Reżim Łukaszenki coraz bardziej zdecydowany na konfrontację z demonstrantami, ale nie potrafi opanować sytuacji

W niedzielę 11 października w demonstracji przeciwko reżimowi Aleksandra Łukaszenki udział wzięło 70-80 tys. opozycjonistów. Jest to mniej niż w protestach jeszcze przed kilkoma tygodniami, gdy ta liczba oscylowała w okolicach 100 tys., ale wciąż jest to na tyle znacząca liczba, aby stanowić poważny problem dla reżimu.

W Mińsku przeciwko protestującym użyto na dużą skalę armatek wodnych oraz sporadycznie granatów hukowo-błyskowych. W całym kraju zatrzymano około 600 osób, a także co najmniej 35 niezależnych dziennikarzy. Działania sił porządkowych zaczęły się jeszcze przed rozpoczęciem akcji protestacyjnej i miały znacznie bardziej brutalny charakter niż w ubiegłych tygodniach (wiele osób zostało pobitych). Celem funkcjonariuszy było niedopuszczenie do sformowania wielotysięcznej kolumny. Na podwórkach i w bocznych ulicach dochodziło do brutalnych pobić i zatrzymań pojedynczych grup demonstrantów. Mimo zachowania pokojowego charakteru protestu agresywne działania funkcjonariuszy sprowokowały kilka starć ulicznych, podczas których strzelano do manifestujących gumowymi kulami. Niedzielne demonstracje po raz kolejny zostały poprzedzone sobotnimi akcjami protestu kobiet przeciwko przemocy, przy czym drugi tydzień z rzędu odbywały się one w formie spaceru w centrach miast, w niewielkich grupach, co po raz kolejny pozwoliło uniknąć zatrzymań – czytamy w analizie Kamila Kłysińskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich.

REKLAMA/Advertisement

Zdaniem Kłysińskiego, “wyraźny wzrost agresji ze strony sił porządkowych jest przejawem wyczerpywania się władzom instrumentów do ograniczenia wciąż masowych protestów w Mińsku, który pozostaje głównym ogniskiem sprzeciwu. Zachętą dla reżimu mogło być dość skuteczne wygaszenie ulicznej aktywności oponentów na prowincji. Należy jednak zwrócić uwagę, że obserwowane 11 października w stolicy agresywne działania funkcjonariuszy w niektórych przypadkach wywoływały stanowczą reakcję demonstrantów, co może nieść ryzyko eskalacji przemocy. W szerszym aspekcie narada prezydenta z przedstawicielami najwyższego szczebla aparatu państwowego zwiastuje dalsze zaostrzenie polityki wewnętrznej i zagranicznej. W praktyce oznacza to wzrost represji wobec obywateli, czystki w administracji i wzmocnienie narracji konfrontacyjnej wobec Zachodu”.