Władysław Folkierski: Dyktatura Salazara

Dziesięć już lat trwające rządy Oliveira Salazara zwracają na siebie coraz większą uwagę samą już bezhałaśliwością swoich poczynań i nawet dokonań. Prawdziwa i rzetelna rewolucja narodowa, jaką przeprowadzono w Portugalii przy minimalnych zakłóceniach normalnego trybu życia, wytrąca wiele argumentów z rąk tych nawet szermierzy dyskusyjnych, którzy są zawziętymi przeciwnikami wszelkich dyktatur, a zwolennikami haseł liberalnych. Salazar im przeszkadza jako przykład rządów autorytatywnych – by nie powiedzieć totalnych – pozbawionych wielu straszaków i gróźb. Duży podziw musi przy tym budzić niezłomna ciągłość tego wysił­ku. Od lat dwunastu — maj 1926 roku, tylko nie 12-ty, ale 28-my — pole państwowości portugalskiej jest systematycznie przeorywane, bruzda za bruzdą; jedna po drugiej gałąź życia politycznego, ekononomicznego i społecznego jest dźwigana w górę, ulepszana i utrwalana; społeczeństwo, doszczętnie rozbite, jest dziś w ogromnej większości zespolone wokół Salazara, w atmosferze zaufania i twórczego poświęcenia — wszystko zaś to odbyło się krok za krokiem, bez wstrząsów, bez zaskakiwań, bez radosnego tryumfowania, ni żałosnego rozdzierania szat, bez nerwowego przerzucania się z krańca w kraniec, bez oscylowania, ni dreptania w miejscu.

Synchronizm dat polskiego i portugalskiego zamachu majowego, przy istotnym, całkowitym, iście totalnym kontraście tego, co po zamachu nastąpiło — czyni rozpatrzenie portugalskiego eksperymentu szczególnie dla nas ciekawym.

REKLAMA/Advertisement

* * *

Oliveira Salazar przedstawia się nam jako typ idealnie łaciński, przede wszystkim dla swojego wielkiego poczucia miary. W posiadaniu całkowitej równowagi między myślą a czynem — co nie jest wcale takim prostym i częstym zjawiskiem — umie on ten swój wewnętrzny sprawdzian miary stosować do wszelkich poczynań zewnętrznych. Znać to od razu doskonale w stosunku np. do opinii publicznej. Jest od niej całkowicie niezależny, ale jej nie lekceważy; każe jej nieraz czekać, ale nie niecierpliwić się; kształci ją umiejętnie i czyni z niej swego sojusznika i pomocnika. Rzuca się to w oczy przy wertowaniu niedawno opublikowanego zbioru jego przemówień (1). Występuje rzadko, ale szczerze i hojnie. Od czasu do czasu, rok w rok, czasem co kilka miesięcy, przed różnymi audytoriami, Salazar w ciągu tego dziesięciolecia swoich własnych rządów, tzn. od r. 1928, poczuwał się zawsze do obowiązku dostarczania opinii publicznej materiału do kontroli i krytyki jego poczynań, nie dla wywoływania dyskusji, ale dla odmierzenia i jakby wyznaczenia drogi, jaką przebiegał od etapu do etapu. Tak więc 27.IV. 1928 mówi o warunkach reformy finansowej do członków Rady Stanu, ale już 21.X. 1929 mówi o ogólnych liniach swojej polityki przed zebraniem delegatów rad miejskich całego kraju; rok potem, w czteroletnią rocznicę dyktatury, 28.V.30, przemawia do armii na temat dyktatury administracyjnej i rewolucji politycznej. W miesiąc potem rzuca na Radzie Stanu zasadnicze podwaliny przyszłej konstytucji w formie, przeznaczonej dla całego narodu. W r. 1931 widzimy go już przemawiającego w dniu 17 maja przed tysiącami słuchaczy na temat stosunku dyktatury do interesu narodowego. I tak wciąż.

REKLAMA/Advertisement

Rok 1932, dając mu w rękę premierostwo, uczynił z niego faktycznie dyktatora Portugalii. Parę dni po objęciu władzy wygłasza dłuż­sze expose, rozprawiające się otwarcie i po męsku z wszystkimi bez wyjątku ugrupowaniami kraju, od monarchistów i katolików do lewicy społecznej i politycznej. W roku 1933 (30.VI) rzuca zasady ekonomiczne nowej konstytucji, wreszcie — pomijamy cały szereg enuncjacji — 28 maja 1936, w 10-ą rocznicę przewrotu, przemawia Salazar przed 80.000-ym tłumem na temat — wiecznych dogmatów, z których wypływa nowa konstytucja (2).

Nie ucieka więc Salazar od opinii narodu, ale wciąż do niej się zwraca. Przemówienia te są niezmiernie męskie i bezkompromisowe, groźne dla przeciwnika, ale nigdy nie jątrzące. W ygłaszane z myślą o całym narodzie, naród ten wywyższają, staw iają na nogi, wskrzeszają w nim dumne samopoczucie, kierują się do jego uśpionych wielkich instynktów, nawiązują do wielowiekowej przeszłości. Każde przemówienie Salazara wyrasta z przyjętej, jako dogmat, integralnej ciągłości narodu, ze zrozumienia trwania jego historii, z nieprzysypywania dorobku wiekowego krótkowidztwem jednego pokolenia: są to przemowy na wskroś narodowe, bo na wskroś organiczne.

REKLAMA/Advertisement

Krótko trzeba nam tu przypomnieć sposób, w jaki dokonano majowego przewrotu w Portugalii. Od chwili, gdy pod koniec XIX wieku, masoneria rozpanoszyła się była w tym kraju (3), stał się on widownią ciągłych zamieszek anarchistyczno-rewolucyjnych, które doprowadziły w roku 1908 do zamordowania króla Karola, a w r. 1910 do wygnania króla Manuela i proklamowania republiki. Republika liberalno-demokratyczna sprowadziła Portugalię nad brzeg przepaści. Między rokiem 1910 a 1926 naliczyć tam można 16 rewolucji, które na przemian z parlamentem, obaliły 43 gabinety…

Ruina finansowa była przeraźliwa i nie będę jej tu ilustrował astronomicznymi cyframi, które mam pod ręką. Po kolejnym zniszczeniu wszelkich gałęzi życia politycznego i spo­łecznego, względnie nietkniętą pozostawała w tym nieszczęsnym kraju jedna jedyna — armia. Pod kierownictwem b. dowódcy korpusu ekspedycyjnego do Francji z czasów Wielkiej Wojny, generała Gomeza da Costa, armia narodowa zdecydowała się na zamach stanu, którego dokonano dnia 28 maja 1926 roku, bez ofiar, ni przelewu krwi (4). Była to rewolucja typowo wojskowa, której groziło załamanie w zetknięciu z wymaganiam i życia cywilnego, tzn. życia politycznego, społecznego i ekonomicznego. Toteż to, co następuje po zamachu, jest tu najciekawsze. Na tych oficerach i żołnierzach, którzy dokonali przewrotu, ciążyła odpowiedzialność ogromna. Z chwilą, gdy porządek prawny naruszyli, na nich spoczywał obowiązek wypełnienia luki, jaka powstała. Ale równocześnie cóż oni mieli do dania tej nadwerężonej przez siebie rzeczywistości prawno-publicznej? Jak to się wtedy mówiło, „wiedzieli oni doskonale, czego nie chcieli, ale daleko mniej wyraźnie wiedzieli, czego chcieli i jak mieli dążyć do tego, czego chcieli”.

Ogromną rolę odegrał tu generał Carmona, dzisiejszy prezydent Republiki (5). Od pierwszej chwili zrozumiał oto, że armia nie zrobi niczego bez naj­ściślejszego kontaktu z żywym narodem. Naród odpowiedział istotnie zaufaniem pod postacią wielomiesięcznego kredytu zaufania. Niemniej przez blisko dwa lata sytuacja nie dojrzewała. Przez dwadzieścia długich miesięcy mogło się wydawać, że rewolucja majowa będzie zmarnowana. Sytuację ocaliło powołanie profesora uniwersytetu w Coimbrze – Oliveira Salazara do rządu, zrazu jako ministra finansów. Powołanie nastąpiło już w rok po zamachu, w czerwcu 1927. Salazar postawił wtedy swoje warunki, które nie zostały przyjęte, wobec czego po trzydniowym urzędowaniu, zrezygnował z teki ministerialnej i wrócił spokojnie na katedrę. Po roku warunki były już przyjęte. Po dwu latach Salazar zrozumiał i uwierzył, że może skutecznie pracować: z pomocą i pod początkową osłoną rewolucji wojskowej, władza przechodziła faktycznie i coraz bardziej dyktatorsko w ręce fachowca, wyczuwającego życie cywilne, i — co ważniejsza — życie narodu (6).

Taką jest pierwsza wskazówka eksperymentu portugalskiego: dyktatura wojskowa umiała przestać być wojskową. Nie od razu, z pewnym ociąganiem się, ale umiała. Salazar zastawał stan okropny (7). Scharakteryzował go sam jako „wszechobecny nieład”. I to nieład oparty na kłamstwie; w tym dodatkowym stwierdzeniu mamy odzwierciedlenie na wskroś uczciwej, do prawdy przywiązanej natury. Ekonomista styka się tu z moralistą, co stanowi związek naturalny, ale w rzeczywistości coraz rzadszy. Dlaczegóż nieład oparty na kłamstwie? Odkrywał to Salazar na wszystkich polach, tak w zagadnieniach finansowo – ekonomicznych, jak i w tragicznych problemach politycznych i społecznych. Deficyt finansowy był przerażający: oblicza go Salazar rocznie na 5 milionów funtów szterlingów w złocie, co za przeciąg powojennych lat sześciu dawało sumkę trzydziestu milionów funtów… Było to wywołane znaną nam wszystkim aż za dobrze skombinowaną akcją dewaluacji i wydatkowania ponad stan. Przyczyny głębsze? Przyczyny pierwsze?

– „Jeżeli mamy zrównoważony budżet, w którym dochody są przesadzone, a wydatki niedocenione, mamy kłamstwo w przewidywaniach… Jeżeli wydatkujemy poza budżetem, albo pokrywamy takie wydatki operacjami skarbowymi, dojdziemy wprawdzie do równowagi albo i nadwyżki budżetowej, ale będzie to jedynie kłamstwo rachunkowe. Jeżeli w przemyśle państwowym nie wciągamy w rachubę pensji wprost przez skarb państwa płaconych, ani też procentów od kapitału, który jest tam zaangażowany, ani podatków, któ­ re przemysł ten płacić powinien, a nie płaci — otrzymamy nowe kłamstwo rachunkowe, i w dodatku kłamstwo Państwa Przemysłowego.”

W podobny sposób uzyskać można dowód na kłamstwo szkoły, która nie uczy, sprawiedliwości, która nie ściga zbrodni, administracji, która nie pilnuje swych resortów. Wszystko to składa się na „kolosalne kłamstwo” całości, które jest moralną podstawą „kolosalnego nieporządku”. Jako minister skarbu zaczął Salazar od uporządkowania skarbu. Ale postępował sobie od razu wcale dyktatorsko. Warunki postawione by­ły zresztą klasyczne i niedługo nas zatrzymają. Polegały one na bezwzględnym prymacie ministra finansów w radzie ministrów: jego zdanie decydowało o możności i granicach wydatkowania poszczególnych resortów, jego współpraca kształtowała ich ekonomiczną gospodarkę. Były to klasyczne, drakońskie zarządzenia na okres przejściowy. Główną wszakże przyczyną szybkiego i całkowitego uporządkowania skarbu (8), było zjawisko polityczne: powrót zaufania do rządu. „Politique d’abord” — raz jeszcze Maurras miał rację.

REKLAMA/Advertisement

*****

Wskazując u końca poprzedniego punktu na czynniki polityczne, czy też moralno – polityczne, rozumieliśmy już, że o reformach Salazara zadecydowało to, iż w tym ministrze finansów drzemało coś więcej, niż sama fachowość finansowo – ekonomiczna. Salazar miał swoje zasady filozoficzno – etyczne, i nawet metafizyczne, które — u warsztatu — rozrosły się w zwartą doktrynę. To właśnie zadecydowało o zasięgu i autorytecie jego dzieła.

Jest to tak dalece prawdziwe, że cała pierwsza część konstytucji z r. 1933 jest konstrukcją ideowo – doktrynalną. To właśnie stanowi oryginalność tej konstrukcji Salazarowskiej, na co sam jej twórca zwraca uwagę:

– „Konstytucja portugalska wyróżnia się tym, iż posiada część czysto dogmatyczną. Nie zadowala się ona ustanowieniem organizacji Państwa i określeniem praw obywateli, ale zawiera również szereg zasad, wytyczających kierunek reformie politycznej, ekonomicznej i spo­łecznej. Dobrze jest, aby wiedziano, iż uważamy tę część właśnie za ważniejszą, niż tę drugą, w której mówi się o kompentencjach organów państwowych i sposobie ich tworzenia. Konstytucja portugalska będzie się od innych odróżniała znacznie silniej sw oją częścią ideologiczną, niżli polityczną.” (9).

Te zasady ideologiczne są istotnie niewątpliwym źródłem nowego życia portugalskiego i najgłębszą jego bazą. U tych zasad znajdują się owe Matki – żywicielki reżimu Salazarowskiego, Matki – idee w pojęciu goethowskim. Warto im nieco uwagi poświęcić, bo jeśli co nie jest lokalne w tej budowli i ma walor powszechny, to właśnie te głę­bokie jej podwaliny.

Nawiasem powiedziawszy, tu również najwyraźniej widać długi, zaciągnięte przez Salazara u nacjonalizmu francuskiego, zwłaszcza u Maurrasa. Jak wiadomo, sam Salazar dał temu niedwuznaczny i wymowny wyraz na samym wstępie swojej książki francuskiej (10). Dyktatura Salazara jest przede wszystkim zasadniczo i nieugięcie sprzeczną z ideologią wielkiej francuskiej rewolucji. Dowodzą tego dwa zasadnicze, źródłowe punkty, jeden historyczny, drugi społeczny. Tak tedy Salazar wychodzi z kategorycznego stwierdzenia, że dane pokolenie, jakiekolwiek, pierwsze lepsze pokolenie nie ma prawa bezkarnego buszowania po narodowej przeszłości i jej historycznym dorobku. Naród jest organizmem żywym, rosnącym przez wieki. Część swoich korzeni ma w swojej przeszłości, część swoich soków żywotnych, i to największą, stamtąd czerpie. Ta przeszłość nie może mu być więc obcą, ni zewnętrzną. Nie może jej naród nigdy usuwać, jako czegoś raz na zawsze dokonanego. Okaleczać go z przeszłości, znaczy zasypywać mu źródła własnego jestestwa i życia. Wynika z tego, że mąż stanu przystępując do ulepszenia rzeczywistości, jaką zastaje, nie może postępować abstrakcyjnie, choćby nie wiem jak logicznie i ra­cjonalnie. Nie pracuje przecież na karcie niezapisanej, ale wręcz przeciwnie, winien zadać sobie trud odcyfrowania pisma, które mu wieki zapisały i przekazały…

W takim ujęciu mieści się implicite potępienie prawdziwej orgii prawodawczej, uprawnianej przez wszystkie rządy rewolucyjne, odrzucające cały przekaz przeszłości i tradycji narodowej. Drugi wzgląd zasadniczy, tak samo gwałtownie skierowany przeciw schedzie i rewolucyjnej i napoleońskiej, dotyczy samejże budowy spo­łecznej. I francuska rewolucja i organiczny jej skutek, kodeks Napoleona, a za nimi wszystkie demokratyczno – liberalne ustroje zeszłego stulecia, uważały jednostkę ludzką za zasadniczą komórkę społeczną: stąd właśnie indywidualizm krańcowy i pryncypialny. Salazar — idąc tu za nacjonalizmem francuskim, za Maurrasem, ale i za Le Play’em i Bonaldem — wręcz przeciwnie za nierozdzielną, w żadnej ideologii nierozpuszczalną komórkę społeczną uważa: rodzinę. Można bez przesady powiedzieć, że cała jego budowa społeczna, a co za tym idzie, polityczna, że cała jego struktura konstytucyjna opiera się na rodzinie. Państwo nie stoi w próżni oko w oko z jednostką, z proszkiem rozbitych, niezwiązanych ze sobą organicznie indywiduów, ale — przeciwnie – ma do czynienia z rodziną, więc ze zwartą, organiczną, przez wieki wypróbowaną komórką społeczną. Wypływa stąd tyle — wypływa wszystko — że warto się temu bli­żej przyjrzeć. Wynika więc stąd przede wszystkim dla rodziny prawo własności i prawo dziedziczenia. Bez nich bowiem rodzina, jako organizm spo­łeczny, nie mogłaby pracować dzielnie i skutecznie, byłaby nieistotną i kaleką. Wypływa dalej z powyższych przesłanek konieczne zróżnicowanie obowiązków członków rodziny, bo ich zniwelowanie zniweczyłoby budowę jej organizmu. Rozumie to Salazar w sposób taki, że pracę zarobkową należy zostawić wyłącznie głowie rodziny, a natomiast uwolnić od niej i żonę i dzieci małoletnie. Przywrócenie kobiecie możności całkowitego oddania się trosce o dom i rodzinę jest dla niego sprawą zasadniczą, jednoznaczną z zawarowaniem najważniejszych, bo duchowych i niematerialnych wartości życia rodzinnego.

– „Kiedy produkcja przestaje liczyć się z istnieniem rodziny, zaprzęga od razu do pracy zarobkowej wszystkich jej członków, więc i kobietę i dzieci małoletnie. Wydaje się wtedy, jakoby te dodatkowe zarobki stanowi­ ły istotną korzyść. W rzeczywistości jest inaczej. Kto powiada: rodzina, mówi: ognisko domowe, i tym samym oświadcza: atmosfera moralna i ekonomiczna, mieszana ekonomia konsumpcji i produkcji. Praca kobiety poza ogniskiem domowym rozbija je, rozdziela członków rodziny. Życie zbiorowe w rodzinie ginie, dzieło wychowania cierpi na tym, ilość dzieci maleje. To wszystko z kolei odbija się na samejże produkcji, na wartości pracy: „wesołość, dobry stan duszy, radość życia stanowią energie podnoszące i jakość i ilość pracy wyprodukowanej. Rodzina jest najczystszym źródłem moralnych czynników produkcji” (11).

Jest to jeden z punktów, w których Salazar najsilniej uderza w „dobrodziejstwa” demokratycznego liberalizmu. Znalazłszy się na tej drodze respektowania tradycji narodowej oraz nierozproszkowania na jednostki tkanki społecznej, którą państwo ma dalej rozwijać i kształtować Salazar z kolei obok rodziny postawi i dalsze, bardziej skomplikowane, a wciąż pośrednie między jednostką a państwem, komórki i ośrodki życia społecznego. Należą tu: gmina, parafia, ale też i wszystkie związki społeczne o wypróbowanej skuteczności, od cechów do akademii i uniwersytetów. Te ostatnie grupy nazywa Salazar ogólnie „korporacjami moralnymi i ekonomicznymi (12). W przemówieniu zaś z dnia 30 czerwca 1930 roku, noszącym tytuł „Fundamentalne zasady rewolucji narodowej”, wyjaśnił bardzo gruntownie podstawy myślowe takiego zamierzenia:

– „Liberalizm polityczny XIX wieku stworzył „obywatela”, jednostkę wyrwaną z rodziny (demembre de la familie), z zawodu, z ośrodka kulturalnego, ze zbiorowiska ekonomicznego, do których należał. Liberalizm stworzył go i dał mu prawo fakultatywnego interweniowania w konstytucję państwową. Tu właśnie zostały umieszczone źródła suwerenno­ści narodowej.

– „Dobrze zbadawszy te sprawy, dochodzimy jednak do wniosku, że znajdujemy się w obliczu abstrakcji — pojęcia błędnego czyli też niewystarczającego — i że na innej drodze uzyskamy pewniejszy punkt oparcia: w ybiegając oto ku naturalnym grupom, koniecznym dla życia indywidualnego i składającym się na społeczeństwo polityczne.”

Są takimi grupami, poza rodziną: „korporacje moralne i ekonomiczne, jak uniwersytety, akademie naukowe, koła literackie, artystyczne i techniczne, zrzeszenia rolnicze, przemysłowe, handlowe i robotnicze. Wszystkie one są organizmami, wytworzonymi instynktownie przez cywilizację w miarę narastania potrzeb społecznych. (13). One to winny utworzyć federacje, i — właśnie korporacje, które kiedyś staną u podstawy nowego państwa. Zaś do tego nowego państwa dyktatura Salazara jest tylko wstępem.

****

Jakkolwiek bowiem dyktator nigdy nie zacierał istnienia przewrotu i nigdy nie zakrywał wstydliwie pojęcia i imienia dyktatury — i może właśnie dlatego — nigdy też nie ukrywał się z pojmowaniem tej dyktatury jako zjawiska przejściowego, koniecznego, ale przejściowego. Przy każdej okazji więc, w ciągu tego dziesięciolecia, podkreślał konieczność dla swojej dyktatury spłynięcia w łożysko nowego państwa narodowego, opartego o podstawy, odnalezione w wiekowym życiu społecznym narodu. Państwem tym będzie w jego oczach państwo korporacyjne, któ­rego pierwsze zręby powstały już i powstają dalej, ale którego całość należy do przyszłości. Mamy tu do czynienia z ostrożnymi — ostroż­ność jest zasadniczą cechą Salazara — próbami, którymi się z kolei zajmiemy z całą uwagą, na jaką nas stać.

Przystępuje Salazar do tego zagadnienia zgodnie ze swoją podwójną zasadą szanowania historycznej tradycji narodowej oraz scalania, a nie rozdrabniania społeczeństwa. Państwo jest i sługą narodu i jego przewodnikiem. Pozorną tę antynomię rozwiązać można, biorąc pod uwagę oba, jeśli się tak wyrazić wolno, wymiary narodu: czasowy i przestrzenny. Państwo jest o tyle sługą narodu, że winno szanować wolę jego wiekowej przeszłości, zaś o tyle przewodnikiem, że winno prowadzić, nieraz przymusem, obecne pokolenie, nie zawsze jasno umiejące się zorientować w dziejowych wytycznych i kierunkach własnego narodu. Jednakowoż przymus ten musi być zgodny z naturą i rytmem narodu, nieraz surowy, ale z krwi kości swój, nie tchnący duchem obcym w metodach i taktyce.

To wszystko dyktator Portugalii rozumiał. Posiadał i posiada przeciwników, opinia publiczna nie zawsze była układna. Dyktator umiał ją kształcić, przede wszystkim ciągłym podciąganiem w górę, przemawianiem do wielkości narodu, nawiązywaniem do jego przeszłości, nie deptaniem w imię państwowości po narodowych aspiracjach, czy też choćby po narodowej terminologii i narodowej obrządkowości. Żywą schedą przeszłości są jednak w oczach Salazara przede wszystkim żywe komórki społeczne, na których zamierza oprzeć swój ustrój korporacyjny — rodzina, parafia, gmina i owe zrzeszenia ekonomiczne, społeczne, kulturalne i moralne, o których już była mowa. Państwo i naród znajdują się w takim rozumieniu rzeczy jakby w stanie wzajemnego na siebie oddziaływania i wzajemnej osmozy. Raz słyszymy o dążeniu do tego, aby zorganizowane siły narodu wlać w kadry Państwa (pour les encadrer dans l’Etat), innym razem o integracji Państwa w naród i traktowaniu go jako wyrazu narodu. Chodzi tu o zbliżenie do siebie Maurrasowskiego „pays legal” i „pays reel”.

Do tego celu służyć ma właśnie państwo korporacyjne. Dosyć trudno nam o nim mówić, bo Salazar traktuje to pojęcie trochę jako limes, jako cel, do którego się dąży, nie bardzo wiedząc, czy się go da całkowicie osiągnąć. Realizacje są tu jeszcze bardzo szczupłe, zaczątkowe, tym bardziej, że dyktaturę portugalską cechuje w tym zwłaszcza punkcie ogromna ostrożność. Bądź jak bądź, chcąc zrozumieć myśl Salazara, należy uszanować zasadę, że „korporacja przedstawia w dziedzinie ekonomicznej, spo­ łecznej i politycznej zasadę podstawową”(14). Zrozumieć to dość łatwo, o ile idzie o punkt widzenia ekonomiczny czy społeczny. Kryzys ekonomiczny zostanie znakomicie stępiony wtedy, gdy wspólnymi siłami pracowników i pracodawców, zgodnie pracujących w jednej organizacji korporacyjnej, zostaną unicestwione, a przynajmniej wydatnie złagodzone antagonizmy i nienawiści klasowe. Produkcja w swojej jakości, kosztach i rozmiarach musi to odczuć wydatnie. Podobnie i społeczne tarcia w takim idealnym współżyciu korporacyjnym winny sczeznąć. Jest to rozumowanie, prowadzone trochę sub specie aeternitatis i ideału, ale dobrze je mieć w pamięci. Ciekawszym jest proponowane rozwiązanie politycznej strony zagadnienia ustroju korporacyjnego.

– „Najważniejszy problemat polityczny naszej epoki znajduje się w potrzebie zorganizowania Narodu, o ile możności na jego płaszczyźnie naturalnej („sur son plan naturel”), tzn. respektując ugrupowania spontaniczne ludzi wokół ich zainteresowań i działalności”.

Wiemy, o jakie chodzi ugrupowania. Jak sobie Salazar wyobraża przejście od tych korporacji do organizmu politycznego? Im niżej w drabinie układu społecznego, tym to jest prostsze, im wy­żej — tym trudniejsze. Tak więc na najniższym szczeblu — konstytucja portugalska z r. 1933 to już zrealizowała — rady gminne wybierane są wyłącznie przez rodziny, głosami głów rodzin, które w ten sposób mają wpływ decydujący także i na szkołę powszechną. Natomiast prawa polityczne ugrupowań wyższych, zrzeszeń zawodowych, społecznych i kulturalnych, syndykatów, cechów, uniwersytetów i akademii są dopiero in statu crescendi. Zasada jest jednak wyraźna: „zrzeszenia te muszą uczestniczyć swymi głosami czy delegacją w ukonstytuowaniu Izb, gdzieby znajdowało się przedstawicielsrwo prawdziwie narodowe” (15).

Odnosi się to do wszystkich szczebli ustro­ju. Korporacje mają posiadać nie tylko prerogatywy administracji lokalnej i regionalnej — ale wręcz prawa polityczne, zapewniające im wpływ na organizację Państwa” (16).
To ostatnie jest oczywiście najtrudniejsze. Chodzi tu o udział korporacyj w wyborach do Izb najwyższych, nie tylko samorządowych. O jakie Izby tu idzie? Salazar nie zgodził się – przynajmniej na razie – na oddanie kompetencji prawodawczej jakiejś Izbie korporacyjnej, będącej emanacją korporacji. W ypowiada się co do tego bardzo wyraźnie w przemówieniu, transmitowanym przez radio w dniu 8 grudnia 1934:

– „Nie wierzę w skuteczność tego rozwiązania sprawy, bo, jakkolwiek szerokie byłyby interesy, zorganizowane w korporacjach, zawsze brakować im będzie przedstawicielstwa interesów narodowych i państwowych” (17) w najszerszym znaczeniu.

Tak to się tłumaczy, że mimo swego bardzo silnego krytycyzmu wobec parlamentu, nie zniósł jak dotąd Izby Ustawodawczej, aczkolwiek wierzy mocno, że przyszłość nie należy do tego typu ciał zbiorowych:

– „Jestem przekonany – mówi w cytowanym przemówieniu -, że za jakieś lat dwadzieścia — wyjąwszy wypadek cofnięcia się na drodze ewolucji politycznej — nie będzie już zgromadzeń prawodawczych w Europie”(18).

Tymczasem jednak Izba Prawodawcza działa w Poitugalii, z tym jednak zastrzeżeniem, że Izba Korporacyjna, łącząca w sobie przedstawicieli korporacji i związków autarchicznych, jak Uniwersytety i Akademie, ma obowiązek opiniowania uprzedniego wszelkich projektów ustaw i nawet konwencji i ustaw międzynarodowych. Tymczasem tylko tyle. Ale Salazar ostrożnie i równocześnie z całą stanowczością, nie wyklucza na przyszłość (19) znakomitego rozszerzenia prerogatyw Izby Korporacyjnej:

– „Nie jest powiedziane, że nie będzie tu leżało przyszłe rozstrzygnięcie problemu, skoro odpowiednie sekcje korporacyjne jako organy konsultatywne staną przy rządzie, pod tą postacią jedynie uprawnionym do funkcji prawodawczej” (20).

Jest to muzyka przyszłości — zapewne — ale już ją jednak słychać w przemówieniach dyktatora (21). Jeżeli tak, to trzeba nam z kolei dobrze zrozumieć dzisiejsze, zaczątkowe funkcjonowanie korporacji i Izby Korporacyjnej w Portugalii Salazara.

* * *

Wygląda to tak. Portugalia zna pięć rodzajów zrzeszeń korporacyjnych:
1) „gremios” albo zrzeszenia patronalne pracodawców,
2) syndykaty pracowników,
3) rolnicze „Domy Ludowe”, jednoczące w sobie patriarchalnie właścicieli wiekich i drobnych oraz bezrolnych robotników wiejskich i służbę,
4) zrzeszenia wolnych zawodów, wreszcie
5) zrzeszenia „moralne”, dzia­łające na terenie nauki i sztuki.

Nas tu zajmą przede wszystkim dwa pierwsze szeregi zrzeszeń pracodawców i pracowników, ze względu na ich podstawowe znaczenie. „Gremios” grupują przedsiębiorstwa i firmy, należące do jednej branży. Zawierają umowy zbiorowe z syndykatami; wypowiadają się konsultatywnie co do spraw, ich kompetencji dotyczących; nie mogą wydawać praw, ni przepisów, sięgających poza umowy zbiorowe. Syndykaty zbudowane są podobnie, ale znajdują się pod baczną opieką rządu, ze względu na niebezpieczeństwo infiltracji komunistycznej. Zajmują się badaniem i obroną interesów zawodowych, zakładają instytucje ubezpieczeniowe, prowadzą biura pośrednictwa pracy i szkoły zawodowe. W r. 1936 były w Portugalii 183 syndykaty, liczą­ce 80.000 członków (22). Te „gremios” patronalne i syndykaty pracownicze mogą na stopniu pośrednim tworzyć federacje, łączące pokrewne sobie gałęzie wytwórczości. Na stopniu najwyższym dopiero widzimy wspólne korporacje w ścisłym znaczeniu tego słowa, łączące federacje pracodawców i pracowników. Na samej górze znajdujemy Izbę Korporacyjną, która łącząc w sobie autarchie społeczne i korporacje, ma tak wyrażać „pays reel”, jak Izba Prawodawcza wyraża „pays legal”. Izba Korporacyjna zawiera w sobie dwa tuziny sekcji, które tu wymieniam dla dania pojęcia o jej zasięgu: hodowla i zboże, wino, leśnictwo, inne produkty rolne; tkactwo, elektryczność, budownictwo, transporty, grafika i prasa; kredyt i ubezpieczenia, handel, turystyka; sprawy duchowe i moralne; nauka i sztuka; wychowanie fizyczne i sporty; polityka i administracja; obrona kraju; sprawiedliwość; roboty publiczne i komunikacje; kolonie; administracja lokalna (samorządowa); finanse (23).

A teraz pytanie zasadnicze. Kto rozstrzyga spory między pracodawcą a pracownikiem? Otóż tu wypada wrócić do koniecznego wciąż jeszcze rozróżniania stanu obecnego i przyszłości, do której Salazar dąży. Dziś jeszcze państwo jest arbitrem, bo tego wymagają warunki rutyny u pracodawców, a anarchii u pracowników. Intrygi zewnętrzne jeszcze działają, komunizm się czai. Ale raz drugi i dziesiąty Salazar stwierdza, że nie jest etatystą i że dąży do uwolnienia korporacji spod opieki państwa. Etatystą nie jest ani ekonomicznym, ani politycznym. Nie jest nim na terenie ekonomicznym, choć nie jest bynajmniej, ale to ani trochę liberałem ekonomicznym. Tę kwadraturę koła rozwiązuje właśnie za pomocą korporacji: „za pośrednictwem organizacji korporacyjnej -— życie ekonomiczne staje się czynnikiem organizacji politycznej”.

A rozumie to tak:

– „Państwo czuwa nad życiem ekonomicznym, zajmuje się nim, wspiera je, kieruje nim, w zgodzie z własnymi celami”.

Ale nie dosyć na tym:

– „Czynniki ekonomiczne tzn. siły produktywne wchodzą w życie organiczne Państwa i stają się częścią składową konstytucji. Dochodzi się do tego nie tylko przez polityczną aktywizację pracy (tak tłumaczę: mise en valeur politique du travail), ale zwłaszcza przez nową koncepcję Państwa, do którego się dąży”(24).

Tak więc Państwo — kieruje życiem ekonomicznym? Zapewne. Ale to Państwo przyszłości nie będzie dzisiejszą machiną państwową:

– „Dawna koncepcja Państwa, która odpowiada jeszcze jego obecnej organizacji, przemienia je na machinę ściśle i wyłącznie polityczną i administracyjną. Kiedy domagamy się od niego działalności lub wydajności („rendement”) ekonomicznej, zmuszeni jesteśm y szczepić na nim zasady elementy, instytucje życia ekonomicznego, stworzonego przez jednostki. Tak się to dzieje, że z braku synchronizmu z innymi funkcjami publicznymi państwa, ten typ działania mu nie odpowiada. Jednym słowem: takie państwo nie jest zdolne do kierowania ekonomią, musi więc albo się przeobrazić, albo z tego zrezygnować”(25).

Otóż Salazar wierzy w to pierwsze, skoro wierzy w państwo korporacyjne. W jego ramach „miast ekonomii, kierowanej przez rzą­dzących, możemy zdobyć ekonomię o własnym kierownictwie („economie auto – dirigee”), co daje formułę znacznie doskonalszą”.

Dojdziemy do tego wtedy, gdy — w jakiejś postaci — kraj realny zidentyfikuje się z krajem prawnym, a ustrój korporacyjny stanie się jednoznacznym z ustrojem państwowym. Jak i kiedy się to stanie? Nie wiadomo. Jedno jest pewne: zawsze zachodzić będą „chwile, w któ­rych władza najwyższa będzie interweniowała, bo kierować ekonomią nie jest to samo, co chcieć, ab y ona zadośćczyniła wymaganiom ogólnego dobra” (26). Widać w tych słowach niewątpliwie i pewne zakłopotanie i dużą szczerość w przyznawaniu się do szukania dopiero dróg nowych. Salazar robi wrażenie człowieka, pochylonego nad życiem swego kraju, z niezmierną, a może i nadmierną ostrożnością stosującego pewne środki zaradcze, i niespokojnie badającego, jak ten organizm je znosi, jak na nie reaguje. W miarę rozwoju tych reakcji, rozwoju wypadków, rozwija i swoją działalność. Jest połączeniem empiryzmu z doktryną. Nie ślepnie na pierwszy i nie głuchnie na drugą. Pewny jest przy tym swoich celów, a raczej ich hierarchii. I dlatego właśnie nie jest etatystą także i — w politycznym rozumieniu.

– „W Portugalii nikt z nas nie śmiałby proklamować wszechwładzy Państwa wobec masy ludzkiej, będącej jeno prostą materią do realizacji politycznych. Nikt z nas nie wpadłby na pomysł uznania Państwa za źródło moralności i sprawiedliwości bez tego, aby zasady sprawiedliwości wyż­szej nie wznosiły (27) się ponad jego decyzjami i przepisami. Nikt z nas nie śmiałby uważać, że siła jest matką wszelkich praw, na przekór sumieniu osobistemu, prawowitym wolnościom (28) obywateli, celom koniecznym jednostki ludzkiej”.

Zastrzegłwszy się w ten sposób przeciw posądzeniu go o naśladowanie hitleryzmu i nawet faszyzmu, odciąwszy się zdecydowanie od deifikacji państwa, Salazar wyróżnia i – zgodnie z doktrynalną częścią swojej konstytucji – układa hierarchię celów państwa korporacyjnego. Oto korporacje mają służyć celom ekonomicznym, ale te służą celom narodowym, a te z kolei wartościom moralnym, i nawet religijnym. Bo, zdecydowany katolik w zdecydowanie katolickim kraju, Salazar tych celów nie ukrywa — choć jako polityk stanął jak dotąd na stanowisku rozdziału Kościoła od państwa. W lat dziesięć po zamachu z r. 1926, układając bilans dziesięciolecia, Oliveira Salazar nie zawahał się oświadczyć co następuje:

„Pozostawiając na boku, indywidualnie i społecznie, sprawę inte­gralnej prawdy religijnej, stwierdzamy, że potrzebujemy absolutu. Nie będziemy więc własnymi rękoma, z łona rzeczy przypadkowych i przejściowych, stwarzać tego, co istnieje poza i ponad nami. Dlatego też nie wykoleimy ku Państwu funkcji zadekretowania kultu, ani też zdefiniowania zasad moralności. Ta właśnie postawa doprowadziła nas do uznania władzy jako moralnie ograniczonej (limite moralement), i pozwoliła nam nie popełnić błędu czy zbrodni ubóstwienia Państwa, siły, bogactwa, techniki lub piękna”(29).

Jest to kropka nad i — po latach dziesięciu.

****

Rezultaty tego dziesięciolecia są dla Portugalii wspaniałe. Może jednak zachodzić pytanie, czy wartość ich jest szersza i czy kraje inne mogłyby z tych metod korzystać? Powiedzmy od razu, że Salazarowi obcy jest jakikolwiek mesjanizm narodowy, choć nie obce poczucie misji narodu portugalskiego, widocznej w historycznej, wspaniałej pracy kolonizatorskiej (po Anglii i Francji, Portugalia posiada trzecie z rzędu cesarstwo kolonialne, dziś jeszcze, po utracie Brazylii!). Parokrotnie zastrzega się, że pracuje dla Portugalii, z wyłączną myślą o niej, że żadnego obcego wzoru, nawet faszyzmu, naśladować nie chce i nie może — ale też, że nie ma pretensji do tego, by dawać receptę uniwersalną. Co najwyżej uważa, że doświadczenia portugalskie mogą w pewnej mierze być pouczające i dla innych krajów.

Jeżeli idzie o Polskę, stwierdźmy, że ze względu na swą kulturę rzymską i katolicką, Portugalia nie jest nam obca. Jest zaś dla nas ciekawa i dlatego, że jest krajem niezmiernie ekonomicznie i cywilizacyjnie zacofanym (sześćdziesiąt z górą procent analfabetów, brak dróg i kolei), takim więc, który — podobnie do Polski — ma wiele do nagłego odrobienia i nie bardzo ma z czego chudnąć. Ma za to ogromną nad nami wyższość w postaci swojego rezerwuaru kolonialnego. Najważniejszą różnicą między dyktaturą portugalską, a włoską czy niemiecką jest bodaj odmienność warunków terytorialnych: oto Portugalia jest krajem terytorialnie małym. Jest to dystynkcja niezmiernie ważka i w skutkach dalekosiężna. Tu bodaj należy szukać powodu ła ­ godnego przebiegu dyktatury, względnie łatwego ujarzmienia przez nią sił odśrodkowych i anarchistycznych (30). Ona bodaj, ta przestrzeń, umożliwiła ostrożność i powolne posuwanie się pracy organizacyjnej nowego reżimu.

Jest to wzgląd bardzo ważny i zauważony jeszcze w XVIII-ym wieku przez Monteskiusza. Autor „Ducha Praw” zdawał sobie doskonale sprawę ze związku, jaki zachodzi między naturą autorytetu państwa, a wielką przestrzenią przez to państwo objętą, i dlatego tu usprawiedliw iał nawet poniekąd rządy despotyczne dla państw wielkoprzestrzennych. Rozumiał te związki nawet Rousseau, choć nie zawsze o nich zdawał się pamiętać. Wielka część jego utopii tłumaczy się tym, że rozumował jako obywatel małej republiki helweckiej. Mała przestrzeń Portugalii, jej duże ambicje narodowe, ale jej ma­łe ambicje polityczne, tłumaczą więc wiele: skromność dyktatora, jego łagodną ostrożność, solidność jego pracy w głąb przy braku troski o szeroką rozbudowę fasady, o reklamę i pozory. Zwłaszcza stają się nam zrozumiałe niepozorne szaty tej dyktatury; są one tak nikłe, że niektórzy kwestionują w ogóle istnienie dyktatury w Portugalii. „Dictateur sans le vouloir”, definiuje go de Reynold. Tak się wreszcie tłumaczy przede wszystkim względna łatwość, z jaką Salazar wyrzeka się etatyzmu (31). I dlatego, rozumując ostrożnie i politycznie, musimy stwierdzić, że pochw ała Salazara nie zawiera w sobie implicite wcale potępienia np. Mussoliniego. Sam Salazar by tego nie chciał; zależy mu tylko na tym, by Portugalii nie podciągać pod strychulec włoski czy niemiecki.

Mam tu pod ręką podobne rozumienie rzeczy u przedstawiciela innego „małego” państwa, u Szwajcara Gonzague de Reynolda.

– „Nikt nie może przeszkodzić wielkiemu mocarstwu i w poczuciu się takim, i w dążeniu do tego, by się nim stać na nowo. Otóż, jedynym sposobem, aby się stać na nowo wielkim mocarstwem, po klęsce i ruinie, jest unitaryzm i forma totalna; poza jakąś chyba czczą teorią, niemożliwością jest wyobrazić sobie dziś takiego nawrotu na innej drodze”. „Natomiast dla państw małych i średnich formy totalne są niebezpieczne i niemożliwe.” (32).

Bez względu na rozmiary państwa wagę swą zachowuje natomiast antyparlamentarna, antyliberalna i antydemokratyczna postawa Salazara, która zresztą nie ma nic wspólnego z totalizmem. Bądź jak bądź, przyznaje się on do tych trzech haseł niedwuznacznie, bynajmniej się ich nie wypierając i wcale się ich nie wstydząc:

– „Jesteśmy antyparlamentarzystami, antydemokratami, antyliberałami… Takie stwierdzenia zdolne są wywołać dreszcz grozy u pewnych narodów — nieświadomych szkód, jakie te instytucje (tzn. parlamentaryzm, demokracja, ustrój liberalny) poczyniły w krajach o innej formacji”.

Słowa te skierowane są pod adresem zapewne wielkich demokracji zachodnich -— choć i dla nich ma Salazar ważkie słowa przestrogi, uważając, że i one bynajmniej egzaminu przed historią nie zdały (33). Chcąc zebrać główne fakty,w ynikające z analizy wydarzeń portugalskich, musimy uwydatnić punkty następujące: bez zamachu wojskowego Salazar nie byłby doszedł do władzy; podkreśla to sam wielokrotnie. Ale armia portugalska, po kilkunastu miesiącach, zrozumiała, że nie do niej należy organizowanie całokształ­tu życia państwowego. Wracając, z dużym pożytkiem dla kraju, do swych dziedzin wojskowych, wydała sobie świadectwo ofiarnej obowiązkowości. Innymi słowy, na początku rewolucji portugalskiej był akt siły. Ten gniot siły trwał dalej i poniekąd jeszcze trwa (34). Jeżeli naród to znosił i znosi, to tylko dlatego, że do osoby dyktatora i do jego rządu miano zaufanie, albo raczej, że, w ciągu trwania swojego, dyktatura umiała wzniecić zaufanie narodu, który jest zawsze gotów do ofiar, o ile wierzy w ich skuteczność. Tak jak przy reformie finansowej, tak i tu, u warsztatu politycznego, decyduje a la longue kwestia moralna, bo kwestia zaufania. Można rządzić przymusem bez zaufania narodu, miesięcy kilka lub kilkanaście — potem każdy miesiąc kruszy rząd, który nie umiał zaufania znaleźć.

To samo dotyczy budowania początkowych faz ustroju korporacyjnego. Budowę taką — na podstawach tradycyjnych — wznosi początkowo państwo, ingerując znacznie silniej, niźli to będzie czyniło wtedy, gdy ustrój ten zdobędzie się na zgodną z dobrem narodu autarchię. I znów: tego początkowego przymusu, przy budowie ustroju, dokonać zdoła tylko rząd mający zaufanie narodu. Przykład Włoch i Portugalii dowodzi, że nie musi to być rząd parlamentarny, działający na podstawach demokratyczno – liberalnych. W ostatecznym wyniku wymowa wieku XX, dochodzącego powoli do swej środkowej mety, zdaje się wskazywać na pojęcie siły, tak jak wiek XIX wskazywał na pojęcie liczby, tworzącej mechaniczną większość. Wiek nasz jest bardziej kwalitatywny niż kwantytatywny i zwłaszcza bardziej dynamiczny. Burzymy się dziś mniej więcej wszę­dzie przeciw tyranii majoryzowania (36) liczbowego, tak słodkiego dla Jana Jakuba! Natomiast szanujemy pojęcie siły społecznej, którą pragniemy wyszukać, zakumulowaną w pewnych punktach społecznej tkanki. W pewnej mierze można by i tu wrócić do dwuwymiarowości narodu i uznać liczenie głosów równych za wyraz przestrzeni narodu, tzn. jednego, obecnie na tej przestrzeni żyjącego pokolenia, pojętego mechanicznie i egalitarnie; zaś wciąganie sił społecznych rozumieć by trzeba jako wynik osadu długich wieków historii narodu, jego więc trwania w czasie, które wytworzyło owe gniazda i ośrodki dynamiki spo­łecznej. Mąż stanu operuje dziś w swoim kraju nie sumowaniem liczb, ale wynajdowaniem i oceną sił w narodzie.

Władysław Folkierski

za: “Polityka narodowa” nr 1/1938

————————
Władysław Folkierski (1890 – 1961) był politykiem Narodowej Demokracji, historykiem literatury francuskiej, romanistą, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Był członkiem Ligi Narodowej od 1926 r. W 1939, po napaści Niemiec na Polskę, wyjechał do Anglii. Przed wojną związany z Obozem Wielkiej Polski i endecją, na emigracji wchodził w skład Rady Narodowej (1940–1941) oraz rządu RP na uchodźstwie; kierował resortem prac kongresowych (1944–1947) oraz wyznań religijnych i oświecenia publicznego (1947–1949). W latach 1949–1954 był członkiem Rady Politycznej, a od 1954 członkiem Rady Jedności Politycznej. Na emigracji pełnił funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie, brał udział w pracach Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie oraz Komitetu Opieki nad Biblioteką Polską w Paryżu.

Przypisy:

(1) Oliveira Salazar — „Une revolution dans la paix.” Flammarion, 1936. Obecnie,przed paru tygodniami, ukazał się popularny skrót tego tomu p. t. „Comment on releve un Etat”, u tegoż wydawcy.
(2) Świadomie podałem tu szereg dat tych przemówień dla zobrazowania rytmu i postępu poruszanych problemów i reform.
(3) Leon de Poncins. — ,,Le Portugal refait”, 1936.
(4) Śladów wojskowego pochodzenia swojego reżimu Salazar nigdy nie zaciera i parokrotnie do nich nawiązuje: „rien de ce qui s’est fait n’aurait ete fait sans son intervention”, powiada energicznie o armii („Une revolution dans la paix”, str. 274). I jeszcze, kładąc nacisk na brak rozlewu krwi bratniej w czasie zamachu: „1’armee portugaise dechinait le mouvement glorieux sans repandre le sang, parce qu’a vrai dire la voix du commandement ne fut que l’expression militaire d’un ordre irresistible de la Nation” (str. 265). Najpełniej zaznaczył Salazar charakter i granice tego w ystąpienia armii w przemówieniu z 28 maja 1932: „Comme homme d’Etat, et dans la conviction de servir 1’honneur de 1’armee, j’ai toujours lutte pour que l’intervention de la force armee, au moment ou elle a voulu assurer son appui necessaire a une oeuvre qui, sans elle, n’etat pas realisable, ne soit pas reduite aux proportions d’un pronunciamento… a ce point de vue, le seul que je
crois vrai, 1’armee ne doit pas faire de politiąue… mais doit etre jusqu’au bout la garantie et le gage de la revolution nationale”, (str. 122).
(5) Carmona znany był od roku 1925, gdy, jako prokurator, domagał się uwolnienia członkow spisku nacjonalistycznego — ze względu na to „iż kraj jest chory”!
(6) Co prawda Salazar nie miał przeszłości politycznej; w r. 1921 dostał wprawdzie był mandat poselski, ale — po jednym dniu pobytu w Izbie zrezygnował z niego.
(7) Już teraz cytuję książkę, która była mi pomocną w ciągu całego szkicu: Antonio Ferro, „Salazar, Le Portugal et son chef”. Jest to szeroki, parudniowy interview, udzielony autorowi przez samego Salazara. Antonio Ferro jest dziś ministrem propagandy w rządzie Salazara. Jest to równocześnie wybitny pisarz portugalski.
(8) Wystarczy tu wskazać, że stopa procentowa spadła z 11 na 3,75! Wystarczy to, sądzę, jako wskaźnik, — i nie ma tu chyba powodu podawania cyfr porównawczych deficytu i długów, zwłaszcza krótkoterminowych, przed erą i po erze Salazara.
(9) „Une Revolution dans la paix”, str. XXIX. Słowa te znajdują się w długiej, syntetycznej przedmowie, którą autor poprzedził zbiór swoich przemówień.
(10) „J’ai hesite longuement ayant de me resoudre a publier ce livre et, surtout, a le publier en France: n’ai-je pas, en effet, la certitude que, parmi les maitres qui ont forme ma pensee, c’est aux Franęais que je suis le plus redevable et que c’est a eux que je dois 1’orientation de ma modeste culture?”
(11) „Une revolution dans la p aix”, str. 157— 8.
(12) loc. cit. str. 60.
(13) loc. cit. str. 94— 5.
(14) „La Corporation represente dans le domaine economiąue, social et politiąue „le principe de b ase” cf. „Comment on releve un Etat”, str. 13.
(15) „Comme tels ils doivent concourir par leur vote ou leur representation a la constitution de Chambres ou l’on souhaite trouver une delegation vraiment nationale”. „Una Revol.” str. 95.
(16) „Les corporations ne doivent pas seulement posseder les prerogatives de radministration locale et regionale… mais elles doivent aussi posseder des droits politiąues avec influence dans 1’organisation de 1’Etat.” str. 97.
(17) ,J e ne crois pas a 1’efficacite de cette solution, d’abord parce que, ąuelle ąue solt l’extension des interets organises dans les Corporations, il y m anąuera toujours la representation d’interets nationaux, de ces interets de 1’Etat meme…”, str. 235.
(18) Loc. cit. 234. „Je suis persuade ąue d’ici vingt ans, a moins d’un recul dans l’evolution politique, il n’y aura plus d’assem blees legislatives en Europę.”
(19) Konstytucja Salazarowska zaworowała sobie prawo rewizji co lat dziesięć!
(20) Słowa te brzmią dość sybilińsko, ale intencja w cale zabójcza dla niekorporacyjnego ustroju jest wyraźna: „rien ne nous dit ąue ce ne sera pas la futurę solution du probleme, les sections respectives etant les organes consultatifs ąui assisteront le gouvernement des lors et sous cette formę seul investi de la fonction de legiferer.”
(21) Dla zrozumienia pełnego zapatrywań Salazara na Izbę Prawodawczą, taką, jaka jeszcze istnieje w Portugalii, dodamy, że zajmuje się ona jedynie swą funkcję ustawodawczą i kontrolną. Rząd jest odpowiedzialny jedynie przed prezydentem Rzeczypospolitej.
(22) Dane te czerpię z książki prof. Gonzague de Reynolda „Portugal”. Spes, 1936.
(23) cf. Gonzague de Reynold op. dt.
(24) loc. d t. 180.
(25) loc. cit. 183.
(26) loc. cit. 183— 4. — W takim ujęciu „kierowanie” ekonomią traci znakomicie na sile i ogranicza się do pewnej kontroli zawsze możliwych przerostów.
(27) „ne se superposent”.
(28) Bardzo ważne, a po polsku trudne do oddania, jest to rozróżnienie liczby mnogiej: libertes, a nie liberte! Znów terminologia maurrasowska.
(29) Loc. cit. 266.
(30) Nie należy jednakże lekcew ażyć infiltracji komunistycznych do Portugalii! Nie jest wykluczone, że sam Salazar nieco je nie docenia. Przypomnieć tu trzeba szereg już spisków i zamachów na życie dyktatora.
(31) „Je dis autorite plutót que dictature, car le regime de Salazar nest pas une dictature au sens absolu du terme. Salazar n ‘a jam ais voulu accepter toutes les libertes pour lui, pour son gouvernement, pour l’Etat. II veut, au contraire, restituer d son peuple les libertes essentielles. Salazar n’est pas etatiste, Salazar est antietatiste. II se sert de la dictature comme du seul moyen possible de ramener l’Etat, en le sortant de 1’etatisme, dans son domaine propre qui n’est pas de tout faire, mais de tout diriger. (Reynodl, op. cit. 275). I jeszcze „Ce regime est constitutionnel, car il ne faudrait pas croire qu’une constitution dut necessairement etre liberale et parlementaire. Salazar ne peut pas tout faire, s’il peut tout empecher” (str. 331).
(32) Jest to oświadczenie tak ważne i na czasie w ustach działacza katolickiego, bliskiego Watykanowi, jakim jest Gonzague de Reynold, że nie waham się słów tych zacytować w oryginale: „.. on ne saurait empecher une grande puissance ni de sesentir telle, ni de youloir redeyenir telle. Or le seul moyen qu’lle ait de redeyenir telle, apres la defaite et la ruinę, c’est 1’unitarisme la formę totalitaire: sauf en theorie, il est impossible de concevoir son redressement d’une autre m aniere aujourd’hui… En revanche, pour les petits ou moyens, les formes totalitoires sont dangereuses, et d’ailleurs, im possibles”, loc. cit. 326.
(33) „Une revolution dans la paix”, str. XXX. I dalej: „Une des grandes erreurs du XIXe siecle fut de considerer ąue le parlementarisme anglais, la democratie anglaise constituaient un regime capable de s’adapter a tous les peuples europeens. Voici quel en fut le resultat: la democratie parlementaire a abouti partout a l’instabilite et au desordre – sauf, peut-etre, en Suisse et dans ąueląues pays du Nord”(XXX). W Anglii samej też nie najlepsze są bodaj wyniki: „Nous savons ąue le Parlement ne gouveme pas en Angleterre: mais n’empeche-t-li pas parfois le gouvemement de gouverner?'”, X X X I.
(34) Nie należy idealizować ponad miarę stosunków portugalskich. Była tam i jest jeszcze mniejszość niezadowolona.
(35) Tardieu w swych książkach ostatnich, zwłaszcza w „La profession parlem entaire” (Flammarion, 1937), bardzo ostro protestuje przeciw tyranii połowy zgromadzenia + jeden głos.