REKLAMA

Reklama

Ukraińscy sprawiedliwi – pomoc w obliczu rzezi wołyńskiej

1015
Obok bandytów, bestialsko mordujących Polaków, znaleźli się też Ukraińcy, którzy nie dołączyli do masowej zbrodni, nie raz niosąc pomoc swoim krewnym, sąsiadom i braciom w wierze chrześcijańskiej. Wołyń i Galicja Wschodnia były w pierwszej połowie XX wieku typowym obszarem pogranicznym, charakteryzującym się wymieszaniem narodowości (oprócz Polaków i Ukraińców żyli tu też m.in. Żydzi, Czesi czy Niemcy) oraz religii. Nie brakło tu więc wsi zamieszkałych przez ludność różnego pochodzenia, co prowadziło w naturalny sposób do małżeństw mieszanych. Według cząstkowych badań Ewy Siemaszko zjawisko to było bardziej typowe w Galicji niż na Wołyniu, na co wpływ miały różnice religijne – prawosławie, przeważające wśród Ukraińców zamieszkałych w dawnym woj. wołyńskim, rzadziej łączyło się z rzymskim katolicyzmem niż typowy dla terenów nieco dalej na południe grekokatolicyzm.

Stabilność więzi międzykulturowych w dużym stopniu zależna była od zwartości swoistej wspólnoty sąsiedzkiej, opartej na dłuższym wspólnym współżyciu. Z tym, oczywiście, musiało być różnie, i bez wątpienia można wskazać zarówno wsie, w których dystans między Polakami i Ukraińcami nie był duży, jak i przykłady wprost odwrotne. Niestety, wraz z rozwojem ukraińskiego integralnego nacjonalizmu w dwudziestoleciu międzywojennym w stare układy weszła nowa siła, której celem było ich rozbicie. Propaganda Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów jasno odgraniczała Ukraińców od Polaków („Lachów”). Łączyło się to z krytyką związków międzykulturowych, w szczególności zaś małżeństw mieszanych, uznawanych nie tylko za sprzeniewierzenie się własnej wspólnocie, ale nie raz wprost jako „psucie ukraińskiej krwi”. W 1930 r. w jednej z gazet nacjonalistycznych pisano:

REKLAMA

– Kiedy nadejdzie ten nowy, wielki dzień, będziemy bez litości […] Nie będzie miłosierdzia ani dla wielkiego, ani dla małego, a poeta zaśpiewa: „I zarżnął ojciec syna”.

Ukraińcy z jednej strony byli więc mamieni nową ideologią, wspierano nieraz przez autorytet miejscowych duchownych, z drugiej zaś wywierano na nich presję psychiczną, zmierzającą do odcięcia się od kontaktów z Polakami, zanegowania więzów rodzinnych czy nawet przysięgi małżeńskiej, a wreszcie nawet aktywnego udziału w zbrodni. Liczne relacje z tamtych tragicznych dni pokazują, że współuczestnikami (a nawet głównymi sprawcami) mordów na ludności polskiej byli właśnie jej sąsiedzi czy ludzie powiązani z nią więzami krwi.

Reklama

Reklama

Odmowa udziału w zbrodni na własnej rodzinie w zdecydowanej większości przypadków karana była śmiercią. W wołyńskim Chotyniu Ukrainiec, który nie chciał przyłożyć ręki do zbrodni, najpierw musiał obserwować okrutną śmierć swoich bliskich, później zaś sam został zastrzelony. Dużo częściej jednak dochodziło do „polowań” na rodziny mieszane dokonywanych przez osoby niezwiązane z nimi więzami pokrewieństwa. Dalsze losy ukraińskiego małżonka często zależały od jego postawy i siły nacjonalistycznych uprzedzeń samych morderców, tzn. potraktowania swojego rodaka za „zdrajcę narodu” bądź też uznania prymatu solidarności etnicznej.

Pomoc okazywana Polakom była z punktu widzenia ukraińskich nacjonalistów kolaboracją z wrogiem i sprzeniewierzeniem się interesom narodowym, jako taka była też więc w większości karana śmiercią. Świadomość tego pokazuje, jakim heroizmem było wyciągnięcie przez Ukraińców pomocnej ręki do eksterminowanych Polaków. Badający losy „ukraińskich sprawiedliwych” Roman Niedzielko wyróżnił kilkanaście typowych zachowań charakterystycznych dla tej działalności. Jednym z nich była pomoc w kontekście samego napadu – ostrzeżenie przed nim, wskazanie drogi ucieczki czy też wprowadzenie morderców w błąd np. poprzez oświadczenie, że dana osoba jest narodowości ukraińskiej. Bez wątpienia największym bohaterstwem musiała być aktywna pomoc prześladowanym, to znaczy ukrywanie ich, zaopatrywanie w ubrania i żywność czy pomoc w przedostaniu się w bezpieczne miejsce. Często jednak godna postawa objawiała się też w działaniach następujących po samej zbrodni, np. opiece nad sierotami czy rannymi lub też pomocy w pogrzebach. W kontekście wielostronnej nagonki na Polaków, niemałe znaczenie miało publiczny protest wobec zbrodniczych działań banderowców.

Przykładem takiej właśnie godnej postawy były działania ukraińskiego duchownego Mychajły Szczurowskiego z Markowej w gminie Toustobaby (pow. podhajecki, woj. tarnopolskie). Najpierw ostrzegał on polskiego księdza Mikołaja Ferensa o grożącym niebezpieczeństwie, następnie zaś w obliczu zbliżających się oprawców zaoferował mu ochronę, z której duchowny katolicki nie skorzystał, tłumacząc się odpowiedzialnością wobec parafian. Inny polski ksiądz w relacji z tamtych wydarzeń napisał:

Reklama

– Ks. Szczurowski tymczasem znalazł się na miejscu […] Odprawił uroczystą mszę za duszę śp. ks. Ferensa, którą zapowiedział na ambonie, a potem za wszystkich pomordowanych i zaprosił rodziny. Ostatniej niedzieli, tj. 30/I zapowiedział, że opuszcza wieś, albowiem „nie chcę wśród bandytów umierać. Szkoda mojej 30-letniej pracy” – mówił w czasie kazania.

15 lipca 1943 r., w czasie pierwszego ataku upowców na Aleksandrówkę (gmina Kupiczów, pow. kowelski, woj. wołyńskie), ranna w nogę została Leokadia Nowakowicz. Zarówno ją, jak i jej brata, uratował sąsiad Harasym Łukajczuk. Tak wydarzenie to opisywała ona po latach:

– Szli zbożami, a gdy znaleźli leżące zwłoki, zakopywali je na miejscu. […] w tym momencie usłyszałam nad sobą głos Ukraińca Harasyma, z którym moi rodzice dobrze się znali. […] „Nie ruszaj się stąd, może cię nie zobaczą, to wieczorem przyjdę po ciebie. Twój brat jest u mnie”. […] Powiedział, że nie można czekać, tylko trzeba jechać do szpitala do Kowla. Obwiązał mi twarz chustką i włożył do maniaka, z którego karmiło się konie. Przysypał mnie sieczką i załadował na wóz. Brata posadził obok siebie i ruszyliśmy w drogę. Gdy dojechaliśmy do lasu, wyskoczyli ludzie z bandy i zaczęli go wypytywać, dokąd jedzie i po co? Wytłumaczył im, że wiezie bardzo chorego syna do lekarza, i pokazał na brata. Dali nam spokój i przepuścili. Harasym zawiózł nas do Kowla do szpitala. Tu nas przyjęto i zrobiono mi operację.

Iłtuch, ukraiński sołtys wsi Korsynie (gmina Wielick, pow. kowelski), również protestował przeciwko mordom na Polakach. Niestety, jego postawa w żaden sposób nie zmieniła biegu wydarzeń. Jeden ze świadków tamtych dni wspominał po latach:

– Próbował tłumaczyć to swoim sąsiadom, zwolennikom rzezi. Na próżno. Bolał na widok tego, co dzieje się w polskich osiedlach. Nie widząc możliwości ratunku dla nieszczęśliwych, nie potrafił znaleźć i dla siebie miejsca. Któregoś dnia znaleziono go martwego pod krzyżem u rozstajnych dróg. Sam wypalił sobie w głowę z rewolweru. Wolał śmierć niż widok okrutnej hańby, jaką ściągnęli na naród ukraiński jego pobratymcy.

Relacje świadków rzezi zawierają w sobie wiele świadectw wielkich i na pozór drobnych czynów Ukraińców pomagających Polakom. W Łuczycach (gm. Turzysk, pow. kowelski) Semen Herasym ukrywający w domu rodzinę Denysów zagrodził banderowcom drogę do jego wnętrza z siekierą w ręku – upowcy uznali go za wariata i drwiąc odjechali. Dwóch Ukraińców (w tym jeden deklarujący się jako nacjonalista, ale przeciwnik Bandery) przekazało Polakom broniącym się w kolonii Zasmyki informacje o planowanym przez upowców ataku na wieś. Dzięki wiedzy tej oddział AK por. Władysława Czermińskiego „Jastrzębia” wykonał atak uprzedzający na zgrupowanie dwóch ukraińskich sotni w Gruszówce, co pozwoliło uratować Zasmyki.

Jakie były motywacje udzielania pomocy Polakom przez „ukraińskich sprawiedliwych”? Z oczywistych względów, jedną z najbardziej popularnych okoliczności były więzy pokrewieństwa, obecne w rodzinach mieszanych, chociaż krąg pomagających osób nie musiał zawężać się tylko do najbliższych. Drugą grupą byli sąsiedzi, którzy przecież bardzo dobrze znali Polaków mieszkających w tej samej wsi. Wydaje się, że czasem dochodziło nawet do przełamania radykalnego światopoglądu nacjonalistycznego przez poczucie jakieś wspólnoty lokalnej – nierzadko we wspomnieniach pojawia się wzmianka o pomocy otrzymanej przez aktywnego uczestnika zbrodni, którego na chwilę „ruszyły wyrzuty sumienia”. Innym tropem jest też wiek – pomocy chętniej udzielali starsi Ukraińcy, prawdopodobnie mniej opętani narodową ideologią. Nie można też lekceważyć motywacji religijnych, wynikających z szeroko rozumianego światopoglądu chrześcijańskiego.

Trudno jest określić liczebność grupy, która okazała pomoc ludności polskiej. W 2003 r. Fundacja im. Tadeusza Kościuszki zaproponowała wzniesienie w Przemyślu kopca wdzięczności Ukraińcom-przyjaciołom Polaków. Według danych organizacji, w latach 1943-1946 za pomoc udzieloną Polakom zamordowanych zostało ok. 5 tys. osób. Wzbudziło to protesty wrocławskiego Stowarzyszenia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów, które na podstawie własnych badań szacowało liczbę ofiar zemsty banderowców na ok. 1 tys. osób. Roman Niedzielko gromadzący relacje poświęcone temu zagadnieniu wie na pewno o 1341 Ukraińcach (w tym 896 znanych z nazwiska) z 502 miejscowości z całego obszaru antypolskiej akcji OUN-UPA, którzy udzielali pomocy Polakom – 794 spośród nich pochodziły z województwa wołyńskiego. Życie za taką działalność stracić miało co najmniej 384 osoby. W tym wypadku wciąż możemy mówić jednak o szacunkach, na które jesteśmy skazani przy całości badań nad rzezią wołyńską i zbrodniami w Galicji Wschodniej.

Pomoc Polakom ze strony Ukraińców była zjawiskiem jednostkowym, wymagającym heroizmu i zdecydowanej postawie moralnej. Działaniom tym musiała towarzyszyć wrogość lub co najmniej obojętność ze strony innych przedstawicieli narodu ukraińskiego. Tym bardziej warto pamiętać o postawie tych ludzi, którzy pokazali, że nawet w czasach pogardy i zbrodni mogą znaleźć się tacy, którzy w jakiś sposób się im przeciwstawią.

Tomasz Leszkowicz

na zdj. fragm. okładki książki Witolda Szabłowskiego “Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”

Bibliografia:

Kresowa księga sprawiedliwych 1939-1945. O Ukraińcach ratujących Polaków poddanych eksterminacji przez OUN i UPA, pod red. Romualda Niedzielko, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2007.

Siemaszko Ewa, Zbrodnie OUN-UPA na Kresach Wschodnich a sytuacja rodzin polsko-ukraińskich, [w:] 1943. Zbrodnia wołyńska. Prawda i pamięć, Instytut Pamięci Narodowej, 2013, dostęp: 08.07.2013.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska< za: Portal historyczny Histmag

REKLAMA