REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Zawisza: Na śmierć Jana Olszewskiego – lustracja i okolice.

248

Cała Polska winna pochylić się nad śmiercią świętej pamięci mecenasa Jana Olszewskiego. Każdy będzie mógł uczcić go na swój sposób: harcerze, adwokaci, opozycjoniści, politycy i zwykli obywatele. Mam też nadzieję, i bardzo mocno chcę to zaakcentować, że oddadzą mu należny hołd jego przeciwnicy polityczni. Piszę to z pełnym przekonaniem także jako człowiek prawicy, który namawiał do pełnego respektu wobec niedawnej śmierci prezydenta Gdańska. Dlatego też oczekuję, iż dawni politycy Unii Demokratycznej, Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Sojuszu Lewicy Demokratycznej czy Polskiego Stronnictwa Ludowego klękną przed trumną obalonego przez siebie Premiera i chociaż Bogu zdadzą rachunek ze swych dawnych czynów. Wcale nie nawołuję, żeby Lecha Wałęsę sadzać w piątym kościelnym rzędzie, niech nawet jako były prezydent usiądzie w pierwszej ławie, ale nade wszystko niech pochyli głowę w milczeniu i choć raz wykaże się pokorą.

Wszyscy wiedzą, co było szczególnego w Janie Olszewskim. Jego zasługi jako młodego patrioty, potem obrońcy opozycjonistów i polityka niepodległościowego były duże, ale największym jego momentem życiowym był 4 czerwca 1992 roku poprzedzony tak zwaną nocną zmianą. Premier Olszewski politycznie ochraniał ministra swego rządu Antoniego Macierewicza realizującego na swój sposób uchwałę Sejmu podjętą na wniosek posła Janusza Korwin-Mikkego. Można powiedzieć, że wtedy starła się Polska lustracyjna z Polską antylustracyjna, co na pewno jest prawdą, ale też niekiedy prawdą zbyt uproszczoną, o czym jeszcze więcej napiszę.

Rząd premiera Olszewskiego miał wszelkie szanse upaść wcześniej, gdyż jego baza parlamentarna kurczyła się. Trwał wręcz wewnątrzrządowy spór, głównie pomiędzy Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym (którego podówczas byłem członkiem) a Porozumieniem Centrum, bo pierwsza z tych partii z powodów ideowych była przeciwna poszerzeniu rządu o Unię Demokratyczną, zaś druga z tych partii z powodów pragmatycznych nakłaniała ówczesnego premiera do zgody na negocjacje w tej sprawie. Zanim sprawa się rozstrzygnęła, a premier Olszewski bardzo się tu wahał, nastąpiła akcja lustracyjna przyspieszająca bieg wypadków.

Reklama / Advertisement

Dramatyzmu sprawie nadawało, iż minister spraw wewnętrznych zobligowany był przez Sejm do przedstawienia listy zasób archiwalnych dotyczących tajnych współpracowników, co też i uczynił, jednak sugerując bardzo sugestywnie, iż w zasadzie jest to po prostu lista potwierdzonych i bezspornych agentów. Ta dezynwoltura ówczesnego ministra Macierewicza mocno skomplikowała kwestię lustracyjną, gdyż owa dwuznaczność nabrała ogromnych rozmiarów. Po latach możemy powiedzieć, że spośród umieszczonych na liście zasobów archiwalnych tajnym współpracownikiem na pewno był prezydent Lech Wałęsa, raczej nim był przewodniczący Konfederacji Polski Niepodległej poseł Leszek Moczulski i zapewne nim nie był prezes Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego marszałek Wiesław Chrzanowski. Natomiast z projektowanej listy skreślono przewodniczącego Klubu Parlamentarnego Unii Demokratycznej posła Bronisława Geremka, co wcale nie zlikwidowało linii sporu ze środowiskiem Gazety Wyborczej wywodzącym się w niemałym zakresie z Komunistycznej Partii Polski i jej okolic.

Rząd Jana Olszewskiego upadł (nota bene, w imieniu Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego bronili go do ostatniej chwili posłowie Marek Jurek i Stefan Niesiołowski) i powstał rząd Hanny Suchockiej, Jacek Kurski z Piotrem Semką zasłynęli do dzisiaj oglądanym filmem dokumentalnym “Nocna zmiana”, siły antykomunistyczne zaczęły zwierać szeregi i powstała prolustracyjna “Gazeta Polska” dzisiaj kierowana przez młodego wówczas Tomasza Sakiewicza.

Paradoksem historii jest, iż w dniu śmierci mecenasa i premiera Jana Olszewskiego do podpisania dokumentu o tajnej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa przyznał się wieloletni prezes spółki Srebrna i bliski współpracownik prezesa Jarosława Kaczyńskiego – wcześniej mniej eksponowany publicznie, choć prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Kazimierz Kujda. Ta koincydencja uderza szczególnie, iż zwolennik lustracji Jan Olszewski był doradcą obu prezydentów desygnowanych przez Prawo i Sprawiedliwość, a więc Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy.

Reklama / Advertisement

Biorąc pod uwagę ten paradoks, gorzki paradoks, warto i trzeba raz jeszcze stanąć twarzą w twarz z zagadnieniem lustracji. Jeżeli chcemy dojrzałej polityki polskiej i odbudowywania państwa po półwieczu dwóch okupacji i ćwierćwieczu demoliberalizmu, to musimy poważnie rozmawiać o poważnych tematach.

Otóż zaryzykuję tezę, że na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku lustracja stała się swego rodzaju bronią ostateczną prawicy. Często wynikało to z bezsilności, że społeczeństwo gnębione przez komunistów i okradane na przykład przez prywatyzację typu złodziejskiego wcale nie umiało dostrzec winnych tego stanu rzeczy. Bezradna prawica chciała bronić ludzi, którzy nie zawsze chcieli być bronieni i nie ufali swoim prawicowym obrońcom. Wtedy powstała koncepcja, że nigdy nie kończąca się dyskusja o kwestiach dyskutowalnych i dyskusyjnych przenigdy nie da prawicy decydującego pomysłu w debacie społecznej. Natomiast uznano, że potwierdzony dokumentami fakt tajnej współpracy jest kwestią tak mocną, że stanie się niepodważalnym argumentem prawicy w jej bojach o rząd dusz w kraju. Milcząco zakładano przy tym, że agenturalność będzie co do zasady dotyczyć postkomunistycznej i liberalnej strony sporu, a w mniejszym stopniu sił antykomunistycznych i prawicowych.

Tak się stało i nie stało. Stało się o tyle, że lustracja była przez długie lata tak zwanym papierkiem lakmusowym prawicowości. Ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego, Jana Olszewskiego, Antoniego Macierewicza, Jana Parysa czy Romualda Szeremietiewa niejako pytały: powiedz mi, o co myślisz o lustracji, a powiem ci, kim jesteś… Koniec końców, za rządów Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności (to kolejny paradoks!) doszło do uchwalenia długo oczekiwanej ustawy lustracyjnej, a także ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej odgrywającym niemałą rolę w procedurach lustracyjnych.

Dlaczego jednak lustracja nie do końca spełniła stawiane przed nią zadania? Primo, w zasadzie nie dotyczyła Sojuszu Lewicy Demokratycznej, bo poza nielicznymi wyjątkami w jego szeregach łatwiej byłoby znaleźć oficera prowadzącego niż tajnego współpracownika. Secundo, przecież nie każdy liberalny przeciwnik lustracji był tajnym współpracownikiem, czego najbardziej dobitnym przykładem jest bodaj największy wróg lustracji w osobie Adama Michnika nie podejrzewanego jednak o bycie tajnym współpracownikiem za czasów komunistycznych (tu nawet trzeci paradoks, bo był on raczej jawnym współpracownikiem generała Kiszczaka od czasów Magdalenki i okrągłego stołu). Tertio, lustracja lustracji nierówna, bo praktyka sądów lustracyjnych zaczęła wskazywać, iż układowy celebryta polityczny lub inna postać wygodna dla estabilishmentu zawsze się wybroni się w sądzie przed zarzutem lustracyjnym, natomiast skazani zostaną prawie wyłącznie ludzie spoza aktualnych układów i to często słusznie, ale czasem zupełnie niesłusznie i wyłącznie na zasadzie wyrobienia stachanowskiej normy.

Wobec niedrożności lustracji grupa inteligentnych historyków z Instytutu Pamięci Narodowej zaproponowała za pierwszego rządu PiS fundamentalną zmianę podejścia do lustracji. Chodziło im właśnie o przeprowadzenie lustracji, ale efektywnej i wychodzącej poza skostniałe procedury sądowe odnoszące się przecież nie do samej tajnej współpracy, lecz do wtórnego elementu w postaci tzw. kłamstwa lustracyjnego. Bo pamiętajmy, że wedle obowiązującej ustawy sama tajna współpraca ze służbami komunistycznymi jest prawnie neutralna, a karalne jest tylko zatajenie tej współpracy w oświadczeniu lustracyjnym (względnie, i tu czwarty paradoks, przyznanie się współpracy, która faktycznie nie miała miejsca).

Może jest mniej dzisiaj pamiętane, a należy przypomnieć, że dzięki wytrwałości posła Arkadiusza Mularczyka głosami Prawa i Sprawiedliwości oraz jego koalicjantów została wtedy uchwalona nowa ustawa lustracyjna odchodząca całkowicie od pojęcia kłamstwa lustracyjnego i procedury sądowej. Nowa lustracja zakładała ujawnienie wszystkich akt komunistycznych tajnych służb i poddanie ich pod osąd opinii publicznej, która dosłownie lustrowałaby je, czyli oglądała i oceniała. Ocena nie miałaby charakteru sądowego, co wbrew pozorom przecież nie gwarantowało powszechnej zgody (vide: casus Lecha Wałęsy), ale charakter historyczny i moralny. Wtedy przeciw ustawie gwarantującej pełny dostęp do akt wystąpili znani opozycjoniści z różnych stron politycznego sporu, utrzymując, iż ujawnione akta dotkną zbyt wielu spraw osobistych i intymnych, przez co narażą wielu ludzi na niepotrzebne przykrości i nawet traumy. Powołując się na te opinie, prezydent Lech Kaczyński postawił veto wobec nowej lustracji i nigdy nie weszła ona w życie.

Pozostaliśmy więc przy lustracji w wersji z XX wieku. Jednak przez lata najpierw przedlustracyjne, a potem polustracyjne utarła się na prawicy pewna praktyka, którą nazajutrz po śmierci Jana Olszewskiego chcę skrytykować, aczkolwiek ta krytyka nie odnosi się do działań czy wypowiedzi świętej pamięci Mecenasa. Odnosi się do tych środowisk i osób prolustracyjnych, które wprzódy nie znały miary w rozstrzyganiu każdej wątpliwości na niekorzyść podejrzanego o tajną współpracę, a następnie bezceremonialnie i bezczelnie broniły innych osób w analogicznej albo gorszej sytuacji.

Najbardziej agresywne, ale co najmniej pozbawione roztropności środowiska prolustracyjne nie wahają się do dzisiaj przedstawiać świętej pamięci profesora Wiesława Chrzanowskiego, założyciela i pierwszego prezesa ZChN oraz marszałka Sejmu RP pierwszej kadencji po obaleniu komunizmu jako tajnego współpracownika organów bezpieczeństwa PRL ze względu na bardzo luźne i delikatne domniemania tyczące jego osoby. Podobny przypadek stanowi sprawa arcybiskupa Stanisława Wielgusa, profesora filozofii i rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którego nie dopuszczono na metropolię warszawską pod pozorem agenturalności, a w istocie ze względu na jego konserwatywny światopogląd zakorzeniony w tradycji tomistycznej. Na podobnej zasadzie bywa traktowany jako rzekomy agent jeden z największych rektorów KUL i także profesor filozofii oraz twórca Lubelskiej Szkoły Filozofii Chrześcijańskiej nieżyjący już dominikanin Mieczysław Albert Krąpiec.

Rzecz nie w tym, żeby nie dyskutować i tych przypadków. Życie się wiedzie i plecie rozmaicie, nikt z nas nie jest impregnowany na zło, a “tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Rzecz jednak w tym, aby znać proporcję i mieć miarę! Oto raz po raz okazuje się, iż pod domniemaniem, podejrzeniem albo oskarżeniem lustracyjnym staje ktoś z obozu najbardziej bezrefleksyjnie prolustracyjnego. Nie chcę tu mnożyć i omawiać przypadków , ale takie domniemanie, podejrzenie czy oskarżenie dotyczyło już na przykład (nieżyjącego) ministra w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego w osobie Mariusza Handzlika, obecnego ambasadora w Berlinie i męża obecnej przewodniczącej Trybunału Konstytucyjnego w osobie Andrzeja Przyłębskiego czy wreszcie wieloletniego prezesa spółki Srebrna będącej własnością Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego w osobie Kazimierza Kujdy…

I co teraz?

Teraz bądźmy mądrzy. Zaciekli lustratorzy powiedzą, że każdy podejrzany, od arcybiskupa po prezesa NFOŚiGW, jest winien i to jest to wina nie do odkupienia. Zaciekli antylustratorzy powiedzą, że nikt z nich nie jest winien, a cała lustracja to zawracanie głowy albo nawet zbrodnia przeciw ludzkości. Politycy Prawa i Sprawiedliwości powiedzą, że winni są ich przeciwnicy polityczni, a niewinni – ich sojusznicy polityczni. Rzecznik Beata Mazurek wyda w tej sprawie stosowne oświadczenie. To jednak – żadna z tych trzech – nie są postawy mądre.

Bądźmy mądrzy. Lustracja była, jest i będzie jeszcze przez pewien czas potrzebna. Jednak lustracja musi być równa dla wszystkich. Nikt nie powinien być traktowany nazbyt łagodnie, ale też nikt nie powinien być traktowany nazbyt surowo. Jak mówili Rzymianie, a za nimi chrześcijanie: suum cuique, czyli każdemu, co mu się należy.

Bóg nie ma względu na osoby i my też nie miejmy. Nie wybielajmy sojuszników i nie pogrążajmy konkurentów. Wątpliwości rozstrzygajmy na korzyść oskarżonego, a wcześniej nie rzucajmy pochopnie oskarżeń. Nie dajmy jednak zwieść się wilkom w owczej skórze. Każdy mówiący “donosiłem, ale nie szkodziłem” musi być oglądany dokładnie z każdej możliwej strony i weryfikowany, bo ten bajer wygląda bardziej na blagę niż na rzetelne zdanie stanu spraw.

A za pana Premiera módlmy się szczerze i gorąco naszymi polskimi sercami: wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie…

Artur Zawisza

Artur Zawisza – absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (polonistyka i filozofia), dawniej poseł na Sejm (w latach 2001-07 Prawo i Sprawiedliwość oraz Prawica Rzeczypospolitej), a także wiceprezes Ruchu Narodowego; obecnie prywatny przedsiębiorca, w tym: wiceprezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Biogazowego.

Reklama / Advertisement