Tadeusz Gluziński: Człowiek i dzieje

Rasa biała w dziejach świata cywilizowanego przez szereg stuleci odgrywała rolę zdobywcy. W starożytności dumny Rzym rozpostarł swą władzę poprzez całą Europę aż w głębie Azji i czarnego kontynentu. Za mieczem wojennym szły pługi, pojawiały się bite drogi i akwedukty; dzikie przestrzenie zamieniały się w urodzajne kraje. Zapanował ład i bezpieczeństwo życia, rozkwitały miasta. I znowu drugi raz na przełomie średniowiecza i wieków nowożytnych Hiszpanie, Portugalczycy, później Francuzi, Holendrzy i Anglicy, a w końcu Niemcy i Włosi ogarniali całą ziemię, biorąc w swe władanie zarówno kraje pozbawione cywilizacji, jak i te, w których panowała cywilizacja wysoka, ale inna, na odmiennych zbudowana podstawach.

Co uzdalniało te narody konkwistadorów do rozszerzania dzierżaw, do stawania mocną stopą w dziewiczych lasach i preriach Ameryki, na odległym kontynencie australijskim, w pustynnych oazach Afryki, w niegościnnych górach i wyżynach Azji? Nie były to przecież ludy koczownicze, szukające chwilowej siedziby, pędzone batem wodza, ale raczej narody, w których człowiek, kipiący temperamentem i przedsiębiorczością, stawał się zjawiskiem częstym i normalnym. Wyprawy po zdobycie nowych obszarów już za czasów rzymskich często bywały wyładowaniem nagromadzonej energii i żądzy przygód u wybitnych jednostek, że wspomnimy tylko zdobycie Galii przez Cezara. W XV i XVI wieku zdobycze zamorskie stały się z reguły dziełem awanturników, powierzających lichym okrętom z lekkim sercem bezpieczeństwo własne i swych towarzyszy. Jeszcze w XIX wieku wyprawy afrykańskie Livingstone’a i Stanley’a, nabycie Konga przez Leopolda belgijskiego, a nawet dzisiaj włoska wyprawa do Abissynii – to typowe wyprawy awanturnicze, w których trudno oddzielić żądzę zysku od poszukiwania przygód.

Widocznie warunki życia społecznego, stwarzane przez ludy, będące dziedzicami cywilizacji rzymskiej, miały w sobie coś, co, zachowując spoistość budowy społecznej, umożliwiało jednocześnie bujny rozkwit indywidualizmu jednostki. Niewątpliwie mocne obrę­cze państwowości rzymskiej nie dusiły sobą jednostki, dawały jej możność rozwoju. Później znowu dogmaty średniowiecza i jego ugruntowana na feudalizmie władza państwowa nie stanęły na przeszkodzie przygodom rycerskim i rozmachowi życia. Z drugiej strony zarówno w republikańskim Rzymie, jak w monarszo-papieskiem średniowieczu wyjątkowo tylko jednostka ośmielała się porywać na urządzenia społeczne, a zuchwałe próby w tym kierunku spotykały się z losem Katyliny, czy Henryka IV. Między wolnością jednostki, a hierarchią urządzeń społecznych panowała równowaga i ona to stwarzała tę zdolność do ekspansji, jaka cechowała ludy rasy białej tylekroć w cią­gu wieków.

Okresy naruszenia tej równowagi – to okresy upadku. Rozwalenie form tradycyjnych państwa rzymskiego przez warcholskie jednostki stworzyło wprawdzie w pierwszej chwili świetny rozrost polityczny i gospodarczy epoki wczesnocesarskiej, lecz wkrótce potem nastąpił zanik sił i ekspansji, okres anarchii, kurczenia się imperium, aż fala wędrówki ludów zmiotła z powierzchni ziemi Rzym cezarów. Krótkie okresy restytucji powagi instytucyj społecznych, jakie zdarzają się w dziejach cesarstwa rzymskiego, były dla odmiany naruszaniem równowagi na niekorzyść jednostki, terroryzowaniem człowieka wolnego. Epoka cesarska w Rzymie stała się wyrazem braku równowagi między swobodami jednostki, a przymusem urzą­dzeń społecznych; doprowadziła do upadku państwa i zagroziła nawet jego cywilizacji.

Pod schyłek średniowiecza zaczyna się znowu naruszanie równowagi między wolnością jednostki, a hierarchią społeczną. Prawa jednostki i jej nieskrę­powanego rozumu z całą siłą wnosi w życie renesans, a jego l’uomo universale-to postać na wskroś społeczna. Na razie anarchia- obejmuje tylko elitę umysłową, nader nieliczną. Reformacja posuwa ten proces dalej i głębiej. Jaskrawy wyraz nadaje mu okres o- świecenia. Ale dopiero rewolucja francuska i urodzone w potokach krwi doktryny demokracji wywracają na nice stosunek między jednostką, a urządzeniami społecznymi. Następuje długotrwały okres uświęconej prawem anarchii, zakończony wreszcie pochodem żydowskiego socjalizmu, w jego imię dokonaną rzezią w Rosji, a równocześnie kurczeniem się wpływów i zanikiem ekspansji rasy białej. Żyjemy dziś w okresie likwidacji znaczenia Europy i całej rasy białej w świecie. Ten stan rzeczy nie da się zaprzeczyć, zbyt wiele objawów o nim świadczy. Jako reakcja na uprawnienie anarchii w XIX wieku pojawia się widmo państwa totalnego, widmo krańcowego pogwałcenia jednostki przez hierarchię społeczną. Próby we Włoszech i Niemczech, parodiowane gdzie indziej, nie są odbudową średniowiecznej, czy rzymskiej równowagi.

REKLAMA/Advertisement

Wolność i hierarchia – to nie są rzeczy przeciwstawne. Gdy wolność i hierarchię sztucznie przeciwstawimy sobie, wybór między niemi stanie się dziełem przypadku lub sentymentu. Wmówienie nam tej przeciwstawności było genialnym chwytem wolnomularstwa XVIII wieku. A przecież okres późnorepublikański w Rzymie i długi okres średniowiecza okazały nam dowodnie, że wolność i hierarchia – to nie antytezy. Co więcej, przecież Kościół katolicki ten stan zgody między prawami indywidualnymi jednostki, a uprawnieniami hierarchii głosi w swej nauce. Nie jest to więc absurd, a nieśmiertelność duszy ludzkiej i wolna wola jednostki normalnej dadzą się doskonale pogodzić z silną władzą państwową i nawet z prawami przyrody. Oczywiście, że tych pierwiastków nie połączą doktryny, wylęgane sztucznie, liberalizm, demokracja, czy socjalizm, bo po to właś­nie są tworzone, by nie dopuścić do harmonii.

Wybujały anarchizm liberalny XIX wieku wielu myślicieli społecznych skłonił do zwątpienia nie tylko w wartości cywilizacyjne rasy białej, ale nawet natchnął ich niewiarą w możliwość równowagi między prawami indywidualizmu, a wymogami społeczności. W najlepszym razie jest to równowaga chwiejna – powiadają – i prędzej, czy później szala musi się przechylić na tę, czy tamtą stronę. Jakże wzorowo wyglądają z takiej perspektywy społeczeństwa Dalekiego Wschodu, a zwłaszcza Japonia, z ich wiekową, niezachwianą przewagą pierwiastków społecznych, posuniętą niemal aż do zaprzeczenia jednostki. Czy rozwój Japonii w ostatnich dziesięcioleciach nie imponuje z daleka? A u nas w Europie? Któż zrobi sobie harakiri, aby pokazać ziomkom, jak kocha cesarza, tę personifikację państwa? Czyż Japonia nie jest przykładem znikomej roli jednostki, czyż nie daje obrazu jakiegoś jednego i wielkiego organizmu, obejmującego sobą wszystkich Japończyków? Czy to nie dzięki temu potężnieje z dnia na dzień? I jak tu na ten widok obronić się przed poglądem, że jednostka indywidualna – to jakby bakteria, zatruwająca zdrowie organizmu zbiorowego, że wszelkie jej usiłowania, nawet dodatnie, to nieudolne próby karła, który pragnie zmienić bieg praw przyrody! Ocena Dalekiego Wschodu, wysnuta z założeń filozofii pozytywistycznej, z konieczności niesie ze sobą desperację, poczucie bezsilności wobec dziejów. Automatyzm dziejowy – to najbardziej pesymistyczna z doktryn, tkwiących korzeniami w XIX wieku; widzi ona skradającą się śmierć naszej cywilizacji i każe jej oczekiwać niemal biernie, a co najwyżej higienicznym życiem przedłużać byt starczego organizmu. Kilkudziesięcioletnie dzieje ekspansji japońskiej nie dowodzą jeszcze dostatecznie wartości założeń jej cywilizacji tern bardziej, gdy świadczy przeciw niej marazm i chaos w pokrewnych Chinach. Pozatym dotychczas Japonia rozszerza się kosztem Chin i Rosji, które bynajmniej nigdy nie były wzorem cywilizacji, odziedziczonej po Rzymie.

Czekajmy więc, co będzie, bo z ocenami historycznymi nie należy się spieszyć. Dotychczas przeszłość uczy nas, że okres równowagi między wolnością jednostki, a hierarchią spo­łeczną – to równocześnie okres krzepnięcia, ekspansji i rozkwitu. Równowagę tę w Europie zaburzył ostatecznie wiek XIX doktrynami wolnomularstwa i wytworami myśli żydowskiej. Reakcja krańcowa nie miałaby nic wspólnego ze zdrową świadomością. Socjalizm, komunizm, totalizm, czy jakiś japonizm – to doktryny sztuczne.

My mamy pociąg do harmonii i to najcenniejsza nasza cecha. Wolność jednostki i hierarchia społeczna dają się połączyć nie tylko w naszej pomyśleniu, ale i w naszym życiu. Przykłady tej harmonii daje nam nasza własna historia już za czasów piastowskich. Nie przeżyliśmy feudalizmu, lecz przeszliśmy przez okres wolnego rycerstwa i silnej władzy państwowej. Dopiero reformacja zaburzyła u nas równowagę, przywracaną z trudem przez Batorego, czy Jana Kazimierza. A potem „totalizm” Sasów stał się przygrywką do rozbiorów Polski. Przyszłość Polski nie leży w zapatrzeniu się na wzory Dalekiego Wschodu, tak zupełnie nam obce, tak samo, jak zerkanie na Bliski Wschód nic dobrego nam nie da. Jesteśmy narodem, któremu, harmonia długa między wolnością jednostki, a hierarchią władzy zostawiła najpiękniejsze karty w dziejach. Wierzymy chętnie, że człowiek nie jest niewolnikiem dziejów, że jego myśl indywidualna, jego czyn może wywrzeć rozstrzygający wpływ na życie narodu. Zarazem dla nas naród – to nie jeden człowiek, ani kilku ludzi. Batem skutecznie pędzi się stada, ale upadla się narody. Z drugiej strony jednostka – to znowu nie cel, nie ołtarz. Zadaniem jej jest służba wyższym celom i na tym polega uzasadnienie hierarchii społecznej. Człowiek żywy w służbie umiłowanym, a więc żywym celom. Zespół indywidualizmów w słu­żbie pro publico bono. Oto harmonia. Wierzymy w powrót tej harmonii, gardzimy pesymizmem, który rodzi bierność. Jesteśmy optymistami. W zdecydowanej woli jednostek i środowisk całych widzimy zaczyny sławnej przyszłości.

za: „Nowy Ład” nr 4/1935

—-
Tadeusz Gluziński (1888 – 1940) – doktor prawa i filozofii, publicysta, współtwórca Obozu Narodowo-Radykalnego i jeden z głównych ideologów ruchu narodowo-radykalnego. Członek Związku Ludowo-Narodowego, potem Stronnictwa Narodowego. Na początku lat 30. wchodził w skład tajnej organizacji w ramach SN – Straży. 14 kwietnia 1934 r. podpisał deklarację nowo utworzonego Obozu Narodowo-Radykalnego. Został członkiem Wydziału Wykonawczego Komitetu Organizacyjnego. Podjął jednocześnie pracę w redakcji pisma „Sztafeta”, które było głównym organem prasowym ONR. Publikował w pismach „Nowy Ład” i „ABC”. Po wybuchu wojny związał się z konspiracyjną Grupą „Szańca”, stanowiącą okupacyjną kontynuację ONR ABC. Pod koniec roku został wysłany jako jej przedstawiciel na Węgry, aby nawiązać kontakt z polskimi władzami na emigracji. Jednakże podczas nielegalnego przekraczania granicy ze Słowacją nabawił się poważnej choroby i wkrótce zmarł na Węgrzech.