REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Sumliński: Wyższy poziom lobotomii

360

To nie będzie długi tekst – nie pozwala na to czas, a raczej jego brak – ale dla mnie będzie to ważny tekst.

Po przeszło ośmiu latach tułaczki po prokuraturach i sądach, dwudziestu jeden procesach cywilnych wytaczanych mi przez łotrów z WSI oraz ich agenturę – z których każdy mógł oznaczać ruinę dla mnie i dla mojej rodziny (wszystkie wygrane) – po czterech procesach karnych (jeden jeszcze trwa), z których każdy mógł oznaczać wieloletni pobyt w więzieniu, po doprowadzeniu mnie do próby samobójczej i trzymiesięcznego pobytu w szpitalu, mojej zaś rodziny (po dziesiątkach wizyt funkcjonariusz ABW o szóstej rano i niekończących się przeszukaniach oraz przesłuchaniach) do traumy, z której rodzina nie podniosła się po dziś dzień i nie wiem, czy podniesie się kiedykolwiek, po setkach niekończących się dni, gdy funkcjonowaliśmy, niczym zaszczute zwierzęta niejednokrotnie modląc się już tylko o kres tego wszystkiego – jakikolwiek kres, bo wszystko wydawało się lepsze, niż to, co było – dowiedziałem się właśnie, że jestem wyższym poziomem rosyjsko – watykańskiej agentury, a to, co mnie spotkało służyło zalegendowaniu mojej osoby, podobnie zresztą, jak książki, które napisałem.

Przyczyną tych oskarżeń stał się fakt, że nie odniosłem się hurra krytycznie do decyzji Jarosława Kaczyńskiego desygnującego na stanowisko premiera Mateusza Morawieckiego, uznając, że skoro wciąż szanuję (mimo wielu bardzo poważnych zawodów i rozczarowań) Jarosława Kaczyńskiego i jeszcze ten jeden raz spróbuję zaufać jego intuicji, mimo wątpliwości, jakie mam, mimo faktów, które znam i mimo świadomości, że decyzja odnośnie nominacji nowego premiera jest bardzo ryzykowana – jednym słowem zaufać na zasadzie: jeżeli Jarosław Kaczyński popełnił tu błąd, to dla mnie będzie to już ostatni błąd, bo moje zaufanie straci nieodwołalnie, ostatecznie i zobaczymy, co zdarzy się dalej. Wypowiedź i tekst w takim właśnie duchu wystarczyła, bym został agentem Bóg wie jak bardzo ciemnych sił, który albo się sprzedał albo został zastraszony.

Reklama / Advertisement

Nawet nie próbuję odnosić się do oskarżeń o agenturalność serwowanych przez pastora Pawła Chojeckiego – bo on to jest głównym, choć niejedynym, ich autorem (szkoda, naprawdę szkoda, bo wierzyłem kiedyś, że choć wiele nas dzieli, to jednak wiele też łączy, przede wszystkim poszukiwanie szeroko rozumianej prawdy), które poziomem absurdu są niczym wyższy poziom lobotomii i przewyższają nawet razem wzięte prowokacje WSI, Komorowskiego, Bondaryka, Tuska i całej tej hołoty (której miejsce jest w więzieniu – i fakt, że tak się dotąd nie stało, to jedno z bardziej poważnych zaniechań PiS) chciałbym jednak, by tylko przez jeden dzień pastor i jego rodzina doświadczyli tego, czego moja rodzina doświadczała latami. Jeżeli ujmuję to aż tak brutalnie (za co przepraszam), to bynajmniej nie dlatego, iż źle życzę temu nieszczęśnikowi, a już na pewno nie dlatego, bym źle życzył jego bliskim, których poznałem i o których mam jak najlepsze wspomnienie. Ujmuję to tak ostro wyłącznie z jednego powodu; ponieważ wierzę, że gdyby człowiek ów – któremu nigdy nie uczyniłem niczego złego, a całe moje „zło” polegało jedynie na wyrażeniu swojego zdanie odnośnie decyzji (kontrowersyjnej, przyznaję) Jarosława Kaczyńskiego – przeżył choćby w skali mikro to, co z nami robiono latami, może by coś zrozumiał i zastanowił się nad tym, co mówi i co robi. Tylko tyle i aż tyle.

Na koniec chciałem zapewnić o jednym: nikomu nigdy się nie sprzedam i nikt mnie nigdy nie zastraszy! Bynajmniej nie dlatego, abym był jakimś tytanem odwagi czy coś podobnego, bo tak nie jest. Powód jest zgoła inny – po spojrzeniu śmierci w oczy i dotarciu do granicy przedpiekla odkryłem po prostu, że jest taka granica strachu, po której się spokój zaczyna – i od tego momentu na wszystko wokół spoglądam już inaczej niż kiedyś. Od lat idę swoją własną drogą, piszę książki ryzykujac wszystkim (dziś odwaga staniała, ale nie widziałem wielu odważnych do pisania pewnych prawd np. w 2013, 2014 czy w pierwszej połowie 2015) omijając polityków, ludzi władzy i świata blichtru, pyszałków, którzy zapomnieli, czym jest pokora i którym wydaje się, że są lepsi od innych, bo mają pieniądze, władzę lub jedno i drugie. Nie uznaję żadnych etykietek – po prostu. Naprawdę żadnych. I w przeciwieństwie do tylu innych dziennikarzy nie potrzebuję, nie zabiegam i nie chcę od nikogo żadnych stanowisk, programów, funkcji czy dotacji, bo gdybym je przyjął – straciłbym wolność, którą cenię ponad wszystko. Czuję się wolnym człowiekiem (choć wciąż jeszcze z jednym procesem na karku), piszę, mówię i robię jedynie to, w co szczerze wierzę, mając za jedynego szefa opinię publiczną – moich Czytelników, którzy wbrew opluwaniu mnie ze wszystkich możliwych stron wciąż mi ufają i wciąż są ze mną. I dopóki tak będzie – będę dalej pisał, odkrywając przed nimi to, co jest ich własnością, a co jest tak czysto skrywane: po prostu prawdę.

Tak więc bez względu na to, co kto o mnie mówi lub jak niskie intencje mi przypisuje – pójdę dalej swoją drogą. Może będzie to droga pełna błędów i upadków – nie jestem Ewangelią Świętego Mateusza, by nigdy się nie mylić – które, jak zawsze, będę próbował naprawiać i po których będę próbował powstawać, ale bez względu na to, co przyniesie los, będzie to moja własna droga. Wierzę, że będzie to dobra droga i jeszcze w to, że przebywanie na takiej drodze jest najważniejsze – ważniejsze nawet, niż osiągnięcie zakładanego celu. Bo to drogo zmienia człowieka i wszystko inne – nie cel.

Reklama / Advertisement

I tylko tyle chciałem Państwu napisać w tym krótkim tekście (który wbrew zapowiedzi okazał się wcale niekrótki, za co przepraszam). Z Panem Bogiem.

Wojciech Sumliński, sumlinski.pl

Książki W. Sumlińskiego zakupić można na stronie sumlinski.com.pl KLIK!!!!

Reklama / Advertisement