Stanisław Głąbiński: Rządy sanacji w Polsce (1926-1939) cz. IV

Rozdział piąty
Walka o legalizację dyktatury

Po dokonaniu zamachu Piłsudski mógł się ogłosić dyktatorem. Jego zwolennicy, Żydzi i socjaliści, triumfowali w całym kraju, społeczeństwo było znużone ciągłymi walkami w Sejmie, wielu wierzyło w zarzuty głoszone przez Piłsudskiego i oddaną mu prasę, ogólnie pożądano pokoju i stałego rządu. Wybór prezydenta Rzeczypospolitej wykazał, że także w Sejmie przeważało pragnienie pokoju bez względu na to, co się stało. Ale Piłsudski nie przyjął wyboru na prezydenta, bo w danych warunkach nie chciał się “męczyć i łamać”. Nie chciał także ogłosić się dyktatorem, bo nie chciał przyjmować odpowiedzialności za rządy. Dla niego wygodniejsze było stanowisko człowieka decydującego o wszystkich ważnych sprawach za kotarą, bez osobistej odpowiedzialności, bo w każdej chwili mógł tę odpowiedzialność przerzucić na rząd, na Sejm i na pewnych ludzi wedle swego uznania. Gdy jako Naczelnik Państwa bez wiedzy i woli Sejmu i rządu zawarł był nieprawnie tajny układ z Petlurą o wojnie przeciwko Rosji i wbrew Paderewskiemu, jako prezesowi Rady Ministrów, wzbraniał się rozpocząć z Rosją sowiecką rokowania o pokój i wschodnią granicę Polski, przeprowadził swą wolę poza Sejmem i społeczeństwem w ten sposób, że bez ich wiedzy skłonił Paderewskiego do złożenia swego urzędu.

“Kiedy Pan przybyłeś do Warszawy – mówił wówczas do Paderewskiego – ja byłem malutki, a Pan byłeś w obłokach. Dzisiaj jest przeciwnie. Ja jestem w obłokach, a Pan spadłeś na ziemię. Jeżeli jednak Pan będziesz się upierał przy rządzie i nie zażądasz natychmiastowej dymisji, to ja Panu powiadam, że wkrótce będziesz leżał w kałuży błota”.

Rozmowa ta, podana tu wedle osobistej, poufnej relacji Paderewskiego, podziałała na subtelny, szlachetny umysł wielkiego patrioty i artysty w znany sposób – podał się do dymisji, a skryty za obłokami Piłsudski pozostał za nimi, wolny od wszelkiej odpowiedzialności.

Nadto Piłsudski, jako socjalny demokrata, przywiązany był do form demokratycznych jako pozorów przemawiających do uczucia tłumów i budzących u nich zaufanie do przywódców. Pozornie więc po zamachu Piłsudskiego nic się w Polsce nie zmieniło. Sejm i Senat pozostały na swoim miejscu. Rząd Bartla urzędował przez 6 miesięcy bez większej zmiany (kierownika resortu wyznań i oświaty zastąpił minister Sujkowski). W Sejmie podjęto wprawdzie prace nad reformą Konstytucji marcowej w celu wzmocnienia stanowiska prezydenta Rzeczypospolitej, ale wnioski rządowego stronnictwa zbiegły się z takimi wnioskami Związku Ludowo-Narodowego i innych klubów prawicy i centrum ludowego i nie wychodziły zasadniczo poza nie. Powrócono do wniosków stawianych, ale przegłosowanych już w marcu 1921 r. w innej nieco formie, ale w tej samej intencji wzmocnienia rządu, zniesienia przywileju nietykalności posłów za działalność poza Sejmem, przywrócenia równowagi między władzą prawodawczą a rządem.

Wnioski Związku Ludowo-Narodowego szły teraz nieco dalej. Żądano powołania nowej, opiniodawczej instytucji w formie Rady Stanu, uprawnienia prezydenta nie tylko do rozwiązania Sejmu, ale i do zawieszania uchwał sejmowych (na trzy miesiące), oraz do wydawania w przerwach prac Sejmu dekretów. Żądano przyznania Sejmowi prawa instytucji prawodawczej, określenia terminu załatwiania budżetu w izbie sejmowej do siedemdziesięciu pięciu dni, a w Senacie do dwudziestu pięciu dni.
W Komisji Konstytucyjnej przewodniczył dalej profesor Gąbiński, referował Chaciński z Chrześcijańskiej Demokracji, obaj w duchu przychylnym dla reformy konstytucji. W ten sposób uchwalono częściową zmianę konstytucji z 2 sierpnia 1926 r. przeciw tym stronnictwom, które już w 1921 r. robiły największe trudności w uchwaleniu konstytucji i miały za sobą cichą aprobatę Naczelnika Państwa, działającego zawsze “w obłokach”. Można więc było rzucić pytanie, po cóż był potrzebny ów zamach, skoro można było bez niego przeprowadzić zmianę konstytucji na rzecz wzmocnienia władzy prezydenta i rządu?
Odpowiedź na to pytanie jest łatwa. Piłsudski był w duchu i w zamiarach swoich autokratą. On już w roku 1921 nie chciał wcale konstytucji. Zadowalał się “deklaracją konstytucyjną”, jakimiś pozorami konstytucyjnymi, nie krępującymi głowy państwa w jego działalności. Chodziło mu nie o “równowagę” między Sejmem, prezydentem a rządem, ale o pełnię władzy przy zachowaniu pozorów demokratycznych. Stąd reforma w roku 1926 wcale go nie zadowoliła, nie skłoniła go wcale do wyjścia z rezerwy, skutkiem czego grupa sanacyjna stanęła przed koniecznością rozwiązania trudnego zagadnienia takiej zmiany konstytucji, która by zapewniła Piłsudskiemu faktyczną dyktaturę przy zachowaniu pozorów demokracji.
Walka o “silny rząd” zamieniła się w walkę o legalną dyktaturę. Walka ta stała się nieszczęściem Polski. Nie chodziło w niej wcale o zasady ustrojowe, jakie równocześnie były dyskutowane i wprowadzane w krajach autorytetów – we Włoszech, Niemczech, Austrii, Portugalii. Chodziło o zadowolenie człowieka, który nie chciał się “męczyć i łamać” w ustroju konstytucyjnym, nie chciał brać na siebie żadnej odpowiedzialności za rządy, ale chciał być popularny i rządzić samowładnie.
Takim zamiarom przeciwstawiała się ogromna większość narodu. Trzeba więc było stworzyć fikcję woli większości przez fałszywe wybory, drażniące i oburzające społeczeństwo, aby zapewnić w reprezentacji narodowej formalną większość potrzebną do podjęcia uchwały konstytucyjnej. Ta oburzająca prowokacja praworządnych uczuć narodu, to niegodziwe krzewienie buntu przeciw państwu wśród najszerszych warstw społeczeństwa odbywało się dwukrotnie, aby na koniec stworzyć fikcję większości sejmowej i fikcję uchwały konstytucyjnej, nazwanej i ogłoszonej jako Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z 23 kwietnia 1935 r., oraz nowej ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu z 8 lipca 1935 r.

REKLAMA/Advertisement

Wybory do Sejmu i Senatu przeprowadzone z końcem 1928 r. przy użyciu policyjnego terroru i fałszów wyborczych dały sanacji względną większość, zbyt słabą, aby mogła liczyć na zmianę konstytucji w duchu autokratycznym. Posłowie rządowi, “wybrani” na rozkaz starostów i innych dygnitarzy rządowych, związali się w “Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem” (BBWR) i już w lutym 1929 r. przedłożyli w Sejmie projekt zmiany konstytucji, opracowany i referowany przez byłego członka socjalnej demokracji w Królestwie Polskim Wacława Makowskiego, profesora prawa kryminalnego, a później państwowego w Warszawie. Już w tym projekcie znajdowały się zarodki wniosku, które w późniejszym Sejmie stały się podstawą uchwalonych “tez konstytucyjnych”.

Makowskiego więc, łącznie z premierem Sławkiem, bliskim towarzyszem Piłsudskiego i gorącym zwolennikiem rządów “elity”, uważać musimy za duchowych twórców sanacyjnej konstytucji z 1935 r. Wedle projektu Makowskiego miały być przeprowadzone zmiany w Konstytucji marcowej głównie w odniesieniu do kompetencji prezydenta Rzeczypospolitej przez uznanie go za “najwyższego przedstawiciela władzy w państwie polskim” i przez ograniczenie praw Sejmu i rządu na rzecz prezydenta. Prezydent miałby otrzymać stanowisko niezależne od Sejmu i Senatu przez wybór w głosowaniu powszechnym, miałby samoistną władzę prawodawczą obok izb prawodawczych i prawo inicjatywy prawodawczej, prawo zawieszania uchwał sejmowych (weta), powoływania jednej trzeciej senatorów i pociągania rządu do odpowiedzialności. Projekt ten już w Komisji Konstytucyjnej nie uzyskał większości, wskutek czego, Sejm w 1930 r. został rozwiązany, a metody wyborcze sanacji przy nowych wyborach zostały zaostrzone.

BBWR wyszedł z tych wyborów liczebnie wzmocniony, ale jego większość była niedostateczna dla uchwalenia konstytucji. Zdwojono więc zabiegi dla pozyskania klubów lewicowych i zdemoralizowania słabszych członków innych klubów. W marcu 1931 r. klub rządowy wniósł w Sejmie ponownie dawniejszy swój projekt, w Komisji Konstytucyjnej już przed rokiem przedyskutowany i odrzucony, z drobnymi poprawkami jako nowy projekt konstytucji. Posunięcie to wywołało w klubach opozycyjnych takie oburzenie, że postanowiono się uchylić od dyskusji, pozostawiając ją samemu klubowi rządowemu. Z tej absencji klub rządowy po kilku latach skorzystał w sposób podstępny. Na razie klub ten postanowił obradować nad poszczególnymi częściami projektu celem sformułowania wyników obrad w osobnych tezach, które referował marszałek Car jako referent generalny. Nowe myśli, jako wytyczne przyszłej konstytucji, wniósł pułkownik Walery Sławek na zjeździe legionistów w Warszawie w sierpniu 1933 r., jako prezes bloku bezpartyjnego. Według niego prezydent winien mieć władzę jedną i niepodzielną, a pod jego kierownictwem znajdować się muszą organa władzy, przeznaczone do spełniania poszczególnych zadań. Sławek odrzucał ustrój dyktatury, oświadczył się jednak za rządami “elity” jako klasy rządzącej u boku prezydenta. Organem tej klasy miał być Senat, wybierany w dwóch trzecich przez kadry ludzi zasłużonych, w jednej trzeciej mianowany przez prezydenta. Pierwszą elitę mieli tworzyć kawalerowie “Virtuti Militari” i “Krzyża Niepodległości”. Senat miał być zrównany w prawach z Sejmem. Projekty Sławka odpowiadały niezawodnie życzeniom Piłsudskiego.

Takimi drogami doszły do skutku owe “tezy konstytucyjne” referenta generalnego Cara, które wbrew przepisanym formalnościom prawnym zostały w nieobecności posłów opozycyjnych, mimo protestu jednego z posłów (Stanisława Strońskiego), bez dyskusji przemianowane na “ustawę konstytucyjną” uchwalone w Sejmie 26 stycznia 1934 r. z wielkim pośpiechem, zanim mogli zdążyć nieobecni posłowie do sali posiedzeń. Blok rządowy był dumny ze swego powodzenia i obwieścił całemu krajowi o uszczęśliwieniu go nową konstytucją, chociaż do uchwały potrzebna jest jeszcze zgoda Senatu. Sztuczki takie, niegodne powagi ciała prawodawczego i wielkiej sprawy konstytucyjnej, nie przyniosły korzyści sanacji ani błogosławieństwa państwu. Tylko w niezdrowej atmosferze politycznej sanacji moralnej mogły takie metody ujść bezkarnie. Patronowali im, niestety, z całym zapałem marszałkowie Sejmu i Senatu.
Nowa konstytucja z 23 kwietnia 1935 r. pozostawiła prezydenta na czele państwa, skupiła w jego osobie jednolitą i niepodzielną władzę państwową, włożyła nań odpowiedzialność wobec Boga i historii za losy państwa, a za obowiązek naczelny poczytała troskę o dobro państwa, o gotowość obronną i o odpowiednie miejsce wśród narodów świata. Jak prezydent wywiązał się z tych obowiązków, dowiedzieliśmy się dopiero w czasie wojny. Wszystkie inne władze: rząd, Sejm, Senat, siły zbrojne, sądy, kontrola państwowa, figurują w konstytucji jako “Organy państwa, pozostające pod zwierzchnictwem prezydenta Rzeczypospolitej”. O jednym zapomniano, a raczej nie chciano pamiętać, o narodzie. Chlubiono się tym, że nową konstytucję oparto na polskich rodzimych pierwiastkach i tradycjach. A przecież Konstytucja 3 Maja stanowiła: “Wszelka władza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli narodu”. Podobne postanowienia zawierała także Konstytucja marcowa. Również obce konstytucje uznają naród jako źródło władzy. Nawet Konstytucja ZSRR z 5 grudnia 1926 r. postanawia, że Rada Najwyższa, będąca naczelnym organem republiki związkowej, zasięgać winna opinii całego narodu (referendum) z własnej inicjatywy lub na żądanie jednej z republik związkowych (art. 49). W naszej konstytucji nie dopuszczono nawet wzmianki o narodzie. Z całą zawziętością bronił tego Wacław Makowski. Na moje uwagi replikował: “Naród to pojęcie fikcyjne, coś nieokreślonego”.

Nie było dla nich jednak fikcją pojęcie państwa jako “wspólnego dobra wszystkich obywateli […] przekazywanego w spadku dziejowym z pokolenia na pokolenie” ani pojęcia “pokolenia”, “dobra powszechnego” lub odpowiedzialności prezydenta “wobec Boga i historii”. Naczelną i niepodzielną władzę prezydenta obmurowano przez organizację Senatu i jego uprawnienia. Senat składa się w jednej trzeciej z senatorów powołanych przez prezydenta, w dwóch trzecich zaś jest wybierany przez “elitę” określoną w ordynacji wyborczej do Senatu. Wedle ordynacji z 8 lipca 1935 r. prawo wybierania do Senatu mają z tytułu zasług obywatele odznaczeni orderami, z tytułu wykształcenia obywatele z ukończoną szkołą wyższą, zawodową oraz oficerowie, z tytułu zaufania obywateli członkowie rad samorządowych i zarządów miejskich oraz organizacji gospodarczych i zawodowych, a także przewodniczący zarządów kół w stowarzyszeniach użyteczności publicznej. Wybory te jednak nie są bezpośrednie, lecz pośrednie, za pośrednictwem delegatów wybieranych do wojewódzkich kolegiów wyborczych. Nie ulega wątpliwości, że przy takim składzie Senatu prezydent ma wpływ decydujący na jego uchwały. Prezydent ma także wpływ na wyznaczanie swego następcy. Kandydata na prezydenta wybiera zgromadzenie elektorów złożone z pięćdziesięciu elektorów Sejmu i dwudziestu pięciu Senatu. Głosowanie na listy następuje tylko wtedy, kiedy ustępujący prezydent oświadczy, że nie zamierza korzystać z prawa wskazania kandydata. Jeżeli jednak prezydent wskaże innego kandydata niż zgromadzenie elektorów, wtedy głosowanie powszechne obywateli decyduje między oboma kandydatami. W razie wojny prezydent osobnym aktem wyznacza swego następcę, na wypadek opróżnienia się urzędu przed zawarciem pokoju.

Wszystkie te prawa i inne przywileje prezydenta Rzeczypospolitej były przeznaczone dla Józefa Piłsudskiego, który już nie mógł z nich korzystać. Bóg pozwolił mu umrzeć w chwale, zanim mógł oglądać spustoszenie i krzywdę, jakie rządy jego i sanacji wyrządziły narodowi i Rzeczypospolitej.

Stanisław Głąbiński

————-
Stanisław Głąbiński (1862 – 1941) był prawnikiem, politykiem i publicystą, profesorem ekonomii politycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, zastępcą członka Rady Obrony Państwa w 1920 r. Reprezentował Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne (od 1905 był prezesem tego ugrupowania). W latach 1907-1911 był prezesem Koła Polskiego w Sejmie Krajowym Galicji oraz prezesem Polskiego Koła Sejmowego. W 1919 został posłem na Sejm Ustawodawczy, a w październiku 1919 – członkiem Związku Ludowo-Narodowego (ZLN). Sprawował stanowisko prezesa Rady Naczelnej tego ugrupowania oraz szefa klubu sejmowego ZLN. W latach 1928-1935 był senatorem, jak również przewodniczącym klubu senackiego Stronnictwa Narodowego (SN). Sprawował także funkcję szefa struktur SN na terenie Małopolski. W czasie II wojny św. aresztowany przez NKWD, zmarł w więzieniu w Charkowie.