REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Tadeusz Gluziński: Wieża Babel

150

Często doznaje się w Polsce wrażenia, że się z najuczciwszymi ludźmi trudno dogadać.Trudność zaś zazwyczaj nie leży w tym, że poglądy na sprawy publiczne są tak nieprzejednanie rozbieżne, ale w tym raczej, że usiłujący się porozumieć, czy choćby zrozumieć, mówią różnymi językami. Wszyscy niemal wiemy, że idzie na nas nawała niebezpieczeństw, że musimy wspólnie przeprowadzić budowę wielkiego dzieła. Niestety jakiś zły duch pomieszał nam języki i stajemy bezradni, bo po prostu nie umiemy się dogadać.

Nie tak przed wiekami bywało w Polsce. Byliśmy w dziejach klasycznym narodem potężnie rozwiniętego instynktu gromadzkiego. Jednomyślność, owo historyczne pospolite ruszenie, owo tradycyjne „kupą, ławą, waszmościowie* — były to typowe znamiona narodu, w którym indywidualizm zajmuje miejsce poślednie. I ogóle tak modne w Polsce opowiadania na temat polskiego indywidualizmu należałoby poddać rewizji, bo przeczą im najoczywistsze fakty. Cechą indywidualizmu — to przecież uporczywe trwanie przy własnym zdaniu, to przede wszystkim posiadanie własnego zdania. U nas jest cechą nagminną powtarzanie cudzego zdania z takim uporem, jakby się wygłaszało własne.

Jest dobrze, póki w kraju panuje jednolitość poglądów, póki życie narodu opiera się na umiłowaniu Babel zakorzenionych głęboko instytucyj i obyczajów własnych. Wtedy to uczuciowe wiązanie się z tym, co się wzięło z drugiej ręki, daje w rezultacie silne zrośnięcie się z tym wszystkim, Co można by nazwać swojszczyzną. Na tym tle wyrósł przecież w XVII wieku polski „sarmatyzm”. Atoli jest znacznie gorzej, gdy w kraju grasują obce autorytety i od obcych pożyczone idee. Wówczas Polska staje się krajem, nadającym się znakomicie do uprawy obcych myśli, do ubóstwiania obcych wielkości, do królowania obcych wzorów. Wówczas Polak w otrzymane pod zagranicznym stemplem wyznanie wiary wkłada cały zapał swej duszy, staje się fanatycznym żołnierzem obcej armii. My pierwsi przecież w Europie w XVI w. usiłowaliśmy urzeczywistnić przywleczoną z Włoch ideę wolności myśli i wolności sumienia, czyli religii, my znowu pierwsi usiłowaliśmy wcielić w życie w naszej Komisji Edukacyjnej importowane z Francji idee filozofii naturalnej i religii naturalnej, naszym wodzem duchowym na pokolenia stał się Korsykanin, Bonaparte. Nasi Dąbrowscy ginęli, jako pierwsi komuniści, na barykadach Komuny paryskiej, gdy znowu nasi Dzierżyńscy szaleli w moskiewskiej czerezwyczajce. Jako wyznawcy obcych myśli i obcych bóstw przodujemy w fanatyzmie. To samo widowisko daliśmy światu, gdy stanęliśmy nagle przed koniecznością improwizowanej, spiesznej odbudowy form własnego państwa. Obserwując sejm ustawodawczy odnosiło się na pierwszy rzut oka wrażenie, że to jakieś zbiorowisko fanatyków grozi sobie wzajemnym mordem. We wszystko byłoby łatwiej uwierzyć, niż w to, co w rzeczywistości było prawdą: że w tym pierwszym po dziejowej przerwie polskim sejmie nie ma ani na lekarstwo polskiej myśli. Były polskie frazesy, jak znana „deklaracja konstytucyjna” ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, a później Prezydenta Rzeczypospolitej, Wojciechowskiego. Wzorowana we frazeologii na Konstytucji Trzeciego Maja, była zmodernizowanym ujęciem haseł… francuskiej deklaracji rewolucyjnej praw człowieka i obywatela. A inni w sejmie? Jedni reprezentowali socjalizm drugiej, albo trzeciej międzynarodówki, drudzy liberalizm i demokrację w ich wersjach francuskiej, czy angielskiej, trzeci głosili hasła, wzorowane na rosyjskich trudownikach, a nacjonaliści, z reguły podlani cudzoziemskim sosem liberalno-demokratycznym, plątali się w doktrynach francuskiego, czy angielskiego pozytywizmu. Dzieckiem tej obcej pstrokacizny stała się konstytucja marcowa 1921 r.

Reklama / Advertisement

Potem przyszedł we Włoszech faszyzm i w okresie marszu na Rzym rozwielmożniły się u nas hasła faszystowskie i po ulicach zaroiło się od szermierzy faszystowskich doktryn. Każdy chwytał co mógł, co z tego wszystkiego zdołał zrozumieć i albo usiłował głosić fanatycznie i wprowadzać w polskie życie, albo na odwrót poczynał równie fanatycznie zwalczać. Każdy brał, co chciał i mógł i podawał innym, jako autentyczny i niesfałszowany faszyzm. Przecież w oczach wielu system rządów od maja 1926 r. był zastosowaniem w Polsce zasad włoskiego faszyzmu. Niejeden z entuzjastów przewrotu dałby się w swoim czasie porąbać za autentyczność tej faszystowskiej podróbki.

Aż w r. 1932 Hitler zdobył władzę w Niemczech. I znowu pojawił się u nas tłum fanatycznych wyznawców narodowego socjalizmu. I znowu, tak jak zwykle, ogół pochwycił z hitleryzmu jego zewnętrzne przejawy i pojął ten ruch poprostu, jako dyktaturę narodowej partii antysemickiej. I znowu wielu dałoby się porąbać za to, że idea dyktatury narodowej partii, urodzona we Włoszech, w połączeniu z ideą zwalczania żydów i masonerii drogą tej dyktatury i wytworzonej przez nią siły — to rdzennie polska myśl.

Bardzo brzydko powiedział o nas Słowacki: „Pawiem narodów byłaś i papugą”. Bardzo brzydko, ale w okresach upadku, gdy Polskę zalewają obce idee, w tym paskudztwie jest dużo prawdy. Wytworzeniu takiego stanu u nas sprzyjały dziesiątki lat niewoli politycznej i tak częsta w naszych dziejach XIX w. konieczność tłumnej emigracji politycznej. W Polsce, rządzonej przez obcych, zabrakło swojszczyzny, zabrakło własnych wzorów i obyczajów, zabrakło jakiegoś nowoczesnego „sarmatyzmu”. Stąd, jak szczury po domu, rozwlokła się u nas obczyzna we wszelkich postaciach zagranicznego importu.

Reklama / Advertisement

Dziś, kiedy trzeba się porozumieć nareszcie na temat spolszczenia Polski, ten jest liberał, tamten demokrata, trzeci socjalista, czwarty faszysta, piąty monarchista w stylu legitymizmu francuskiego Maurras’a, szósty — zwolennik dyktatury partyjnej i antysemickiej w guście Hitlera i Goeringa, a nie brak też „ideowych komunistów” i zwolenników gospodarczych doktryn, wcielanych przez Roosevelta. Czemuż więc w tej wieży Babel nie mają z całą swobodą grasować żydzi, którzy przecież władają doskonale wszystkimi tymi zagranicznymi językami? Jeżeli Polacy, hołdując obcym ideom, zatracają sami swą swojskość, to czemuż żydzi nie mieliby witać tego objawu radośnie i czynić wszystko, by pogłębić wśród Polaków różnice, oparte na cudzoziemskich doktrynach? Czemuż nie mieliby popychać tych Polaków, do których mają dostęp, do fanatycznej walki o powodzenie niepolskich wierzeń? Im więcej przecież Polacy ugrzęzną w bagnie obcej myśli, tym mniej posiadać będą cech rodzimych, rdzennych, tym mniej jaskrawo wystąpi na jaw obcość żydów na polskiej ziemi.

Pierwszym warunkiem uzdrowienia Polski — to zwalenie tej wieży Babel, w której wszystkie cudzoziemskie rozlegają się języki, nie słychać tylko polskiej mowy. W tym zgiełku bowiem jedynie porozumieć się i jedynie rządzić mogą wynalazcy esperanta. Dla jakkolwiek pojętego „sarmatyzmu” nie ma miejsca. Usiłując wznosić zręby naszego Nowego Ładu, pragniemy przede wszystkim rozwalić te polską wieżę Babel. Jej harmider zagłusza bowiem wszystko i zalepia bezmyślnym wrzaskiem każde niemal ucho.

Tadeusz Gluziński

za: “Nowy Ład” – miesięcznik polityczny, nr 2/1937

——-
Tadeusz Gluziński (1888 – 1940) – doktor prawa i filozofii, publicysta, współtwórca Obozu Narodowo-Radykalnego i jeden z głównych ideologów ruchu narodowo-radykalnego. Członek Związku Ludowo-Narodowego, potem Stronnictwa Narodowego. Na początku lat 30. wchodził w skład tajnej organizacji w ramach SN – Straży. 14 kwietnia 1934 r. podpisał deklarację nowo utworzonego Obozu Narodowo-Radykalnego. Został członkiem Wydziału Wykonawczego Komitetu Organizacyjnego. Podjął jednocześnie pracę w redakcji pisma „Sztafeta”, które było głównym organem prasowym ONR. Publikował w pismach „Nowy Ład” i „ABC”. Po wybuchu wojny związał się z konspiracyjną Grupą „Szańca”, stanowiącą okupacyjną kontynuację ONR ABC. Pod koniec roku został wysłany jako jej przedstawiciel na Węgry, aby nawiązać kontakt z polskimi władzami na emigracji. Jednakże podczas nielegalnego przekraczania granicy ze Słowacją nabawił się poważnej choroby i wkrótce zmarł na Węgrzech.

Reklama / Advertisement