczny wniosek:

– Myślę, że bardzo często ludzie zabici za swój faszyzm i ludzie zabijający innych za ich faszyzm nie potrafiliby pod grozą śmierci i wszelkich możliwych kar wytłumaczyć, czym jest ów faszyzm naprawdę (s. 111-112).

Jadąc dalej, w miejscowości Iznalloz, Pruszyński był świadkiem bulwersującej dla każdego, kto ceni wartości cywilizacji europejskiej, sceny:

– Podeszliśmy najpierw do kościoła. W głównej nawie, wysokiej i wielkiej, paliło się pod filarami kilka dużych ognisk. Rozsiedli się tu żołnierze, grając w karty, potłuszczone i wymięte, przyglądając się jak inni z aluminiowego wojskowego kubka wyrzucali, także grając, duże sześciany kości. W bocznej nawie zupełnie ciemnej – bo światła z ognisk pełzały nisko po ziemi ginąc w olbrzymim gmachu – tuliły się jakieś postaci. Stanęliśmy w miejscu. Od środka kościoła dolatywał gwar rozmów, przerywanych jakimś okrzykiem, trzask dopalających się polan, suchy stukot wyrzucanych na posadzkę kości. Ciemna nawa dyszała tymczasem ściszonymi szeptami ust mówiących coś wprost w inne usta i głębokim, prawie rytmicznym sapaniem zmęczonych ciężkich oddechów. Z tulących się kilkunastu par nie ruszyła się na nasz widok żadna (s. 118-119).

Almeriá

Kolejną osadą odwiedzoną przez Pruszyńskiego była Almeriá. W czasie podróży Jeziorańska zachorowała, więc jej towarzysz udał się do apteki po lekarstwo. Otrzymał je, ale sprzedawca nie chciał przyjąć od niego zapłaty. Podczas przechadzki po mieście zauważył dwa sklepy: obuwniczy i fotograficzny, w których nie było towaru, ponieważ został zarekwirowany przez rewolucjonistów. Noc spędził w domu kanoników kapitulnych. Pewni ludzie powiedzieli mu, że znaleziono tam treści pornograficzne. Po bliższym zbadaniu sprawy okazało się, że to oskarżenie nie jest poparte dowodami, a cała historia była po prostu wymysłem propagandowym rewolucjonistów. Pruszyński spotkał także w Almerii pewnego lekarza, który pokazał mu pewien artykuł w tamtejszej gazecie. Lekarz ów powiedział dziennikarzowi, że na pokładzie białego statku, który znajduje się w porcie, przetrzymywane są osoby, które przez rewolucjonistów uważane są za swoich wrogów. Osoby te codziennie rozstrzeliwano. Treść wspomnianej wcześniej gazety tak dobrze charakteryzuje mentalność rewolucyjnych władz, że najlepiej przytoczyć ją słowami naocznego świadka:

– Nieprawdą jest mianowicie – ta formuła sprostowania jest widocznie ubezpieczona od wstrząsów społecznych – jakoby trupy po egzekucjach rzucano do źródła wody spływającej ku Almerii i że w rezultacie woda w mieście jest zepsuta i że szerzy się zaraza. Czytaliśmy dalej, żeby zobaczyć, co nastąpi po sakramentalnych słowach sprostowania: natomiast prawdą jest. Troskliwe władze rewolucyjne Almerii pośpieszały uspokoić ludność wiadomością, że egzekucji nocnych dokonywa się nad dużym dołem wapiennym, skąd żadne źródło wody żywej nie płynie (s. 133).

Podchody frankistów

Z Almerii Pruszyński udał się z powrotem do Madrytu. Podczas wjazdu do miasta minął cmentarz, na którym rewolucjoniści palili ciała rozstrzelanych przez siebie ludzi. Obserwując sytuację w mieście dziennikarz wysnuł kolejny już zatrważający wniosek:

– Można śmiało powiedzieć, że rozstrzeliwano wtedy każdego, kogo posądzano o jakiekolwiek prawicowe znajomości (s. 143).

W hotelu na Gran Viá spotkał z kolei wielu zagranicznych dziennikarzy, którzy przybyli do Hiszpanii, w tym Ilię Erenburga. Do owego hotelu, frankiści działający w konspiracji podrzucili kilkadziesiąt egzemplarzy pewnej gazety socjalistycznej, w której znajdował się artykuł autorstwa jednej z deputowanych lewicowych do Kortezów – Margarety Nelken:

– Artykuł zawierał rozważania na temat, czy należy oszczędzać kobiety burżuazyjne, żony bankierów, kupców, polityków prawicowych, ich córki i siostry, bezpośrednio niewinne zbrodni mężów. Z wielkim nakładem argumentacji czerwona posłanka dowodziła, że należy się tu wyzbyć wszelkich skrupułów. „Nie są to właściwie kobiety – pisała dosłownie Nelken – są to zwierzątka luksusowe, samiczki do igraszki, rozbudzające systematycznie w swych mężach najgorsze instynkta użycia, a więc zysków, a więc z kolei ucisku masy robotniczej. Ich sny o autach, drogich futrach i Paryżu odbijają się suchotami waszych żon, rachityzmem waszych zgłodniałych dzieci”. Nie można było odmówić pani Nelken zdolności dialektycznych ani talentów argumentowania: w jej pojmowaniu jednak zbiry policyjne, które zamordowały Calva Sotelo, popełniły wielką pomyłkę pozostawiając przy życiu jego żonę. Na wytłumaczenie winy zbirów należy powiedzieć, że artykuł Nelken ukazał się po zamordowaniu Calva Sotelo: ponieważ przyszedł on w okresie późniejszych, najbardziej rozpasanych samosądów, przeto należy mieć nadzieję, że wywarł pożądany przez autorkę efekt (s. 180-181).

Wspomnienia z linii frontu

W tym właśnie czasie (ostatnie miesiące 1936 roku) miała miejsce ofensywa wojsk generała Franco, której celem było zdobycie Madrytu. Pruszyński postanowił udać się na linię frontu, w celu poznania sytuacji, jaka tam panowała. Spotkał tam pewnego młodego żołnierza, który zanim udał się na front był w tzw. „lotnych oddziałach”, czyli bojówkach przeprowadzających masowe egzekucje. Młodzieniec nie miał z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia, przeciwnie, uważał że to coś koniecznego żeby zmienić świat na lepsze. Dziennikarz zauważył, że w wojskach lewicowych zupełnie brakuje dyscypliny. Pruszyński zaobserwował również, że ZSRR zaczęło udzielać pomocy stronie lewicowej – poprzez przysyłanie jej sprzętu wojskowego.

W początkach listopada najważniejsi politycy rządu lewicowego wraz z prezydentem Manuelem Azañą opuścili miasto i uciekli do Barcelony oraz Walencji. Wtedy inicjatywę w mieście przejęli anarchiści: zbudowali tak solidne barykady, że frankiści zdecydowali się wstrzymać uderzenie na miasto.

W swojej książce Pruszyński wspomina także o żołnierzach należących do tak zwanych Brygad Międzynarodowych, walczących po stronie lewicy. Podaje, że w ich szeregach najwięcej było żołnierzy z państw zacofanych gospodarczo.

Konrad Ruzik

Redakcja: Natalia Stawarz

za: Portal historyczny Histmag.org

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska<

REKLAMA