REKLAMA

Reklama

Marian Seyda: Polska na przełomie dziejów – cz. III

112

Reklama

Austria lubiła uchodzić za jedyne z państw rozbiorowych, które nie tylko przyznało Polakom, do niej wcielonym, poważny zakres praw narodowych, ale otwierało pod swymi skrzydłami całemu narodowi polskiemu lepsze widoki na przyszłość. Nie ulega wątpliwości, że w porównaniu z zaborami pruskim i rosyjskim Polacy w Galicji mieli korzystniejsze warunki bytu narodowego. Tak było przynajmniej od czasów klęski Austrii pod Sadową i przebudowy jej ustroju państwowego w duchu decentralistycznym. Galicja posiadała pewien zakres autonomii politycznej, choć właściwie nie przekraczał on wiele ram szerszego samorządu prowincjonalnego. W monarchii habsburskiej, zbudowanej nie na podstawach federalistycznych, jak zalecał Gołuchowski, lecz na dualistycznych, Polacy byli Wiedniowi potrzebni do utrzymania w Reichsracie większości, na której mógł się opierać rząd austriacki.

Fakt, że Polacy byli stronnictwem rządowym, nie zapobiegał jednakowoż prześladowaniu ludu polskiego przez Niemców śląskich w Cieszyńskiem, nie przeszkadzał niemniej uprawianiu przez Wiedeń ekonomicznego wyzysku Galicji na korzyść innych krajów koronnych, a Zarazem zachęcał rząd do stosowania wobec Polaków tamtejszych systemu politycznej demoralizacji, wygrywania jednych stronnictw przeciwko drugim, materialnego od Wiednia uzależniania instytucyj, wpływowych jednostek itp. Rząd austriacki umiał zrobić to, czego dokonać nie zdołał ani rząd pruski, ani rosyjski, a mianowicie umiał wniknąć do wnętrza życia zbiorowego społeczeństwa polskiego i z wewnątrz je politycznie, a nawet moralnie rozsadzać. Jak w pierwszej połowie minionego wieku Wiedeń podjudzał masy chłopskie przeciwko szlachcie polskiej, pchając je zbrodniczą dłonią do rzezi, tak później praktykował metodę rządzenia “divide et impera“ w stosunku do całego społeczeństwa polskiego w zaborze austriackim, wbijając w nie klin namiętnych nienawiści partyjnych i klasowych, przy czym zwalczał oporne mu stronnictwa i żywioły polskie za pomocą ugrupowań i sfer, dla rządu pozyskanych.

System ten wyrządzał sprawie polskiej wielkie szkody rozpanoszeniem się chwastu austriackiego na niwie polskiej myśli i pracy politycznej. Im bardziej horyzont europejski się zachmurzał i zwiastował zbliżającą się burzę, tym bezwzględniej dążył rząd austriacki do zawojowania Polaków w Galicji, do zgniecenia wśród nich tych żywiołów, o których miał przekonanie, że do monarchii i jej zamiarów w kwestii polskiej usposobieni są krytycznie, że się nie pozwolą użyć za narzędzie polityki austriackiej. Ster tej roboty ujął namiestnik Bobrzyński, organizując z ramienia rządu tzw. blok namiestnikowski i wiodąc go do nieprzebierającej w środkach walki ze stronnictwami niezawisłymi, by je powalić i ubezwładnić na okres konfliktu zbrojnego.

Reklama

Reklama

Zimą roku 1908/09, w okresie przesilenia bośniackiego, sztab generalny austriacko-węgierski wszedł przez niższe czynniki w kontakt z polskimi rewolucjonistami, którzy wskutek represji rosyjskich, spowodowanych ruchawką lat 1905/06, schronili się z Królestwa i Krajów Zabranych do Galicji i stanowili podatny materiał do akcji czynnej przeciwko Rosji. Ruchowi temu, który zrzeszać się począł w Związkach Strzeleckich pod sterem Józefa Piłsudskiego, udzielał sztab generalny skwapliwie pomocy, przygotowując nie tyle kadry oddziałów wojskowych do regularnej walki w polu, ile hufce partyzanckie, mające w chwili wybuchu wojny z Rosją wkroczyć bezzwłocznie do Królestwa, wywołać tam powstanie i zorganizować wywiad wojskowy.

Wszystko to czyniła Austria, sugerując polskiej opinii publicznej, że walka z Rosją przyniesie narodowi polskiemu zjednoczenie Królestwa z Galicją w ramach monarchii habsburskiej, przebudowanej w sensie trializmu austriacko-polsko-węgierskiego. Tymczasem w rzeczywistości wisiało owo tzw. austriackie rozwiązanie sprawy polskiej zupełnie w obłokach, przede wszystkim dlatego, że nie chciał o niej nic wiedzieć Berlin, a wbrew jego woli nie mógł Wiedeń niczego przesądzić w sprawie polskiej, w której Niemcy uważały się za najżywiej zainteresowane i rezerwowały sobie stanowczo decyzję. Nie było też w kierunku trialistycznym żadnego zgoła postanowienia miarodajnych czynników austriacko-węgierskich. Wbrew temu, czym sfery wiedeńskie łudziły Polaków, Królestwo Polskie nie było zgoła głównym celem aspiracyj monarchii habsburskiej. Ambicje jej szły w pierwszym rzędzie w kierunku Serbii i Lombardii.

Jeżeli Austro-Węgry nie gardziły również ewentualną aneksją ziem polskich, to w każdym razie — jak wykazał rozwój wypadków — nie uważały bynajmniej niepodzielności Królestwa za dogmat swej polityki wojennej, gotowe, przeciwnie, do kompromisowych kombinacji podziałowych. Był przy tym zarówno w rodzinie panującej, jak w sferach rządowych i sztabowych, silnie reprezentowany prąd, względem Polski jawnie wrogi, który pragnął na wschodzie zdobyczy ziem, nie polskich, lecz ruskich. Przyświecała mu myśl przyłączenia do Austro-Węgier Ukrainy, obejmującej obszar ruski, który by odebrano Rosji, ponadto Chełmszczyznę, oddzieloną od Królestwa Polskiego, oraz wschodnią, większą część Galicji. Zwolennicy tej koncepcji uważali element ruski, w ten sposób uczuciowo pozyskany dla monarchii habsburskiej, a zarazem stojący na niskim poziomie świadomości narodowej i wyrobienia politycznego, za czynnik łatwiejszy do pokierowania i stąd za materiał państwowy dla Austro-Węgier dogodniejszy od społeczeństwa polskiego, którego dążenie do pełnej samodzielności, historią wieków uzasadnione, dobrze było znane.

Wobec zbliżającego się konfliktu z Rosją, przygotowywano w Wiedniu grunt do wygrania karty ukraińskiej już na szereg lat przed wojną, faworyzując ruch ukraiński kosztem interesów polskich, jak np. w sprawie reformy sejmowej. Pozwoliły się rządowi dzięki wpływom namiestnika Bobrzyńskiego użyć do tego celu niektóre stronnictwa polskie w Galicji, głównie w zachodniej części, w przekonaniu, że służą polskiej racji stanu, W istocie rzeczy ukrainofilska polityka austriacka zmierzała do zmniejszenia roli żywiołu polskiego w monarchii, do zredukowania narodowego obszaru polskiego, do obniżenia wagi sprawy polskiej

Reklama

Jakiekolwiek były w kwestii polskiej motywy i przesłanki polityki trzech państw rozbiorowych, jakiekolwiek były ich plany i zamiary, wszystkie schodziły się w jednym punkcie, w dążeniu do zmniejszenia polskiego obszaru narodowego. Rosja zmierzała tą drogą do „odszkodowania“ za ewentualne rozluźnienie się, czy pęknięcie węzłów prawno- państwowych, łączących z nią Królestwo Polskie; Austro-Węgry do zrealizowania swych ukraińskich ambicji dynastycznych i państwowych; Niemcy do stopniowego zniszczenia narodu polskiego i ostatecznego zlikwidowania sprawy polskiej.

Na szczęście nasze sternicy państw rozbiorowych w dążeniu do celów, sobie wytkniętych w kwestii polskiej, zbyt długo byli zapatrzeni w stan rzeczy u nas z czasów rozbiorowych i okresu powstań, a za późno zorientowali się w głębokich przemianach, jakie się dokonały w ustroju społeczeństwa polskiego, a w następstwie tego w układzie jego sił politycznych, w ostatnich dziesiątkach lat minionego wieku. Widzieli oni w Polsce — Polskę starą, szlachecką, z dawną jej jednostronną strukturą społeczną, z dawnymi jej błędami i grzechami. Nawet taki mąż stanu, jakim był Bismarck, sądził, że załatwi się ze społeczeństwem polskim zaboru pruskiego, skoro wykupi ziemię z rąk szlachty polskiej, która pieniądze, otrzymane od rządu praskiego, roztrwoni w Monako. Wrogowie nasi mieli przed oczyma ową Polskę bez równowagi społecznej, posiadającą u wierzchu swej budowy kierowniczą warstwę szlachecką, utalentowaną, ale rozpróżniaczoną, pozbawioną twórczego pierwiastka gospodarczego i nowoczesnego instynktu państwowego, — u spodu szerokie masy ludowe o słabej świadomości narodowej, zupełnie bez zmysłu politycznego, bierne, nieodgrywające najmniejszej roli, nieinteresujące się przyszłością swej ojczyzny, — a w pośrodku pustkę zamiast stanu średniego.

Polska owa szlachecka żyła w pojęciu spadkobierców tych, co Rzeczypospolitę rozdarli, w dalszym ciągu romantyzmem politycznym, który nie liczył się z warunkami rzeczywistości, lub też tonęła w politycznym oportunizmie, względnie w sobkostwie stanowem. Taka Polska, ich zdaniem, nie tylko nie miała jutra przed sobą, ale potwierdzała słuszność dokonanych rozbiorów i uzasadniała dalszą likwidację sprawy polskiej i dalsze grzebanie polskiego narodu. Ci, którzy tak sądzili i na takich sądach opierali kalkulacje, brali w rachubę tylko łatwiej dostrzegalne objawy naszego życia publicznego, lecz nie wnikali w głąb duszy zbiorowej narodu polskiego, do pozornie jeszcze w uśpieniu znajdujących się szerokich podstaw jego społecznych, do dokonywającej się pod ziemią u podstaw tych pracy narodowej, która powoli, ale konsekwentnie wiodła Polskę ku odrodzeniu. Uważano nas za naród, zdolny najwyżej do powtórzenia dawnych prób powstańczych, które chciały sprawę polską postawić, ,,przypomnieć ją sumieniu Europy“, a które w rzeczywistości wskutek nieliczenia się z własnymi siłami, a środkami przeciwnika, z konstelacją międzynarodową i grą czynników zagranicznych, wyzyskujących dążenie Polaków do niepodległości dla swoich własnych celów, podkopywały sprawę polską, niszczyły siły żywotne narodu polskiego, wzmagały rozpęd zachłanny wroga i zacieśniały węzły przyjaźni prusko-rosyjskiej.

Pamiętano, że po powstaniach tych nastąpił jako reakcja przeciwko ich romantyzmowi i bohaterstwu desperackiemu pozytywizm z dodatnimi, ale i groźnie ujemnymi pierwiastkami, z duchem sceptycyzmu, z którego zrodził się trójlojalizm, zrodziła się ugoda na trzy fronty, jako wykwit rzekomo rozsądku i trzeźwości politycznej, politycznego „realizmu“, a w istocie rzeczy jako utrata wiary w możność odzyskania niepodległości i stąd nakaz politycznego i moralnego pogodzenia się na stałe z przynależnością do trzech państw rozbiorowych. Przeciwstawienie znów trójlojalizmowi widziano w uprawianym przez Frakcję Rewolucyjną Polskiej Partii Socjalistycznej tzw. socjalrewolucjonizmie, który walkę polityczną z caratem o niepodległość Polski łączył z dążeniem do powszechnej rewolucji społecznej w sensie socjalistycznym i w konsekwencji praktycznej wlókł sprawę polską za rosyjskim ruchem rewolucyjnym, od jego widoków i obrotów ją uzależniał i na płacenie jego rachunków narażał naród polski, nie licząc się z warunkami rzeczywistości, czego powodem było to, że u steru socjalrewolucjonizmu polskiego stali częściowo zradykalizowani epigonowie szlacheckiej romantycznej polityki powstańczej, częściowo żydzi polscy, związani z żydostwem rosyjskim.

Tymczasem wrogowie nasi nie orientowali się dość długo, że pod powłoką tych prądów, z których pierwszy, ugodowy, zupełnie był płytki i słaby, a drugi, socjalistyczno-rewolucyjny, obejmował część tylko warstwy przemysłowo-robotniczej, — dokonywał się w szerokich masach ludu: wiejskiego, stanowiących główną podstawę naszego narodu, głęboki proces społeczno-polityczny. Masy te, przedtem głuche i bierne, ruszyły się z letargu i niemocy, poczuły swą wagę społeczną, obudziły się do życia narodowego. Sprzyjały temu niewątpliwie niezależne od nas warunki zewnętrzne, przynajmniej w dwóch zaborach, pruskim i austriackim, a mianowicie rozwój konstytucjonalizmu, powołujący warstwy ludowe do praw i obowiązków politycznych; ale głównym, istotnym motorem tej ewolucji był własny nasz wysiłek, był wielki nakład pracy narodowej, włożony przez patriotyczną inteligencję, wiejską i miejską, świecką i duchowną, w uobywatelenie włościan, w przyswojenie im oświaty narodowej i ogólnej, w pociągnięcie ich do obrony dóbr narodowych na równi z resztą społeczeństwa. W zaborze rosyjskim, gdzie dla tej działalności warunki zewnętrzne były najgorsze wskutek braku podstaw konstytucyjnych, praca nad ludem przeprowadzona została na wielką skalę w sposób nielegalny, nie tylko przyswajając licznym rzeszom włościańskim wiedzę o Polsce i jej aspiracjach, ale ponadto wiodąc je do aktywnego politycznego zmagania się z systemem rusyfikacyjnym na gruncie gminy i w borykaniu się o jej polskość kształcąc je i hartując do walki o polskość ustroju państwowego. Wielka ta orka narodowa była dziełem ruchu demokratyczno-narodowego, sterowanego konspiracyjnie przez Ligę Narodową, a znajdującego główny wyraz publicystyczny w „Przeglądzie Wszechpolskim“, wydawanym od roku 1895 do 1905 najpierw we Lwowie, później w Krakowie przez Romana Dmowskiego i Jana Popławskiego dla sfer inteligencji, i w „Polaku“, redagowanym z przerwami od 1896 do 1911 roku przez Popławskiego z pomocą Wojnara, Załuski i in. dla sfer ludowych.

Ideologia Ligi Narodowej i Narodowej Demokracji była zasadniczo odmienna od całego sposobu myślenia zarówno stronnictwa ugodowego, jak Frakcji Rewolucyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej. Sceptycyzmowi, oportunizmowi i rezygnacji ugodowców przeciwstawiała stanowczą wiarę w Polskę i jej przyszłość niepodległą, przy czym źródłem wiary tej było poczucie siły, czerpane z mas ludowych, rwących się do życia narodowego. Ruch demokratyczno-narodowy odrzucał bezwzględnie moralne i polityczne godzenie się z faktem rozbiorów i wtłaczanie naszych dążeń politycznych w ramy trójlojalizmu, — odrzucał je, żeby nie dopuścić do zatrucia duszy mas ludowych i całego społeczeństwa, do złamania energii jego oporu wobec systemu antypolskiego, siły jego aspiracji do niepodległości, oraz żeby zapobiec dobrowolnemu przez sankcję podziałów Polski przekreśleniu sprawy polskiej, jako zagadnienia międzynarodowego.

Ale tak samo przeciwstawiała się Liga Narodowa i Narodowa Demokracja rewolucjonizmowi Frakcji Polskiej Partii Socjalistycznej, jej literacko-emigracyjnym kategoriom myślenia o niepodległości, a zarazem jej roztapianiu interesu polskiego w prądach międzynarodowych i uzależnianiu go od rewolucji rosyjskiej.

Dla Narodowej Demokracji ten tylko pracował skutecznie, istotnie nad wskrzeszeniem niepodległego państwa polskiego, kto zdawał sobie konkretnie sprawę z warunków, decydującyeh o rzeczywistej niepodległości, kto liczył się ściśle z realnymi stosunkami międzynarodowymi, szczególnie z wzajemnym stosunkiem państw rozbiorowych, kto trzeźwo obliczał siły i szanse i racjonalnie układał środki i drogi, wiodące do celu ostatecznego. W oczach obozu, sterowanego przez Ligę Narodową, nie było drogą, która by Polskę prowadziła do niepodległości, ani powstanie, porywające się z motyką na słońce, ani stawianie wszystkiego na kartę rewolucji rosyjskiej, robienie z kwestii polskiej cząstki przewrotu rosyjskiego i przez to na zewnątrz, w oczach zagranicy, degradowanie sprawy polskiej, a na wewnątrz rozsadzanie społeczeństwa rozkładowymi pierwiastkami rosyjskimi, przede wszystkim wpływami żydowskimi.

Podczas kiedy dla socjalizmu polskiego walka z caratem rosyjskim faktycznie wyczerpywała walkę o niepodległość Polski, Narodowa Demokracja uważała za warunek rzeczywistej niepodległości wyzwolenie wszystkich trzech dzielnic, przy czym kładła szczególny nacisk na wagę ziem zachodnich pod zaborem pruskim, zasłaniających Polskę przed niebezpieczeństwem najgroźniejszym – niemieckim, i zabezpieczających jej dostęp do morza oraz bogactwa ziemi górnośląskiej, tern samem niezawisłość gospodarczą. Idea wszechpolska, wiążąca cały naród solidarnością myśli, aspiracji i dążeń, była najbardziej twórczym, najsilniejszym elementem ideologii demokratyczno- narodowej. Ona to uzdolniła naród w dużej jego większości do zajęcia w wojnie światowej — mimo przykucia do trzech państw obcych, a do dwóch stron wojujących — jednolitej postawy, torującej Polsce drogę do zjednoczenia; ona to położyła realne podstawy naszej wewnętrznej, moralnej niepodległości, bez której mowy być nie mogło o odzyskaniu niepodległości państwowej.

Marian Seyda

—————–
Marian Seyda (1879 – 1967) – polityk i publicysta związany z ruchem narodowym, w II RP poseł na Sejm Ustawodawczy oraz I kadencji, senator II i III kadencji, członek Komitetu Ministrów dla Spraw Kraju z ramienia Stronnictwa Narodowego od 8 listopada 1939 r. Od 1900 r. należał do Ligi Narodowej, a potem był komisarzem LN na zabór pruski. Został współzałożycielem Centralnej Agencji Polskiej w Lozannie. Wszedł w skład Komitetu Narodowego Polskiego. W 1919 r. był ekspertem do spraw politycznych przy delegacji na konferencję pokojową w Paryżu.

42

Reklama