REKLAMA

REKLAMA

Maksymowicz: Podwójny szantaż górnictwa węgla kamiennego

163

Wojciech Jakubik na stronach BiznesAlert.pl (4.03.2019) pisze, że „Związkowcy szantażują rząd, a powinni słuchać sygnałów z Krynicy”. Ta druga część tego zdania jest bezprzedmiotowa, bo zarówno górnicy, jak i wszyscy inni obywatele są wolni i sami wiedzą, co i kogo powinni słuchać. Chyba, że chodzi w nim o premiera, który jest kandydatem na reprezentanta górniczych interesów w przyszłym Sejmie RP. Ten jako zawodowy polityk unika tego rodzaju drażliwych spraw, które mogłyby zaszkodzić jego karierze politycznej.

Natomiast pierwsza część tego tekstu, jest jak najbardziej prawdziwa. Górnicy niewątpliwie przed wyborami chcą coś dla siebie ugrać. Czy jest to naganne? Dla biznesowej prasy tak! Wszak górnicy mają „okazję być cicho”, a nie chcą. To, że wszystkie inne grupy społeczne w czasie wyborów czynią to samo, jakoś się nie zauważa. Dlaczego? Ano, dlatego, że górnicy są doskonale zorganizowani w swoich związkowych strukturach jak żadna inna grupa i w każdej chwili mogą z kilofami na plecach ruszyć na budynek Rady Ministrów. Tam, ku przerażeniu rządu, będą palić opony, których nieprzyjemny zapach dotrze nawet do gabinetu premiera. To wszystko obniża szanse wyborcze rządzącej partii, a przecież do tego dopuścić nie wolno. Dlatego górnicy z reguły otrzymują to wszystko, co jak uważają, że im się należy. To górnicza strona medalu.

Rządowa, jest taka, że on jest dysponentem i reprezentantem właściciela, państwowych górniczych spółek na Górnym Śląsku. Górnictwo węgla kamiennego od 1989 r, jest restrukturyzowane właśnie przez kolejne ekipy rządowe, które z jednej strony chcą ograniczyć związkowy szantaż, a z drugiej straty finansowe jakie przynosi ten sektor i często bezmyślnie likwidują kolejne kopalnie na tym terenie. Pytanie jest takie, dlaczego rząd mając kłopoty z górnictwem węgla kamiennego, które z jednej strony używa szantażu, a z drugiej przynosi same straty, nie sprywatyzuje tej branży i nie pozbędzie się kłopotów? Związkowcy w tej sprawie protestują, bo kogo wtedy będą szantażować? Kto wtedy będzie się z nimi liczył? Prywatny właściciel, który w każdej chwili może to wszystko zamknąć, bez żadnych konsekwencji? Związkowcy chcą, aby właścicielem kopalń był rząd, który będzie ulegał ich szantażowi. Rząd mógłby się nie liczyć z ich zdaniem, ale też jest zainteresowany takim obrotem sprawy, gdyż kierownicze funkcje są tam doskonale płatne. Tych stanowisk są setki, a może a nawet i tysiące. Ich obsadą kieruje rząd, wynagradzając w ten sposób swoich beneficjentów wyborczych. To łatwo zauważyć w sytuacji, kiedy po kolejnych wyborach ministrami, dyrektorami i prezesami zostają ludzie, którzy na ogół po raz pierwszy w życiu. widzą kopalnię. Są oni jednak „doskonałymi „menadżerami”. Kto jest innego zdania w tej sprawie może mieć rządowe kłopoty. Te zaś nie są byle jakie. Takie CBA lub ABW, z nikim się nie patyczkują. Po kilku latach więziennej odsiadki w najlepszym wypadku można zostać uniewinnionym i domagać się odszkodowania za stracone zdrowie i dochody. Ich uzyskanie graniczy z cudem, a więc lepiej wspierać rząd według starego powiedzenia: „nie podskakuj siedź na d… i przytakuj”. Obie strony są zatem zainteresowane istnieniem tego „szantażu” i wypływających z niego korzyści osobistych dla reprezentujących rząd jego dobrze opłacanych szefów.

Dobry człowiek z Syczuanu

REKLAMA

Panując we współczesnym świecie zwyczaje dobrze przedstawił dramatopisarz Bertold Brecht w sztuce „Dobry człowiek z Syczuanu”. Aby nie było żadnych analogii, akcja toczy się w Chinach, co za jego czasów w połowie XX w. było czysta abstrakcją. Oto, w przytułku dla najbiedniejszych kulisów tego miasta zjawia się ów „dobry człowiek”, który przynosi im żywność, gwarantująca przetrwanie do następnego dnia. Pociesza, doradza, załatwia im lżejszą pracę i inne drobne przysługi. Kulisi kochają go i twierdza, że tylko dzięki jego łaskawości jakoś starają się przeżyć do następnego dnia. Wczesnym rankiem idą do pracy, gdzie czeka ich potworny nadzorca, który nie ma dla nich żadnej litości. Ani chwili odpoczynku. Jego bat jest stale w ruchu i więcej bije winnych, ale nie szczędzi też niewinnych. Kulisi nienawidzą go z całego serca i życzą mu wszystkiego najgorszego. Po wielu próbach poznania obu tych osobistości, okazuje się, że ten dobry człowiek i ten ich kat to jedna i ta sama osoba! Przypowieść ta jak ulał pasuje do rządowego patronatu na górnictwem węgla kamiennego na Górnym Śląsku. Kto wie, czy nawet nie była inspiracją do przeprowadzenia tego rodzaju operacji. Kolejni premierzy i ministrowie odpowiedzialni za ten resort z reguły mieli wykształcenie humanistyczne. Jest zatem duże prawdopodobieństwo, że znali oni ów dramat i kierowali się nim, jako gotową i skuteczną instrukcją dla zarządzania górnictwem węgla kamiennego Tu każdy premier i minister będąc na Górnym Śląsku, niczym ów „dobry człowiek” opowiada górnikom wszystko to, co chcą oni usłyszeć. Górnictwo węglowe było, jest i będzie. To podstawa polskiej gospodarki na następne dziesięciolecia. Zatrudnienie i zarobki będą jeszcze wzrastać!

Smutna rzeczywistość

Premier i minister odjeżdża do domu i następuje smutna rzeczywistość. Przestarzałe, dotowane przez państwowe banki górnictwo jest chronicznie deficytowe. Dlatego zamyka się kolejne kopalnie, a brakujący i znacznie tańszy węgiel dla krajowej energetyki i gospodarstw domowych sprowadza się z Rosji. Nie podejmuje się budowy nowoczesnych i znacznie tańszych kopalń w wydobyciu węgla. Tu zagranica zwietrzyła interes i w korzystnych warunkach geologiczno – górniczych na terenie Lubelszczyzny, Górnego Śląska, a nawet Dolnego Śląska wykupiła ona koncesje na wydobycie węgla kamiennego po znacznie niższych cenach i z wyższym wynagrodzeniem dla górników. To czysty sabotaż polityki surowcowej polskiego rządu. Koncesje się wycofuje. I zagranicy stwarza się możliwie najgorsze perspektywy. Tymczasem oświadcza się, że wszystko się rozwija, na nic nie brakuje pieniędzy, a Polska jest potęgą surowcowa przynajmniej w UE. Jak wiadomo papier wszystko wytrzyma. Tymczasem rzeczywistość jest dokładnie odwrotna. Zapewnień o rozwoju tego sektora polskiej gospodarki nie brakuje. Od 20 lat jednak pozostają tylko zapewnienie na zasadzie znanego dowcipu, że jutro u fryzjera strzyżenie jest za darmo. Kiedy klienci powołują się na to hasło, słyszą odpowiedź, że zawsze będzie jutro, a teraz jest dzisiaj i na razie nic z tego.

Za granicą

REKLAMA

Jak to jest w innych krajach o podobnym systemie politycznym i gospodarczym? Prezydent i jego sekretarze stanu w USA nie zajmują się szczegółami zarządzania w poszczególnych firmach i koncernach. Oni mają tylko stwarzać dobry klimat, dobre kontakty polityczno – biznesowe na rynku, a przedsiębiorstwa same z nich lepiej lub gorzej korzystają. Jest to tam o tyle łatwiejsze, że cała gospodarka jest sprywatyzowana. Dla przykładu rząd USA bezpośrednio nie interweniuje, kiedy bankrutują nawet największe amerykańskie koncerny górnicze. Stwarza co najwyżej korzystniejsze dla nich prawo. Polska to jednak nie USA i u nas podstawowe przedsiębiorstwa górnicze należą do państwa i każdy kolejny minister musi umieć nimi zarządzać. Co zrobić, kiedy nie umie? Zmienić można ministra. Jednak reguła jest taka, że na jego miejsce przychodzi ktoś jeszcze gorszy. Rozwiązaniem ma być zmienianie dotąd, aż znajdzie się ktoś lepszy. Jest to znana od czasów faraonów metoda „prób i błędów”. Czy w czasach Internetu, lotów kosmicznych, telefonów komórkowych i ogólnie dostępnej komputeryzacji, ma ona jeszcze jakiekolwiek uzasadnienie?

Trochę inaczej wygląda to w europejskich krajach UE. Dotyczy to przede wszystkim Niemiec i Francji, gdzie znaczący kapitał gospodarczy jest w rękach państwa. Założeniem stworzonego systemu zarządzania nim jest uzyskiwanie dochodu przynajmniej na średnim poziomie firm prywatnych konkurencyjnych na rynku krajowym i zagranicznym. Co zrobić, kiedy nie jest to możliwe? To wtedy rząd interweniuje na rzecz likwidacji takiej gałęzi gospodarki. Po co ją utrzymywać, kiedy przynosi straty? Na ogół dzieje się to z dużym wyprzedzeniem sytuacji, która mogłaby stać się alarmowa. Podejmuje się działania osłonowe, przekwalifikowuje się zdolną do tego załogę do bardziej dochodowych zawodów. Rozwija się import, który dostarcza pożądane towary po znacznie niższej cenie aniżeli ich produkcja w kraju. Obecny francuski prezydent, a poprzednio minister gospodarki 38-letni Emmanuel Macron nie ma tych zmartwień. On osobiście, ani za pośrednictwem innych struktur nie powołuje szefów państwowych koncernów. Robią to za niego ustawowo powoływane gremia zawodowe i naukowe, które akurat najmniej przejmują się partyjnym układem w instytucjach, za które odpowiadają od strony dochodowej. Ich szefami zostają specjaliści, którzy dowiedli swoich umiejętności, nie w akceptacji politycznej, jak ma to u nas miejsce, ale w biznesie i w operacjach rynkowych. Zmieniające się ekipy polityczne nie mają i nie chcą mieć wpływu na tego rodzaju decyzje. Za to przemysł z państwowym kapitałem funkcjonuje przynajmniej na poziomie nie gorszym niż ten prywatny. Nic tylko naśladować, póki nie jest jeszcze za późno.

Adam Maksymowicz

Adam Maksymowicz – absolwent Wydziału Nauk Przyrodniczych na Uniwersytecie Wrocławskim ze specjalnością geologia. Przez ponad 40 lat pracował w szeregu przedsiębiorstw i instytucji związanych z polskim górnictwem. Pracę zawodową zakończył jako Główny Inżynier w Biurze Zarządu KGHM Polska Miedź S.A. (1994 – 2005). Od 1968 roku publikuje prace naukowe i zawodowe dotyczące swojej specjalności. Zamieszcza liczne publikacje z zakresu biografii gen. Władysława Sikorskiego i Wojciecha Korfantego. Ekspert Instytutu im. Romana Rybarskiego.