REKLAMA

REKLAMA

Mec. Janas: Nuda i stereotypowość czy nonsens i farsa?

330

Jakie uczucia ma czytelnik po przeczytaniu felietonu osławionego Kisiela pt. „Klub czynnego nonsensu”? Zapewne podobne do tych jakie ma się po kończącej się obecnie kampanii wyborczej. Nie chodzi oczywiście o semiekspercką analizę kampanii, których pełno jest w wypowiedziach właśnie semiekspertów (wszak większości spostrzeżeń trudno nadać walor rzetelnej oceny). Chodzi o to, co – może zupełnie subiektywnie – rzuca się w oczy jako zjawisko iście przynależne farsie.

W świecie militarnym taka sytuacja zdarzała się dosyć często i była różnie oceniana w historii. Ot przykład choćby starożytny. Quintus Fabius Maximus zwany Cunctator, raczej odbierany negatywnie, będąc dyktatorem po klęsce Republiki jaką zadał jej Hannibal w bitwie nad Jeziorem Trazymeńskim, przyjął taktykę unikania otwartego starcia z armią przeciwnika. Taktyka ta nie przynosiła chluby Rzymowi i generowała olbrzymie niezadowolenie obywateli. Faktem jednak jest, że podczas tej niechlubnej dyktatury, Rzym się wzmocnił, uchronił szereg miast przed zdobyciem i zmęczył przeciwnika, któremu bardzo trudno było podjąć działania „ostatecznego rozwiązania kwestii rzymskiej”. O skuteczności tej taktyki przemawia zarówno fakt ostatecznego pokonania Hannibala szereg lat później, jak również to, że po politycznym przesileniu i odebraniu Cunctatorowi dowództwa nad armią (na skutek wygaśnięcia dyktatury), co było następstwem żądania ludu pracującego miast i wsi prowadzenia polityki ofensywnej, Rzym poniósł swoją największą chyba klęskę w historii. Lud w obliczu kryzysu zmądrzał i znowu powierzył stery nabierającej wody nawy Fabiuszowi.

REKLAMA

Podobną sytuację mogliśmy obserwować w tej kampanii wyborczej. Upojona zwycięstwem i utuczona „tłustymi latami” sprawowania władzy koalicja rządząca jeszcze przed oficjalnym podaniem terminu wyborów szykowała się do rozprawy z jądrem opozycji, korzystając z przytłaczającej przewagi w życiu politycznym. Przygotowywała plan batalii. Wszyscy wiedzieliśmy na jakim polach Kurskich rozstrzygnie się owa największa bitwa pancerna tej kampanii (naprawdę zapewniam osoby widzące zbieżność nazw i nazwisk, że jest ona przypadkowa). Kwestie światopoglądowe, w których jedna i druga strona, przez okres kadencji parlamentu nawzajem prowadziły wojnę pozycyjną wydawały się idealną amunicją. Kuriozalność sytuacji uwypukla to, że żadna ze stron tak naprawdę nie zamierzała, no może poza drobnymi kwestiami, zmieniać czegokolwiek w systemie prawnym, którego kwestie światopoglądowe dotyczą. Oczywiście motorem „wielkiej” kampanii koalicji rządzącej były i inne osiągnięcia (polityka socjalna, prezent wizowy USA, zakłócony „niesubordynacją” prezydenta Trumpa, który nie stawiając się na obchodach 1 września pozbawił koalicję rządzącą przysłowiowej „wisienki na torcie”). Wszystko to pozostawało jednak poza strefą zgniotu, bowiem dla przykładu ileż można się licytować na osiągnięcia bądź skalę rozdawania grosza publicznego.

Niewątpliwie koalicja rządząca potrzebowała wojny i jasno określonego przeciwnika – wroga jedynej koncepcji prowadzenia państwa narodowego. To również strategia skądinąd znana, zarówno z historii, jak i samych nauk politycznych. Rywalizacja podobieństw wszak wskazuje, że co do zasady im mniejsze różnice pomiędzy partiami tym większa zaciekłość w rywalizacji. Jednakże czas samej kampanii zaskoczył.

REKLAMA

Reklama

Gdy wydany zostaje rozkaz ataku na przedpolach nie ma przeciwnika. Jądro opozycji (warto tak nazwać Koalicję Obywatelską wraz z wchłoniętymi satelitami lewicy i liberałów) opuściło pozycje, wpuszczając głęboko koalicję rządzącą w centrum życia publicznego. Taki wysiłek jaki przygotowała koalicja rządząca został de facto obrócony w niwecz. Z punktu widzenia przeciętnego człowieka w tej kampanii po stronie obozu rządzącego widać było przede wszystkim olbrzymi wysiłek finansowy, obrócony nie tylko na pokazanie dysproporcji w stosunku do innych graczy (kolejny syndrom „amerykański”) ale również na wyraźne i ostateczne zmazanie piętna partii „braku profesjonalizmu i kadr”. Z perspektywy Podkarpacia, gdzie wynik wyborów jest pewny i jednocześnie rekordowy, można z przekonaniem powiedzieć, że twarze koalicji rządzącej patrzą na człowieka jak z „teleekranów” znanych z pewnej, poczytnej powieści – są wszędzie. To również olbrzymi wysiłek osobowy, mobilizacja całej swojej kadry. Niewiele można by się pomylić mówiąc, że politycy koalicji rządzącej, na czele z Prezesem, prawie w ogóle przez ostatni miesiąc nie spali. To wreszcie olbrzymia mobilizacja polityczna, nie tylko samej partii, ale również poszukiwania sojuszników, szczególnie w samorządach, zdobywanie poparcia polityków lokalnych, którzy nigdy nie sympatyzowali albo wręcz byli wrodzy obozowi rządzącemu.

Nikt dzisiaj nie kwestionuje, że Prawo i Sprawiedliwość (również z satelitami) stanowi potęgę polityczną, której nikt przeciwstawić się nie może. Jednakże w kampanii wyborczej nie chodzi o stwierdzanie rzeczy oczywistych. Chodzi o uzyskanie mandatu. Oczywiście nie tylko przełożonego na ilość głosów wyborców, ale utrzymanie przewagi na rynku politycznym, zaufania, szczególnie gdy partia ma zamiar poważnie sprawować władzę w przyszłości i utrzymać poparcie w obliczu zbliżających się wyzwań. Skąd zatem wrażenie, że koalicja rządząca pomimo olbrzymiego nakładu środków nie podbiła innych serc, oprócz tych które i tak dla niej biły, a przy okazji zmęczyła nie tylko siebie, ale i szerokie grono wyborców? Na pytanie, które było osnową wczorajszego programu Kuby Strzyczkowskiego „Za a nawet przeciw” w radiowej trójce – „Czy politycy dobrze wykorzystali czas kampanii wyborczej?” – tylko 15% słuchaczy odpowiedziało „za”, aż 85% „przeciw”.

REKLAMA

Nie mi wyrokować co legło u podstaw konkretnych decyzji jądra opozycji. Przemyślana strategia czy utrata wiary i wyczerpanie zasobów. Możliwe, że całkiem przypadkowo, jądro opozycji doprowadziło do absurdalnie śmiesznej, ale i ciekawej sytuacji.

Dzisiaj większość komentatorów skupia się na ocenie, wskazując na leniwość, nudność i stereotypowość kampanii czy upadek jądra opozycji. Możliwe, że Koalicja Obywatelska, w obecnej odsłonie, schodzi już ze sceny politycznej. Jednakże pikanterii dodaje fakt, że dzięki temu sporo oddechu uzyskały pozostałe komitety. SLD zyskuje na świeżości, zasilone młodym narybkiem, nieatakowane, prowadzi walkę ideologiczną na froncie, który miał być docelowo opisanym wyżej miejscem starcia hegemonów. Konfederacja, która programowo stanowi jakąś alternatywę dla koalicji rządzącej, a jednocześnie notorycznie utyskuje na dyskryminację, przetrwała kampanię w zasadzie bez szwanku. Dopiero teraz, na finiszu epickie „oko Saurona” zostało zwrócone w jej stronę. Sytuację ratuje jednak fakt, że nie tak łatwo wyhamować i przestawić na inny tor rozpędzoną machinę wojenną. Ciekawa jest również sytuacja PSL. To jedyne ugrupowanie, które wyniszczone w samorządach, czyli tam, gdzie znajdowała się esencja jego elektoratu, doprowadzone na skraj politycznego niebytu, zdało sobie sprawę z błędów i w przeciwieństwie do jądra opozycji zaczęło systematyczną reformę swojego podejścia do polityki. Zdało sobie sprawę, że gdy jest się przypartym do muru, ma się dwa wyjścia. Można tylko zaatakować i wygrać pulę albo odejść w polityczny niebyt. Obecnie to ugrupowanie jest dość profesjonalne w ocenie przeciętnego obserwatora, w miarę merytoryczne i na dodatek programowo wychodzące naprzeciw wahających się wyborców, dla których ważnym aspektem decyzji są preferencje ideowe.

Nuda i stereotypowość czy nonsens i farsa? W końcu jak pisał Kisiel „Zmiany przyjdą na pewno, lecz nie wtedy, kiedy się na nie czeka”. To też w pewnym sensie dziejowy nonsens.

Mec. Jacek Janas

Mec. Jacek Janas – prezes zarządu Stowarzyszenia Brzozowski Ruch Konserwatywny, członek zarządu Stowarzyszenia Przedsiębiorców i Rolników „Swojak”, prezes zarządu Towarzystwa Ekonomistów i Przedsiębiorców im. Juliana Dunajewskiego oraz ekspert Instytutu im. Romana Rybarskiego. Z przekonań konserwatywny liberał. Publicysta i działacz społeczny.