Podczas II wojny światowej wielu Polaków ratowało Żydów przed Niemcami. Niektórzy byli przez nich szantażowani i stawali się ich zakładnikami

W Polsce utrwaleniem pamięci o ratownikach, którzy pomagali Żydom przetrwać czas Holokaustu przez długie lata nikt się nie zajmował. Teraz sytuacja ta powoli się zmienia. „Wśród ratowników znajdujemy zarówno osoby, którym także w okresie okupacji powodziło się dobrze, lub nawet bardzo dobrze, pod względem materialnym, jak i osoby skrajnie – i nie jest to przesada – ubogie” – zdradza dr hab. Sebastian Piątkowski, autor książki „Relacje o pomocy udzielanej Żydom przez Polaków w latach 1939–1945. Tom 2: Dystrykt krakowski Generalnego Gubernatorstwa”.

Dr hab. Sebastian Piątkowski – historyk, pracownik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Lublinie. Autor m.in. publikacji Okupacja i propaganda. Dystrykt radomski Generalnego Gubernatorstwa w publicystyce polskojęzycznej prasy niemieckiej (1939–1945) (2013), Radom w latach wojny i okupacji niemieckiej (1939–1945) (2018) oraz – wspólnie z Jackiem A. Młynarczykiem – Cena poświęcenia. Zbrodnie na Polakach za pomoc udzielaną Żydom w rejonie Ciepielowa (2007) i The Price of Sacrifice. Crimes against Poles for Aiding Jews in the region of Ciepielów (2008).

REKLAMA/Advertisement


Magdalena Mikrut-Majeranek: Publikacja „Relacje o pomocy udzielanej Żydom przez Polaków w latach 1939-1945” to efekt „śledztwa Bielawskiego”, dzięki któremu udało się zidentyfikować osoby udzielające pomocy Żydom w dystrykcie krakowskim Generalnego Gubernatorstwa. Jak przebiegało wspomniane śledztwo?

Sebastian Piątkowski: W tym przypadku „śledztwo” to trochę niewłaściwe określenie, bo z zasady postępowanie prokuratorskie ma na celu ustalenie sprawców, a następnie ich sprawiedliwe ukaranie. Taką działalnością zajmowała się przez dziesięciolecia Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, a także jej komisje oddziałowe. Gromadzono informacje na temat egzekucji, deportacji do obozów koncentracyjnych, miejsc kaźni itd., starając się ustalać także personalia zbrodniarzy. Domniemanie, że mogą oni jeszcze żyć i mieszkać np. w jednym z dwóch państw niemieckich, owocowało rozpoczęciem ich poszukiwań z nadzieją, że zostaną oni doprowadzeni kiedyś przed oblicze sądu. Mówiąc krótko: Komisja nie zajmowała się samym, szeroko rozumianym zjawiskiem pomocy udzielanej Żydom w latach wojny i okupacji, ale badała zbrodnie dokonane na Polakach w związku z udzielaniem tej pomocy. W miarę upływu czasu społeczne zainteresowanie problematyką stosunków polsko-żydowskich jednak systematycznie rosło.

REKLAMA/Advertisement

Szybko najpopularniejszym w świecie kryterium oceny skali ratownictwa w danym kraju stała się liczba tytułów Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, przyznanych jego obywatelom przez gremium działające przy Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie. W naszym kraju w składaniu wniosków o nadanie tych tytułów uczestniczyło Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce i Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie. W 1984 r. zapadła decyzja, iż działalność taką podejmie również Komisja, a nadzór nad tą operacją powierzono prokuratorowi Wacławowi Bielawskiemu. W tym samym roku w prasie zamieszczono ogłoszenia, wzywające osoby posiadające wiedzę na temat ratownictwa do ujawnienia jej. Jeżeli opowieści zawarte w listach nadsyłanych do Warszawy były wiarygodne, ich autorów przesłuchiwano oficjalnie jako świadków, postępując w taki sam sposób z pamiętającymi okres okupacji członkami ich rodzin, sąsiadami i znajomymi. Często okazywało się, że świadkowie ci utrzymują kontakt korespondencyjny z uratowanymi przez siebie osobami, rozproszonymi po całym świecie. Mogły one teraz złożyć oficjalne oświadczenia o ludziach, którzy pomogli im przetrwać. Komplet zgromadzonych w ten sposób dokumentów przesyłano do Jerozolimy, co przynajmniej kilkudziesięciu przypadkach zaowocowało przyznaniem tytułów Sprawiedliwych. Chociaż nie zawsze było to możliwe, trwające przez wiele lat prace Komisji spowodowały zgromadzenie wręcz ogromu unikalnych, bardzo cennych materiałów źródłowych. Miałem przyjemność zapoznać się z nim, a teraz edytuję je w kolejnych tomach „Relacji…”.

M.M.M.: Zwraca Pan uwagę na pewną dysproporcję w liczbie relacji związanych z sytuacją Żydów podczas II wojny światowej. Okazuje się, że zdecydowanie więcej jest wspomnień dotyczących samych przedstawicieli wyznania mojżeszowego w stosunku do relacji przekazywanych przez osoby ratujące Żydów. Z czego to wynika?

REKLAMA/Advertisement

S.P.: Już w 1944 r. działalność rozpoczęła Centralna Żydowska Komisja Historyczna, która zajęła się gromadzeniem relacji osób ocalałych z Zagłady (jej prace kontynuował z powodzeniem Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie). Także w Izraelu pracownicy Instytutu Yad Vashem przeprowadzali z licznymi przybyszami z Europy rozmowy, dotyczące ich tragicznych losów. Chociaż w materiałach tych opisywano przede wszystkim proces Zagłady w poszczególnych miejscowościach, opowieści o uratowaniu życia swego, czy też bliskich, zawierały informacje o osobach, które udzielały Żydom pomocy. W Polsce utrwaleniem pamięci o ratownikach nie zajmował się przez długi czas w praktyce nikt. Przyczyny tego zjawiska były bardzo złożone. Wystarczy wspomnieć, że pojęcie „walka” było rozumiane niemalże wyłącznie jako działanie z bronią w rękach – na froncie, w partyzantce, w sabotażu i dywersji. Walka o ocalenie życia drugiemu człowiekowi, w którą angażowały się osoby zazwyczaj nie związane w żaden sposób z konspiracją, nie mieściła się w tym pojęciu Większość uczestników tych wydarzeń już odeszła, a przeważająca część z nich nie doczekała się nigdy jakiegokolwiek uhonorowania. Szkoda, bo przez to zaniechanie utraciliśmy bezpowrotnie szansę na zdobycie pełnej wiedzy o bardzo interesującym i zarazem ważnym rozdziale okupacyjnej historii naszego kraju.

M.M.M.: W tomie udało się zgromadzić 203 zeznania Polaków. Dobierając materiał źródłowy z pewnością pojawił się problem wiarygodności źródeł. Jak weryfikowano relacje?

S.P.: Oczywiście jako historyk jestem wręcz zobowiązany, by do każdej relacji podchodzić z nieufnością. Akta „śledztwa Bielawskiego” obejmują ponad 2 tys. jednostek archiwalnych (teczek), zawierających kilkakrotnie więcej relacji i protokołów przesłuchań. Wśród osób kontaktujących się z Komisją odnalazłem jedną osobę kłamiącą z premedytacją i kilka osób – jak sądzę – niezrównoważonych umysłowo. Inni starali się w sposób jak najbardziej szczegółowy opowiedzieć o swych przeżyciach. Przesłuchania świadków prowadzono jednak w blisko 40 lat od zakończenia wojny. Były wśród nich osoby o niskim poziomie wykształcenia, w zaawansowanym wieku, mające problemy z pamięcią, mylące się w datach i brzmieniu nazwisk. Bardzo ważny jest zatem materiał porównawczy w postaci relacji innych osób – członków rodzin, sąsiadów, znajomych. Liczą się także szczegóły – imiona i nazwiska ratowanych, informacje o powojennych spotkaniach z nimi, czy też prowadzeniu choćby przez krótki czas korespondencji. Osoby, które zechcą sięgnąć do książki zobaczą, że każdy edytowany dokument jest opatrzony licznymi przypisami, w których staram się weryfikować jego treść – prostować daty, przedstawiać inne wersje wydarzeń, uzupełniać, a czasami pisać wprost, że dana osoba myli się. Bardzo często to opowieści kilka osób składają się na pełny obraz historii, opisującej uratowanie życia innych ludzi.

M.M.M.: Czytając poszczególne zeznania świadków dramatu, jaki rozegrał się w dystrykcie krakowskim podczas II wojny światowej, można natrafić na wiele wstrząsających opowieści, jak chociażby tą o eksterminacji Żydów w Żeglcach (nr 201), kiedy Niemcy przejęli dwór Baranowskiego, a następnie przywieziono do niego Żydów i zmuszono do pracy. Kiedy przystąpiono do ich likwidacji, kazano im uciekać, a oprawcy idąc tyralierą strzelali im w plecy. Kolejny zatrważający opis pojawia się w relacji pewnego nastolatka, który przyglądał się z oddali temu, jak Niemcy w lecie 1942 roku likwidują krakowskie getto. Mężczyzn przenoszono do Płaszowa, a kobiety, dzieci i starcy maszerowali ulicami getta. Gdy ktoś zatrzymał się na chwilę, Niemcy pozbawiali go życia. Traktowano tak także kobiety i małe dzieci. Takich relacji jest więcej. Która wstrząsnęła panem najbardziej?

S.P.: To nigdy nie jest miła lektura. Chociaż niektóre relacje mają szczęśliwe zakończenie, każda z nich zawiera fragmenty mówiące o śmierci, strachu, bezradności. Tacy świadkowie jak np. Zofia Dziak z Będzienicy, Marian Grabuliński z Czermnej, czy Aniela Krzysztoniak z Faliszówki, opowiadają o zamordowaniu przez Niemców swych rodziców i mężów. Śmierć ta była często widziana na własne oczy, a obraz ciał pomordowanych, czy też płonących zabudowań, pozostał w ich pamięci na zawsze. W pierwszym tomie serii, dotyczącym dystryktu warszawskiego, opublikowałem relację kobiety, która na warszawskiej Pradze przyjęła pod swój dach młode żydowskie małżeństwo wraz ze staruszką – matką mężczyzny. Po kilku dniach starsza pani zmarła z przyczyn naturalnych – prawdopodobnie na atak serca. I ratujący i ratowani stanęli przed problemem: co zrobić z ciałem? Nie można było go wynieść z kamienicy nie zwracając uwagi sąsiadów, nie można było wezwać policji, ani też lekarza. Pozostało tylko jedno wyjście: zwłoki poćwiartowano w mieszkaniu, części zapakowano w paczki, a następnie wyniesiono je z mieszkania i pozostawiono w różnych punktach dzielnicy. To straszna historia, oddająca jednak okupacyjne realia.

Wśród dokumentów zamieszczonych w drugim tomie zapamiętałem m.in. opowieść o żydowskim chłopcu Kiwie Wołku, ukrywającym się w Kozłówku koło Wiśniowej. Pewnego dnia Niemcy schwytali go i znaleźli przy nim pszenne placki, które dostał od rodzinny Pirgów. Chłopca przywieziono do centrum wsi i na drodze torturowano go makabrycznie – m.in. miażdżąc genitalia – nakazując by wskazał dom, w którym dano mu żywność. Wolał on jednak umrzeć, niż wydać Niemcom swych dobroczyńców. Pracuję teraz nad tomem dotyczącym Kresów Wschodnich. Natrafiłem na relację o ukrywaniu kilkuosobowej rodziny żydowskiej, w tym dzieci. Jak opisywali świadkowie, jeden z chłopców był nieposłuszny i m.in. nie reagował na polecenia ukrycia się, gdy zbliżali się Niemcy. I ratujący i ratowani – w tym zrozpaczona matka chłopca – podjęli wspólną decyzję o wydaniu dziecka Niemcom. Chłopiec został zawieziony na posterunek niemieckiej żandarmerii i tam zamordowany. Chociaż kosztem jednego życia uratowano kilka innych, czy postąpiono słusznie? Cały czas waham się, czy skierować ten dokument do druku.

REKLAMA/Advertisement

M.M.M.: Na czym polegała pomoc udzielana Żydom przez Polaków? Nie zawsze było to bowiem tylko zapewnienie schronienia.

S.P.: Pomoc miała bardzo zróżnicowane formy, obejmując m.in. wspieranie żywnością mieszkańców gett, zapewnianie im czasowego schronienia w czasie akcji eksterminacyjnych i deportacyjnych, przekazywanie metryk chrztu i innych dokumentów, wyrabianie fałszywych dokumentów, pomoc w budowie schronów leśnych, dostarczanie żywności osobom ukrywającym się m.in. w lasach, wreszcie przyjęcie zbiegów pod swój dach i zapewnienie im stałego schronienia wraz z utrzymaniem. Każda z nich była ważna i każda wiązała się z ogromnym ryzykiem. Dzisiaj może wydawać się, że ofiarowanie komuś np. kilku kilogramów ziemniaków, czy kawałka mięsa, to rzecz wręcz banalna. W okresie okupacji dar taki był bardzo cenny.

M.M.M.: Kim byli ci, którzy udzielali pomocy Żydom? Byli majętni czy wręcz przeciwnie?

S.P.: Wśród ratowników znajdujemy zarówno osoby, którym także w okresie okupacji powodziło się dobrze, lub nawet bardzo dobrze, pod względem materialnym, jak i osoby skrajnie – i nie jest to przesada – ubogie. W tym momencie nieuchronnie dotykamy problemu motywacji działań ratowników. Często pomagano kierując się altruizmem, poczuciem obywatelskiego obowiązku, współczuciem dla prześladowanych. Wspierano dawnych sąsiadów, koleżanki i kolegi z ław szkolnych i z miejsc pracy, bliższych i dalszych znajomych, czy wreszcie osoby zupełnie obce. Na wsiach i w mniejszych miastach motywacją pomocy stawała się często także – i trzeba o tym mówić szczerze – także obietnica powojennego rewanżu od zbiegów z gett, zwłaszcza, gdy byli oni ludźmi zamożnymi. „Jak przeżyjemy, odwdzięczymy się wam”, „Po wojnie już nie będziecie musieli pracować” – to tylko niektóre zapewnień, jakie słyszały osoby przyjmujące Żydów pod swój dach. Czasami mówiono wręcz o konkretnej zapłacie – określonym gruncie uprawnym, całym gospodarstwie rolnym, kamienicy, lub jej części. Chociaż zabrzmi to nieco brutalnie, ratowanie stawało się dla niektórych, ubogich Polaków swoistą „inwestycją”, by kiedyś zapewnić lepszy byt swym dzieciom. Ponieważ Niemców nie interesowały motywacje, również i ci ratownicy stawali się często ofiarami makabrycznych zbrodni. Po wojnie niektóre ze wspomnianych obietnic doczekały się spełnienia, a innych nigdy nie zrealizowano. To już jednak zupełnie inna historia.

M.M.M.: Pomysłowość Polaków związana z miejscami, w których ukrywano Żydów była olbrzymia. Mogli chronić się nie tylko w stodołach, stajniach, ale także… w schowku w kredensie. Dlaczego wymyślano tak niekonwencjonalne schronienia?

S.P.: Tajemnica musiała być całkowita, bo od jej zachowania zależało życie. W każdej wręcz chwili w mieszkaniu, domu, czy też gospodarstwie mogli pojawić się Niemcy, poszukujący ukrywanych Żydów, broni, amunicji, konspiracyjnej prasy. Schowek wykonany za podwójną ścianą strychu, pod podłogą domu, w stodole, oborze, czy też stajni, dawał realną szansę przetrwania. Często Żydzi spędzali w takich skrytkach całe dnie, wychodząc z nich tylko nocami, by rozprostować kości i odetchnąć świeżym powietrzem. Druga sprawa to najbliższe otoczenie. Mówimy o świecie, w którym podstawową rozrywką wielu osób było obserwowanie życia sąsiadów. Każde zachowanie odbiegające od normy – zaciąganie na długi czas rolet w oknach, częste chodzenie z wiadrem do chlewa, wypieczenie większej niż zazwyczaj ilości chleba, od razu wzbudzało niezdrowe zainteresowanie.

Niektórzy z ratowników byli poważnie skonfliktowani już od okresu przedwojennego ze swymi sąsiadami i obawiali się, że ci mogą szukać zemsty, składając donos Niemcom. W realiach, w których „wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich” zdarzało się, że do ratujących przychodził sołtys i oświadczał: „Wiem, że macie u siebie Żydów. Wypędźcie ich, bo jak Niemcy się dowiedzą, to spalą całą wieś”. Pamiętam dobrze relację Józefa Trawińskiego, który wraz z żoną Anielą ukrywał w swym warszawskim mieszkaniu krakowiankę Ninę Schenker, uchodzącą za jego szwagierkę. Nina była naturalną blondynką, znała doskonale polski język i kulturę, miała perfekcyjnie podrobione dokumenty – Trawińskim nawet przyszło do głowy, że ktoś może podejrzewać ją o żydowskie pochodzenie. W pewnym momencie do ich drzwi zapukała jednak sąsiadka, której syna aresztowało Gestapo i zapowiedziała, że jeśli chłopiec nie zostanie zwolniony, to „wymieni go na tę Żydówkę z waszego mieszkania”. Sytuacje tego rodzaju nie były wyjątkowe.

M.M.M.: Niewiele się o tym mówi, ale zdarzały się też przypadki szantażu. Do takich sytuacji dochodziło, kiedy Żydzi grozili osobom zapewniającym im schronienie, że gdy zechcą ich wygonić, a ci wpadną w ręce Niemców, to na nich doniosą. Egzemplifikacją takiego przypadku są Nagelbuszowie z Zawozia.

S.P.: „Jak my pójdziemy, to i wy pójdziecie” – takie słowa usłyszeli jedni z ratowników, którzy poprosili Żydów, by opuścili ich dom i poszukali sobie innego schronienia. Faktycznie, Polacy po przyjęciu Żydów pod swój dach, stawali się w pewnym sensie ich zakładnikami. Wiedziano powszechnie, że Niemcy po schwytaniu zbiegów z gett nierzadko torturują ich, by ujawnili nazwiska osób, wspierających ich schronieniem i żywnością. Biciu i znęcaniu się towarzyszyły często – nigdy jednak nie spełniane – obietnice ocalenia życia. Nie mamy moralnego prawa oceniać postaw ludzi stojących w obliczu śmierci. Znamy z całego okupowanego kraju przypadki, gdy Niemcy przywozili do wsi złamanych fizycznie i psychicznie Żydów, którzy wskazywali gospodarstwa, gdzie pozwalano im spać i przekazywano im żywność. Skutkowało to brutalnymi represjami. Z drugiej jednak strony w pamięci świadków pozostały też postawy wręcz bohaterskie, gdy Żydzi woleli zginąć, niż ujawnić personalia ratowników. Przypomnę chociażby Kiwę Wołka, o którym wspomniałem już wcześniej.

M.M.M.: Co groziło Polakom za ukrywanie Żydów? Jak pokazuje przykład rodziny Żurardów z Brzeźnika śmierć była poprzedzona torturami…

S.P.: Najprościej byłoby odpowiedzieć, że karą za ukrywanie Żydów była śmierć. We wsiach Niemcy rozstrzeliwali często wszystkich mieszkańców gospodarstwa, w których odkryto zbiegów z gett – bez względu na płeć i wiek. Jeżeli na miejscu znajdowali się polscy, „granatowi” policjanci, niekiedy prosili oni Niemców, by oszczędzić dzieci, które przeprowadzano do sąsiadów. Często zdarzało się, że gospodarstwo ograbiano z wartościowszych ruchomości, zmagazynowanego zboża i zwierząt, a następnie podpalano zabudowania. Rezygnowano z tego, gdy dom i towarzyszące mu budynki znajdowały się w centrum wsi i istniało niebezpieczeństwo, że ogień przeniesie się na domy sąsiadów. Chociaż w miasteczkach i miastach dochodziło także do mordów, częściej zdarzało się tam aresztowanie pełnoletnich ratowników i osadzanie ich w aresztach oraz więzieniach. Niekiedy stawali oni przed sądami specjalnymi, gdzie skazywano ich oficjalnie na karę śmierci. W tej sytuacji jedyną szansą ratunku stawało się napisanie prośby o łaskę do generalnego gubernatora Hansa Franka. Nazywany ironicznie przez berlińskich urzędników „królem Polski”, korzystał on niekiedy ze swych prerogatyw, zamieniając wyrok na karę pozbawienia wolności. Większość z aresztowanych ratowników zginęła jednak w egzekucjach i obozach koncentracyjnych. Ci, którym, udało się przetrwać, powracali po wojnie do zniszczonych domów, próbując – zresztą z bardzo różnym skutkiem – odbudowywać „od zera” swą egzystencję.

M.M.M.: Dziękuję serdecznie za rozmowę!

Magdalena Mikrut-Majeranek

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska<