REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Roman Rybarski: Antyliberalizm i prawo

419

Ideologia liberalizmu, który swój najwybitniejszy wyraz znalazł w deklaracjach praw człowieka, jest dzisiaj w ruinie. Nikt nie usiłuje budować ustroju państw na pojęciu niewzruszalnych praw jednostki. Upadł parlamentarny ustrój w wielu krajach, zwłaszcza w tych, do których przybył z zewnątrz, a nie był produktem ich rodzimego rozwoju. Reakcja antyliberalna wyraziła się w powstawaniu rządów, które raz nazywa się faszystowskimi, innym razem dyktatorskimi, a których wspólną cechą jest skupienie całej władzy, niczym nieograniczonej, w rękach jednego człowieka, względnie grupy rządzącej, nieodpowiedzialnej przed jakimkolwiek innym ośrodkiem władzy w państwie.

Czy jednak przypadkiem ta reakcja przeciw dawnemu ustrojowi nie idzie za daleko? Czy nie rozpędziła się tak, że trudno przyjdzie jej zdobyć własną równowagę? Nasuwa się następująca wątpliwość zasadniczej natury: czy reakcja przeciw ustrojowi liberalnemu, opartemu na idei praw jednostki, nie przerodziła się przypadkiem w reakcję przeciw rządom, w ogóle opartym na prawie? Zwolennicy rządów autorytatywnych występują przeciw ideologii rewolucji francuskiej, przeciw pojęciom prawnym, które na jej tle się rozwinęły. W praktyce jednak idą jeszcze bardziej wstecz. Przeciwstawiają się pojęciom prawnym, które wykształciły się już w średniowieczu, a istniały w zmienionej postaci w epoce absolutyzmu.

Jeżeli kto obala dawny ustrój, dawne prawo, to tylko wtedy dokona trwałego dzieła, jeżeli, na miejsce dawnego, stworzy prawo nowe. A nie ma jeszcze nowego prawa, jeżeli grupa rządząca może robić co chce, jak chce i kiedy chce. Rządy te mogą być bardzo silne, stosować przymus i gwałt bez żadnych przeszkód, przez długie nawet lat i nie mieć żadnego czynnika, który by się im przeciwstawiał i je hamował; jednakże nie potrafią się utrzymać, o ile swojej dowolności nie przeobrażą w trwałe instytucje prawne. Prawo nie jest czymś identycznym z przymusem. Przymus jest jednym ze składowych pierwiastków pojęcia prawa, ale nie jest jego istotą. Prawo są to normy ogólne, których przekroczenie pociąga za sobą sankcje przymusowe. A tym samym prawo jest ograniczeniem dowolności i przypadkowości w stosunkach społecznych. Gdyby w jakimś kraju przyjęto konstytucję tej treści: jednostka lub grupa rządząca ma pełną swobodę rozstrzygania o wszystkim w każdym poszczególnym wypadku według swobodnego uznania, to nie moglibyśmy tego nazwać „konstytucją” we właściwym wyrazu znaczeniu. Konstytucja to coś trwałego, a nie proklamowanie dowolności.

Reklama / Advertisement

Źródłem prawa jest siła — zgódźmy się, dla uproszczenia, na takie sformułowanie. Jednakże a’la longue, siła nie zastąpi prawa. Naprawdę twórcza siła dziejowa musi się przeobrazić w prawo, wyrazić w nowym prawie. Przypuśćmy, że gdzieś w głębiach czarnego kontynentu istnieje plemię murzyńskie, rządzone przez wszechwładnego kacyka; może on robić, co chce, z życiem i mieniem swoich poddanych, zabrać jednemu jego pole, drugiemu żonę, trzeciego przeznaczyć na swój stół na dzień jutrzejszy. Rządy tego kacyka będą rządami bardzo silnymi; ale nie nazwiemy ich rządami cywilizowanymi. A ta sama zasada, zastosowana do milionów ludzi, w wielkim państwie XX wieku, również będzie sprzeczna z cywilizacją.

Konsekwencją powstania ustroju prawnego jest ograniczenie swobody działania prawodawcy. Prawo przez to, że jest normą ogólną, krępuje nie tylko rządzonych, lecz także i rządzących. Czynnik władzy zobowiązuje się do tego, że w stosunku do rządzonych nie będzie postępował dowolnie, lecz zastosuje, w razie przekroczenia przez nich prawa, ściśle określone sankcje. Jednostka lub grupa społeczna wie, co ją czeka, co ma robić, co jej wolno, a czego nie wolno. Dzięki powstaniu ustroju prawnego nabywa pewnych praw, które ograniczają działanie siły rządzącego czynnika.

Dzięki prawu wchodzi w życie bardzo ważny pierwiastek cywilizacyjny: stałość stosunków społecznych. By tę stałość zabezpieczyć, przewiduje się różne stopnie trwałości obowiązujących norm prawnych. W wielu państwach odróżnia się konstytucję, której zmiana wymaga specjalnej, trudnej procedury, od zwyczajnych ustaw, które też nie mogą być zmieniane z dnia na dzień. Ustawy ograniczają zakres działania władz administracyjnych, określają wypadki wydawania zwyczajnych aktów administracyjnych. Powstają instytucje sądowe, którym przyznaje się niezależność; daje się ludności możność dochodzenia swojego prawa w sądach przeciw aktom władzy wykonawczej; wprowadza się prawną odpowiedzialność organów władzy.

Reklama / Advertisement

Ta tendencja do stałości stosunków prawno-społecznych, do tego, by obok zmiennych pierwiastków życia zbiorowego istniał trwały ustrój prawny, by organizm społeczny miał swój kościec, swoją „konstytucję”, nie jest wytworem dopiero epoki liberalnej. W średniowieczu np. źródłem trwałości stosunków prawnych był przywilej. Przywilej, wydany jednostce, kościołowi, miastu itd. stwarzał prawne warunki bytu; przywilej mógł być odwołany tytko w określonych warunkach. Jeżeli wydano go na wieczne czasy, grupa uprzywilejowana broniła się zawzięcie przed jego naruszeniem. Wystawca przywileju powoływał się uroczyście na Boga na świadka, że tego przywileju nie naruszy. Wyłączenie miasta lub wsi spod jurysdykcji lokalnej, poddanie pod bezpośrednią władzę króla było nieraz podstawą rozwoju gospodarczego, bo zabezpieczało trwałość stosunków społecznych.

Pisze się wiele dzisiaj, w przeciwstawieniu do epoki liberalizmu, o „powrocie do średniowiecza”. Przypuśćmy, że chcemy do niego wrócić; ale do którego średniowiecza? Przecież średniowiecze obejmuje około 1.000 lat rozwoju dziejowego. Reakcja przeciw liberalizmowi nie musi sięgać tak daleko, by w wielkim rozpędzie przenosić się aż do samych początków tej epoki, do ciemnych wieków, kiedy rycerz-bandyta, siedzący w zamku na skale łupił kupców i okoliczną ludność, kiedy mieszkaniec, niepewny swego życia i mienia, poddawał się pod władzę pana na określonych warunkach prawnych lub szukał oparcia w klasztorze, wyposażonym już w przywileje. W ten sposób w wiekach średnich siła przeradzała się w prawo. A może by lepiej było sięgnąć do już rozwiniętych instytucyj średniowiecznych, które jednak zgodnie z nauką Kościoła, uznawały pewne prawa jednostki, do średniowiecza, które np. prawu własności nadała określoną treść i stałość?

W czasach merkantylizmu i oświeconego absolutyzmu, mimo wzmocnienia władzy wykonawczej, istniały instytucje, które ją krępowały. Nawet Ludwik XIV, choć mówił: „państwa to ja”, musiał liczyć się z obowiązującym prawem, z przywilejami prowincji, stanów, z kontrolą sądowych instytucyj (parlamentu). Stare prawo nieraz było hamulcem rozwoju. Ale chroniło od nagłych przewrotów, zapobiegało niwelacji społeczeństwa.

Nowe ustroje powstają zwykle w drodze rewolucji. Niszczą dawne prawo. I jest rzeczą zrozumiałą, że przez pewien czas istnieje chaos, poczucie prawne jest. poderwane. Ale grupa rządząca, poczuwająca się do dziejowej odpowiedzialności, dąży do prawnej stabilizacji. Chce zostawić po sobie trwałe instytucje. Dlatego np. w Niemczech mówi się o zakończeniu rewolucji. Rewolucja w permanencji—to wciąż powiększający się chaos prawny i gospodarczy. Przejście do prawa nie jest rzeczą łatwą. Tym trudniej to przychodzi, im dłużej się je lekceważyło i łamało. I jeżeli obserwujemy gdziekolwiek przewlekłą dyktaturę, która nie może wybrnąć z zagadnień ustrojowych, która okazuje coraz większą zachłanność i coraz więcej usuwa instytucji prawnych, nie tworząc nowych, to nie możemy wróżyć jej pomyślnego końce.

Bodajże w tych wypadkach niewłaściwie używa się określenia: „dyktatura”. Dyktatura powstała w Rzymie, jako prawna instytucja o określonym zakresie działania ł terminie. Starożytność klasyczna znała właściwy wyraz: „tyrania”. Historia Grecji dostarcza nam bardzo wielu przykładów, jakie skutki zostawili po sobie zarówno źli jak i dobrzy tyrani, którzy nie uznawali prawa. Nie możemy pogodzić się z ustrojem, który bierze za podstawę prawa jednostki, który żydowi przyznaje te same prawa, co Polakowi, odpowiedzialnemu za losy narodu i państwa. Ale to nie powód, by wracać do barbarzyństwa, które nie uznaje prawa i nie potrafi go stworzyć. Taki ustrój, — jeżeli to można nazwać ustrojem —byłby sprzeczny z potrzebami i tradycjami narodowymi, zwłaszcza naszego narodu.

Roman Rybarski

za: “Myśl narodowa”, nr 39/1934

—————
Roman Rybarski (1887 – 1942) był ekonomistą i politykiem Narodowej Demokracji. Od 1906 r. studiował na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie związał się z ruchem narodowym, działał w Związku Młodzieży Polskiej. Był członkiem Ligi Narodowej w 1910 r. W 1917 r. został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1919–1921 pełnił różne funkcje (podsekretarz stanu, wiceminister) w ministerstwach gospodarczych, następnie porzucił działalność polityczną dla pracy naukowej, w latach 1920–1923 na Politechnice Warszawskiej, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie objął Katedrę Skarbowości. W 1923 na zlecenie Władysława Grabskiego przygotowywał projekt statutu Banku Emisyjnego, a w 1924 redagował ostateczny projekt ustawy o Banku Polskim i po jego powołaniu wszedł w skład pierwszej Rady Banku. Był zdecydowanym zwolennikiem wolnego rynku. Po zamachu majowym powrócił do aktywnej polityki. Wszedł do władz Obozu Wielkiej Polski, a od 1928 do 1935 zasiadał w Sejmie (II i III kadencji), gdzie pełnił funkcję prezesa klubu Stronnictwa Narodowego. Po uchwaleniu Konstytucji kwietniowej wraz z całym stronnictwem zbojkotował wybory parlamentarne i dalszą działalność polityczną prowadził poza parlamentem. Po kampanii wrześniowej uczestniczył w tworzeniu struktur Polskiego Państwa Podziemnego jako dyrektor departamentu skarbu. Aresztowany przez Gestapo w maju 1941r., został osadzony na Pawiaku, a potem wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie był jednym z organizatorów ruchu oporu. Zmarł lub został rozstrzelany w obozie.

Reklama / Advertisement