REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Stanisław Grabski: Państwo narodowe – cz. V

253

II. Europejski kryzys państwowy

Kryzys życia państwowego, przez który obecnie przechodzimy, ma swoisty u nas przebieg, wypływający z naszych ściśle polskich stosunków. I aby przezwyciężyć ten kryzys, by wyprowadzić zeń Polskę na drogę, w prostej linii wiodąca ku trwałemu umocnieniu Jej stanowiska w świecie cywilizowanym, trzeba dokładnie zdać sobie sprawę z tego, co dziś w naszym narodowo-państwowym życiu wywołuje jego chwiejność, rodzi w masach społeczeństwa zniechęcenie do istniejących form prawno-politycznych, wytwarza niepewność jutra i oczekiwanie zbawienia od gwałtownych przewrotów – a co jest u nas czynnikiem postępu społeczno-narodowej cywilizacji, mocarstwowej potęgi, ciągłości i równowagi dziejowego rozwoju.

Reklama / Advertisement

Ale nie my jedni przeżywamy ciężki kryzys państwowej organizacji. Przeżywa go równocześnie znaczna część narodów europejskich. Szczególne właściwości naszych stosunków społeczno-politycznych nadały kryzysowi temu odrębne od podobnych kryzysów we Włoszech, Hiszpanii, Grecji, Jugosławii, Rosji cechy. Muszą być jednak i wspólne jego u nas i w innych dotkniętych nim krajach przyczyny.

Jest jedno wspólne podłoże tych wszystkich rewolucji, zamachów stanu, dyktatur jakie po wojnie światowej mnożą się w Europie: jest ogólny europejski kryzys życia państwowego i myśli państwowej, który się tylko w różnych narodach różnie przejawia i rozwija, zależnie od szczególnych każdego z nich wewnętrznych stosunków.

Dla należytego więc zrozumienia naszego własnego kryzysu państwowego trzeba nasamprzód wyjaśnić sobie ściśle istotę i przyczyny ogólnoeuropejskiego kryzysu, a następnie ustalić, dlaczego przybrał on u nas przebieg tak ostry, a przewlekły, i nie dający żadnych konkretnych prawno-państwowych przeobrażeń.

Bo nie wszędzie przecie w Europie doprowadził on do krwawych walk na ulicach stolicy, nie wszędzie zrodził lekceważenie konstytucji bez zmiany Jej, poniżanie Sejmu bez rozwiązania go, dyktaturę faktyczną bez formalnej zwierzchniej władzy dyktatora.

Reklama / Advertisement

Modne jest dziś w publicystyce naszej, szczególnie w prasie popierającej dyktaturę wojskową, twierdzenie że dyktatura ta jest wynikiem powszechnego w całym świecie bankructwa parlamentaryzmu, demokracji i liberalizmu. Nic bardziej nie mąci jasności politycznej myśli społeczeństwa, nie utrudnia gorzej znalezienia wyjścia z bezdroży, na jakie weszło życie państwowe jak wmawianie w opinię publiczną frazesów powierzchownie prawdziwych, naprawdę kłamliwych. Frazesami tymi ogłupiano naszą szlachtę przez całą dobę saską. Powtarzano jej bez ustanku, że zrywanie sejmów nie szkodzi, bo “Polska nierządem stoi”, że nie należy niepokoić się słabością armii naszej, bo słabym militarnie państwem możni sąsiedzi się opiekują a na mocne państwa napadają; że elekcja viritim wzbogaca Polskę, bo obcy kandydaci na tron dla zjednania sobie panów i szlachty sypią hojnie dukatami.

I dziś rzuca się w opinię z najwyższych nawet miejsc w państwie naszym wiele podobnych frazesów: że Polskę stać na luksus ujemnego bilansu handlowego, że najpewniejszym zabezpieczeniem naszej niepodległości jest jak najbardziej zadłużyć Polskę i oddać ją pod kontrolę obcego kapitału, że bezczeszczeniem narodu podnosi się jego zdolność wielkich czynów. A gdy już raz hipnoza bezdennie głupich, ale powtarzanych bezustannie, frazesów doprowadziła nas do katastrofy, – należy nam tym ściślej badać każdy modny frazes agitacyjny, bez względu skąd on pochodzi.

Sprawdźmy więc, czy naprawdę parlamentaryzm, demokracja i liberalizm bankrutują dziś w całym świecie. Najpotężniejszym obecnie państwem są niewątpliwie Stany Zjednoczone. Pieniądz ich jest pieniądzem rynków światowych, a w znacznym stopniu i rynków wewnętrznych wszystkich słabszych ekonomicznie krajów. Nie należą one do Ligi Narodów. Mimo to głos ich we wszystkich sprawach równowagi europejskiej ma decydujące znaczenie. Posiadają one najszybszy przyrost bogactwa, największą wydajność pracy, najwyższe zmechanizowanie produkcji, najlepiej uposażone biblioteki, zbiory, laboratoria, uniwersytety, największy procent ludzi dorabiających się samodzielności społeczno-gospodarczej.

I przy tym wszystkim nie słychać tam zgoła o jakimś kryzysie parlamentaryzmu, demokracji czy liberalizmu. Ale to jest Ameryka. A w Europie? Najbogatszymi, najsilniejszymi, posiadającymi najpoważniejszy glos w stosunkach międzynarodowych państwami europejskimi są znów niewątpliwie Anglia i Francja. Nikt jednak w Anglii nie myśli serio o zniesieniu rządów parlamentarnych, ograniczeniu praw politycznych mas ludowych, ukróceniu wolności słowa, druku, sumień. Doszła tam obecnie do rządów Partia Pracy. Mimo to nie grozi bynajmniej Anglii upaństwowienie przemysłu, zniszczenie prywatnej przedsiębiorczości, gwałtowne przeobrażenie ustroju kapitalistycznego w socjalistyczny. Parlamentaryzm, demokracja i liberalizm są nadal, jak były w XVIII i XIX wieku, podstawą jej polityki zarówno społeczno-gospodarczej, jak prawno-państwowej.

Były tam wprawdzie próby strajku generalnego, był przewlekły strajk węglowy. Ale w trzydziestych latach ubiegłego wieku był o wiele groźniejszy ruch czartystów, były nie tylko strajki ale i niszczenia fabryk, zbrojne starcia tłumów robotniczych z policją. Nie wstrząsnęły jednak wówczas walki te ani społecznym ani państwowym ustrojem liberalnym Anglii. I nie zachwiały podstawami jego również konflikty społeczne ostatnich 10 lat. Społeczno-gospodarczy ustrój kapitalistyczny i prawno-państwowy ustrój demokratyczno -liberalny okazał się w Anglii po obecnej wojnie światowej równie odpornym na rewolucyjne fermenty, jak był nim sto lat temu, po wojnach napoleońskich.

Czy jednak zapyta się ktoś, kto co dzień czyta w organach IV brygady o upadku demo-liberalizmu, upadek partii liberalnej w Anglii nie świadczy, że i tam ustrój liberalny się przeżył, pomimo że na razie prawno-państwowe jego formy pozostają bez zmiany? Partia liberalna istotnie zanika w Anglii i nie tylko w Anglii. Przestali istnieć w Niemczech tak zwani national-liberali. Słabną również szeregi stronnictwa liberalnego w Belgii. Zanikają wszakże stronnictwa liberalne na zachodzie Europy – nie wskutek równoczesnego jakoby zaniku liberalnego ustroju państwowego, lecz wręcz przeciwnie, ponieważ ani walczyć już o niego, ani bronic go nie potrzeba, bo nie ma już tam najdrobniejszych choćby pozostałości prawnych przywilejów jakiejkolwiek warstwy społecznej, ani stronnictw żądających przywrócenia tych przywilejów, a ruch socjalistyczny, w siedemdziesiątych i osiemdziesiątych latach XIX w. zdecydowanie rewolucyjny, pogodził się naprawdę jeszcze przed wojną światową z prywatną przedsiębiorczością; stawali parokrotnie na czele gabinetów w Niemczech, Belgii, Anglii socjalistyczni premierzy – a mimo to mniej tam upaństwowiono różnych dziedzin życia państwowego, niż u nas w ostatnich trzech latach rządów, popieranych przez konserwatywne ziemiaństwo i wielkich fabrykantów.

We Francji istnieje wprawdzie ruch monarchiczny, do którego należy część młodzieży wielkich zakładów naukowych oraz paru utalentowanych publicystów. Nie znajduje on jednak oddźwięku w szerszych warstwach społeczeństwa i wskutek tego też nie wywiera żadnego wpływu realnego na politykę państwową. Poza monarchistami, i oczywiście na przeciwległym krańcu stojącymi, komunistami nikt: ani żadne większe stronnictwo ani żaden poważny mąż stanu nie kwestionuje we Francji parlamentaryzmu, demokracji i liberalizmu – pomimo ciężkich chwil, jaki przeżywał parlament francuski i cały ustrój państwowy Republiki po zwycięstwie wyborczym “bloku lewicowego”.

Silniej jednak wstrząsały w ostatnich dziesięcioleciach XIX w. parlamentaryzmem Francji afery Panamy, gen. Boulangera, Dreyfusa. I zawsze wtedy byli ludzie, którzy przepowiadali koniec demokracji, liberalizmu i Republiki. A jednak za każdym razem zachwiana równowaga władz państwowych ustalała się znów z powrotem i ustrój państwowy trzeciej republiki trwał dalej. Tak samo i obecnie, gdy “blok lewicowy”zmusił nasamprzód prezydenta Republiki do dymisji a następnie porzucił rządy, oddając je w ręce tak namiętnie zwalczanego przezeń podczas wyborów prezydenta Poincarego, mówiono znów i pisano wprawdzie więcej poza granicami Francji niż we Francji, o bankructwie parlamentaryzmu, o konieczności rządów dyktatorskich. Ale nowe wybory dały Poincaremu faktyczną i formalną większość parlamentarną. Zachwiana przez blok lewicowy równowaga władzy ustawodawczej i wykonawczej została przywrócona. W Belgii zaś, Holandii, Szwecji, Norwegii, Czechosłowacji nie przechodził po wojnie ustrój państwowy żadnych silniejszych wstrząśnień.

A w Niemczech, pomimo niewątpliwie silnych jeszcze u znacznej części ludności dążeń monarchicznych, wszystkie próby zamachów były szybko zlikwidowane i parlament ma niewątpliwie dziś o wiele silniejszy wpływ na politykę państwową niż za panowania Wilhelma II. Bez dyktatury, przy sejmokracji, partyjnictwie, liberalnej wolności prasy i zgromadzeń, demokratycznym prawie wyborczym Niemcy odbudowały całą swą przedwojenną marynarkę handlową, uzyskały stałe miejsce w Lidze Narodów, mają równy z Francją, Anglią, Włochami, Belgią głos w konferencji haskiej.

Dyktatury zaś istnieją dziś tylko w Hiszpanii, Włoszech, Jugosławii, Polsce, Litwie, oraz od czasu do czasu w Grecji. Jest to znaczna mniejszość Europy. I gdy, zachowując ustrój parlamentarny, liberalny i demokratyczny, dźwignęły się już niemal całkowicie ze zniszczenia wojennego Anglia, Francja, Belgia, Niemcy – to dyktatura dała dobre wyniki jedynie we Włoszech.

W zestawieniu z realnymi faktami współczesnego życia społeczno-państwowego Europy, frazes o powszechnym bankructwie demokracji, liberalizmu i parlamentarnego ustroju okazuje się płytkim, pospiesznym uogólnieniem tego, co się dzieje w kilku tylko krajach, spośród których jedne tylko Włochy są czynną siłą w postępie cywilizacyjnym ludzkości. Czyżby więc naprawdę istniał kryzys życia państwowego jedynie w Hiszpanii, Włoszech, Jugoslawii, Grecji, Litwie i Polsce, a nie było go wcale w Anglii, Francji, Niemczech, Szwajcarii, Holandii, Belgii, Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Łotwie, Estonii, Czechosłowacji, Rumunii, Bułgarii, Węgrzech, Austrii?

Ale w takim razie wszelkie w ogóle zastanawianie się nad kryzysem społeczno-państwowym Europy nie miałoby sensu. Trzeba by tylko badać przyczyny,ostatnich przewrotów politycznych odrębnie w każdym z państw, przewrotami tymi dotkniętych. Dziwny by to jednak był zbieg okoliczności, ażeby w sześciu narodach europejskich o zgoła różnej etnograficznie ludności, różnym stopniu gospodarczego rozwoju, różnej historycznej przeszłości – równocześnie, z odmiennych w każdym z nich przyczyn, została tak dalece zachwiana równowaga ustawodawczych i wykonawczych władz państwowych, iż doprowadziło to do zamachów stanu, dyktatur wojskowych lub zmiany całego ustroju państwowego.

Takich przypadkowych zbiegów okoliczności nie było dotychczas w historii Europy. Zawsze, gdy w szeregu krajów równocześnie następowały zaburzenia, czy zmiany społecznego i państwowego ich życia, miały one, mimo różnego ich przebiegu w poszczególnych narodach, wspólne tło głębszych przeobrażeń całego cywilizacyjnego życia Europy.

Tak było, gdy na początku nowych wieków w szeregu państw europejskich, choć nie we wszystkich, wytworzył się absolutyzm oświecony, gdy w pierwszej połowie XIX stulecia szereg państw przeprowadzał uwłaszczenie włościan. I obecnie musi być jakaś ogólna, z rozwoju całego społeczno-cywilizacyjnego życia Europy wypływająca przyczyna tych różnorodnych kryzysów, przez które przechodzą równocześnie romańskie, zwycięskie w wojnie światowej Włochy i romańska również,lecz upadająca od paru stuleci Hiszpania, pobita przez Turków Grecja, złożona z paru narodów monarchia jugosłowiańska, słowiańska również, lecz znacznie bardziej jednolita pod względem narodowym Polska, nie mówiąc już o różniącej się pod wszelkimi względami od narodów zachodnio i środkowo-europejskich Rosji.

Ale musi też być przyczyna, iż przeżywane dziś przez Europę przeobrażenia jej społeczno-cywilizacyjnego życia wywołują w jednych narodach rewolucje, dyktatury, bezsilność parlamentów, w innych tylko przejściowe, jak we Francji, zachwianie równowagi wzajemnego stosunku parlamentu i rządu, w innych jeszcze, jak w Anglii Belgii, zmiany w tradycyjnym układzie stronnictw, bez najlżejszego choćby naruszenia dotychczasowych form prawno-państwowej ich organizacji. Więc niemoc parlamentów, zawieszenie wolności obywatelskich, pozbawienie mas ludowych wpływu na rządy państw samowładztwo opierające się na zbrojnej sile armii czy uzbrojonej partii – są to występujące na jaw tylko w pewnych krajach, w pewnych szczególnych warunkach, przejawy kryzysu, przez który przechodzi obecnie życie społeczno-państwowe narodów europejskich, a nie stanowią istoty tego kryzysu.

Tak jak są organizmy, które własnymi siłami zwalczają wywołane przeziębieniem zaburzenia w drogach oddechowych, gdy w innych organach na podłożu tych zaburzeń zaszczepia się i rozwija zabójcza infekcja gruźlicza, również są narody, w których wywołane wojną światową zmiany społeczno-cywilizacyjnego życia Europy nie naruszają równowagi ich liberalnego, demokratycznego i parlamentarnego ustroju państwowego i narody, w których podkopują one parlamentaryzm i wywołują zamachy stanu oraz dyktatury, niedające się pogodzić z demokracją i liberalizmem urządzeń prawno-państwowych.

Na czym jednak polegają zmiany wewnętrznego po wojnie światowej życia narodów europejskich, stawiające przed ich organizacją państwową zadania, do których wypełnienia okazał się dotychczasowy ustrój parlamentarno-demokratyczny w szeregu krajów niezdolnym?

Ścisłej odpowiedzi na to pytanie nie da dedukcyjne rozważanie kursujących dziś w publicystyce haseł i doktryn prawno-państwowych. Bo życie narodów i państw nie jest konstrukcją logiczną, nie da się ono zbudować czy przebudować jak dom czy maszyna, wedle z góry powziętego planu. Narody i państwa są zespołami żywych, świadomych jednostek i grup, i same mają swe własne życie, swój własny rozwój, nie mniej prawidłowy od rozwoju pojedynczych organizmów. Różnym niedouczonym, a im bardziej niedouczonym, tym pewniejszym siebie, chwalcom silnych jednostek wydaje się, że wystarczy by mocno krzyknęli: ma być król w Polsce – i będzie król.

Nie zdają oni sobie sprawy, że sami oni są wytworem specyficznych momentów naszej historii, że prowadzi do nich prosta linia duchowego dziedzictwa od wypisujących panegiryki na cześć swych dobrodziejów nadwornych poetów, palestrantów i pamiętnikarzy naszych “królewiąt” doby saskiej, w rodzaju wysługującej się swą swadą i swym piórem Radziwiłłowi Panie Kochanku Matuszewicza.

Wszystko co jest dziś w narodach, jest wynikiem ich wielowiekowego dziejowego rozwoju. Dokładne zrozumienie tych komplikacji i przeciwieństw, które we wszystkich niemal państwach europejskich wywołały mniej lub bardziej głębokie zachwianie przedwojennej równowagi ich życia państwowego, doprowadzając w części ich do gwałtownych przewrotów w ich organizacji prawno-państwowej, dać może tylko ścisła analiza historyczna dotychczasowego rozwoju społeczno-państwowego Europy, poczynając od najwcześniejszego średniowiecza.

Stanisław Grabski

—————
Stanisław Grabski (1871 – 1949) był politykiem, ekonomistą, posłem na Sejm Ustawodawczy oraz I kadencji w II RP, w latach 1945–1947 wiceprzewodniczącym Krajowej Rady Narodowej. Od 1905 r. w Lidze Narodowej, od 1906 r. był członkiem jej władz. Od 1907r. piastował funkcję wiceprezesa Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego w Galicji. W 1923 r. (rząd Wincentego Witosa – tzw. Chjenopiast) i w latach 1925–1926 – minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Był autorem ustawy tzw. Lex Grabski regulującej kwestię szkolnictwa dla mniejszości narodowych. Po przewrocie majowym w 1926 r. Grabski wycofał się z życia politycznego i poświęcił się pracy naukowej i publicystycznej. Jego bratem był Władysław Grabski – ekonomista, dwukrotny premier RP (1920, 1923-25).

Dziennik Narodowy poleca