REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Kenig: Popieram strajk nauczycieli

87

Nauczyciele mają tylko jeden postulat – dodatkowo 1000 zł dla każdego co miesiąc. Rząd twierdzi, że to niemożliwe, bo nie ma na to pieniędzy, przy czym zaproponował strajkującym niebagatelną podwyżkę 15%. Solidarność się zgodziła, a ZNP trwa przy swoim i żąda podwyżki kwotowej, nie procentowej.

Mało kto zwraca uwagę na fakt, że jest to wojna w rodzinie, mocno podzielonej, często szczerze nienawidzącej się, toksycznej i patologicznej, ale rodzinie. Solidarność sympatyzuje z PiS, a ZNP z PO, a teraz z szerszą Koalicją Europejską. Dwa fronty socjalistyczne, które walczą ponad naszymi głowami już blisko 30 lat, cały czas chcą nam udowodnić, który z nich jest fajniejszy ustawiając nas w sytuacja bezalternatywności pokazując we wszystkich mediach, że ci, co poza nimi to świry.

Żadna z obu stron nie chce poważnych zmian systemowych, choć usłyszeliśmy od Premiera zaproszenie do okrągłego stołu. Miało miejsce dopiero po kilku dniach trwania strajku i dowodzi braku chęci ich przeprowadzenia – jak podejmowano decyzję o likwidacji gimnazjów to nawet nie konsultowano tego z nikim na zewnątrz, tylko szybko i sprawnie przeprowadzono.

Reklama / Advertisement

Zdecydowanie się na tak desperacki krok, jakim jest strajk dowodzi determinacji nauczycieli. Rozpoczęcie akcji tydzień temu, 8 kwietnia, było nieprzypadkowe: rozpoczyna się seria egzaminów dla abiturientów, najpierw w gimnazjach, potem w podstawówkach, a na końcu matury. Do tego dochodzi gorący okres końca roku szkolnego, kiedy uczniowie chcą, a czasami muszą poprawić swoje oceny, by uzyskać promocję do następnej klasy, lub stypendium naukowe.

Nie dziwię się, że wybrano taki okres, ponieważ pokrywa się on z kampanią wyborczą do parlamentu europejskiego z głosowaniem wyznaczonym na 26 maja oraz jesiennymi wyborami do parlamentu krajowego. Te fakty oraz sposób narracji między najważniejszymi partiami upewnia nas, że albo strajk został wywołany w celu politycznym (co trudno będzie udowodnić), albo jest tak przez polityków wykorzystywany (co jest oczywiste).

Dlatego popieram ten strajk, ale pod jednym warunkiem – że jest i będzie traktowany poważnie przez obie strony. Ktoś się może zdziwi, ale sprawa jest poważna i ludzi biorących udział w tym sporze traktuję ze śmiertelną powagą, choć „tfurczość muzykopodobna” niektórych strajkujących odziera ten akt z pewnej części powagi. Do tego dochodzą nas głosy, że w pokojach nauczycielskich rozmawia się czy strajkować mają osiem godzin, czy może tyle, ile trwają ich lekcje? Słyszę o dyskusjach, czy aby na czas świąt nie zawiesić protestu? A może strajk rotacyjny? To głosy mocno niepoważne i powinny być traktowane jako klasyczne głosy łamistrajków.

Reklama / Advertisement

Popieram strajkujących i rząd jednocześnie licząc, że traktują poważnie swoje słowa i pozostaną przy swoich postulatach do końca. Ten, kto pierwszy się ugnie będzie wielkim przegranym, a wygrywający ma zapewne wielką szansę wygrać jesienne wybory i rządzić samodzielnie przez następną kadencję, a jak się dobrze poukładają to być może nawet dekady. Taki klincz może trwać wiele miesięcy, a na pewno do jesiennych wyborów.

Moje poparcie jest podyktowane troską o dzieci, rodziców, nauczycieli i budżet. Samorządy mają zakaz wypłacania wynagrodzeń za czas strajku nauczycieli, a trzeba wiedzieć, że oświata stanowi nawet połowę wydatków samorządów. Kilka miesięcy niewypłacanych wynagrodzeń to wielki oddech dla mocno zadłużonych gmin, bo nie będą musieli dopłacać do subwencji. Budżet rządowy zyska, bo nie będzie wypłacał gminom subwencji za nauczycieli strajkujących i też złapie oddech.

Dzieciom nic się nie stanie, bo system będzie trzeba nagiąć – wszak sprawa dotyczy całego kraju, a ustawy będzie przyjmował nowy parlament i od niego decyzji zależy jak ręcznie zmienić ten system, by wszystko było tak jak było, a sądy zapewne przyklepią, bo przecież chodzi o „dobro dzieci”.

A rodzice? W nich nadzieja. Będą mieli szansę zorientować się, że bez nauczycieli w klasycznej szkole da się żyć, będą mogli zorganizować alternatywny sposób nauczania swoich dzieci po przeanalizowaniu, jak dużo czasu już im to zabiera. Najpierw odrabianie lekcji, potem wyjazd na basen, tenisa, siatkówkę, angielski, korepetycje, etc. Jak się dobrze przyjrzeć, to gdyby ten czas poświęcać dziecku w sposób rozsądny to znaczna część rodziców realizuje klasyczne nauczanie domowe i może to robić bez konieczności udziału w państwowym systemie oświaty. Z pełną kontrolą nad treściami, które chcemy przekazać.

Jerzy Kenig

Reklama / Advertisement