REKLAMA/Advertisement

Roman Rybarski: Podział na dzielnice

887

Nowoczesne narody w rzadkich stosunkowo wypadkach przedstawiają zupełnie jednolitą całość pod względem swojego wewnętrznego składu. Przeważnie złożyły się na nie różnorodne elementy i ich jedność duchowa polega na pogodzeniu i otamowaniu odśrodkowych dążeń. Bardzo doniosłym jest wtedy problem stosunku poszczególnych części do całości, trzeba tu rozwiązać trudne zadanie; jak utrzymać jedność narodu, uznając równocześnie pewne partykularne odrębności i zaspokajając ich odmienne potrzeby. Chodzi tu o to, by z jednej strony funkcjonował sprawnie organizm narodowy, z drugiej zaś, by nie tłumić bezwzględnie życia dzielnicowego, którego swobodny rozwój leżeć może w interesie całości. Czy zorganizować życie w sposób bardziej jednolity i — nie lękajmy się tego wyrazu — centralistyczny, czy też dać silniejsze ujście w całym ustroju właściwościom prowincjonalnym i lokalnym?

Te bardzo zawiłe pytania w normalnych warunkach schodzą na plan dalszy, bo funkcjonujący już ustrój państwowy przesądza je w ten lub inny sposób i dopuszcza tylko wyjątkowych i powolnych zmian; ale wtedy, gdy dopiero ten ustrój powstaje, gdy mamy do czynienia pod wielu względami z tabula rasa, wtedy te zagadnienia występują w całym swoim ogromie. Wymagają one szybkiej i stanowczej decyzji. Zależy na tym bardzo, by ta szybka decyzja nie była zbyt pospieszną, by nie przesądziły jej zewnętrzne lub przypadkowe okoliczności, a natomiast by ona opierała się na dokładnym rozważeniu i odważeniu narodowego interesu.

REKLAMA/Advertisement

I.

W wewnętrznym życiu narodowym toczy się mniej lub więcej natężona walka między różnymi antagonizmami, przejawiającymi się na tle politycznym, religijnym, ekonomicznym itd. Najbardziej znane i wyjaśniane są przeciwieństwa klasowe; są pisarze, którzy wprost pojmują państwo jako narzędzie panowania i wyzysku jednej klasy przez drugą. Niekiedy jednak antagonizmy społeczne opierają się na terytorialnych podstawach. To znaczy ludność, zamieszkująca jedną dzielnicę, ma odrębne dążenia i interesy, aniżeli ludność innych dzielnic i w swojej polityce daje temu wyraz. Ten sam czynnik może w pewnych warunkach być a w innych nie być podstawą do rozkwitu przeciwieństw dzielnicowych. Na przykład różnica wyznania nie wiąże się z podziałem na dzielnice; wtedy jednak, gdy wyznawcy jednej religii mieszkają zwartą masą w jednej połaci kraju, a resztę zamieszkują wyznawcy innej religii, wtedy może dojść między nimi do współzawodnictwa, które przybierze charakter terytorialny.

REKLAMA/Advertisement

Zastanówmy się jednak bliżej nad przyczynami, które wytwarzają podział na dzielnice, dzięki którym wyrasta on do znaczenia problemu ogólno-narodowego. Po pierwsze podział na dzielnice opierać się może na podstawach historycznych. Dzisiaj złączone razem jednością narodową, zazwyczaj i państwową części, przedtem stanowiły odrębne państwa i państewka. Miały niekiedy i obecnie mają własne tradycje i ambicje polityczne, własną dynastię, własną przeszłość pełną chwały. Pamięć tych rzeczy nie ginie od razu i stanowi niekiedy zarodek partykularyzmu dzielnicowego.

REKLAMA/Advertisement

Przykładem takich stosunków jest Rzesza niemiecka z długim szeregiem odrębnych państw, które wolno stapiały się w jeden organizm państwowonarodowy. W miarę jednak im dłużej trwa wspólny byt, zaciera się poczucie odrębności, albo też zamyka się w granicach drugorzędnych objawów. Z biegiem lat zanika doniosłość tego podziału, jak np. w Holandii stracił swoje dawne znaczenie podział na Stany. Szczególnie wspólnie przebyte wielkie walki zewnętrzne, wspólne niebezpieczeństwa, w których ważą się losy całego narodu, są najsilniejszym elementem spajającym na trwałe niegdyś odrębne, a niedawno jeszcze niechętne sobie części. 1 obecna wielka wojna wszędzie tam, gdzie państwowa jedność ma narodowe podstawy, współdziała potężnie w kierunku zatraty dawnych antagonizmów, opartych na podstawach historycznych. Nowe, wielkie wypadki dziejowe rzucają cień na historyczne wspomnienia różnych dzielnic, dzisiaj już zrośniętych w jeden organizm.

Drugim z kolei takim źródłem odrębności jest różnorodność plemienno – językowa. Posiada ona pierwszorzędną doniosłość, zwłaszcza w ostatnich czasach. Przed wojną groźnym wprost dla rozwoju wewnętrznego Belgii był antagonizm między Flamandami a Wallonami. Wstrząsnął on silnie życiem społecznym narodu belgijskiego. Wywołał zawziętą walkę partyjną nawet wśród stronnictwa socjalistycznego, które miało pretensję do tego, że posiada różdżkę czarodziejską, uspakajającą wzburzone fale narodowych namiętności. Dopiero wybuch wojny położył kres tym walkom.

Natomiast jest inny naród, porównywany często z Belgią, który obecnie bardzo dotkliwie odczuwa ujemne strony swojej niejednolitości językowej. Los wojny oszczędził dotychczas Szwajcarii materialnego zniszczenia. Ale zagroził jej (nie tylko jej jednej) duchowym rozbiciem, chce przykuć jej ducha do wrogich sobie rydwanów wojennych. Pokazuje się, że wspólność języka może być silniejszą niż przypuszczano, że ta wspólność może groźnie wstrząsnąć jednością, wytworzoną już od wieków i opartą na wyraźnej odrębności interesów.

REKLAMA/Advertisement

Nie potrzebujemy zresztą szukać daleko przykładów: w Galicji zaczął coraz silniej występować antagonizm między Galicją wschodnią a zachodnią. Miał on swoje źródło w bardziej niejednolitym składzie narodowym Galicji wschodniej, inaczej mówiąc, w kwestii ruskiej, na którą inaczej patrzyła ludność zachodniej części kraju, aniżeli ci, którzy z tym problemem na miejscu mieli do czynienia. Te odmienne warunki plemienno-językowe zabarwiły życie polityczne kraju, tak, że w chwili obecnego przesilenia wystąpił już dość wyraźnie pewien podział, w sposób przedtem niespodziewany. W tym wypadku znaleźli się w antagonizmie do siebie ludzie mówiący jednym językiem i tego samego pochodzenia plemiennego, lecz żyjący na terytoriach o nierównym stopniu jednolitości narodowej.

Stosunkowo mniejsze znaczenie ma trzecie z kolei źródło odrębności dzielnicowej, o którym ubocznie wspomnieliśmy już przedtem: różnice wyznania. W przeszłości, jak wiadomo, odgrywały one o wiele wybitniejszą rolę. Dzisiaj mamy nieraz konflikty na tle religijnym, ale nie są one w stanie zagrozić poważnie narodowej jedności. Dowodzi tego przykład Rzeszy niemieckiej, gdzie w ciągu obecnej wojny ludność katolicka, rozmieszczona na południu i południowym zachodzie, współdziała harmonijnie z protestancką resztą narodu niemieckiego.

Natomiast do większego znaczenia dochodzą przeciwieństwa ekonomiczne. Wyrażają się one w sprzeczności interesów różnych dzielnic państwa. Widzimy objawy takich przeciwieństw w wielu najważniejszych krajach. Antagonizm między gospodarczym interesami północy i południa doprowadził w Stanach Zjednoczonych w połowie XIX. wieku do krwawej i długiej wojny domowej. I dzisiaj w tym potężnym państwie w walce o wpływ na politykę wewnętrzną i na politykę zagraniczną ścierają się trzy grupy interesów: stany północno-wschodnie, o charakterze wybitnie przemysłowym, stany południowe, produkujące głównie bawełnę, i stany „dzikiego zachodu”, mające charakter przeważnie rolniczy.

Podobnie przeciwieństwo interesów między południem a północą ujawnia się w kraju, poza tym bardzo jednolitym, mianowicie we Francji. Podstawą tego antagonizmu jest nie tyle może różnica temperamentów, uzasadniona względami klimatycznymi, ile ekonomicznych interesów. Wyraźne tego świadectwo znajdujemy w polityce skarbowej Francji, w której toczy się ciągła walka o t. zw. bouilleurs de cru, tzn. producentów wina, destylujących wyłącznie własne produkty, którzy korzystają z pewnych przywilejów podatkowych. Z uprzywilejowaniem tej masy producentów, zamieszkującej przeważnie południe Francji, a dochodzącej liczby 1 1/2 miliona, walczy bardziej przemysłowa północ i ta walka o drobną i drugorzędną na pozór kwestię jest w stanie wypełnić nieraz życie parlamentarne Francji.

REKLAMA/Advertisement

O wiele znów głębszym i o wiele groźniejszym jest antagonizm między południem a północą we Włoszech. Niektórzy socjolodzy włoscy usiłowali wytłumaczyć to przeciwieństwo różnicą cech antropologicznych. Ale bez wątpienia najdonioślejsze znaczenie przedstawiają przeciwieństwa ekonomiczne i kulturalne; przeciwieństwa między przemysłową, szybko się rozwijającą, bardziej kulturalną północą, a południem, zamieszkałym przeważnie przez ubogich rolników — analfabetów. Antagonizm tych dwóch połaci kraju był tak silnym, że usunął na plan dalszy dawne przeciwieństwa między poszczególnymi prowincjami dzisiejszych Włoch, oparte na momentach historycznych. Wielu włoskich patriotów uważało go za tak groźny, że dla duchowego zjednoczenia całego narodu według nich trzeba było wspólnych walk zewnętrznych i z tego też punktu oceniali oni wojnę trypolitańską. Z drugiej strony, w ciągu obecnej doby, zawodne nadzieje, że Włochy wytrwają w neutralności, opierały się na rachubach, że uda się przeciwstawić bardziej pokojowo usposobioną ludność południa — północy, prącej do zatargu zbrojnego z dotychczasowym sprzymierzeńcem.

I w naszych stosunkach antagonizm interesów ekonomicznych, przybierający charakter antagonizmu między różnymi terytoriami, zaznaczył się dość wyraźnie, i to w życiu dzielnicy, objawiającej poza tym jak największą solidarność narodową, to jest w życiu ludności spod pruskiego panowania. Gdy w Sejmie Rzeszy niemieckiej była rozstrzygana kwestia ceł na zboże, to wtedy w łonie Koła Polskiego trudno było utrzymać zupełną solidarność. Posłowie śląscy, reprezentujący niemal wyłącznie ludność robotniczą, stanęli w kolizji z interesami, przedstawianymi przez posłów z Poznańskiego i Prus Zachodnich, prowincji przeważnie rolniczych. Widzimy, że solidarność Koła, którą nie mogły wstrząsnąć żadne inne antagonizmy społeczne, została wystawiona na próbę dopiero przez konflikt interesów gospodarczych.

Widzimy więc liczne przykłady, że w łonie narodu lub jego części, spojonej w jedno wspólną organizacją państwową, występują groźne niekiedy przeciwieństwa między jego dzielnicami. Ale przykłady te nie wyczerpują wszystkich przyczyn antagonizmów dzielnicowych. Trzeba zwrócić szczególną uwagę na jedno jeszcze ich źródło. Znamy aż nadto dobrze podział na dzielnice, oparty na przynależności do różnych ustrojów prawnopaństwowych — podział ze wszystkich najgroźniejszy i najdotkliwszy. Obce organizmy w sposób systematyczny i powolny, czasem wyraźny, a czasem mało widoczny, wchłaniają oddzielone od siebie części. Porywają je i w przeciwne strony unoszą odmienne prądy życia ekonomicznego. Stosunki polityczne stają się coraz bardziej różne, bo różne są formy i różną jest treść życia politycznego w każdej z tych dzielnic. Przychodzi inny obyczaj, inna kultura umysłowa. Zanikają dawne centra, które przedtem skupiały życie całego narodu, a tworzą się nowe ośrodki, niekiedy ciążące na zewnątrz a nie na wewnątrz. Broni się przed tym instynkt samozachowawczy narodu, protestuje przeciw temu rozbudzona świadomość narodowa, ale często te wysiłki i protesty nie wywierają skutku na dłuższą metę. Wspólność narodowa może się w takich wypadkach stać niezupełną: zasadza się z jednej strony na najbardziej elementarnych pierwiastkach bytu narodowego, na wspólności języka, wiary, rasy, z drugiej przenosi się w bardziej idealne i odświętne sfery życia narodowego, a obcym jej pozostaje codzienny bieg tego życia, w którym dopiero urabia się i kształtuje dusza narodu.

II.

Zastanówmy się nad tym, kiedy podział na dzielnice jest szkodliwy, a kiedy ma rzeczowe uzasadnienie, względnie kiedy nawet może okazać się pożytecznym? W rozważaniu tej kwestii można się kierować tylko ogólno-narodowym interesem i wtedy tylko należy dopuścić do rozwoju dzielnicowych odrębności, gdy one bogacą treść życia ogólno-narodowego. Wobec tego postulatu muszą ustąpić na plan dalszy lokalne ambicje i przywiązania, urobione przeszłością uprzedzenia i zachowawcze nałogi, które każą utrzymać stare formy współżycia zamiast wytwarzać nowe.

Przypomnieć jeszcze trzeba, co mamy na myśli, mówiąc o podziale na dzielnice. Nie chodzi tu tylko o specjalną kwestię prawno-administracyjną, o pytanie, jakie pośrednie ogniwa należy wytworzyć między organami centralnymi a władzami ściśle lokalnymi. Chodzi nam tutaj o rzecz rozleglejszą, o to, czy w całym życiu zarówno państwowym jak i pozapaństwowym należy sprzyjać odrębnościom dzielnicowym, czy też trzeba je tłumić i usuwać. Ustrój administracyjny może być bardzo skutecznym narzędziem rozwoju w jednym lub drugim kierunku; tak np. w wewnętrznym rozwoju Francji odegrał pierwszorzędną rolę ustrój administracyjny, wprowadzony przez Napoleona, do dziś dnia utrzymany w swoich zasadniczych liniach.

Kiedy rozwój właściwości dzielnicowych jest dodatnim czynnikiem życia narodowego? Odpowiedź krótka: gdy te właściwości uzasadnione są narodowym podziałem pracy, gdy potęgują duchową i materialną wytwórczość narodu. Odrębne cechy antropologiczne, odrębne tradycje życia duchowego, odmienne warunki gospodarcze mogą być tłem rozwoju dzielnicowych właściwości, które się lepiej zużytkuje w zbiorowym życiu narodu. Dzielnica, której rozwój gospodarczy posunął się najbardziej naprzód, może dostarczać kapitałów, dających się użyć w innych dzielnicach i ludzi, zdolnych do kierowania ogólnym życiem gospodarczym. W innej znów dzielnicy dłuższe tradycje umysłowe wykształcą ludzi, przodujących w duchowym życiu narodu. Tak np. Wielka Brytania czerpała przeważnie ze Szkocji swoich myślicieli, a środkowe jej okolice wykształciły typ przemysłowców i robotników, najzdolniejszych na świecie. Podobnie zdrowym i wiele wróżącym objawem we Francji jest prąd, który chce wskrzesić dawne, żywe źródła prowincjonalnej kultury, przeciwdziałając nadmiernej centralizacji. Dotyczy to różnych dziedzin narodowego życia; tak np. wartość francuskiego języka w świecie może podnieść literackie kultywowanie dialektów i dlatego działalność Mistrala w Prowansji wyszła na chwałę Francji.

W traktowaniu objawów życia dzielnicowego wyszliśmy poza dawny doktryneryzm, który chciał wszystko ujednostajnić i do jednego sprowadzić szablonu. Odrębności dzielnicowe mogą wnieść nowe wartości w życie narodowe, nie osłabiając żadną miarą tego życia. Muszą oczywiście opierać się na pewnych rzeczowych podstawach, a nie czerpać swojego uzasadnienia z przypadkowych antagonizmów i lokalnych ambicji. Do pewnych granic i te lokalne ambicje mogą przynieść pożytek, o ile wywołują pożyteczne współzawodnictwo między dzielnicami, chęć wyprzedzenia w rozwoju innych dzielnic. Ale często powstaje na tym tle niepotrzebne tworzenie wielu instytucji, bez których można by się obejść, dlatego tylko, że wymaga tego honor miasta lub dzielnicy. Na tym tle istnieje np. współzawodnictwo między różnymi Stanami w Unii północno-amerykańskiej co do ich działalności ustawodawczej, wyrażające się w tem, że różne Stany usiłują rozwinąć jak najbardziej wszechstronne i postępowe ustawodawstwo i dochodzą w tem do zabawnych niekiedy dziwolągów.

Mniej niewinnym jest antagonizm dzielnicowy, wyrosły na tle realnej sprzeczności interesów, i to zazwyczaj w obecnej dobie interesów gospodarczych. Jedna część kraju zamieszkała jest przez ludność rolniczą, druga przez ludność przemysłową. Pierwsza gorąco oświadcza się za cłami na artykuły rolnicze i za wolnością dowozu produktów przemysłowych, druga przeciwnie, chce wolnego dowozu zboża i mięsa a wytwórczość fabryczną rada by ochraniać cłami. Jest istotna kolizja interesów, której niepodobna usunąć ze świata jakąś uchwałą lub zignorować w życiu parlamentarnym. Polityka państwowa musi liczyć się z tymi sprzecznościami i znaleźć formułę, godzącą je z sobą; nie może pójść w kierunku gospodarczego interesu pewnej tylko dzielnicy — w naszym przykładzie nie może być jednostronnie agrarną lub przemysłową. Państwo znajduje się tu wobec problemu, przypominającego zagadnienia walki klasowej. Wobec tej walki państwo nowoczesne nie może być obojętnym, ale również nie może, pod grozą przewrotu społecznego, stanąć na wyłącznym stanowisku jednej klasy, ku szkodzie i krzywdzie reszty narodu.

Poczucie odrębności dzielnicowej, zrodzone na tle sprzeczności jakiegoś konkretnego interesu, nie jest jeszcze groźnym dla spójności narodowej, gdyż tę spójność narodową narusza tylko w pewnym, ściśle określonym kierunku, a nie obejmuje całokształtu życia narodowego. Gorzej już jest jednak w tym ostatnim wypadku, gdy z tych lub innych przyczyn poczucie odrębności w pewnej dzielnicy obejmie ogół spraw narodowych, gdy na główne sprawy wykształci się jakiś dzielnicowy punkt widzenia, gdy po prostu jedna dzielnica zaczyna nie rozumieć drugiej. Nie koniecznie taki jej pogląd musi być bezpośrednim wyrazem jej materialnych czy też i innych interesów. Może być pod tym względem najlepszej wiary i woli, może się jej wydawać, że patrzy na sprawy z czysto narodowego stanowiska, gdy tymczasem jest niewinną ofiarą ciasnoty swojego horyzontu, w którym już od dłuższego czasu zamykał się jej rozwój duchowy i społeczny. 1 wtedy przyzwyczaja się do tego, by brać partem pro toto; w dalszym też ciągu swe własne sprawy bierze za ogólno-narodowe sprawy, swe własne zobowiązania za zobowiązania całego narodu i dziwi się, jeżeli ten punkt widzenia nie znajduje poklasku u innych dzielnic. Zapomina się przy tym, że życie tamtych mogło innymi cokolwiek potoczyć się torami i że wtedy, gdy wyłania się kwestia wspólnego działania, gdy się staje wobec problemów, sięgających daleko poza przedziały dzielnicowe, to wtedy trzeba opuścić własne podwórko, a nie zaciągać innych na to podwórko prawem i lewem.

Difference engendre la halne — mówi przysłowie — i w żadnej może dziedzinie nie znajduje ono tak łatwego potwierdzenia, jak w dziedzinie życia politycznego. Niekoniecznie jednak różnorodność musi wprost wywoływać nienawiść, zwłaszcza gdy bądź co bądź ma się do czynienia z częściami jednego i tego samego narodu. Bardzo często wzajemne niezrozumienie przejawia się tylko w lekceważeniu, niedocenianiu innych dzielnic, w pewnej w stosunku do nich zawiści. Niechęć znajduje swój wyraz w sądach ujemnych o życiu innej dzielnicy, o jej stosunkach politycznych i społecznych. Dochodzi się stopniowo do tego, że zamiast pełnej równorzędności, przyjmuje się w stosunku do innych dzielnic zasadę ich podporządkowania sobie. Uważa się, że jedna dzielnica stanowi istotne ognisko życia narodowego, że to życie w innych nie rozwija się prawidłowo.

Dochodzi się czasem do tego, że uważa się niektóre dzielnice za coś, czego utratę można przeboleć, co nie stanowi integralnej części narodowej całości. Takie poglądy są świadectwem faktu, że rozdział dzielnicowy i w życiu duchowym narodu postąpił bardzo głęboko, że zagraża tej nierozerwalnej jedności moralnej, którą musi stanowić naród. Chodzi tu o sam smutny fakt, że może ktoś wyrzekać się paru milionów swej braci, wyrzekać się ziemi, na której jego naród był panem od wieków, i tego rodzaju poglądy już same w sobie stanowią objaw wysoce patologiczny; potwornym jest już sam punkt widzenia, według którego można w ogóle odwieczne siedziby narodu wystawiać na licytację i oświadczać gotowość ich opuszczenia.

Wtedy, gdy się inne dzielnice niżej ceni, gdy się nie uznaje faktycznie ich równorzędności, wtedy bardzo łatwo już sięgnąć po władzę nad nimi i dążyć do ich politycznego podporządkowania. Nie zawsze się mówi te rzeczy wyraźnie, ale nieraz się to przeprowadza pod różnymi pozorami i osłonkami. Łatwo znaleźć solistyczne usprawiedliwienie; łatwo powiedzieć, że inne dzielnice z tych lub innych powodów nie mogły współdziałać w prowadzeniu narodowej polityki i dlatego trzeba je wyręczyć. Łatwo też stwarzać, przy sprzyjających zewnętrznych warunkach, fikcyjną zgodę innych dzielnic na te metody działania; łatwo wysunąć mniej lub więcej zręcznych i… śmiałych figurantów i kazać im grać rolę miarodajnej, poważnej, powszechnej itd. opinii innych dzielnic.

W jakich warunkach rysuje się taki podział na dzielnice, tak niebezpieczny wprost dla istnienia jedności narodowej? Odpowiedź już znamy: wtedy, gdy różne dzielnice narodu należą lub należały do różnych prawno-państwowych organizmów, albo też stanowiły całkiem osobne organizmy. Nie trzeba się jednak łudzić, że z chwilą zespolenia tych części w jeden ustrój, odpowiadający już szerszym aspiracjom narodowym, zanikają pozostałości, wytworzone przez dawne rozbicie. Przeciwnie, doświadczenia XIX. wieku wskazują, że prędzej czasem uda się osiągnąć formalne zjednoczenie, aniżeli istotnie w jednolitą bryłę zespolić przedtem odrębne części. Łatwiej ta rzecz udała się w Rzeszy niemieckiej, choć i tu nieraz partykularyzmy poszczególnych państw i państewek stawały na drodze i wiele lat upłynęło, nim się ostatecznie udało stępić ich ostrze. O wiele więcej trudności napotkał naród włoski. Państwowe zespolenie się przedtem samodzielnych prowincji nastąpiło o wiele wcześniej, nim one zyskały zdolność do życia naprawdę jednolitym życiem narodowym. Dzieło Cavoura i Garibaldiego musiało kończyć wielu mniej głośnych ich następców i dzisiaj jeszcze wysuwa się programy, zmierzające do tego, by Italia była naprawdę unita. Różnorodności, które wytwarzały się przez setki lat, nie można usunąć za jednym zamachem, na mocy jednej królewskiej proklamacji lub uroczystej uchwały.

Te ostatnie przeciwieństwa dzielnicowe muszą innego doznać traktowania, aniżeli odrębności, omówione poprzednio. Cechy istotnie właściwe różnym dzielnicom narodu mogą okazać się pożytecznymi i trzeba umieć je wyzyskać dla ogólnego dobra. Sprzeczności interesów, oparte na rzeczywistych podstawach, które się usunąć nie dadzą, trzeba opanować i doprowadzić do równowagi. Natomiast dzielnicowe przeciwieństwa, które są wytworem dawnych podziałów prawno-państwowych, są złem, które bezwzględnie tępić należy.

Dzisiaj wszyscy przyznajemy się do winy: pozwoliliśmy zanadto wybujać szkodliwym odrębnościom dzielnicowym, które zagroziły duchowym i materialnym podstawom naszego bytu. Ale nie czas już teraz ubolewać bez końca nad tym smutnym faktem, lecz czas myśleć nad przeciwdziałaniem jego skutkom, które bez względu na to, jak się ułożą warunki naszego bytu, będzie rzeczą konieczną. Bo nie trzeba sobie wyobrażać, że z chwilą, gdy zewnętrzne warunki ułożą się pomyślniej, z tą chwilą znikną w ogóle ujemne skutki podziału na dzielnice. Przeszłość nie minie bez śladów i tylko planowa, świadoma celu akcja społeczna może osłabić jej działanie.

Akcja ta musi się rządzić tą właśnie jedną ideą przewodnią: nie wolno dopuścić do rozwoju antagonizmów, wytworzonych przez podziały. Tą ideą trzeba się będzie rządzić przy organizowaniu ustroju administracyjnego, dbać o to, by on odpowiadał interesom narodowym, a nie salwował niepotrzebnych odrębności. Podobnie w życiu gospodarczym narodu będzie chodziło o jak największą jego wydajność, a nie o zachowanie fałszywej równomierności w uwzględnianiu dawniej istniejących dzielnic. Nie można będzie tworzyć trzech instytucji społecznych tam, gdzie tylko jedna odpowiada istotnej potrzebie. Także i w wewnętrznym życiu politycznym trzeba będzie zarzucić dawne podziały, nie dopuścić do niego tworów, które są duchowym produktem przynależności do obcych ustrojów.

Bez względu na to, w jaki sposób ułożą się zewnętrzne warunki naszego bytu, będziemy musieli wytworzyć z siebie naród naprawdę jednolity. I znaną jest im olbrzymia praca nad wewnętrznym zjednoczeniem, której dokonała, po jego zakończeniu, epoka Jagiellonów. Od tego czasu przedziela nas już kilka wieków i odmienne są dzisiaj warunki życia narodowego. Ale podobne są zadania, które nas czekają. Obyśmy z nich umieli się wywiązać w sposób godny tej wielkiej przeszłości.

Roman Rybarski

za: “Rok Polski: czasopismo poświęcone zagadnieniom życia narodowego”, nr 4/1919

—————
Roman Rybarski (1887 – 1942) był ekonomistą i politykiem Narodowej Demokracji. Od 1906 r. studiował na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie związał się z ruchem narodowym, działał w Związku Młodzieży Polskiej. Był członkiem Ligi Narodowej w 1910 r. W 1917 r. został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1919–1921 pełnił różne funkcje (podsekretarz stanu, wiceminister) w ministerstwach gospodarczych, następnie porzucił działalność polityczną dla pracy naukowej, w latach 1920–1923 na Politechnice Warszawskiej, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie objął Katedrę Skarbowości. W 1923 na zlecenie Władysława Grabskiego przygotowywał projekt statutu Banku Emisyjnego, a w 1924 redagował ostateczny projekt ustawy o Banku Polskim i po jego powołaniu wszedł w skład pierwszej Rady Banku. Był zdecydowanym zwolennikiem wolnego rynku. Po zamachu majowym powrócił do aktywnej polityki. Wszedł do władz Obozu Wielkiej Polski, a od 1928 do 1935 zasiadał w Sejmie (II i III kadencji), gdzie pełnił funkcję prezesa klubu Stronnictwa Narodowego. Po uchwaleniu Konstytucji kwietniowej wraz z całym stronnictwem zbojkotował wybory parlamentarne i dalszą działalność polityczną prowadził poza parlamentem. Po kampanii wrześniowej uczestniczył w tworzeniu struktur Polskiego Państwa Podziemnego jako dyrektor departamentu skarbu. Aresztowany przez Gestapo w maju 1941r., został osadzony na Pawiaku, a potem wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie był jednym z organizatorów ruchu oporu. Zmarł lub został rozstrzelany w obozie.