Marian Seyda: Polska na przełomie dziejów – cz. II

Wszystkie te fakty i objawy kazały sztabowi francuskiemu podwoić czujność i energię nalegania na sztab rosyjski, tym bardziej, że od czasu przesileń marokańskich i gromadzących się chmur na Bałkanach, francuskie kierownicze koła wojskowe czuły, że wojna się zbliża.

Generałowi Dubail udało się w sierpniu roku 1911 na konferencji w Carskim Siole uzyskać od rosyjskiego szefa sztabu generała Żylińskiego, że zaakceptował tezę silnej ofensywy, którą by armia rosyjska usiłowała rozpocząć przeciw Niemcom już 15~tego dnia mobilizacyjnego; generał Żyliński nie zaniechał jednakowoż mocno podkreślić niebezpieczeństwa austriacko-węgierskiego dla Rosji i wynikających stąd konsekwencji. To samo uczynił rok później na konferencji sztabowej w Paryżu, Zarówno wówczas w Paryżu, jak na ostatniej przed wojną konferencji sztabowej w Carskim Siole, w roku 1913, nalegał nowy francuski szef sztabu generał Joffre na konieczność przeprowadzenia rosyjskiej ofensywy na Berlin, po lewym brzegu Wisły, rozwinięcia w tym celu sieci kolejowej w Królestwie Polskim i gromadzenia w nim poważnych sił zbrojnych jeszcze w czasie pokoju. Generał Żyliński, uznając zasadniczo słuszność tych postulatów, przyrzekł bez angażowania się w sprawie torów kolejowych ogólnie, że koncentracja sił rosyjskich na granicy niemieckiej będzie w większości ukończona 15-tego dnia mobilizacji. Sztab francuski uzyskał maximum tego, co było w danych warunkach możliwe. Rzecz inna, że nie zmieniało to zasadniczego planu rosyjskiego, który zamierzał główne uderzenie skierować przeciwko wojskom austriacko-węgierskim, Dużym krokiem naprzód było rozpoczęcie przez Rosję w tym samym roku 1913 reformy wojskowej, która miała armię rosyjską w przeciągu czterech lat powiększyć o 480 tysięcy żołnierzy.

Paryż nie ograniczał się do oddziaływania na Piotrogród przez swoje czynniki wojskowe, lecz przeciwstawiał naciskowi niemieckiemu, między innymi spotkaniu cesarza Wilhelma z Mikołajem w roku 1912, także swoje wpływy polityczne. Dla skutecznego paraliżowania intryg niemieckich został w początkach roku 1913 mianowany ambasadorem francuskim w Piotrogrodzie wpływowy Delcasse, po którym co prawda dostał się na to stanowisko w styczniu roku 1914 gładki, ale płytki Paleologue. W lipcu tegoż roku złożył cesarzowi rosyjskiemu wizytę prezydent Rzeczypospolitej Francuskiej Poincare w towarzystwie prezesa rady ministrów Viviani’ego.

Tymczasem Austro-Węgry, sekundujące Niemcom, objawiały na Bałkanach od kilku już lat niebezpieczną inicjatywę, Ukryta jej sprężyna znajdowała się w Berlinie, chociaż nie zawsze, szczególnie bowiem od czasu, gdy się w polityce monarchii habsburskiej zaznaczyła indywidualność następcy tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, polityka ta próbowała nabrać pewnej w stosunku do Niemiec samodzielności.

Nie ulega jednakowoż wątpliwości, że zasadnicze plany polityki bałkańskiej dwóch cesarstw były układane w urzędzie kanclerskim Rzeszy Niemieckiej; tylko że nieraz było rządowi niemieckiemu na rękę wypierać się autorstwa posunięć austriackich, a nawet na nie głośno sarkać, jak to czynił w Poczdamie Bethmann Hollweg wobec Sazonowa, zwłaszcza, gdy posunięcia te dokonywały się kosztem Turcji, w zasadzie protegowanej przez Niemcy w celach politycznych i wojskowych. Był to podział ról, bardzo dogodny dla Rzeszy, Rok 1908 był tym, w którym zaczęło się wrzenie na Bałkanach pod znakiem likwidacji Turcji europejskiej. Rosyjski minister spraw zagranicznych Izwolski, licząc na sojusz z Francją i świeże porozumienie z Anglią, postanowił uzyskać dla Rosji na drodze dyplomatycznej otwarcie Dardaneli. Wszedł w tym celu w pertraktacje z baronem Aerenthalem, ministrem spraw zagranicznych Austro-Węgier, i przyrzekł mu dla zapewnienia sobie jego zgody, że Rosja nie będzie przeciwną ostatecznej przez monarchię naddunajską aneksji Bośni i Hercegowiny, prowincji tureckich, okupowanych dotąd na mocy traktatu berlińskiego.

Niewątpliwie nie bez przyczynowego związku z pertraktacjami rosyjsko-austriackimi i nie bez wiedzy rządu wiedeńskiego zrzucił Ferdynand bułgarski jesienią tegoż roku 1908 lennictwo tureckie i ogłosił się niezależnym monarchą. Bezpośrednio potem cesarz Franciszek Józef proklamował wcielenie Bośni i Hercegowiny do Austro-Węgier. Izwolski po obietnicy, danej Aerenthalowi, nie mógł protestować, próbował za to uzyskać zgodę mocarstw na otwarcie Cieśnin, ale jej nie uzyskał, głównie wskutek oporu Anglii, za której plecami mogły manewrować Austro-Węgry. Ze sprzeciwu angielskiego nie omieszkały wówczas Niemcy wybić kapitału, przyciągając do siebie Rosję. Dyplomacja rosyjska poniosła w każdym razie ciężką porażkę, natomiast austriacko-węgierska odniosła poważny sukces.

REKLAMA/Advertisement

Sukces ten spowodował jednakowoż wkrótce wypadki i przesunięcia na Bałkanach, bardzo dla monarchii habsburskiej dotkliwe. Aneksja bowiem Bośni i Hercegowiny wywołała wśród narodów bałkańskich dążenie do przeciwstawienia się ekspansji Austro-Węgier, wprawdzie nie przez szukanie pomocy u Rosji, ale przez utworzenie związku państw bałkańskich. Miał on pierwotnie objąć także Turcję, tymczasem faktycznie przybrał front antyturecki i doprowadził jesienią 1912 roku do pierwszej wojny bałkańskiej, w której Bułgaria, Serbia, Czarnogóra i Grecja wyparły wojska tureckie z całego półwyspu aż do Czataldży. Konsekwencja dla Austro-Węgier była ta, że nie mogły one już sobie utorować drogi do Salonik; ciosem też dla nich było wzmożenie się prestiżu Serbii i Czarnogóry. Dla Niemiec zaś klęska armii tureckiej i uszczuplenie terytorium tureckiego oznaczały kompromitację niemieckich instruktorów armii tureckiej i zredukowanie politycznej wartości kraju, nad którym Rzesza starała się rozciągnąć protektorat. Dodać należy, że Turcja naraziła się była już przedtem na konflikt zbrojny z Włochami, sprzymierzeńcem Niemiec, o Trypolis. Zatarg ten świadczył o odrębnym stanowisku Włoch w łonie trójprzymierza i był jednym z preludiów, wskazujących, że w razie wojny Niemiec i Austro-Węgier z trójporozumieniem nie będą one mogły liczyć na towarzystwo broni Włoch.

Niespokojne Austro-Węgry chciały się politycznie odegrać za skutki pierwszej wojny bałkańskiej i sprowokowały wiosną roku 1913 drugą, podszczuwając Ferdynanda bułgarskiego przeciwko Serbii. Nie liczyły się jednakowoż z tym, że Rumunia w obawie o nadmierny wzrost siły Bułgarii stanie po stronie jej zaczepionego przeciwnika. Druga ta wojna, zakończona w sierpniu traktatem w Bukareszcie, podniosła znowu politycznie Serbię i wzmogła stojące za nią wpływy rosyjskie na Bałkanach. Krzyżowało to stanowczo dążenia nie tylko Austro-Węgier, ale i Niemiec. Wśród ciszy, jaka panowała od lata 1913 roku, rządy obu mocarstw decydowały się na rozprawę zbrojną, tym bardziej, że w Berlinie uświadomiono sobie bezskuteczność zabiegów o odciągnięcie Rosji od Anglii, a przede wszystkim od Francji, oraz, że obawiano się straty czasu, zważywszy, że francuska reforma wojskowa miała od stycznia roku 1914 zwiększyć siłę zbrojną Rzeczypospolitej o 210.000 żołnierzy, a – jak już wiemy – rosyjska w ciągu czterech lat, od roku 1913 począwszy, wzmocnić armię Cesarstwa o 480.000 ludzi, Berlin i Wiedeń podzieliły znowu między siebie role: wojowniczą wzięły na siebie Austro-Węgry, pozornie pokojową, stateczną – Niemcy. Gdy w Sarajewie pod koniec czerwca roku 1914 padł arcyksiążę Franciszek Ferdynand, ugodzony kulami Gabrinowicza i Principa, Austro-Węgry postawiły sprawę wobec Serbii na ostrzu noża, uniemożliwiły pokojowe załatwienie zatargu, a w lipcu zaatakowały Serbię; Rzesza zaś Niemiecka pragnęła rzekomo zlokalizować wojnę i uniknąć zawieruchy europejskiej. Ale ta jej gra polityczna została zdemaskowaną. I rozwój wypadków nie odpowiedział – intencji i inscenizacji Berlina.

***********

Prusy, a ich śladem Niemcy, trzymając się w polityce tradycyjnie dążenia do przyjaznych stosunków z Rosją, miały ku temu ważkie przyczyny. Tłumaczyły się one nie tylko solidarnością w walce monarchizmu z republikanizmem i nie tylko pragnieniem zabezpieczenia sobie tyłów na wschodzie na wypadek rozprawy zbrojnej z Francją na zachodzie, a w późniejszym okresie, gdy silnie rozwinął się przemysł i zamorska handel niemiecki, także na wypadek kolizji z Wielką Brytanią, – przyczyny filorosyjskiej polityki Prus i Niemiec tkwiły ponadto i przede wszystkim w ich stosunku do zagadnienia polskiego. Wspólność interesów państw rozbiorowych, która do życia powołała ,,święte przymierze, pozostała przez długi okres dziejowy jednym z głównych motorów orientacji i akcji politycznej Berlina, cieszącej się żywym oddźwiękiem w Rosji i żywszym i dłuższym też, niż się pozornie zdawało, w Austrii. Ten układ stosunków był największym Polski nieszczęściem, stał bowiem na straży łupu, jaki jej sąsiadom dały rozbiory państwa polskiego, i był zaporą, bezwzględnie uniemożliwiającą wskrzeszenie naszego bytu niepodległego. Prusy, a z nimi razem Niemcy, uważały niedopuszczenie do wstąpienia Polski z powrotem w szereg narodów niepodległych za dogmat polityczny, a za najlepszą rękojmię dogmatu tego – trwałą przyjaźń z Rosją.

Różnymi czasy sternicy państwa pruskiego i narodu niemieckiego głosili tę zasadę i wcielali ją w życie, Fryderyk Wielki ubrał ją w brutalno-cyniczną formę „wspólnego spożywania eucharystycznego ciała Polski”, Bismarck zimą roku 1887/88, w okresie silnego naprężenia austriacko-rosyjskiego, w przestrodze pod adresem Austrii, dał wyraz poglądom swym w sposób niewiele odmienny: ,,I cóż zrobimy wówczas, gdy zwyciężymy Rosję? Może wskrzesimy Polskę? Wówczas będziemy mogli po 20-tu latach zawrzeć znów przymierze między trzema cesarstwami celem nowego, czwartego podziału Polski. Ale dla tej przyjemności nie opłaci się przecież właściwie prowadzić wielkiej i ciężkiej wojny”.

Bülow znowu, w roku 1916, gdy Niemcy były u szczytu swej potęgi militarnej, scharakteryzował w książce „Deutsche Politik” stanowisko w kwestii polskiej, które reprezentował w czasie swego kanclerstwa, stwierdzeniem ujmującym – zdaniem jego – całą istotę rzeczy, a mianowicie, że „monarchia pruska wzrosła wskutek rozpadnięcia się Rzeczypospolitej Polskiej, a orzeł czarny wzbił się w walce z orłem białym” . Ale Prusy i Niemcy nie zadowalały się stanem posiadania ziem polskich, przyznanym im przez traktat wiedeński, lecz dążyły do wyzyskania w danym razie korzystnych koniunktur politycznych, by przesunąć swą granicę wschodnią do Narwi, Wisły i Pilicy, do tzw. linii Knesebecka, podnoszonej po roku 1813 dwukrotnie jeszcze, w latach 1831 i 1863, i stale nadal żyjącej w myśli politycznej i politycznych aspiracjach narodu niemieckiego, Niemcy, posiadając ujście Wisły, chciały uzyskać taką część jej dorzecza, by Prusy Wschodnie i Śląsk zostały zasłonięte, a zarazem połączone zachodnią połacią Królestwa, która by wypełniła wklęsłość ku Poznańskiemu.

Ażeby urzeczywistnienie tego programu było możliwe, uprzednio należało osaczyć i pokonać naród polski, jako całość, i zlikwidować sprawę polską, jako zagadnienie międzynarodowe; ażeby zaś zrealizowanie wspomnianego programu przyniosło Prusom i Rzeszy Niemieckiej wyłącznie korzyść, bez strat i niebezpieczeństw, trzeba było zawczasu przeprowadzić eksterminację żywiołu polskiego w zaborze pruskim, W pierwszym celu Berlin przeprowadził akcję polityczną na terenie międzynarodowym z niesłychaną konsekwencją. W Piotrogrodzie wpływy niemieckie podtrzymywały stale politykę antypolską, sprzeczną z dobrze zrozumianym interesem państwa rosyjskiego. W Wiedniu podminowywał rząd niemiecki pozycję Polaków i pchał przeciwko nim Ukraińców. Na wschodnich ziemiach b. Rzeczypospolitej intrygi niemieckie buntowały przeciwko Polakom politycznie i społecznie nie tylko Ukraińców, ale również Litwinów, a nawet Białorusinów. W krajach zachodnio-europejskich, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej i w ogóle w świecie międzynarodowym propaganda niemiecka wmawiała w opinię publiczną, że Polacy są narodem pozbawionym wszelkich pierwiastków twórczych i państwowo-organizacyjnych, narodem warcholskim, zaśniedziałym we wstecznictwie i klerykalizmie, nietolerancyjnym pod względem narodowym i religijnym, słowem – takim, którego prowadzenie silną dłonią przez obcych stróżów ,,ładu i porządku*’ leżało w interesie powszechnej cywilizacji i zdrowego postępu.

I propaganda ta odniosła niestety, przy grubej ignorancji zagranicy w sprawach Europy środkowej, znaczne rezultaty. Wobec społeczeństwa polskiego w zaborze pruskim uprawiana przez lat dziesiątki politykę eksterminacyjną, usystematyzowaną przez Bismarcka, a spotęgowaną jeszcze przez Bülowa. Zmierzała ona do sprowadzenia żywiołu polskiego na ziemiach, na których stała kolebka państwa polskiego, do znaczenia szczepu, liczebnie stanowiącego tylko* skromną mniejszość ludności, politycznie, kulturalnie i ekonomicznie przygniecionego, tym samem już ,,nie szkodliwego” – szczepu, którego ostateczne przez element niemiecki pochłonięcie byłoby tylko kwestią czasu, tak że można by bez większego ryzyka wyciągnąć rękę po nowe obszary polskie. Żadne państwo nie zdołało planu wynaradawiającego opracować i wykonać z taką umiejętnością, metodą i nieustępliwością, jak Prusy. Pruska polityka eksterminacyjna opanowała wszystkie dziedziny życia publicznego, wciskała się nawet do prywatnego – rzec można – drzwiami i oknami. Jeżeli żywioł polski zdołał jej w tak poważnej mierze zwycięsko stawić czoło, uczynił to dzięki przymiotom nieugiętego hartu i wyjątkowej energii, jakie w sobie wyrobił w długiej i twardej szkole walki z systemem germanizacyjnym. Była to jak gdyby klątwa na systemie tym spoczywająca, że wbrew swemu zamiarowi wtłoczył Polakom zaboru pruskiego w dłoń oręż do skutecznej obrony własnej egzystencji narodowej i zasłaniania zarazem całej reszty narodu polskiego przed niemieckim parciem na wschód.

Ale mimo tego hartu i mimo tej tężyzny żywioł polski ponosił w ostatnich latach przed wojną dotkliwe straty: wprawdzie tam, gdzie miał przewagę, raczej rósł w siły i wypierał element niemiecki; ale na kresach północnych i zachodnich Poznańskiego, w Prusach Wschodnich i w słabszych pod względem polskości okolicach Prus Zachodnich i Górnego Śląska fala niemiecka zalewała powoli płytsze i słabsze podstawy wału polskiego, co wykazał ostatni przed wojną niemiecki spis ludności oraz wynik ostatnich wyborów do parlamentu Rzeszy. Był to objaw groźny, tym bardziej, że był skutkiem bardzo planowej strategii rządu pruskiego. Zmierzała ona do wyrugowania nas z wysuniętych placówek i opanowania dolnego biegu Wisły oraz wybrzeża morskiego, a zarazem do werżnięcia się pasem zgermanizowanym, ciągnącym się od zachodu na wschód, między odleglejsze powiaty zachodnio-pruskie a główny, zwarty polski kadłub Poznańskiego, niemniej do oddzielenia od tego kadłuba wyrwą niemiecką części Górnego Śląska, posiadającej zwartą przewagę ludności polskiej, ostatecznie do przedarcia etnicznej łączności ziem zaboru pruskiego z Królestwem Polskim i Galicją. Cel tej strategii był jasny: chodziło p poszarpanie zaboru pruskiego w kilka wysp, pozbawionych kontaktu, by można je było następnie tym łatwiej ze wszech stron zalewać elementem niemieckim i terytorialnie coraz bardziej redukować do rozmiarów oaz, tonących w morzu niemieckim.

Przeprowadzenie planu polityki pruskiej w sprawie tzw. „marchii wschodniej” uznał był już Bismarck za pierwsze zadanie państwa pruskiego. Bülow głosił jeszcze w połowie wojny (w swej wspomnianej już „Deutsche Politikl”), że „kwestia, co się stanie z marchią, jest sprawą nie partyjno-polityczną, lecz ogólno-narodową, od której potwierdzenia lub zaprzeczenia zależy nie tylko los Niemców na pruskim wschodzie, lecz przyszłość Prus i Rzeszy i całej niemczyzny”. Tempo działania systemu germanizacyjnego przyśpieszono w początkach bieżącego wieku, gdy wskutek zbliżenia się Anglii do Francji i Rosji zarysowały się wyraźnie podstawy trójporozumienia antyniemieckiego, a zarazem zbliżała się godzina zbrojnego z nim zmierzenia się Rzeszy Niemieckiej. Wówczas to, w roku 1908, zaprzągł Bülow do polityki antypolskiej parlament niemiecki, który tę funkcję pozostawiał dotąd sejmowi pruskiemu, I wówczas sejm pruski uchwalił najostrzejsze ustawy wyjątkowe, które – jak prawo wywłaszczania – obóz zachowawczy państwa pruskiego uznawał przedtem za broń niedopuszczalną, podważającą zasadę prywatnej własności, jedną z głównych podstaw ustroju Prus i Niemiec.

Uważano, że wobec zbliżającej się wojny nie ma już dnia do stracenia, że każdy środek jest godziwy, byleby w tempie przyspieszonym złamał żywioł polski i w sposób ostateczny przypieczętował nierozerwalny związek ziem zaboru pruskiego z państwem pruskim i Rzeszą Niemiecką. Cel ten nie został osiągnięty: w Berlinie nie doceniono energii oporu, jaką ludność polska przeciwstawiła systemowi pruskiemu, a zresztą wypadki międzynarodowe potoczyły się zbyt szybko. Dla Rosji ziemie polskie, wchodzące w jej skład, faktycznie nie były tym, czym dla Prus ich prowincje polskie; przynależność ziem zaboru rosyjskiego do Rosji nie była – ażeby w sensie negatywnym użyć zwrotu Bülowa, określającego stosunek Prus i Rzeszy Niemieckiej do zaboru pruskiego – ,,sprawą, od której potwierdzenia lub zaprzeczenia zależała przyszłość” Rosji i narodu rosyjskiego.

Istniał co prawda między Rosją a Polską wiekowy zatarg. Dotyczył on nie obszarów rdzennie polskich, lecz terenów, przez Polskę państwowo pozyskanych, dotyczył Rusi zachodniej. Kraju tego część wschodnia pozostała, mimo przynależności do państwa polskiego, w sferze wpływów wschodnich; natomiast jego połać, sąsiadująca z rdzenną Polską, przyjęła dobrowolnie jej kulturę. Z tej połaci Polska nigdy zrezygnować nie mogła. Rozumiało to znikomo niewielu Rosjan; ogół rosyjski uważał całokształt tzw. Krajów Zabranych, bez ograniczeń, za narodowy obszar rosyjski. Odmienny był natomiast stosunek politycznie światłych i rzeczywiście przewidujących sfer rosyjskich do Królestwa Polskiego. W przeciwstawieniu do rządzącej warstwy reakcyjno-biurokratycznej, dla której Królestwo Polskie było tylko ,Priwislinjem” i terenem eksploatacyjnym dla wszelkiego rodzaju pijawek czynowniczych, Rosjanie o patriotyzmie bezinteresownym i szerszej myśli politycznej uświadamiali sobie mniej czy więcej, że właściwie pojęty interes państwa rosyjskiego wymagał uznania Polaków za gospodarzy Królestwa Polskiego i oparcia na tej podstawie racjonalnego wzajemnego stosunku Rosji do Polski i Polski do Rosji. Świadomość ta wypływała ze zrozumienia, że naród polski, przez dzieje powołany do walki z niemczyzną, z natury rzeczy zasłania Rosję przed niemieckim podbojem politycznym i ekonomicznym, że przeto doznawać winien z jej strony nieosłabiania i podkopywania, lecz poparcia i pomocy, by mu nie zbrakło sił i warunków do spełnienia swej roli historycznej na wschodzie Niemiec.

W razie bowiem jego załamania się pokojowa penetracja Rosji przez wpływy niemieckie, która i tak zatrważające robiła postępy, musiała się dla Rosji stać wprost groźną. A równocześnie orientowano się w tych kołach rosyjskich, że dominujące stanowisko Niemiec w Europie środkowej, że ich bezpośrednie oraz za pomocą Austro Węgier pośrednie wpływy na Bałkanach przeciwstawiały się stanowczo ambicji Rosji, zmierzającej do usadowienia się w Konstantynopolu i dotarcia przez cieśniny do> morza Śródziemnego na wielki szlak wodny życia europejskiego. To też bywały okresy, w których Rosja sprawy polskiej nietylko się nie bała, ale usiłowała ją wygrać. Były to jednakowoż okresy przemijające, po których reakcja pchała znów politykę rosyjską w kwestji polskiej na bezdroża niszczycielstwa i barbarzyństwa. Czuwał nad tem umiejętnie Berlin. Gdy nie wystarczały umizgi i perswazje, wówczas chwytano się broni szantażu, powodując Austrję doi pobrzękiwania szablą. Dość, że z wyjątkiem mniej czy więcej krótkotrwałych przerw wpływy niemieckaie ważyły w Piotrogrodzie w sprawie polskiej decydująco na szali. Tak działo się nawet wówczas, gdy się temu już sprzeciwiał najoczywistszy interes Ro>sji, jak w latach, poprzedzających wojnę światową, w których należało1 opinję polską pozyskać dla państwa rosyjskiego, a nie rozgoryczać jej i prowokować nowemi krzywdami i nową brutalnością, zmniejszając np. liczbę mandatów z Królestwa Polskiego do dumy, uchwalając rosyjski język urzędowy w samorządzie miejskim, wydzierając z rąk polskich kolej warszawsko-wiedeńską i postanawiając wyłączenie Chełmszczyzny z Królestwa, jako rzekomo rdzennie rosyjskiej.

Ministerstwo spraw zagranicznych nastawiało zewnętrzną politykę rosyjską na Paryż i Londyn, a ministerstwo spraw wewnętrznych uprawiało politykę antypolską w myśl Berlina, reprezentując kierunek ustawicznej gotowości do porozumienia się z nim kosztem narodu polskiego. Ta dwutorowość nie uległa zmianie i po wybuchu wojny. Odcinanie Chełmszczyzny od Królestwa nie było tylko następstwem podszeptów niemieckich, ani też wyłącznie przejawem tępej do Polski nienawiści reakcyjnych sfer rosyjskich, było ono raczej ponadto metodycznem dążeniem Rosji do zmniejszenia narodowego obszaru polskiego i przesunięcia na zachód granicy między Rosją a Polską w przewidywaniu, że rychlej czy później prawnopaństwowy stosunek Królestwa Polskiego do Cesarstwa Rosyjskiego, jeżeli nie ulegnie całkowitej zmianie, to w każdym razie znacznie się rozluźni. Dążeniu do wciągnięcia Chełmszczyzny w ramy rdzennej Rosji towarzyszyły aspiracje rosyjskie do Rusi podkarpackiej, galicyjskiej zarówno, jak węgierskiej, aspiracje bynajmniej nie platoniczne tylko, lecz przeciwnie, poparte bardzo żywą propagandą we własnem społeczeństwie ii czynną akcją wśród ludności ruskiej krajów pożądanych, pod hasłem „dopełnienia dzieła zjednoczenia jednej, wielkiej Wszechrosji”.

Już od czasów Mikołaja I (r. 1831) była Rosja niejednokrotnie gotowa okupić uzyskanie Galicji wschodniej i Rusi węgierskiej wyrzeczeniem się Królestwa Polskiego za Narwią i Wisłą, a w erze konstytucyjnej, po manifeście październikowym, myśl ta odżyła na nowo i była rozważana przez radę ministrów. Nawet ci Rosjanie, którzy po wybuchu wojny europejskiej poszli szczerze w kierunku zjednoczenia ziem polskich, prawie wszyscy wyłączali z ich kompleksu Galicję wschodnią i Chełmszczyznę, których integralne wcielenie do Cesarstwa było dla rosyjskiej opinji publicznej postulatem bez porównania bliższym od programu rosyjskiego w kwestji polskiej. Wszystko to nie> zmieniało trzech faktów: po pierwsze, że ziemie polskie, które Rosjanie uważali za należące do terytorjum etnograficznie rosyjskiego, nie posiadały dla Rosji, objektywnie wziąwszy, ani w przybliżeniu takiego znaczenia, jakie dla Prus i Niemiec miały ziemie zaboru pruskiego mimo swej ludności odwiecznie polskiej; powtóre, że Królestwo5 Polskie nietylko objektywnie, ale także subjektywnie, w świadomości rozumnych żywiołów rosyjskich, było krajem o niewątpliwym charakterze narodowo-polskim, krajem, którego powrót pod rządy polskie w takich, czy innych warunkach, w związku z Rosją, czy bez niego, był tylko kwestią czasu; ostatecznie, że stosunek narodu rosyjskiego do narodu polskiego, jako całości, nie był rasowo wrogi, tak, jak stosunek do nas narodu niemieckiego, szczególnie społeczeństwa pruskiego. Wskutek tych trzech faktów było możliwe, w razie obustronnej dobrej woli, kompromisowe zlikwidowanie zatargu polsko-rosyjskiego i unormowanie przyjaznego pożycia sąsiedzkiego tych dwóch narodów, podczas kiedy wyjście z dylematu polsko-niemieckiego, godzące dobro Polski z interesem Prus i Niemiec, nie istniało.

Marian Seyda

—————–
Marian Seyda (1879 – 1967) – polityk i publicysta związany z ruchem narodowym, w II RP poseł na Sejm Ustawodawczy oraz I kadencji, senator II i III kadencji, członek Komitetu Ministrów dla Spraw Kraju z ramienia Stronnictwa Narodowego od 8 listopada 1939 r. Od 1900 r. należał do Ligi Narodowej, a potem był komisarzem LN na zabór pruski. Został współzałożycielem Centralnej Agencji Polskiej w Lozannie. Wszedł w skład Komitetu Narodowego Polskiego. W 1919 r. był ekspertem do spraw politycznych przy delegacji na konferencję pokojową w Paryżu.