Mec. Janas: Niegasnący splendor Jarosława Gowina

Zacznijmy od tego, że nie lubię wróżyć z fusów. Czasy jednak są niezwykłe, a i poszlak nie brak, szczególnie w odniesieniu do tematu najbardziej podgrzewającego atmosferę polityczną.

Jak słusznie zauważa red. Stanisław Michalkiewicz, epidemia rozwija się zgodnie z planem. Walka ze zbrodniczym koronawirusem wydaje się być idealną odskocznią rządu i oczywiście Naczelnika, którzy upodobali sobie w zarządzaniu kryzysem. Ma to oczywiście wiele pozytywnych aspektów, bowiem dopóki głos ulicy nie zweryfikuje rządowych statystyk i informacji płynących z pompatycznych konferencji prasowych, poparcie partii rządzącej będzie na wysokim poziomie, a walka z imperialistycznym koronawirusem, skutecznie przyćmi mało wprawne oczy większej części wyborców i nie pozwoli zweryfikować rzeczywistego rozkładu państwa, na dodatek podejmującego, pod sterami sfrustrowanego rządu głupie decyzje. To są rzeczy oczywiste.

REKLAMA/Advertisement

Nieoczywistością są dalsze losy wyborów prezydenckich i kulisy osobowe z nimi związane. Co do zasady chyba już wszyscy wiedzą, że wybory prezydenckie odbyć się terminie majowym raczej nie mogą. Pomijam już kwestie głosowania korespondencyjnego, braku czasu na jego przygotowanie, obstrukcję czasową ustawy w Senacie, sprzeciw samorządów, wadliwości konstytucyjne takiego głosowania i weryfikację prawidłowości przeprowadzenia wyborów przez Sąd Najwyższy. Myślę, że największą bolączką tej koncepcji są rzeczy na pozór trywialne – kto za 350 zł dobrowolnie narazi się na koronawirusową ekspozycję? A wszak komisje wyborcze trzeba powołać. Z drugiej strony ogłoszenie stanu klęski żywiołowej już teraz, najbardziej racjonalny i prawdopodobny by się wydawało wariant wydarzeń, wydaje się władzy nie na rękę. Oczywiście ten scenariusz możliwe, że będzie zrealizowany dopiero w maju i to z kilku powodów. Jednym z nich jest podgrzewanie politycznego kotła, bowiem i opozycja nie próżnuje, wykorzystując nie tylko chaos rozwiązań pomocowych uchwalanych przez większość parlamentarną, ale i przede wszystkim obawy ludzi przed głosowaniem 10 maja, niezależnie od wariantu.

I dopiero w tym momencie zaczynają się dziać rzeczy ciekawe, zaskakujące, niewątpliwie otoczone pewną tajemnicą i na pewno bardzo błyskotliwe. Na scenę wkracza Jarosław Gowin z propozycją pozornie brzmiącą jak słaby żart polityczny, ale dającą możliwość wyciągnięcia kilku zaskakujących wniosków.

REKLAMA/Advertisement

Po pierwsze ruch wicepremiera Gowina wskazuje, że Naczelnik państwa zaczyna potykać się o własne nogi. Jeszcze dwa lata temu panu Gowinowi i środowisku skupionemu wokół niego nie przeszłoby przez myśl torpedowanie wprost pomysłów Naczelnika. To już kolejne veto „konserwatysty” Jarosława i niezależnie od tego jak je potraktujemy, czy jako polityczną ustawkę, czy rzeczywisty bunt, możemy mieć pewność, że dla Naczelnika nadchodzi nieubłagany „maj roku 1935”.

Po drugie dlaczego Jarosław Gowin? Oczywiście synonimem tego nazwiska jest jego środowisko polityczne, którego kwintesencją jest sama biografia wicepremiera. Stypendium Univesity of Cambridge, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, ZNAK, minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska i bliska przyjaźń z prof. Pełczyńskim znanym z założenia w imieniu Georga Sorosa Fundacji im. Batorego. Środowisko wicepremiera, podobnież jak i on sam, ma bardzo dobry układ z liberalną częścią Episkopatu i skutecznie blokuje ewentualne rozszerzenie KO-PSL na „prawo”.

Po trzecie sama propozycja w ujęciu taktycznym ma kilka walorów. Eksponuje wicepremiera jako polityka samodzielnego, zdolnego narzucać temat dyskusji politycznej, szachuje opozycję w oczach elektoratu, stosownie do hasła „teraz ruch po stronie opozycji”, bowiem decyzja za sprawą większości kwalifikowanej musi zapaść w zależności od stanowiska pozostałych ugrupowań sejmowych. Najistotniejsze jest jednak to, że podprogowo ta propozycja daje wyraźny sygnał w stronę opozycji, że w ławach po prawej stronie laski marszałkowskiej siedzą jeszcze ludzie, którzy, jeżeli dojdzie do przetasowania politycznego, chcą współpracować na takich samych zasadach jak przed 2015 r.

I wreszcie po czwarte, co pozostaje w ścisłym związku z uwagą zawartą w ostatnim zdaniu poprzedniego punktu, możliwe, że mamy do czynienia z powolną zmianą preferencji gwarantów ułożenia porządku politycznego w Polsce. Wszyscy gracze na czele z rozgrywającymi obecnie sojusznikami zza oceanu, mają świadomość jakie skutki wywoła obecny kryzys, a obecna koalicja rządząca nie będzie mogła sprawować władzy. Splendor Jarosława Gowina, jak i jego wrodzona elastyczność, zdaje się gwarantować pewien ład polityczny. Z tego punktu widzenia ów termin dwuletni wydaje się bardzo racjonalny, jako wskazujący na rzeczywisty czas rozpoczęcia odbudowy państwa, upadłego pod rządami poprzedniej ekipy, która się nie sprawdziła. Pikanterii dodaje fakt, że nie kto inny tylko pan Bogdan Borusewicz entuzjastycznie nominował już w czwartek Jarosława Gowina na premiera.

Na marginesie warto jeszcze zauważyć równie błyskotliwą ripostę Władysława Kosiniaka-Kamysza, wzywającą Sejm do przyjęcia uchwały zobowiązującej rząd do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Widać, że PSL przeszło poważną przebudowę i w przeciwieństwie do KO może pochwalić się merytorycznym zapleczem.

REKLAMA/Advertisement

Gdy piszę te kilkanaście zdań właśnie dochodzi do mnie informacja o decyzji podania się do dymisji podjętej przez pobożnego wicepremiera Gowina, która w zasadzie potwierdza przytoczony wyżej pogląd. Póki co, reszta trzódki, która zagarażowana jest w strukturach rządu, tkwi tam nadal. Koalicja też się nie rozpadła. Tak naprawdę najbliższe dni, a konkretnie zachowanie posłów Porozumienia, pokażą, gdzie leży punkt sterowania nasilającym się spięciem politycznym i czy przychodzi czas przesilenia.

Mec. Jacek Janas

REKLAMA/Advertisement