REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Roman Dmowski: Upadek myśli konserwatywnej w Polsce cz. III

286

IV. CO SIĘ STAŁO Z POLSKĄ WIARĄ KONSERWATYSTÓW KRAKOWSKICH?

Reklama / Advertisement

Wpływową pozycję w całej Polsce dał “stańczykom” ich program narodowy, program polityki ogólnopolskiej. Polegał on na wyrzeczeniu się powstań, na zaniechaniu dążeń do odbudowania państwa polskiego, na zredukowaniu polityki polskiej do wysiłków ku zachowaniu i rozwojowi narodowości przez lojalne związanie się z państwem, do którego się należy, staranie się o życzliwość Korony itd. Ponieważ powstania wywoływała demokracja, wiążąca sprawę polską ze sprawą demokracji europejskiej, ponieważ kierownictwo polityki powstańczej miała w swych rękach emigracja, a w kraju ruch wywoływała młodzież, przeto stańczycy dyskwalifikowali politycznie demokrację, odmawiali emigracji prawa kierowania polityką narodową i potępiali rządy młodzieży.

Gdy chodzi o negatywną stronę tego programu, trzeba przyznać, że mieli całkowitą słuszność. Polityka powstańcza dała Polsce same klęski, klęski straszne, niepowetowane. Prowadząca ją demokracja polska okazała się politycznie niedojrzałą, naiwną, łatwowierną, dała się wyzyskiwać obcym, uczyniła sprawę polską narzędziem cudzych interesów olbrzymim kosztem własnego narodu. Emigracja oddala się prędko duchowo od kraju, zatraca zdolność odczuwania jego potrzeb, jego rzeczywistego dobra, operuje wreszcie w polityce fikcyjnymi siłami. Młodzież nigdzie nie ma danych do dyktowania krajowi polityki, bo do tego więcej, niż do czegokolwiek innego, trzeba doświadczenia, męskiej dojrzałości umysłu i charakteru.

Trzeba wszakże przede wszystkim stwierdzić, że program ten przyszedł o dobrych kilka lat za późno. Byłby on zbawiennym, gdyby był wystąpił z całą siłą w dobie, kiedy się przygotowywało ostatnie powstanie, bo może wtedy byłby uchronił kraj od klęski. Wtedy, kiedy się zjawi}, nie było w tym względzie tak wiele do roboty. Po rozgromię 64 roku nikt w Polsce do nowych prób powstańczych ochoty nie miał, w narodzie zapanował rozpaczliwy upadek ducha. “Organicznicy” Królestwa grzebali program powstańczy o wiele skuteczniej od stańczyków, bez całej ich wielkiej deklamacji i szumnej frazeologii. Demokracja europejska zakończyła już w owej dobie swą karierę rewolucyjną, a zaczęła nową karierę rządzącego, państwowego liberalizmu. Tym samym kończyła się kariera polityczna emigracji polskiej, nie miała już bowiem o kogo się oprzeć, z niechęcią była widziana przez demokrację europejską w nowej jej fazie. Murzyn już spełnił swą powinność… Wśród młodzieży zjawiły się prądy nowe, nic nie mające wspólnego ze spiskowaniem powstańczym. Żywioły demokratyczne, silne w Królestwie, nie mające tam pola do polityki i wypierające się jej, głosiły hasła “pracy u podstaw”, demokracja zaś galicyjska, uprawiająca przez antagonizm do stańczyków deklamację powstańczo-patriotyczną, chodzącą w czamarach i urządzającą patriotyczne obchody, była tak słaba i tak w gruncie rzeczy o co innego jej chodziło, że jej “tromtadracja”, jeżeli przedstawiała dla narodu jakie niebezpieczeństwo, to tylko to, że go narodowo demoralizowała, że z rzeczy, które dla kczy, które dla knny być wielkie i święte, robiła płaską karykaturę.

Wielkie tedy armaty, wytoczone przez stańczyków, strzelały w znacznej mierze w próżnię, broniły ojczyznę od urojonego niebezpieczeństwa. Strzelający z nich w części to niebezpieczeństwo szczerze sobie imaginowali, w części zaś świadomie je fabrykowali, bo do twarzy im było z tą wielką rolą reformatorów narodowego ducha i narodowej polityki, z rolą historyczną, która im dawała urok i znaczenie w całej Polsce. Zbudowali sobie w Krakowie kazalnicę, z której gromili naród, nastrajali się na kamerton Skargi, przybierali pozę tak uroczystą i namaszczoną, że przypominali wodzów czerwonoskórych z powieści Coopera. W swej surowej krytyce postępowania narodu uderzali często nie tam, gdzie należało. Stwierdzając np. zgubność dla narodu rządów młodzieży, gromili samą młodzież, kiedy należało przecie gromić starsze pokolenia za ich niedbalstwo, niedołęstwo, brak odwagi i niezawisłości zdania, bo tylko dzięki tym wadom starszych pokoleń młodzież zdolna jest krajowi swą politykę narzucać. Młodzież mało jest winna, gdy widzi próżnię na pozycjach, które powinni zajmować starsi, gdy te pozycje bez przeszkody zajmuje i, pozbawiona rozumnego kierownictwa, głupstwa na nich robi.

Reklama / Advertisement

Stanowisko, zajmowane przez Polaków, a w szczególności przez konserwatystów polskich w Austrii, stańczycy bardzo umiejętnie zużytkowali na udowodnienie swego politycznego geniuszu. Wszystko to, co było wynikiem niezależnej od Polaków ewolucji państwa austriackiego, co się stało przed wystąpieniem konserwatystów krakowskich i bez ich wpływu, przypisali oni swemu mądremu programowi, tym zaś zasugerowali i olśnili znaczną część opinii całej Polski.

Wiele w tej polityce krakowskiego konserwatyzmu było przebiegłości i aktorstwa, wiele zręcznej roboty w interesie partii, ale też wiele szczerego przekonania, że się dobrze służy narodowi, wiele dobrej wiary polskiej i nawet niemało dla sprawy polskiej pożytku. Programowi ich nie można odmówić, że był po polsku pomyślany i po polsku wykonywany. Stronnictwo też to podkreślało, mówiąc ciągle o miłości ojczyzny, o sumieniu obywatelskim, o odpowiedzialności przed narodem, o odwadze cywilnej, bez której niema prawdziwego patriotyzmu.

Tak było na początku.

Stopniowo to stanowisko w rzeczach narodowych zaczyna ulegać coraz szybszej ewolucji. Rozwija się najpierw z niego program nie tylko lojalizmu państwowego, ale nawet związania się z rządem we wszystkich trzech państwach, program — choć tego wyraźnie nie powiedziano — zlikwidowania kwestii polskiej jako całości, rozdzielenia jej na trzy kwestie, od siebie całkiem niezależne. Robi się to w nieświadomym prawdopodobnie dążeniu do zwalenia sobie ciężaru z głowy, do uproszczenia sobie swego położenia i swej polsko-austriackiej polityki. Przynajmniej to dążenie staje się w następstwie coraz wyraźniejszym, myśl partii coraz bardziej opuszcza teren interesów ogólno-narodowych, teren polityki polskiej zamyka się w widnokręgu galicyjsko-austriackim. Na gruncie innych dzielnic zajmuje ją właściwie już nie sprawa polska, ale interesy spokrewnionych partii. Wreszcie i na samym gruncie galicyjskim pojęcie sprawy polskiej w umysłowości partii zanika, pozostają tylko przywiązania, ambicje i interesy partyjne.

Nie mówimy już o polityce “konserwatystów” krakowskich w kwestii ruskiej polityce, która w żadnym razie nie jest konserwatywną, a której my nie uważamy za narodową. Jest to kwestia bardzo skomplikowana i sporna co do tego, jaki kierunek jej ze stanowiska narodowego należało nadać. Zatrzymamy się na sprawie o wiele wyraźniejszej.

Od paru lat w Galicji zaczęto robić przygotowania powstańcze. Chodzi o to, żeby w razie wojny austriacko-rosyjskiej wywołać ruch zbrojny w Królestwie, a jak niektórzy powiadają nawet, żeby ten ruch wywołać niezależnie i tą drogą Austrię w wojnę wciągnąć. Ta robota jest z jednej strony dziełem młodzieży, z drugiej nowych formacji demokratycznych w Galicji: socjalistów, ludowców, postępowców. Jest to znów robota w interesie cudzym, tym się tylko różni od dawniejszych ruchów, że tamte się wiązały z interesami demokracji europejskiej, ten zaś służy interesom dwóch państw — Austrii i Niemiec. Ręka obca jest tu jeszcze widoczniejsza, niż w przeszłości, a zanik samodzielnej myśli narodowej w tej robocie jest już kompletny. Zdaniem naszym jest to robota, obliczona przez tych, co poza nią stoją, na ostateczne pogrążenie sprawy polskiej.

Można zrozumieć, że młodzież, nie mająca pojęcia o rzeczywistym położeniu międzynarodowym, o stanie i położeniu własnego kraju, daje się pociągać do przedsięwzięć, odpowiadających jej temperamentowi, jej marzeniom o bohaterstwie, wreszcie często spotykanej u naszej młodzieży, a będącej wynikiem nienormalnego położenia kraju i nienormalnych warunków wychowania — politycznej histerii. Można zrozumieć, że dość obojętne na dobro całości narodowej partie, socjaliści, ludowcy, postępowcy, partie pielęgnujące ducha rewolucyjnego i wychowane w jakobińskich pojęciach o chwytaniu władzy, korzystają z pierwszej lepszej sposobności do jakiejkolwiek ruchawki. Można i to zrozumieć, że żywioły, uzależnione od organizacji międzynarodowych i widzące cel w służeniu ich planom, zadawalają się dla Polski rolą “klina do rozbijania Rosji”, bez względu na to, jaki los ten klin spotka. Można zrozumieć wreszcie, że żywioły bez czci i wiary polskiej gotowe są kosztem Polski robić karierę austriacką lub służyć wprost za pieniądze. To wszystko można zrozumieć, gdy ma się oczy otwarte, gdy się patrzy głębiej w życie społeczeństwa, gdy się widzi całe kotłowisko nurtujących w nim szlachetnych i podłych, rozumnych i głupich instynktów, ambicji i interesów.

Ale jak na to wszystko należy patrzeć ze stanowiska programu konserwatystów krakowskich, tego programu, którego proklamowanie na początku swej kariery uznali oni za największą dla narodu zasługę?… Czyż może być coś bardziej temu programowi przeciwnego? Co powinienby na tę robotę powiedzieć Szujski, gdyby żył, lub Stanisław Tarnowski, gdyby głos w tej sprawie chciał zabrać?..

“Konserwatyści” krakowscy w tej robocie udziału nie biorą; nie mają może słuszności ci, którzy ich oskarżają, że jej sprzyjają i pomagają; jesteśmy przekonani, że rozumieją oni całe jej niebezpieczeństwo dla naszego kraju i że wiedzą więcej, niż ktokolwiek inny, ile w tym jest dzieła obcej ręki. Ale oni milczą, nic nie przeciwdziałają. Dlaczego? Przecie w ten sposób zdradzają sztandar, który wyżej nad wszystkie inne wynieśli? Co więcej, oni są w sojuszu politycznym z ludźmi, którzy stoją u steru przygotowań powstańczych. Jak to wszystko zrozumieć, jak to pogodzić, jeżeli się nie stawia przypuszczenia politycznej niepoczytalności?…

Jest tylko jedno objaśnienie, które nie jest zresztą żadnym odkryciem, bo wszyscy je dobrze znają, ktokolwiek ma nieco pojęcia o polityce galicyjskiej. Nie można zwalczać niebezpiecznej dla Polski roboty, nie można stanąć w zgodzie z nauką, którą się narodowi przez dziesiątki lat głosiło, bo można by stracić poparcie rządu dla partii i można by zniechęcić w kraju własnych sojuszników przeciw demokracji narodowej. Opinia nasza tak jest otrzaskana z brakiem dobrej wiary i sumienia obywatelskiego, z wszelkim politycznym cynizmem, tak już oswoiła się z panowaniem wszelkich najmniej uprawnionych interesów, że się temu stanowisku “konserwatystów” krakowskich wcale nie dziwi. I my też nie dziwimy się, niczego innego od nich nie oczekiwaliśmy.

Ale niech nam nie mówią, że tam istnieje konserwatyzm, że w Krakowie, tej do niedawna stolicy i akademii konserwatystów polskich, istnieje obóz, mający jakieś zasady, które uważa za święte, i sztandar, od którego nie odstępuje. Tam jest tylko partia, która sama sobie jest celem, dla której wszelki kompromis jest możliwy, która wszelką zasadę, wszelkie dobro gotowa jest poświęcić dla jednego celu — dla utrzymania się przy władzy.

V. POCZĄTKI OBOZU KONSERWATYWNEGO W KRÓLESTWIE

Z upadkiem ducha, jaki zapanował w Królestwie po ostatnim powstaniu, łączył się zanik aspiracji i dążeń politycznych. Myśl polska w tym kraju zaczęła się wprost polityki wypierać — wyraźnie to głosił popularny, łatwo przyjmujący się w opinii program “pracy organicznej”. Z drugiej strony, jeżeli Polacy usunięci zostali po roku 31 od wszelkiego wpływu politycznego, od wpływu na zarząd kraju, to teraz już zaczęto im odbierać szybko nawet stanowiska narzędzi rządu, postanowiono przez Rosjan obsadzić całą biurokrację kraju. Znikło dla Polaków we własnym kraju pole do najskromniejszej nawet pracy w dziedzinie politycznej.

W tych warunkach żywioły tradycyjnie przodujące w społeczeństwie, arystokracja i wielka szlachta, odcięte od możności dostania się do władzy w najskromniejszym chociażby zakresie, uległy w pokoleniu popowstaniowym zanikowi wszelkich ambicji wyższych — zapanował wśród nich duch bądź użycia, bądź egoistycznego zamknięcia się w sobie. To pociągnęło za sobą obniżenie umysłowe, a często i moralne, przerażające wprost w porównaniu z poprzednimi pokoleniami. Łatwo zrozumieć, że taki stan rzeczy nie tworzył gruntu dla organizacji obozu konserwatywnego w Królestwie.

Jednakże świetna kariera, jaką zrobił konserwatyzm galicyjski, nie mogła pozostać bez wpływu na umysły wyższych sfer ziemiańskich w Królestwie, zwłaszcza jego okolic leżących blisko Krakowa i mających z nim ciągłe stosunki, których ziemiaństwo złączone było węzłami rodzinnymi z konserwatywną szlachtą galicyjską lub przynajmniej często z nią obcowało.

Konserwatyści krakowscy tak uwierzyli w polityczną wartość swego programu, iż nie tylko byli przekonani o jego skuteczności w państwie austriackim, ale nauczali, że przy pomocy tego programu i wypróbowanej ich taktyki można dojść do czegoś i w pozostałych dwóch państwach. Nauka ich trafiła po drugiej stronie kordonu na ludzi, ma się rozumieć, kulturalnych, często wcale inteligentnych i przeciętnie wykształconych, ale nie przygotowanych do głębszego ujmowania spraw politycznych, do krytycznej oceny tego, co podawały autorytety.

Uczniowie konserwatystów krakowskich w Królestwie nie zrozumieli najpierw tego, że kraj ten ze swą budową społeczną, całkiem różną od Galicji, z względnie silnym mieszczaństwem, z kulturalną inteligencją zawodowa, pochodzącą głównie bądź ze szlachty, bądź z dawnej biurokracji polskiej, i przedstawiającą główną siłę umysłową kraju, z liczną wreszcie szlachtą średnią, z instynktów swoich demokratyczną, że kraj ten nie przedstawia jak Galicja gruntu już nie tylko do niepodzielnego panowania, ale nawet do przewagi obozu konserwatywnego.

Skutkiem tego zawiązek obozu konserwatywnego w Królestwie, który zjawił się głównie w guberni kieleckiej i w części radomskiej, wystąpił na widownię z aspiracjami do takiej roli w społeczeństwie, jaką odgrywali konserwatyści w Galicji, nie mając świadomości, że to są pragnienia, w danych warunkach nieziszczalne. Te fałszywe ambicje, podsycane przez wpływ krakowski, przeszkodziły ludziom tym być tak pożytecznymi dla społeczeństwa, jakimi przy swoich, skądinąd niemałych zaletach być mogli. Zamiast szukać zbliżenia się z innymi, pokrewnymi sobie żywiołami w kraju na gruncie lojalnego porozumienia i wzajemnych ustępstw, poszli oni w kierunku bezwzględnego narzucania swych dążeń, ostrej walki z opinią, a gdy im się nie powodziło, nie zrozumieli, że są ofiarami własnego błędu, niezorjentowania się w sytuacji wewnętrznej, jeno uważali się za męczenników idei. Wyrodziła się w tych kołach niezdrowa psychologia polityczna, jakaś pasja przeciwstawiania się ogółowi, delektowania się własną niepopularnością, pewien rodzaj snobizmu, polegający na przekonaniu, że prawdziwie wyższym politycznie człowiekiem jest ten, który się ze swym społeczeństwem zrozumieć nie może.

Przyjęli też oni zanadto bezkrytycznie program polityczny konserwatystów krakowskich. Nie znając Rosji, ani jej historii, nie mając ścisłego pojęcia o charakterze państwa rosyjskiego, nie rozumiejąc istoty stosunku tego państwa do Polski, budowali sobie program polityki polskiej w tym państwie na tych samych przesłankach, na których opierała się ona w Austrii.

Byłoby błędem twierdzić, że cały ten kierunek politycznego myślenia miał swoje wyłączne źródło w natchnieniach galicyjskich, że nic nie wziął z gruntu miejscowego, z historii własnej dzielnicy. Konserwatyści Królestwa nawiązywali swą myśl do świeżej tradycji Wielopolskiego, a nawet sięgali dalej w przeszłość, do czasów Aleksandra I, na którego politykę lubili się często powoływać. Było to jednak robione bardzo powierzchownie, bez prób głębszego wejrzenia w tę przeszłość, zrozumienia motywów, które daną politykę, wywołały, i przyczyn, które skazywały ją na niepowodzenie. Stąd budowano sobie bardzo proste zrównania polityczne, w których ze strony rosyjskiej w rachubę wchodziła prawie wyłącznie Korona, a w których opuszczano cały szereg pierwszorzędnych współczynników, przede wszystkim zaś opinię wpływowych sfer rosyjskich, której natury nie rozumiano i nie oceniano potęgi. Nawet Smolka w swej wybornej, opartej na obfitym materiale pracy o Lubeckim, chociaż ten współczynnik dostrzegł i podkreślił, gdy wspominało przeszkodach, spotykanych przez Aleksandra I ze strony “Petersburga i jenerałów”, nie ocenił go należycie, nie wykazał całej jego decydującej, historycznej roli, bo zanadto uległ wpływowi ideologii obozu konserwatywnego, jesteśmy też przekonani, że gdy o Wielopolskim zaczną pisać ludzie coś więcej, niż, panegiryki i paszkwile, na krótką jego historię będziemy zmuszeni patrzeć całkiem inaczej, niż ci, którzy wystąpili na widownię w charakterze jego politycznych spadkobierców. Ani czasy Aleksandra I, ani moment działalności Wielopolskiego w historii stosunków polsko-rosyjskich nie zostały dotychczas krytycznie zbadane i głębiej zrozumiane. Nic też dziwnego, że ci, którzy się na tę przeszłość w polityce praktycznej powoływali, czynili to bardzo powierzchownie, i doszli do bardzo błędnych uproszczeń. Wcześniej, niż historia, życie ich nauczyło, że oceniali położenie błędnie. Ten obraz wrogiego względem nas nastroju i działających przeciw nam potężnych wpływów, nie liczących się nawet z tym, co ideologia konserwatywna uważała za czynnik absolutnie decydujący, ten obraz, jaki widzimy choćby w dzisiejszej Radzie Państwa, najlepiej świadczy, jak sztuczne, jak mało oparte na realnych przesłankach były owe sylogizmy konserwatywnej publicystyki.

Gdyby nie przechodząca wszystko, co życie polityczne gdziekolwiek widziało, zarozumiałość konserwatystów krakowskich, którą zarazili oni początkujący obóz konserwatywny Królestwa, prawdopodobnie byłoby w tych poczynaniach mniej pewności siebie, mniej zgubnego lekceważenia opinii, mniej skłonności do uważania wszystkich ludzi innego zdania za głupców, a całego ogółu narodowego za polityczną gawiedź.

Nie mamy tu miejsca na rozszerzanie się nad psychologią polityczną, sposobem myślenia i stosunkiem do społeczeństwa tej grupy. Wskazujemy tylko główne rysy, wyjaśniające, dlaczego stanęła ona nieliczna i odosobniona, w antagonizmie do opinii publicznej w kraju, a jednak z przesadnymi pretensjami do kierowania jego polityką, i dlaczego nie mogła się rozszerzyć, zagarnąć nawet tych żywiołów społecznych, które by z natury swej do obozu konserwatywnego były przeznaczone, dlaczego wreszcie nie odegrała tej roli dodatniej, której by od dobrej woli i zalet jej ludzi można było oczekiwać.

Odosobnione, odcięte od szerszych kół opinii publicznej te zaczątki konserwatyzmu politycznego w Królestwie, musiały się rozglądać za jakimkolwiek sojusznikiem; z drugiej strony, pragnąc rozwinąć działalność na terenie państwowym, który był im prawie całkowicie obcy i nieznany, potrzebowały one przewodnika. Dziwną rzeczy koleją jednego i drugiego znalazły w kółku grupującym się około osoby wybitnego działacza petersburskiego, Włodzimierza Spasowicza. Adwokat i pisarz, w części Polak, w części Rosjanin, związany ściśle z rosyjskim obozem liberalnym i żyjący jego ideologią, sam gorliwy bojownik liberalizmu, stał się przewodnikiem i największym autorytetem politycznym formującej się grupy konserwatystów polskich. Niesłychanie dziwna kombinacja, która musiała też dać dziwne wyniki.

VI. EMIGRACJA PETERSBURSKA

“Wpływ emigracji na politykę zawsze przynosi szkodę krajowi. Dawniej naszą politykę wykolejała emigracja paryska, obecnie ją wykoleja petersburska”.

Te słowa wypowiedział na parę lat przed śmiercią śp. Ludwik Górski, wybitny przedstawiciel istotnego konserwatyzmu polskiego w naszym kraju, uważany za jego głowę w okresie popowstaniowym i niezawodnie dlatego właśnie, że był szczerym konserwatystą i gorącym katolikiem, trzymającym się na boku od grupy, która przewodnika politycznego znalazła we Włodzimierzu Spasowiczu.

Sposób myślenia Spasowicza i ludzi sztab jego stanowiących nic wspólnego z konserwatyzmem nie miał, jednakże gdy mowa o upadku myśli konserwatywnej u nas, trzeba o nim mówić, bo on właśnie i jego ludzie byli bezpośrednimi tego upadku sprawcami.

Społeczeństwo rosyjskie, tak różne swą budową, swą przeszłością, całą swoją psychiką od zachodnioeuropejskich, konserwatyzmu w znaczeniu europejskim nigdy nie miało i mieć nie będzie. To, co w Rosji stanowi prawicę polityczną jest niesłychanie dalekie od zasad konserwatywnych, może dalsze jeszcze, niż najbardziej radykalne kierunki w Europie. Polityk rosyjski ze skrajnej prawicy gotów jest być największym burzycielem, uciekać się do środków najbardziej anarchistycznych, gdy to jego interesom dogadza. Nawet wyraz konserwatyzm nie zdobył sobie prawa obywatelstwa w rosyjskim języku politycznym. Atmosfera rosyjska mniej, niż jakakolwiek inna, sprzyja wykształceniu w jednostce pojęć konserwatywnych.

W tej atmosferze wykształcił swą indywidualność polityczną Spasowicz, który do społeczeństwa rosyjskiego prawie w równej mierze jak do polskiego należał. Był on w tym społeczeństwie związany ściśle z obozem umiarkowanie liberalnym, reprezentowanym w Petersburgu przez grupę bardzo wybitnych ludzi. Trzeba przyznać, że była to grupa najbardziej w społeczeństwie rosyjskim europejska, zbliżona do demokracji zachodniej w tej fazie, kiedy porzuciwszy działania rewolucyjne, brała ona rządy w ręce, jako obóz liberalny. Takimi rządzącymi liberałami mieli ochotę być ci ludzie w Rosji, do których obozu należał Spasowicz.

Zadziwiającą jest rzeczą, jak mógł człowiek, wychodzący z tej atmosfery rosyjskiej tak obcej psychice społeczeństwa polskiego w jakimkolwiek jego obozie, zdobyć sobie silny wpływ w tym społeczeństwie, jak mógł taki bezwzględny liberał stać się autorytetem politycznym dla grupy, uważającej się za konserwatywną, niewątpliwie zresztą konserwatywnej w swych instynktach i poglądach. Zrozumieć to można jedynie, gdy się weźmie pod uwagę, że Spasowicz to była istotnie niepospolicie tęga głowa, przerastająca wszystko, co wydało Królestwo w okresie popowstaniowym, a jednocześnie silna indywidualność, wielka energia, niespożyta zdolność do pracy. Tacy ludzie umieją naginać do siebie najbardziej oddalone duchowo żywioły, zwłaszcza jeżeli są zręczni, praktyczni, przebiegli1.

Wydatna i tak już pozycja Spasowicza w kołach liberalnych rosyjskich wzrastała jeszcze przez to, że miał wpływ na Polskę. Tego wpływu szukał on już wcześnie, szukał przede wszystkim w tych kołach, które mu bliskie były poglądami, wśród żywiołów postępowych. Dla zdobycia sobie tego wpływu założył następnie w Petersburgu pismo Kraj, do którego znalazł i wyrobił sobie zdolnego kierownika w osobie Piltza. Pismo to z początku miało kierunek wyraźnie liberalny, odpowiadający poglądom jego twórcy, znacznie wszakże bardziej umiarkowany od liberalizmu postępowców warszawskich, którzy nie mając celów ani widoków politycznych, uprawiali właściwie literaturę, a stąd nie czuli się obowiązanymi do nakładania jakichkolwiek pęt swemu radykalizmowi ideowemu. Pomimo też, że “wskazania polityczne” Swiętochowskiego, ogłoszone w książce jubileuszowej dla Jeża, wcale niedalekie były od tego kierunku, który propagował Spasowicz, pomiędzy postępowcami warszawskimi a petersburskim Krajem rozwinął się silny antagonizm, wywiązała się nienawiść, mająca swój wyraz w ostrej polemice. Grupie Spasowicza, stanowiącej redakcję Kraju wraz z jej tutejszymi współpracownikami, groziło całkowite odcięcie od wpływów na Królestwo, a nawet zdyskredytowanie we wszystkich kołach opinii naszego społeczeństwa.

Zwrócono wtedy uwagę na formującą się pod natchnieniami krakowskim! grupę konserwatywną, która w swych dążeniach do zastosowania u nas programu stańczykowskiego, zaczęła zwracać oczy ku Petersburgowi, a przez to prosiła się niejako, żeby ją wziąć w opiekę. Nie można było zdobyć wpływu na kraj przez postępowców — pozostała próba z konserwatystami.

Stosownie do tego celu petersburski Kraj przybrał nowy ton, stał się organem prawie konserwatywnym. Zaczął wychwalać konserwatystów krakowskich, brać w opiekę, arystokrację i wielką szlachtę, mówić z respektem o Kościele, wytrwale nicować zbankrutowaną politykę demokracji, słowem, podawać wszystko to, co organizującemu się konserwatyzmowi w Królestwie najbardziej do smaku przypadło. Była wszakże w tym sosie konserwatywnym podawana strawa liberalna, ale na to, żeby ją rozpoznać, trzeba było ludzi mocnych w doktrynie konserwatywnej, politycznie gruntownie wykształconych, takimi zaś konserwatyści Królestwa nie byli. Trzeba zaś nadto pamiętać, że przy naszych polskich tradycjach politycznych instynkty konserwatywne nasze na najgłówniejszych punktach są bardzo wątłe, i Polak, byle mu przyznać, że jest wielkim panem, byle stanąć w obronie jego przywilejów społecznych i interesów ekonomicznych, gotów jest poza tym stać się najdalej idącym liberałem. Liberalizm zaś Kraju był to ów nowoczesny liberalizm kapitalistyczny, giełdowy, któremu wcale nietrudno było robić kompromis z interesami wielkiej własności rolnej.

Stosunki tedy między grupą petersburską a grupą konserwatywną Królestwa zaczęły się stopniowo zacieśniać. Wprawdzie założone przez tutejszych konserwatystów warszawskie Słowo bardzo się różniło wówczas swoim duchem od petersburskiego Kraju, bo z łamów jego przemawiał konserwatyzm szczery, niemniej przeto oba organy coraz bardziej się zaprzyjaźniały.

Z początku jedynym węzłem pomiędzy naszymi konserwatystami a grupą Spasowicza był program polityczny. Jednakże, przy bliższym przyjrzeniu się, i ten program był wspólny tylko w swej stronie negatywnej. Obie grupy godziły się całkowicie w krytyce dotychczasowej polityki narodowej, w potępianiu powstań i t. t. d.

W programie pozytywnym różnica była zasadnicza. Bo gdy celem konserwatystów Królestwa było szukanie dostępu do Korony, grupa petersburska głosiła program zbliżenia ze społeczeństwem rosyjskim, co w gruncie rzeczy oznaczało uzależnienie polityki polskiej od polityki rosyjskich kół liberalnych. Gdyby ludzie byli umieli ściśle myśleć, byliby dostrzegli, że to są dwa całkiem różne programy, ale konserwatyści Królestwa byli tak początkującymi i niewytrawnymi politykami, że różnicy tej należycie uświadomić sobie nie umieli: wystarczało im to, że ich sojusznicy mówią o powstaniach i spiskach z takim samem oburzeniem, jak stańczycy krakowscy. Później dwa te programy pozytywne zaczęły się do siebie dopasowywać, aż w końcu z ich małżeństwa narodziło się wspólne, jakkolwiek dość nieokreślone hasło — “wejścia do środka państwa”. Właściwie hasło to nie miało poważniejszej treści realnej, dopóki przekształcenie ustroju państwowego i powołanie do życia ogólno-państwowego przedstawicielstwa ludności nie wprowadziło tym samem polityki naszej na teren państwa, nie zmusiło jej do ścierania się tam z wrogimi nam dążeniami.

Niebezpieczeństwem rozterki między dwiema zbliżającymi się do siebie grupami mógł grozić bardzo odmienny ich stosunek do spraw religii i Kościoła. Konserwatywnym katolikom nie mógł przecie odpowiadać bezwyznaniowy liberalizm Spasowicza i jego przyjaciół. Ostatni jednakże mieli tę zręczność, że w sprawach religijnych zachowywali takt, szli nawet często dalej wbrew przekonaniom, byle pociągnąć ku sobie ludzi, przez których zyskali pozycję i wpływ w kraju.

W tym, zacieśniającym się ciągle stosunku klan petersburski, jakkolwiek nikły liczbą, brał coraz bardziej górę przez to, że miał na swoim czele najtęższą głowę, że składał ślą z ludzi ruchliwych, pomiędzy którymi byli zdolni publicyści, nadający coraz bardziej swymi artykułami ogólny ton całemu obozowi, że wreszcie był ściśle zorganizowany i niezwykle karny, że w przeciwieństwie do ziemian Królestwa, wiedział dobrze, do jakiego celu zmierza. Mały stateczek petersburski holował sprawnie, ciągnął na swoje wody ciężką arkę konserwatyzmu polskiego w Królestwie.

Dziennik Narodowy poleca