Dziennikarz “Sieci” nt. Jedwabnego: “Nie musi chodzić o prawdę, tylko o setki milardów”

Red. Marek Pyza w najnowszym numerze tygodnika “Sieci” porusza temat kwestii ekshumacji w Jedwabnem, która od 2001 roku lekceważona jest przez kolejne rządy w obawie przez konfliktem z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. Dziennikarz zaznacza, że kwestia ta jest jednym ze źródeł antypolonizmu w globalnej przestrzeni i zastanawia się, jaki jest powód strachu środowisk żydowskich przed ekshumacją.

– Sięgnijmy do publikacji Piotra Kadlčika, wieloletniego przewodniczącego Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. W 2014 r. na łamach „Kolbojnika”, biuletynu gminy, podał całą serię dowodów na to, że ekshumacja w Jedwabnem powinna się odbyć. Już w stanowisku Naczelnej Rady Religijnej Żydów w Polsce z 1949 r. czytamy: „Synagogi i bóżnice mogą być wydzierżawione tylko pod tym warunkiem, że pieniądze […] będą wykorzystane na cele kultywowania cmentarzy […], ewentualnie ekshumacje Żydów”. Kadlčik przywołuje przypadek siedlecki, gdzie w 1949 r. ekshumowano 304 osoby, a także statystyki Centralnego Komitetu Żydów dotyczące ekshumacji w latach 1948–1949 w: Bochni, Bystrzycy, Czechowicach, Garwolinie, Górze św. Anny, Grójcu, Izabelinie, Jordanowie, Józefowie, Karczewie, Krakowie, Lubaczowie, Lublinie, Łazach, Łowiczu, Łukowie, Okuniewie, Opolu, Parysowie, Pieszycach, Pionkach, Poznaniu, Przemyślu, Radomiu, Rzeszowie, Siedlcach, Stutthofie (na terenie obozu), Świdrach Starych, Tarnowie, Toruniu, Tyszowcach, Warszawie i Zakopanem. Autor przypomina, że w 1949 r. Joint (American Jewish Joint Distribution Committee, Amerykańsko-Żydowski Połączony Komitet Rozdzielczy) przekazał 2 mln zł m.in. właśnie na prace ekshumacyjne – pisze Marek Pyza zbijając ciągle powtarzane manipulacje o tym, że zakaz ekshumacji jest kwestią religijną.

REKLAMA/Advertisement

Pyza dodaje, że na całym świecie wybrzmiewa wersja Jana Tomasza Grossa, która jest całkowicie niewiarygodna i kłamliwa. To ona jest przywoływana, kiedy padają oskarżenia o udział Polaków w Holocauście.

– Wiemy więc m.in., że zamordowano wówczas nie 1,6 tys. osób, ale 300–400. Nie jest prawdą, że Polacy podpisali z Niemcami jakąś umowę na wymordowanie sąsiadów. Nie ma dziś żadnej wątpliwości, że zbrodnia odbyła się z niemieckiej inicjatywy i – co najmniej – pod niemieckim nadzorem (sąd, który badał sprawę w 1949 r., użył nawet sformułowania „pod terrorem”). Gontarczyk konkludował: „Polacy zachowywali się różnie: jedni ochotniczo wzięli udział w mordzie (do kilkunastu), inni zostali przymuszeni do udziału w zganianiu Żydów siłą, niektórzy ratowali Żydów”. I tak rozprawiał się z relacjami, na które powoływał się Gross: „Wszystkie relacje z tej zbrodni okazały się niewiarygodne, a głównymi oskarżycielami Polaków byli »naoczni świadkowie«: komunista mszczący się za śmierć brata – też sowieckiego kolaboranta – który tego dnia w ogóle nie przebywał w osadzie. Inne drastyczne opisy dotyczące Polaków (morderstwa i gwałty) zaczerpnięto z zeznań dwóch żydowskich świadków: Eliasza Grądowskiego i Abrama Boruszczaka. Tylko że Grądowskiego w 1940 r. Sowieci wywieźli na Sybir za kradzież, więc żadnym świadkiem nie był. Także Boruszczak nie mieszkał nigdy w Jedwabnem i nie wiadomo, czy istniał. Oba zeznania są bardzo podobne i można postawić hipotezę, że zostały spreparowane w UB w ramach rozgrywek między gangami handlującymi pożydowskimi nieruchomościami – dodaje publicysta.

REKLAMA/Advertisement

Marek Pyza uważa, że w sporze tym nie chodzi o prawdę i wyjaśnienie prawdziwych sprawców i przebiegu zbrodni w Jedwabnem. Publicysta uważa, że najważniejszą kwestią są żydowskie roszczenia, które, czego nie ukrywają organizacje zajmujące się tzw. restytucją mienia opiewają na gigantyczne kwoty.

W relacjach polsko-izraelskich nie musi więc wcale chodzić o prawdę historyczną ani nawet o relacje między dwoma narodami, tylko właśnie o setki miliardów, które próbuje się wyciągnąć z Polski – w dodatku przy użyciu amerykańskiej potęgi. Jest oczywiste, że w gardłowych sprawach nie rozmawiamy z samym Izraelem, lecz z imperium izraelsko-amerykańskim. Ale jest równie oczywiste, że nie będziemy poważnym graczem na arenie międzynarodowej, dopóki nie wyzwolimy się z okowów postkolonializmu na rzecz podmiotowości, nie przyzwyczaimy świata, że twardo zabiegamy o swoje interesy, że nie boimy się trudnych spraw, że opór potężniejszych partnerów nie odwiedzie nas od walki o prawdę. Nie chodzi o bezmyślne konfliktowanie się na siłę z naszym głównym sojusznikiem, co jest na drugim tle każdego sporu z Tel Awiwem, lecz o prawo Polaków do obrony swojego dobrego imienia. Nawet jeśli miałoby to nas trochę kosztować – podsumowuje.

REKLAMA/Advertisement

za: wPolityce.pl