Duże Fermy ofiarami marketingu politycznego

Duże Fermy ofiarami marketingu politycznego – wywiad z Piotrem Lisieckim, prezesem Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz*

– Ekolodzy twierdzą, że duże fermy drobiu są groźniejsze dla środowiska niż małe…
Piotr Lisiecki: Jest dokładnie odwrotnie! Tłumaczymy to cierpliwie za każdym razem. Badania naukowe jednoznacznie dowodzą, że duże instalacje w najbardziej optymalny sposób korzystają ze środowiska. W przeliczeniu na kurczaka zużywają najmniej wody, produkują najmniej pomiotu i emitują najmniej pyłów. Gdybyśmy sobie wyobrazili, że – przy utrzymaniu obecnej produkcji w Polsce- duże fermy zamieniamy na większą liczbę małych ferm, to środowisko ucierpiałoby bardzo, bardzo mocno. Paradoksem jest, że organizacje ekologiczne dążą do czegoś, co byłoby katastrofalne dla środowiska. Kontynując ten eksperyment myślowy, gdyby założyć, że wraz ze znikaniem dużych ferm zmniejszylibyśmy produkcję drobiarską w Polsce, to musielibyśmy pogodzić się ze zdecydowanym wzrostem cen mięsa, zresztą nie tylko drobiowego bo ceny różnych rodzajów mięs łączy silna zależność. Ucierpiałaby także nasza gospodarka bo eksport spadłby w znaczący sposób.

– Dlaczego w takim razie duże fermy drobiu tak bardzo przeszkadzają Polakom?
Piotr Lisiecki: Mam wrażenie, że te fermy nie tyle przeszkadzają Polakom, którzy systematycznie jedzą coraz więcej mięsa drobiowego i cieszą się niskimi cenami, co są one ofiarą nowoczesnego marketingu politycznego.

– Marketingu politycznego?
Piotr Lisiecki: Tak. Chodzi o to, że różni spin doktorzy i inni specjaliści od zjednywania opinii publicznej podpowiadają politykom, że walka z dużymi fermami się opłaca. Schemat jest teoretycznie prosty: skoro coraz więcej ludzi z wielkich miast deklaruje nastawienie proekologiczne, to walcząc o tych wyborców ścigajmy się na radykalizm w ograniczaniu produkcji rolnej. Tymczasem jest to fałszywe myślenie oparte na błędnych założeniach. Po pierwsze, jak mówiliśmy wcześniej, duże fermy są bardziej proekologiczne niż mniejsze. Po drugie, naiwnym jest zakładać, że dla Polaków z miast jedną z kluczowych spraw przy podejmowaniu decyzji wyborczych będzie to jak skuteczna jest ta, czy inna partia w niszczeniu polskiego potencjału żywnościowego. Co więcej, jestem przekonany, że Polacy będą pamiętali, którzy politycy zafundowali im wzrost cen żywności oraz mniejsze wpływy z tytułu eksportu.

– Jednak oprócz polityków dużym instalacjom sprzeciwiają się także ci, którzy mieszkają niedaleko dużych ferm lub potencjalnych lokalizacji takich obiektów.
Piotr Lisiecki: Sytuacja jest taka sama jak z drogami, autostradami, liniami wysokiego napięcia, stacjami telefonii komórkowej i wieloma innymi inwestycjami. Każdy Polak narzeka na stan dróg, każdy chciałby się sprawniej i bezpieczniej poruszać samochodem, ale jednocześnie wszyscy chcą, aby drogi budowano obok kogoś innego, a nie w moim sąsiedztwie. W protestach przeciw fermom dużą rolę odgrywają także migracje. Ludzie przenoszą się z miast na wieś zamieniając mieszkania w blokach na wymarzone domy pod miastami. Osoby te mają często wyidealizowany obraz wsi. Rzeczywistość gdzie od czasu do czasu jakiś rolnik wywiezie obornik czy pojawi się jakiś inny – skądinąd naturalny – zapach, jest dla nich nie do zaakceptowania. Tymczasem tego, że fermy nie są niczym złym i szkodliwym najlepiej dowodzi postępowanie samych drobiarzy. Większość z nich ma domy na terenie swoich gospodarstw, nierzadko mieszkają nawet w mieszkaniach dobudowanych bezpośrednio do kurników!

– Politycy często przeciwstawiają interes dużych ferm i małych rolników. Może słusznie wspierają rolnictwo małotowarowe?
Piotr Lisiecki: To jedno z największych nieporozumień! Bardzo wielu małych rolników funkcjonuje właśnie dzięki dużym fermom. To dużym fermom drobni rolnicy sprzedają zboże, którym później karmiony jest drób, to dużym fermom zbywają jaja nie mogąc sobie pozwolić na inwestycje we własne pakownie. Politycy powinni sobie zdać sprawę także z tego, że nie ma alternatywy dla dużych ferm. Nie można bowiem zastąpić dużych ferm małymi. Małe nigdy nie będą w stanie produkować tak tanio jak duże. Walka z dużymi polskimi rolnikami jest w istocie opowiadaniem się za rolnictwem zagranicznym. Jeśli zlikwidujemy duże fermy małe też w większości upadną, a w naszym kraju zamiast rodzimej produkcji będzie dominował drób z Ukrainy, Brazylii czy Tajlandii. Politycy muszą zrozumieć, że czasy gospodarczej autarkii już minęły, a każda ich decyzja może przynieść skutki daleko wykraczające ponad to, co wcześniej sobie wyobrażali.

– Trudno jednak uwierzyć, że wina za wszystkie nieporozumienia wokół wielkich ferm leży poza nimi.
Piotr Lisiecki: Niestety, często obserwujemy, że na niekorzyść dużych rolników działają osoby, które są nowe w branży i nie szanują przepisów oraz otoczenia. Docierają do nas informacje o pseudobiznesmenach, którzy rozpoczynają inwestycje w miejscach gdzie budować się nie powinno, bez wymaganych pozwoleń. Znamy też przypadki nieprzestrzegania prawa ochrony środowiska. Chciałbym jednak jasno powiedzieć, że jako branża sprzeciwiamy się takim praktykom i uważamy, ze powinny być z całą surowością prawa karane. Rozważamy także powołanie grupy roboczej, w której oprócz organizacji drobiarskich mogłyby działać także organizacje ekologiczne. Na forum takiej grupy moglibyśmy wyjaśniać sobie wątpliwości, tłumaczyć rzeczywisty wpływ drobiarstwa na środowisko i osiągać kompromisy, nawet w bardzo indywidualnych sprawach.

-Dziękuję za rozmowę!
Piotr Lisiecki: Dziękuję!

* Krajowa Izba Producentów Drobiu i Pasz jest najliczniejszą organizacją branżową. Zrzesza wszystkie ogniwa produkcji drobiarskiej w Polsce, w sektorze jaj członkowie KIPDIP mają około 70 procentowy udział w rynku.