Irena Pannenkowa: Ideał wychowawczy

„Każdej edukacji stanowiciel to poznać najpierwej powinien, czym jest człowiek z natury, czym ma się stać przez wychowanie, dopiero potem prawidła edukacji ułoży. Tak doskonały rzemieślnik wprzód materię poznaje, a gdy, co z niej ma urobić, postanowi, dopiero wtenczas swojej pracy narzędzia dobiera”.
(Stanisław Staszic: „Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego”).

I

W samem pojęciu organizacji tkwi pojęcie „celu”, dla osiągnięcia którego właśnie organizuje się ludzi i środki. To też i organizacja wychowania posiada cel, który tutaj nazywa się „ideałem wychowawczym”.
Ideał taki może mieć charakter naturalny lub sztuczny, może być społeczeństwu danemu obcym lub też być dlań rodzimym, może być wreszcie określonym i jasnym, lub nieuchwytnym i mętnym. Typowo obcym był np. narzucony społeczeństwu ideał i system wychowawczy szkoły Apuchtinowskiej w Królestwie. Obcy język wykładowy, obcy nauczyciele, brak jakiejkolwiek łączności między domem a szkolą, ostre przeciwstawienie sobie nauczycieli i uczniów, niby dwóch wrogich obojów – oto podstawy, na których zbudowany system wychowawczy dążył do ideału, najzupełniej sprzecznego z duchem i tradycją narodu polskiego.

Charakterystycznie obcym duchowi polskiemu był ów fałsz i duch policyjny, jaki przenikał całą atmosferę szkoły Apuchtinowskiej. Albowiem z natury rzeczy wynikało wprawdzie, że szkoła ta miała za cel tego lub owego nauczyć, ale niemniej jasnym, a może nawet silniej jeszcze niż pierwszy, akcentowanym był – drugi, naturze rzeczy przeciwny, cel szkoły tej – by mianowicie to i owo z dziedziny wiedzy przed uczniami zataić, względnie sfałszować – i te fałsze w miejsce prawdy do wiadomości podać. Fałsz, metodycznie uprawiany w nauce, przenikał także dziedzinę stosunków moralnych. Chodziło wprawdzie o kultywowanie w wychowankach pewnych „cnót”, jako to: lojalności, czci dla autorytetu rządowej władzy, ślepej karności itp. cnót tzw. policyjnych – ale zarazem, a może bardziej jeszcze, chodziło o prześladowanie i tępienie cnót innych, cnót tzw. obywatelskich, a więc samodzielności i swobody myślenia, krytycyzmu, odwagi cywilnej, miłości prawdy, instynktów bohaterskich, czci dla tradycji i tych wszystkich rzeczy, które sercu polskiemu najbliższe są i najdroższe.

Nic też dziwnego, że ten ideał wychowawczy, sztucznie wytworzony i siłą narzucony, nie mający żadnych wzorów żywych w najbliższym otoczeniu, – nigdy nie był w stanie się realizować, że ten system nie zapuścił nigdy żadnych najpłytszych choćby korzeni ani w duszach dziecięcych, ani w ogóle w społeczeństwie, – i że pierwsza burza wolnościowa zmiotła go z powierzchni życia bez śladu.
Typowo sztucznym będzie ideał wychowawczy, jeśli się go zbuduje, jak to czynią niektórzy teoretycy-pedagogowie, z pewnych poszczególnych cnót i przymiotów, które autorowi bądź z ogólnoludzkich, bądź z patriotycznych czy z osobistych pobudek – szczególnie wydają się pożądane i zbawienne. „Ideału nie zszywa się z kawałków” – stwierdza słusznie p. Radwan.

Niepodobna albowiem tego, co ma być wzorem życia, składać mechanicznie z pewnych martwych, odrywanych od życia jakości, tak, jak np. pojęcie buduje się z cech pojedynczo odrywanych od rzeczywistości. Ideał taki składać się może wtedy z bardzo pięknych, doskonałych szczegółów – ale sam w ogóle, nie będzie doskonałym, gdyż nie będzie żywym. Podobnym będzie do owych sztucznie preparowanych „homunculusów”, które to twory posiadać w końcu mogą wszystko, co człowiekowi mieć należy, prócz jednej… „drobnostki”, prócz – duszy. Ten jednak „szczegół” stanowi właśnie istotę tego, co nazywamy człowiekiem. Bez niego mamy do czynienia z martwą rzeczą tylko. Taki ideał wychowawczy, aby był naturalnym i zarazem realnym, musi mieć nerw życia w sobie i sam musi tchnąć życiem.

REKLAMA/Advertisement

Ażeby zaś to osiągnąć, musi sam z bezpośrednio otaczającego go życia wyniknąć, gdyż tylko życie – tworzyć życie jest zdolne, musi być niejako funkcją epoki i środowiska, musi być wyrazem najistotniejszych oraz najwyższych i najszlachetniejszych znamion i aspiracji danego plemienia w dostosowaniu się, oczywiście, do indywidualności danego osobnika.

Słowem, wyrastać musi jak kwiat z ojczystej gleby życia narodowego i z gruntu jego cech i jego potrzeb realnych musi czerpać swoje soki żywotne. Tylko wtedy mieć będzie charakter określony i jasny, w przeciwieństwie do ideałów, tworzonych sztucznie, które są zazwyczaj nieuchwytne i mętne.
Czyli ideał wychowawczy nie jest niczym innym jak ideałem narodowym, ogarniającym tak ideowe aspiracje, jak uczuciowe podstawy i realne dążenia narodu – a uplastyczniającym się najlepiej w najszlachetniejszym typie narodowym, w tym typie, o który oparty naród cały rósł, i potężniał, i rozkwitała szczęściem ojczyzna. Taka jest geneza i istota wszystkich tych ideałów wychowawczych, które będąc zarazem wykwitem i zarodkiem twórczym życia w rozwoju społeczeństw, rolę swoją wybitną i w tym rozwoju odegrały i jako takie przeszły do historii.

Takim więc był surowy, żołnierski ideał Spartan i bardziej humanitarny „wszechstronny” ideał Ateńczyków. Takim był chrześcijańsko-rycerski ideał społeczeństw średniowiecznych i dworsko-humanistyczny ideał narodów romańskich w epoce Odrodzenia, – skąd wraz z wpływami kulturalnymi romańskimi ideał owego „galant’uoma” pod nazwą „dworzanina” i „dwornej pani” przewędrował do Polski. Taki – z logiki rozwoju dziejowego własnego społeczeństwa i z jego psychiki wynikły – taki – wyraźnie i doskonale wedle typu narodowego kształtowany – ideał i cały system wychowawczy posiadają dzisiaj, obok Japończyków w Azji, dwa przed wszystkimi innymi narody w Europie: Anglicy i Niemcy.

II

Japoński ideał narodowy – i wychowawczy zarazem – krystalizuje się w idealnym typie tzw. „samuraja”, które to pojęcie odpowiada polskiemu – rycerz albo szlachcic. Japoński narodowy system etyczno-wychowawczy, tzw. Bushido, jest to daleko w tradycję źródłami swymi sięgający zbiór wskazań i zasad, na których opierać się winno postępowanie prawdziwego samuraja. Nie możemy nie zacytować tutaj niektórych zdań japońskiego autora nie tylko dlatego, że wskazują one dobitnie, jak bardzo pierwiastek narodowy przenika na wskroś Japońskie życie, w dziedzinie etyczno-wychowawczej, tak samo jak i w każdej innej, – ale i dlatego, że wyświetlają one i samo postawione przez nas pojęcie ideału wychowawczego.

„Gdyśmy – powiada Nitobe Inazo – przechodzili poszczególne cnoty, właściwe Bushido, to dla oświetlenia ich i porównania posługiwaliśmy się rozmaitymi źródłami europejskimi i wówczas przekonaliśmy się, że ani jedna właściwość charakteru nie była jego wyłącznym dziedzictwem”. Dopiero „właściwe mu połączenie moralnych właściwości daje zupełnie odrębny obraz”, taki zaś „odrębny obraz” tworzy właśnie, zdaniem Japońskiego autora, „wyłączne dziedzictwo jakiegoś plemienia lub narodu”.

„Japonia – powiada w innym miejscu – zawdzięcza samurajom wszystko, czymkolwiek jest. Byli oni nie tylko kwiatem narodu, lecz także jego korzeniem”. „Tak jak kwiat wiśni króluje między kwiatami, tak samuraj jest panem wśród mężczyzn, – powiada lud”. Czym jest dla Japończyków Bushido? Autor odpowiada na to pytanie: „Bushido jest twórcą i wytworem starej Japonii”. Czym jest stara Japonia dla Japonii współczesnej? Odpowiada na to autor w słowach następujących: „Mówiono, że Japonia zwyciężyła w wojnie chińskiej dzięki karabinom Murata i armatom Kruppa; mówiono, że zwycięstwo było dziełem nowoczesnego systemu szkolnictwa; to jest tylko w połowie prawdą. Najdoskonalsze karabiny i armaty nie biją same; najnowszy system wychowania nie zdoła przemienić tchórzów na bohaterów. Nie! Duchy naszych ojców prowadziły nam armię i odzywały się w naszym sercu gdyśmy zwyciężali nad Jalem, w Korei i w Mandżurii (…). Nawet w Japończyku o ideałach najbardziej nowoczesnych mieszka duch najstarszego z samurajów”. A w innym miejscu mówi: „Choć działanie Bushido jest potężnym i głęboko idącym, to jednak wpływ jego jest nieświadomy i cichy. Serce ludu odpowiada, nie wiedząc dlaczego, na każde wezwanie zwrócone do jego odziedziczonych skłonności (…). Kiedy się da pobudzić uczucie, wyrosłe z Bushido, może nastać moralne odrodzenie o nieprzewidzianej potędze”.

III

Porzućmy jednak egzotyczny teren Azji, a powróćmy do ideałów wychowawczych dwóch wspomnianych już narodów europejskich, Anglików i Niemców. Otóż co do nich, to ciekawą jest niezmiernie odmienność kultury i struktury społecznej dwóch tych – tak bardzo rasą pokrewnych sobie narodów, – i godną szczególnej uwagi – z tej odmienności zasadniczej wynikająca różność, a nawet wręcz przeciwstawność ideałów i systemów wychowawczych.

Cała struktura duchowa i polityczno-społeczna Anglii oparta jest na poczuciu praw i obowiązków ze strony pojedynczych obywateli, – cały rozwój jej wynika z inicjatywy i przedsiębiorczości jednostek. Nazwiska tych jednostek, bynajmniej, zdawałoby się czasem nieprzygotowanych i niepowołanych do odegrania wybitniejszej roli dziejowej, jaśnieją jak drogowskazy, znaczące pochód dziejowy narodu.

Tak z rozwojem sławnej starożytnej konstytucji angielskiej związane są na wieki imiona obywateli takich jak Szymon z Montfortu z XIII wieku, John Pyme lub Cromvell z wieku XVII. Tak syn prostego majtka, śmiały i przedsiębiorczy korsarz, Franciszek Drake, kładzie podwaliny pod rozwój morskiej potęgi Anglii. Ustalenie jej mocarstwowego znaczenia związane jest z nazwiskami królów takich, jak Elżbieta i Wilhelm III, a także mężów stanu, jak Pittowie, Disraeli, Salisbury i inni. Założycielem potęgi kolonialnej jest tzw. „praojciec” Stanów Zjednoczonych – Walter Raleigh. Podbicie Indii Wschodnich i stworzenie tam państwa angielskiego jest również dziełem jednostki, Roberta Clive’a, którego nb. rodzice, średniozamożni obywatele, jako marnującego się niepoprawnego nicponia, we wczesnej młodości, nie wiedząc co z nim począć w domu, wyprawili z rozpaczy do Indii, a który potem, jako jeden z pierwszych parów Anglii, żywota dokonał. Temu to gentlemanowi – dzisiejsi królowie Anglii zawdzięczają cesarską koronę Indii. Wielki przemysł i handel światowy angielski zupełnie tak samo jest dziełem prywatnych przedsiębiorców.
Słowem we wszystkich dziedzinach życia nie państwo, lecz swobodna działalność jednostek i korporacji była i jest głównym czynnikiem postępu w Wielkiej Brytanii.

Wśród tego samorzutnego i nieustannego dążenia jednostek do zdobywania i opanowywania świata dla swojej wyspiarskiej ojczyzny, – wśród tego śmiałego torowania na własną rękę i na własną odpowiedzialność coraz to nowych dróg rozwojowych dla swego narodu, – wyrobiło się w społeczeństwie angielskim skończone i ustalone pojęcie pewnego idealnego typu narodowego, które to pojęcie zamyka się w znanym wszechświatowej sławy terminie: gentleman. „Te trzy zgłoski, powiada Taine, których używają po tamtej stronie kanału, dają w krótkości historię angielskiego społeczeństwa”.

W tych trzech zgłoskach zawiera się zarazem ideał wychowawczy całego szeregu angielskich pokoleń. Istotną cechą takiego gentlemana, takiego pana, który będąc obywatelem Anglii uważa się i uważać się może istotnie za obywatela świata zarazem, istotną jego cechą jest – zwana przez Locke’a „początkiem i fundamentem wszelakich cnót i prawdziwej zacności” – zdolność doskonałego panowania nad sobą, – którą to władzę, – jak Locke komentuje dalej, „nabywa się i doskonali przez zwyczaj”. Dalszymi cechami jego są: doskonałe wyćwiczenie wszystkich władz ciała i duszy, a więc fizyczne zdrowie, moralny hart, praktyczna zaradność i przedsiębiorczość, umysłowa samodzielność i krytyczność, a wreszcie pewna wszechstronność, pewna, że się tak wyrazimy „pańskość”, nie dozwalająca, by z pod maski, „gentlemana” wyzierała zawodowa specjalność, czy stanowisko społeczne człowieka. Prawdziwy gentleman nie powinien wyglądać jak profesor czy jak obywatel ziemski, jak kupiec czy literat, jak adwokat czy jak dyrektor banku, – wyglądać on winien zawsze jak dobrze wychowany Anglik, jak obywatel świata, słowem, jak gentleman.

Na takich zasadach oparte jest klasyczne dziełko Johna Locke’a: „Kilka myśli o wychowaniu”. Sam Locke, lekarz z zawodu, filozof z powołania, a siłą okoliczności życiowych przez jakiś czas wychowawca młodych lordów, był przede wszystkim typowym Anglikiem, zarówno w charakterze swoim, jak w swoich filozoficznych poglądach. To też jego „myśli o wychowaniu”, choć sięgają XVII stulecia, po dziś dzień w oczach pedagogów angielskich nie straciły nic na świeżości i znaczeniu. Takim jest typ i takim jest ideał angielski.

Zupełnie odmienny jest typ i ideał wychowawczy niemiecki – jak zupełnie odmienne są drogi rozwojowe potężnego imperium niemieckiego (od r. 1870), – a w szczególności, jego głównego krystalizacyjnego ośrodka, jakim dla Niemiec są Prusy. Tu inicjatywa twórcza, czy to w zasadniczej sprawie zjednoczenia narodowego, czy w kwestii wytyczenia nowych szlaków rozwojowych w dziedzinie kulturalnej, czy politycznej, przemysłowej i handlowej, czy oświatowej i wychowawczej, inicjatywa ta zawsze niemal wychodziła z góry, od rządu. Tu nie ma miejsca na indywidualne niespodzianki ze strony dyletanckich, do danej roboty i danego stanowiska nieprzygotowanych i niepowołanych jednostek. Tu nie ma ludzi, którzy by, jak bohaterowie Gorkiego w Rosji, szukali rozpaczliwie a daremnie „swojego miejsca” w życiu i na świecie. Tu każda rzecz i każdy człowiek jest na swoim ściśle określonym miejscu i pełni swoją ściśle określoną funkcję mniejszego czy większego kółka, śruby lub śrubki w olbrzymiej znakomicie zorganizowanej i z dokładnością zegarową poruszającej się machinie społecznej. Do każdej rzeczy jest tu człowiek odpowiednio przygotowany i wykształcony – człowiek fachowy. To też, gdybyśmy w analogii do angielskiego „gentlemana” określić chcieli jednym wyrazem typ narodowy niemiecki, nie znaleźlibyśmy wyrazu lepszego nad niemiecki wyraz „fachmann”. A więc człowiek, który wręcz przeciwnie niż w Anglii, przede wszystkim jest fachowcem, przede wszystkim doskonale do specjalnej swojej funkcji wdrożoną i przystosowaną cząstką ogólnej całości, nie zaś, jak gentleman, całością sam w sobie.

Z tego punktu widzenia skonstruowany ideał i cały system wychowawczy, z niemiecką konsekwencją i systematycznością stosowany od szeregu pokoleń, umożliwił przeprowadzenie tej jedynej w swoim rodzaju i bodaj najznakomitszej w dziejach organizacji państwowej, w której najświetniej wyraża się geniusz narodu niemieckiego, która spoistością i mocą swoją przewyższa stokroć sławną ongiś organizację rzymską lub bizantyńską i inne im podobne. Albowiem tamto wszystko były lub są organizacje zewnętrzne i częściowe – wojskowe czy biurokratyczne, – ta zaś jest ponadto organizacją wewnętrzną i ogólną, jest powszechną organizacją – duchów, tym się jednakże różniącą np. od Kościoła, że celem jej jest Królestwo z tego świata.

Oczywistą jest rzeczą, że tego rodzaju organizacja wycisnąć musi przemożne swoje piętno na duszach jednostek, i że to idealne przystosowanie się do celów i wymogów całości nie może się odbywać bez pewnej ujmy dla wszechstronnego rozwoju indywidualności. Charakterystycznym też jest w rzeczy samej, że najgenialniejsi ludzie Niemiec, twórcy wielkiej niemieckiej muzyki, poezji filozofii etc., żyli i tworzyli wiekopomne swoje dzieła w czasach, gdy polityczne znaczenie Niemiec było znikomo małe, gdy Niemcy rozbite były na szereg drobnych, słabych, luźno zorganizowanych państewek.

I przeciwnie, gdy po r. 1870 państwo niemieckie rosnąć zaczęło do niebywałych przedtem szczytów potęgi, rozpoczął się równocześnie proces jak gdyby niwelacji indywiduów na tle olbrzymiej całości. Poziom jest wysoki, ale względnie równy. I zabrakło we wielkich Niemczech współczesnych ludzi, którzy by ponad głowy wyrastali współczesnym. Nawet w zakresie filozofii „naród myślicieli”, za jaki lubią się uważać Niemcy, posiada wprawdzie i dziś warsztat pracy rozległy i świetny, i dzieła w specjalnych dziedzinach nieoszacowane, niezbędne dla każdego, kto chce być aucourant badań współczesnych. Słowem posiada wielu filozofów wybitnych i zasłużonych, nie posiada jednak filozofów wielkich, – w znaczeniu wielkich inicjatorów i śmiałych a oryginalnych syntetyków myśli ludzkiej, odsłaniających nowe szerokie horyzonty, wyciskających piętno swojej indywidualności na swoim wieku i swoim pokoleniu, takich stawem myślicieli, jakimi byli z Niemców np. Leibnitz lub Kant niegdyś, jakimi są współcześnie angielski James lub francuski Bergson. Natomiast nieprześcignieni są Niemcy jako specjaliści, teoretycy czy eksperymentatorzy, lub też w organizacji pracy zbiorowej.

W ogóle zaś idea „całości” unosi się w Niemczech ponad treścią i zakresem indywidualnych żywotów.
„Deutschland, Deutschland über alles, über alles in der Welt”, takim jest zasadnicze społeczne i etyczno wychowawcze hasło, rozbrzmiewające we wszystkich dziedzinach życia w państwie Hohenzollernów. „Anglia spodziewa się, że każdy wypełni swój względem, niej obowiązek”, – tak brzmi analogiczne zawołanie narodu angielskiego. Punkt ciężkości narodowego obowiązku wedle naczelnej maksymy niemieckiej tkwi zatem ponad i ponad i poza konkretnymi jednostkami, w abstrakcyjnej idei narodowo-państwowej całości. Maksyma angielska przeciwnie przenosi ten punkt ciężkości do wnętrza duszy ludzkiej, do sumienia i samopoczucia jednostki.

IV.

To przerzucenie punktu ciężkości sprawy narodowej do wnętrza duszy ludzkiej, do samopoczucia jednostki, jest – obok, i pomimo wielu zresztą różnic – charakterystycznym punktem styczności między angielską a polską psychiką i tradycją dziejową. Tylko, że psychika i tradycja polska jeszcze silniejszy kładzie nacisk na tę zależność sprawy ogólnej od indywidualnego poczucia, a zwłaszcza od moralnego stanu jednostek.

„O ile polepszycie i powiększycie wasze dusze, o tyle polepszycie prawa wasze i rozszerzycie granice”.
Tylko że jeszcze silniejsze, niż w Anglii było w Polsce umiłowanie i wprost kult niemal wolności, jako najwyższego dobra człowieczego na ziemi. Szczególnie dobitnie o tym kulcie wolności, o tym duchu tolerancji w Polsce świadczy okres walk religijnych, epoka reformacji. Gdy Hozjusz, „organizator i kierownik soboru Trydenckiego”, wraz ze Skargą, „prorokiem natchnionym”, zwyciężyli w Polsce reformację, to mimo, że byli panami sytuacji, „nie posunęli się przecież do fanatyzmu czynnego, – jeden nie godząc się na wydalenie z kraju innowierców, drugi, twierdząc, że złe odszczepieństwo, ale krew miła” – i na rozlew tej krwi nie dając swego przyzwolenia”. Tak samo król Stefan Batory, sam szczery i gorliwy katolik, potrafił zarazem zająć zgodne z tradycją narodową stanowisko, gdy „żądano odeń, aby ukarał typografa Rodeckiego, uwięzionego za wydanie jakiejś książki kacerskiej. „Ego nunquam – oświadczył – persecutione aut sanguine religionem propagandam esse censeo (…). Nunquam humanas consciencias cogi posse”. (Wiary przenigdy prześladowaniem ani krwią propagować, zdaniem moim, nie należy (…). Nigdy ludzkie sumienia nie winny być zniewalane przymusem). I Rodeckiego kazał wypuścić z więzienia.

Było to w czasie, kiedy, jak słusznie tenże autor pisze dalej, „na zachodzie płonęły stosy”. W państwach niemieckich zasada „cujus regio, eius religio” tryumfowała. Franciszek I, wiążąc się z Turkami i popierając protestantów w Niemczech, u siebie palił Hugenotów i wyrąbał kilka tysięcy spokojnych Waldensów; Katarzyna Medicis urządza noc św. Bartłomieja i podobnie, jak Marja Tudor w Anglii, pławi się we krwi innowierców. Wszędzie władza z pobudek interesu czy fanatyzmu uważa, że posiada mandat do gwałcenia sumień, do wkraczania w świątynię duszy, dokąd jedynie w Polsce władza państwowa wkraczać nie ma prawa, ani nawet nie objawia ku temu tendencji. „Nie jestem królem sumień” – mówił król Zygmunt August. Zygmunt Stary Ekkiusowi, gdy go tenże do prześladowania lutrów wzywał, dał odpowiedź: „pozwól mi być królem owiec i kozłów” – a kiedy papież przestraszony postępem innowierstwa, sam do Polski wybierał się i królowi stawiał żądania, aby wytępił kacerzów, wytłumaczył się król, – że ma skrupuł, aby „rwąc kąkol, nie psował pszenicy”. Taka panowała w Polsce wolność i tolerancja w dziedzinie religijno-moralnej.

A w dziedzinie politycznej? Jak wiadomo, konstytucja polska, gwarantująca swobody obywatelskie, należy, po angielskiej, do najstarszych w Europie. Angielskiemu „habeas corpus” odpowiada polskie „neminem captivabimus”. Poprzez zdradzieckie nieraz gąszcze wszystkich prawnych i politycznych restrykcji, zawartych w przeróżnych owych „pactach conventach” i sejmikowych instrukcjach, poprzez błędne nieraz manowce rozmaitych „palladiów” wolności, – przedzierał się duch polski, zdążając do zabezpieczenia od hamujących wpływów państwa – swobody i rozwoju wszechstronnego jednostki, – do zdobycia prawa do swobodnej indywidualnej twórczości. Poprzez „liberum veto”, jako – nie najtrafniejszy niestety środek, zdążał do „liberum creo” – jako do niezawodnego celu.

W rzeczy samej, owo, tak nazywane przez nas „liberum creo” było w dążeniach narodu polskiego – taki samo jak angielskiego – fundamentalną podstawą i istotnym celem zarazem narodowego rozwoju.
Problem polegał tu na pogodzeniu wewnętrznej indywidualnej swobody jednostki z ogólną jednolitością i zewnętrzną potęgą państwa. Polsce nie dane było definitywnie problemu tego rozwiązać. Właśnie wtedy, kiedy po rozlicznych wstrząśnieniach – bliższą była rozwiązania jego, niż kiedykolwiek, wtedy właśnie – upadła, powalona brutalną przemocą państw, w których żaden tego rodzaju problem „wewnętrzny” nie komplikował prostych linii bezwzględnego dążenia do „zewnętrznej” mocarstwowej potęgi. Rozwiązała problem Anglia, – w tym szczęśliwsza od Polski, że wyjątkowo korzystne położenie wyspiarskie dozwoliło jej przetrwać okresy wstrząśnień i zaburzeń wewnętrznych – (stokroć cięższych jeszcze, niż w Polsce) – bezpiecznie, bez żadnego naruszenia z zewnątrz. Wymieniając niektóre ciekawe rysy analogiczne, tkwiące w psychice angielskiej i polskiej, nie możemy nie wskazać i na pewne charakterystyczne różnice.

Naród polski – również jak angielski – jest w naturze swej indywidualistycznym, a w tendencji swej – uniwersalnym. Ale w duszy polskiej najczulszą i najbardziej do rozwoju podatną jest strona moralna, gdy w charakterze angielskim najsilniej dźwięczy struna praktyczna.

Uniwersalizm angielski ma charakter agresywno-zdobywczy i na oku ma zawsze korzyści „namacalno-realne”. Uniwersalizm polski jest natury moralno-ideowej, działa przeto nie zaczepnie lecz pociągająco (dzieje przyłączenia Litwy, Rusi i Prus – hasła „za Wiarę i Wolność” lub „za waszą i naszą wolność”, wypisane na polskich sztandarach wojennych) – i na oku ma zawsze – lub przynajmniej miał zawsze dotychczas – interesy przede wszystkim – duchowe (czym się tłumaczą różne szalone z politycznego punktu widzenia kroki i przedsięwzięcia rządu polskiego, jako to: pozwolenie, udzielone przez Zygmunta I na sekularyzację Prus, jako objaw tolerancji, zaprzestanie zwycięskiego pochodu na Moskwę przez Batorego, gdy car obiecał… przyjąć katolicyzm. – bezinteresowna pomoc Sobieskiego dla Austrii pod Wiedniem, aby ratować… chrześcijaństwo itp.).

I cały wreszcie tzw. mesjanizm polski, gdy odrzucimy łuskę doktryny i mistycznej symboliki, – czymże jest w gruncie, jeśli nie objawem – równie śmiałej, jak szlachetnej – tendencji do moralnego podboju świata?
W ogniu cierpień i mąk porozbiorowych wyrobiony i – jak żaden inny w świecie – wysoce chrześcijański duch polski poczuł się w prawie i w sile, by normować moralny porządek świata. I czyż nie czujemy w rzeczy samej, że dużo tego prawa i tej siły ma on w istocie za sobą, że dużo jest rzeczy moralnego porządku, których Europa i świat uczyć by się mogły i powinny od Polski? Ta prawda tkwi niewątpliwie w mesjanizmie polskim.

Cóż dziwnego, że w tej atmosferze tolerancji i indywidualnej swobody, jaka panowała w państwie polskim, inicjatywa i twórczość obywateli była tu, podobnie jak w Anglii, pierwszorzędnym czynnikiem polityki państwowej i kulturalnego rozwoju. Wiekopomne dzieło unii polsko-litewskiej wynikło z natchnienia panów małopolskich i zostało dokonane pod ich naciskiem. Po dokonaniu unii, osobista przedsiębiorczość i energia jednostek – bez żadnej planowej akcji ni pomocy ze strony rządu – przeprowadziła dzieło kolonizacji ogromnych, przez napady tatarskie ustawicznie pustoszonych, obszarów ruskich aż po morze Czarne, – w ciągłym przy tym zmaganiu się z tatarskim i tureckim barbarzyństwem, zasiewając mogiłami polskimi cały ten obszar olbrzymi, od Krymu aż po Lwów. „Dzięki tym mogiłom, widocznym po dziś dzień dla jadącego przez stepy, dzięki wojskom i stanicom mogła Ruś kijowska zachować swój charakter etnograficznie słowiański”. Tam na rubieży nie tylko Rzeczypospolitej, ale i całej chrześcijańskiej Europy niosła szlachta polska wraz z ofiarą krwi kulturę ziemi i obyczaju, oświatę i porządek prawny, znajdując dla nadmiaru swych sił żywotnych i bujnego temperamentu takież ujście na Dzikich Polach i pustych stepach Ukrainy i Podola, jakiego angielscy „dżentelmeni” szukali za oceanem, dzielącym świat nowy i stary od zbyt dla nich ciasnej ich wyspy rodzinnej. I był snadź niemały tych sił żywotnych nadmiar, kiedy równocześnie z całą olbrzymią tą pracą oręża i pługa na zewnątrz, nie ustawała natężona kulturalna praca na wewnątrz rdzennej Polski. Dwa szczegóły charakterystyczne. „Od roku 1503 do 1536 wyszły w Krakowie 294 książki, to jest tyleż, co w tymże czasie w całej Anglii. Hartmann Schaedel, Niemiec, w swej”Chronica” z 1493 r., mówiąc o Krakowie pisze: „Najlepiej tam zakwitła astronomia – w całych Niemczech sławniejszej nauki astronomii nie masz”.

Z dziejami Polski również jak z dziejami Anglii, wiąże się nierozerwalnie szereg nazwisk ludzi prywatnych, przy czym te nazwiska – nazwiska Zawiszy, Zamoyskiego, Żółkiewskiego, Chodkiewicza, Skargi, Kordeckiego, Czarnieckiego, Konarskiego, Kołłątaja, Staszica, Kościuszki i tylu innych – są to nazwiska nie tylko wodzów, lub tylko funkcjonariuszy trwających na wytkniętych im z góry stanowiskach, są to nazwiska samorzutnych bohaterów, dobrowolnych ofiarników, wielkich inicjatorów i twórców na polu bądź narodowej kultury, bądź polityki, bądź wojennej „potrzeby”.

Cóż dopiero mówić o czasach porozbiorowych! Tutaj, z powodu utraty bytu państwowego, z konieczności, już nie najważniejszym tylko, ale wprost jedynym źródłem twórczej i kierowniczej siły w pracy narodowej staje się sumienie obywatela, samopoczucie jednostki. Całą historia nasza porozbiorowa jest niczym innym, jak historią wielkich jednostek, których żywoty zaiste „godne są pióra Plutarcha albo Carlyle’a”. To też, w tych stosunkach, już nie tylko postulatowi tradycyjnego indywidualizmu polskiego, ale najrealniejszemu stanowi rzeczy, prawdzie obiektywnej, daje nieśmiertelny wyraz wieszcz nasz narodowy, mówiąc: „Każdy z was nosi w duszy swojej ziarno praw przyszłych i miarę przyszłych granic. O ile polepszycie i powiększycie dusze wasze, o tyle polepszycie wasze prawa i rozszerzycie granice”.

W świetle tej prawdy – jakiegoż ogromnego nabiera u nas znaczenia sprawa wychowania narodowego, sprawa „polepszania i powiększania dusz” – naszych własnych i młodego w Polsce pokolenia!

„Zamyślijmy się” – mówiąc językiem Staszica, – jakichże środków użyć nam trzeba, by „z pradawnej legendy polskiej, przechowującej w czystości najistotniejsze pierwiastki zbiorowej duszy narodu wyłuskać ziarno życia? By w mogilnych kopcach naszej ziemi ukrytą moc przenieść w serca i wolę polskiego ludu?”
Jakiż to typ być musi, – ów typ, w którym zmartwychwstać dziś mają po grobach śpiące wszystkie – moce zaklęte w piersiach dawnych Polski bohaterów, w którym zbiegnąć się mają wszystkie uczucia szarpiące i niewysłowione, wszystkie porywy płomienne całej, w krwi i nędzy cierpiącej, i z pęt swych żelaznych daremnie rwącej się Polski współczesnej? Jaki ideał do realizowania postawić mamy przed oczy dzieciom naszym, młodzieży naszej i sobie samym także?

V.

Gdy chodzi o wyraz dla pewnego ideału społecznego, który byłby ideałem wychowawczym zarazem, to jest u nas wyraz jeden, wyraz sam w sobie skromny i szary, który jednakże najlepiej względnie zdolny jest podźwignąć cały ciężar wielkiej tradycji dziejowej z jednej i charakterystycznej treści żywej z drugiej strony. To jest wyraz – „obywatel”.

Jest to w mowie i w życiu polskim najlepszy odpowiednik do japońskiego samuraja lub angielskiego dżentelmena, względnie niemieckiego fachmanna. Ciekawą jest ewolucja historyczna tego wyrazu i zarazem pewna odrębna w mowie polskiej fizjonomia jego znaczenia nie dająca się żadnym cudzoziemskim wyrazem pochwycić.

Ani na niemiecki, ani na rosyjski język nie da się wcale słowo „obywatel” przetłumaczyć. Używane przy tłumaczeniu zazwyczaj niemieckie „Bürger” i jednoznaczne z nim rosyjskie „grażdanin” po polsku znaczy właściwie „mieszczanin”. W bardziej już zbliżonym do „obywatela” francuskiem słowie „citoyen” uderza brak pierwiastka oceny moralnej, który to pierwiastek, jako cecha istotna, tkwi w pojęciu „obywatel”. Mówimy wszakże: oto jest prawdziwy obywatel, – albo: to jest zły obywatel, – albo wprost: to jest obywatel, względnie – to nie jest żaden obywatel, – przy czym zarówno w powyższych określeniach, jak wprost w stwierdzeniu, względnie zaprzeczeniu, istotnych cech obywatelskości, tkwi właśnie ów pierwiastek moralnej oceny jednostki – w jej stosunku do społeczeństwa.

W słowie „citoyen” przy tym – nacisk zdaje się leżeć na „prawach”, jakie społeczeństwo winne jest jednostce, co nie jest niewątpliwie bez związku z faktem, że pojęcie to w nowoczesnym jego znaczeniu zrodziło się we krwi pożarach, roznieconych przez wielką rewolucję francuską, na której sztandarze, jako hasło przewodnie, wypisane było hasło walki właśnie i przede wszystkim o prawa człowieka.

W słowie „obywatel”, przeciwnie, nacisk ten leży raczej na obowiązkach, jakie jednostka ma wobec społeczeństwa, co znów nie pozostaje bez związku z tą – jedyną w swoim rodzaju – równoczesną z francuską ale bezkrwawą rewolucją polską, jaką był zamach stanu i przeprowadzenie konstytucji 3 Maja, – tą ,w poczuciu obowiązku wobec sprawy publicznej dokonaną dobrowolnie abdykacją z przywileju, – gdy, na mocy tej abdykacji, „stary człowiek”, jakim byt w Polsce – szlachcic, „przyoblókł się w człowieka nowego”, jakim stał się – obywatel, w nowoczesnym, na duchowej wyłącznie treści opartym i zbudowanym znaczeniu tego wyrazu.

Wyraz „obywatel” bowiem, jest, jak wiadomo, homonimem. W jednym, że się tak wyrazimy, materialnym znaczeniu tego słowa, określa on pojęcie, którego cechą charakterystyczną jest posiadanie ziemi, która to cecha z kolei wiązała się w dawnej Polsce, jak wiadomo, z cechą szlachectwa. W drugim, duchowym niejako znaczeniu tego wyrazu, oznacza on w Polsce typ człowieka, ujętego pod kątem widzenia stosunku jego do społeczeństwa.

Historycznie dwuznaczność tego wyrazu tym się tłumaczy, że oba jego znaczenia łączyły się ongiś w Polsce w jednej osobie, – że tylko ten, kto posiadał herb i tym samem miał prawo do ziemi, – ten tylko posiadał zarazem prawa i obowiązki w stosunku do społeczności całej, – czyli tylko ten, kto byt szlachcicem, mógł być i był zarazem obywatelem. To też, trawestując wyrzeczone o angielskim dżentelmenie słowa Taine’a – w odniesieniu do polskiej szlachty, powiedzieć nożna podobnie, że „te dwie zgłoski dają w skrócie historię niepodległej Rzeczpospolitej polskiej”.

Na przełomie jednak dziejów Polski niepodległej i porozbiorowej owe tak nazwane przez nas „materialne” cechy pojęcia „obywatel”, zamykające się w słowie „szlachcic”, tracić zaczęły moc swoją symboliczną i swoje znaczenie żywe. Wraz z upadkiem Polski ustała sama możność rozdawnictwa indygenatów, jako nagrody za zasługę. Odtąd wszelki czyn twórczy, wszelka zasługa, – jak, w sumieniu obywatela jedynie brać miała swój początek, – tak w sumieniu też jedynie swoją znajdować miała nagrodę. Rozbłysłe jeszcze na schyłku niepodległej Rzeczpospolitej nazwiska mieszczan, robotników i chłopów takich, jak Piramowicz i Staszic lub Kiliński i Głowacki, utworzyły niejako „tęczę przymierza między dawnymi a nowymi laty”, a w pamięci narodu jaśnieją chwałą nieśmiertelną na równi obok Kołłątajów i Potockich, albo herbowych rycerzy Kościuszkowskich. I owszem, we współczesnym naszym pojmowaniu rzeczy tym wyżej jest ceniony, tym bardziej „obywatelskim” być się nam zdaje czyn jakiś, im mniej zewnętrznie jest „nagrodzony”, im bardziej wystarcza sam sobie, za najwyższą sobie mając nagrodę wewnętrzne poczucie spełnionego obywatelskiego obowiązku.

Druga „materialna” też poniekąd, na przywileju też niegdyś oparta cecha szlachcica polskiego, – owo twarde, uporczywe dziedziczne dzierżenie a nie puszczanie z rąk ziemi, jako fundamentu narodowej mocy, – stało się dzisiaj cechą charakterystyczną dla chłopa raczej, niż dla szlachcica, i na chłopa też przeważnie spływa dziś owo tradycyjne w Polsce dostojeństwo, związane z trwaniem nieustępliwym na tej pierwszorzędnej „placówce” narodowego życia, jaką jest ziemia.

Ten to proces uduchowienia typu, rozszerzenia ideału, „uobywatelenia” narodu, do którego hasło dała wiekopomna ustawa majowa, ciągnie się poprzez całe nasze dzieje porozbiorowe, aż po dnie dzisiejsze. To hasło duchowe, bardziej może jeszcze niż udoskonalenie ustroju, sprawiło, że pamięć konstytucji 3 Maja tak bardzo jest w duszach polskich żywotną, – na wysunięciu tego hasła oparty jest niezniszczalny jej tytuł do nieśmiertelnej chwały i z tego punktu widzenia śmiało powiedzieć można, że dla wyrobienia duszy polskiej konstytucja 3 Maja miała takież samo znaczenie, jakie Magna charta libertatum miała dla duszy angielskiej.

O tym to pogłębieniu typu, o tym rozszerzeniu ideału, przepięknie mówi Stefan Żeromski w swoim „Słowie o bandosie”. „Wracał raz bandos z roboty do domu w kieleckie góry. Wlókł się sam daleką obcą drogą. A jechał oną drogą na siwym koniku panicz wesoły. Zobaczył bandosa… zlazł ze swego konika. Zagadał. Popatrzał na nogę spuchniętą, wejrzał w tajemnicę oczu zamglonych. Zaszkliły się paniczkowe jasne oczy, i sposępniała wesoła twarz. Siadł obok, tak samo na pościeli z kamieni. Tak się ta wtedy na wieki wieczne rozmówili bandos z paniczem. Coś sobie szeptaną mową zaprzysięgli wraz. Panicz wziął w swe piersi serce bandosa, a swoje serce w jego piersi wcielił. Krwawą bandosa dolę przypiął sobie do lewego boku, jak zardzewiały, w ziemi wykopany, brzeszczot mieczowy. Rąbać nim począł z ramienia ślepymi ciosami mrok zgęstniały i z dawna narosłą przemoc w ojczyźnie. Wtrącał się wszędzie, był wszędzie, poeta, błędny donkichot, Rycerz-Bandos”.

Odtąd „nad nim i nad bandosem jedna była dola i jedno niebo”. A tak stało się, że w tej godzinie pojednania i w tej godzinie przemiany, umarł dawny szlachcic polski, a żyć począł życiem pełnym i formą już więcej nieskrępowanym – jedyny odtąd spiritus movens i spiritus creans dziejów polskich i polskiego życia – polski obywatel.

Ideał „obywatela”, jako ideał wychowawczy, wymieniany był i wysuwany przez pedagogów polskich od najdawniejszych czasów po chwilę dzisiejszą. „O wychowaniu człowieka poczciwego i dobrego obywatela” ma przemowę ks. Stanisław Konarski przy otwarciu Collegium nobilium w 1740 r. w Warszawie. „Nierozdzielnym idąc związkiem edukacja moralna z edukacją fizyczną, będą zdolne dać społeczności cnotliwego człowieka, ojczyźnie dobrego obywatela”, – czytamy w Ustawach Komisji edukacyjnej. „Końcem edukacji krajowej być powinna użyteczność obywatela” – mówi Stanisław Staszic.

A w jednej z najpiękniejszych rzeczy, jakie współcześnie o wychowaniu narodowym napisane zostały, autor „świadomie i celowo” stawia ideał „Polaka-obywatela”, jako „ideał, wspólny dla wszystkich Polaków”. – „Chcę – powiada dalej – żeby Polska realizowała ideał obywatelstwa, żeby stworzyła taki stosunek jednostki do narodu i odwrotnie, przy której jednostka może rozwinąć całą twórczość, do jakiej jest zdolna”.

VI.

Wysnuwszy ideał obywatela z naszej tradycji dziejowej i postawiwszy go, jako jasny dla myśli polskiej i bliski polskiemu sercu obraz przed oczy nasze, – zastanówmy się teraz z kolei nad wewnętrznym stosunkiem naszego typu, jako całości, do innych typów narodowych, oraz do ideału człowieka w ogóle, po czym przejdziemy do analizy jego treści, do wykrycia jego cech charakterystycznych.

Zauważmy więc przede wszystkim, że idealny typ narodowy, tworzący – w myśl naszych wywodów – zarazem narodowy ideał wychowawczy, nie znaczy bynajmniej to samo, co pełny ideał moralny. Są to pojęcia niewątpliwie krzyżujące się, ale nie zamienne. W każdym bowiem typie narodowym – obok charakterystycznych przymiotów – wykryć nietrudno i pewne charakterystyczne braki, względnie skłonności ujemne, stanowiące jakby odwrotną stronę medalu, która zresztą (zauważmy to nawiasem) nie bez pewnego wewnętrznego związku pozostaje ze stroną dodatnią.

Tak więc w typie angielskim np. – impulsywną i uczuciową naturę polską razi – wynikający poniekąd z doskonałej umiejętności panowania nad sobą, (która, jak widzieliśmy, stanowi hasło naczelne angielskiej pedagogiki), pewien przesądny a sztywny formalizm i chłód uczuciowy, oraz osławiona a nadmierna praktyczność i egoistyczność pobudek, cechująca na ogół życie i postępki angielskiego gentlemana.
Co się zaś niemieckiego typu tyczy, – to nasz rozwinięty wysoko zmysł, moralny, bogata wszechstronnie wrażliwa natura polska – obrusza się na owo – wynikające z tak doskonałego zresztą przystosowania się części do całości – zmechanizowanie i zacieśnienie duszy ludzkiej, jak gdyby wyzucie się z pewnych ogólnoludzkich tęsknot, porywów i aspiracji, gdy chodzi o realne oczywiście stosunki ziemskie, nie zaś o sferę abstrakcji.

I odwrotnie, w odniesieniu do typu polskiego, ze strony innych porządnie i karnie zorganizowanych społeczeństw ostrej a niewątpliwie niezupełnie słuszności pozbawionej krytyce poddawane bywają wiążące się znów z naszym kultem wolności i wybujałym indywidualizmem wady narodowe, jako to: samowola, brak należytego porządku i karności w organizacji życia zbiorowego, oraz brak systematyczności, skłonność do powierzchowności i dyletantyzmu w życiu prywatnym.

Błędem jednak zasadniczym byłoby, gdybyśmy, zniechęceni tymi lub owymi klęskami, których przyczyną częściową są nasze skłonności ujemne, – a olśnieni dodatnimi rezultatami, jakie w pracy dziejowej osiągnąć zdołał dotąd inny typ narodowy, typ ten obcy z pobudek utylitarnych żywcem usiłowali na naszym rodzimym gruncie zaszczepić, gdybyśmy w podziwie dla niezwykłej istotnie potęgi organizacyjnej Niemiec, niemiecką organizację uważać poczęli za wzór doskonały dla polskiego, także życia zbiorowego, i jako ideał wychowawczy postawili sobie typ niemieckiego fachmanna, albo, gdybyśmy, w uwielbieniu dla uniwersalnego geniuszu angielskiego, dzieci nasze „per fas et nefas” wychowywać postanowili na zimnych i flegmatycznych angielskich gentlemanów.

Byłoby to coś podobnego, jak gdyby gospodarz, przyszedłszy do przekonania, że osioł dużo pożyteczniejszy i po mocniejszy mu jest w gospodarstwie od konia, postanowił sobie przeto konia na osła – wychować. W rezultacie oczywiście wzgardzonych cech „końskości” by go nie pozbawił, tylko by je co najwyżej wypaczył i zmarnował, a tyle pożądanych cech „osłowatości” przecież by mu „wychowaniem” nie przyswoił.

Albowiem „pedagog, sługa i tłumacz społeczności swojej, rozumie ją i działa dla niej skutecznie o tyle, o ile przyrodzone jej potrzeby zrozumie i pojmie – inaczej czynność jego będzie próżną, a może nawet zgubną” – powiada Stanisław Zarański, mało znany, a bardzo interesujący autor pedagogiczny polski.
Najlepiej nawet na „Anglika” ułożony i wystylizowany szlachcic polski będzie wyglądał zawsze jak, mniej lub więcej, udatna karykatura człowieka, – a jako taki stanowić będzie, co najwyżej wdzięczny temat dla… swojskiej humorystyki. Nie mówiąc już o typie niemieckim, który jak to widzieliśmy, bardziej jeszcze polskiemu duchowi obcy jest i daleki. Bądźmy sobą! – oto węgielne przykazanie, tworzące podstawę możności jakiegokolwiek rozwoju w jakimkolwiek kierunku. Greckie „gnoti s’auton”, Jako zasadnicza norma psychologiczno-etyczna, obowiązuje nie tylko jednostki, ale i narody.

Każdy typ bowiem, zarówno jednostkowy, jak i narodowy, posiada pewne odrębne sobie, właściwe, zarody doskonałości, które na właściwej sobie jedynie drodze rozwijając, do jakiejś doskonałości w ogóle dojść może i tak pewne nowe odrębne wartości do skarbca kultury powszechnej wprowadzić. Najlepsza nawet kopia będzie tu zawsze gorszą od najsłabszego nawet oryginału. Bądźmy sobą! – jedynie wtedy bowiem jako „my”, w ogóle będziemy.

Doskonale zdają sobie sprawę z tego wrogowie nasi i dla tego to usiłują obcym duchem i systemem w wychowaniu i nauczaniu zatrzeć lub wypaczyć odrębne, swoiste właściwości naszego charakteru, co przyznać trzeba, dzięki naszemu niedołęstwu lub bezmyślnej czci dla obcych ideałów, z zapoznaniem własnych, miejscami wcale nieźle im się udaje.

W szkołach galicyjskich np. odskok od ideału i systemu narodowego w wychowaniu i nauczaniu jest pod niejednym względem wprost zastraszający. Weźmy przykład. Szkoła galicyjska, ukształtowana na wzorach niemieckich, obciążona jest wespół z niemi ich grzechem śmiertelnym niwelowania indywidualności wychowanków i przeciążania umysłowego z jednej strony, zaniedbania zaś wychowania religijno-moralnego i lekceważenia wychowania fizycznego, jako obowiązku szkoły, ze strony drugiej. Od jakiegoś czasu odzywają się wśród pedagogów niemieckich głosy wołające o reformę starego typu pedagogii niemieckiej, opartego na pewnych charakterystycznych poglądach Hegla (który nb. dla ukształtowania się ideału i systemu wychowawczego ,w Niemczech odegrał rolę analogiczną, jak Locke w Anglii).

Prądy te są oczywiście dla Niemiec nader zbawienne. Dziwną jest jednak rzeczą, że polscy pedagogowie hasła reformatorskie Paulsena, Förstera, Kerschensteinera i inne, rzucane w sprawie zindywidualizowania systemu i rozszerzenia ideału wychowawczego, cytują nieraz tak entuzjastycznie, jak gdyby to było i dla nich nowym jakimś objawieniem, zapominając, że to bardzo śmiałe i nowoczesne dla Niemców – postulaty – u nas w Polsce, w znacznej części przed półtora sta blisko laty w życie już były wprowadzenie w szkołach Komisji Edukacyjnej. Problem „wychowania społecznego” np., jako nowy, podnoszony i dyskutowany przez pedagogów niemieckich (ob. dr M. Bienenstock: „Problem wychowania społecznego”, odbitka z „Nowych Torów”) w sensie niemal zupełnie nowoczesnym rozwiązany był przez Komisję Edukacyjną, gdzie w szkołach średnich uczono prawa narodów, w szczególności ojczystego, ekonomii politycznej, filozofii, w szczególności etyki, ściśle wiążąc nauczanie tych przedmiotów z zagadnieniami i potrzebami życia. Analogicznie ma się rzecz z problemem wychowania fizycznego. Ustawy Komisji ogromnie silny kładą nacisk na sprawę racjonalnego wychowania fizycznego, (w czym przypominają Locke’a „Myśli o wychowaniu”), jako naturalnej podstawy wychowania moralnego i umysłowego. Dzisiaj i w tym względzie, nie tylko, bądź pod przymusem, bądź przez zaniedbanie, zerwaliśmy z własną najpiękniejszą, jak się okazuje, tradycją pedagogiczną, ale jesteśmy na tyle śmieszni, że od obcych uczymy się, jako nowości, rzeczy takich, które dawno już w Polsce znane były i w czyn wprowadzone. Jest to jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo w wychowaniu narodowym, obok niezbędnego czucia ze współczesnością, czucie i ciągłość z tradycją narodową rzeczą jest pożądaną i nieodzowną.

Zadaniem wychowania narodowego jest zatem:
l) Oprzeć się na typie narodowym, jako na jedynie naturalnym a niezawodnym zrębie i fundamencie prac wychowawczo-kształcących,
2)doskonalić naturalne jego skłonności dodanie, a łagodzić i względnie, w miarę możności, usuwać wrodzone mu właściwości ujemne.

VII.

Jakież są charakterystyczne cechy obywatela-Polaka? Otóż taką istotną, – bo opartą na istotnej potrzebie „duszy polskiej”, na objawionym w dziejach dążeniu jej wytycznym do zrealizowania zasady swobodnej twórczości, jako podstawy i jako celu zarazem polskiego życia, – taką cechą charakterystyczną będzie tu przede wszystkim obywatelska niezależność.

Niezależność w dwóch kierunkach: l) pod: względem umysłowym, jako swoboda myślenia, samodzielność sądu krytycyzm, – 2) pod względem moralnym, jako wolność wewnętrzna, tj. zdolność panowania nad swymi namiętnościami i jako niezależność sumienia od – jakiegokolwiek nacisku z zewnątrz.
Jasną jest rzeczą, że niezależność taka jest kardynalnym warunkiem zaistnienia jakiejkolwiek twórczości. Albowiem bierny niewolnik cudzych opinii lub własnych namiętności; ślepy a bezsumienny wykonawca cudzej woli, nie może rozwinąć nigdy żadnej twórczości samodzielnej, – może się stać co najwyżej cudzych działań narzędziem lub własnych popędów igraszką.

Wyrabianie wymienionych cech umysłowych i moralnych. tj. zdolności do samodzielnego myślenia, umiejętność panowania nad sobą oraz istotnej dla obywatela cechy niezawisłości moralnej, – jest zatem pierwszym zadaniem wychowania narodowego. Ponieważ zaś, wobec słabości natury ludzkiej, zależność materialna prowadzi aż nazbyt często w życiu do zależności moralnej, przeto, dla zabezpieczenia obywatelowi tej ostatniej, winno się go wychowaniem przygotować do zdobycia niezależności ekonomicznej.

Postulat ten, obok wskazanego znaczenia pośredniego, posiada też pierwszorzędne znaczenie bezpośrednie: l) przez przygotowanie do tego minimum twórczości obywatelskiej, jakie każdy rozwinąć winien być w stanie, 2) przez zwalczanie drogą gruntownego wykształcenia zawodowego, głównej wady naszej narodowej, mianowicie, skłonności do tyleż wszechstronnego, ile powierzchownego dyletantyzmu.

Jak bowiem dawniej bezrolny, próżniaczy a ubogi i ciemny tłum szlachecki, – tak samo dzisiaj bezzawodowy, tzw. proletariat inteligencji z jednej, i tzw. „lumpenproletarjat” z drugiej, strony – tłum ludzi o nieokreślonym zajęciu, którzy często nie są niczym innym, jak tylko surowym a plastycznym materiałem w rękach różnych działaczy i wyzyskiwaczy – cały tłum taki stanowi pod względem społecznym element niesłychanie niebezpieczny, bo na mocy zależności ekonomicznej oraz słabo ugruntowanej cnoty niezależności obywatelskiej, staje się łatwo bezwolnym, ślepym narzędziem knowającej przeciw dobru pospolitemu prywaty, popada w zależność sumienia i działania od partii, kliki lub pojedynczych ludzi, których stać na to, by sobie kupić wolantów, zauszników i agitatorów.

Oczywiście, że taki płatny sługa jest żywym, uosobionym a biegunowym przeciwieństwem ideału obywatela polskiego. I dlatego u nas tak ważną w wychowaniu jest rzeczą troska o wykształcenie zawodowe obywateli.
Jak dawniej albowiem niezależną podstawę ekonomiczną dawało u nas prawo do ziemi, jako przywilej kasty, – tak dzisiaj daje ją prawo do pracy, które jako będące udziałem wszystkich, jedynie słusznym cenzusem umiejętności ograniczone być winno.

Od najwcześniejszego zatem dzieciństwa wpajać należy w wychowanka przeświadczenie, że elementarnym prawem i obowiązkiem zarazem obywatela jest zdobyć sobie swój warsztat pracy jako naturalny a niezawodny fundament niezależnej obywatelskiej twórczości. Granice tej twórczości zamkną się wówczas między, bądź co bądź pozytywnym, minimum pracy zawodowej a tym maximum, jakie bogatej, wszechstronnej naturze polskiej wytknie jej przyrodzona możność. Jednak i najbogatsza nawet w powietrzu zawisać nie powinna, lecz winna mieć własnym trudem zdobyty swój punkt oparcia na swojej ziemi. Dawne więc szlacheckie: „kto cię rodzi?” i „z jakiej jesteś okolicy?”, gdzie chodziło o wylegitymowanie się z zasługi odziedziczonej, ustąpić winno nowoczesnemu obywatelskiemu: „czym jesteś” i „jaki masz warsztat pracy?” gdzie chodzi o tytuł do zasługi zdobyty. Tę ambicję do zdobycia czegoś realnego własnym realnym swoim wysiłkiem szczególnie kultywować trzeba w Polsce.

Jak bowiem Anglicy np. nie lubią, żeby było poznać czym są w rzeczy samej, ale lubią, mają tę ambicję i tę pasję nawet, żeby czymś być istotnie, – tak my niestety przeciwnie, często lubimy, aby było poznać, aby wyglądało, że tym a tym jesteśmy (exemplum: galicyjska specjalnie tytułomania i mnóstwo – za blichtrem pozorów raczej znaczenia i siły, niż za istotnym znaczeniem i siłą – uganiających się fałszywych a powierzchownych ambicyjek), ale żeby przez własny swój trud i wysiłek stać się czymś realnie, tej ambicji i tej pasji na ogół w mierze dostatecznej nie żywimy.

Drugą, obok niezależności, – przeciwstawną a zarazem uzupełniającą ją cechą obywatela jest poczucie obywatelskiej odpowiedzialności. Jak bowiem twórcza niezależność daje człowiekowi szeroki rozpęd do działania, tak wyrobione w nim poczucie obywatelskiej odpowiedzialności, dając z jednej strony temu działaniu właściwy umiar, wytknie rozmachowi temu indywidualnemu – w stosunku do ogółu i do innych obywateli – odpowiednie do sił i do uzdolnień własnych – granice. Czyli, gdy ów na gruncie istotnej niezawisłości wyrosły rozmach twórczy będzie człowiekowi niby skrzydłami, niosącymi go w jego własny świat czynu, – to poczucie odpowiedzialności będzie mu sterem, wytyczającym kierunek i kres tego lotu.
Jak więc świadomość niezależności jest tym co człowieka od otoczenia poniekąd oddziela i wyodrębnia zamykając go w sferze jego własnej twórczości, – tak poczucie odpowiedzialności jest tym, co człowieka na powrót z tym otoczeniem łączy i wiąże węzłami zarówno intuicyjno-uczuciowej wspólnoty, jak przewodnią nicią zrozumienia ideowej i realnej łączności potrzeb i celów ogólnych.

I tak obywatel będzie w stanie indywidualną swoją sferę działania bądź skoordynować ze sferami działania innego rzędu, bądź, gdzie trzeba, podporządkować ją dążnościom i interesom ogólnym. W ten sposób, drogą harmonijnego rozwoju tych dwóch głównych cech obywatelskich da się w życiu polskim realizować znane hasło Szczepanowskiego: „swoboda w myśleniu, karność w działaniu”.

Z tych dwóch cech fundamentalnych dadzą się drogą analizy wydedukować te wszystkie przymioty umysłowe i moralne, które znane są pod charakterystyczną nazwą cnót „obywatelskich”. Dedukcję tę przeprowadziliśmy już w odniesieniu do cechy niezależności. Pozostaje nam uczynić to samo w odniesieniu do cechy odpowiedzialności.

Otóż podstawą naturalną poczucia odpowiedzialności jest znajomość siebie – zarówno sił swoich, jak właściwych sobie zadań – oraz znajomość otoczenia. Odpowiednia kultura religijno-moralna, zdolność do samo analizy i samokrytyki, trzeźwy, jasny i sprawiedliwy sąd o ludziach i o rzeczach, kult dla tradycji, umiłowanie prawdy, cześć dla prawdziwej zasługi, zdolność do poświęcenia i do podporządkowania się i nade wszystko – miłość Ojczyzny, o którą oparta i ku której skierowana twórczość indywidualna rozwinąć dopiero jest w stanie całą pełnię i całą moc swoją, – podobnie jak kamerton, oparty o odpowiednią podstawę rezonansową, nabiera dostępnej dlań pełni i mocy brzmienia, – oto właściwości i cnoty, z którymi w najściślejszym pozostaje związku, i z których jako owoc dojrzały wyrasta ta wielka rzecz, jaką jest należycie szeroko pojmowane poczucie odpowiedzialności obywatelskiej.

Postawienie niezależności i odpowiedzialności, jako dwóch wytycznych niejako postulatów duszy polskiej, ma doniosłe znaczenie orientacyjne dla organizacji zarówno życia społecznego, jak wychowania narodowego w Polsce. W prawodawstwie państwowym postulat niezawisłości wyrazi się w zabezpieczeniu praw rozwojowych jednostki, – postulat odpowiedzialności znajdzie wyraz w nałożeniu na nią pewnych społecznych obowiązków.
Wychowanie narodowe, rozwijając z jednej strony w wychowankach istotną, głębszą moralną i umysłową niezależność, wdrażając ich do sumiennej umiejętnej pracy, zwalczać będzie zarazem te wady narodowe, które cechują nasze życie prywatne, mianowicie: powierzchowność i dyletantyzm; – z drugiej strony, wyrabiając poczucie odpowiedzialności obywatelskiej, – przez rozwijanie drogą nauki, oraz wpływu religijno-moralnego znajomości siebie, otoczenia, oraz uczuć społecznych, przez wdrażanie wreszcie praktyczne do ładu, karności i solidarności już w życiu szkolnym, – przeciwdziałać będzie tym wadom narodowym, które ciążą na naszym życiu zbiorowym.

Tak więc, niezależność i odpowiedzialność są to, powtarzamy, dwie przeciwstawne, a zarazem uzupełniające się cechy obywatela. Są to jak gdyby dwie szale uwagi jego duszy zawieszone, przy czym idealna ich równowaga jest najlepszym wyrazem doskonałości obywatela i społecznego szczęścia. Są to jak gdyby dwa bieguny tegoż samego ogniwa, przez które przepływający prąd twórczego życia jednostki, łącząc się z krociami ogniw innych, wspólnie z niemi tworzy – niby olbrzymią baterię – to potężne ognisko energii zbiorowej, jakim jest życie Narodu.

Tak symbolicznie wyobrazić by sobie można idealną organizację polskiego życia zbiorowego, w której każdy, tworząc indywidualną całość sam w sobie, zarazem całym sobą, życiem swoim calem i owej wyższej Całości służyłby jednocześnie. Albowiem „bezprzykładna hańba naszego świata jest hańbą każdej jednostki”. Tym przeświadczeniem każdy Polak, w chwili dzisiejszej zwłaszcza, do głębi przejąć się powinien. Ciężar straszliwej odpowiedzialności za wszystko zło, co się dzieje, – i za to dobro, co się nie staje, – ten ciężar na wszystkich razem i na każdym z nas spoczywa z osobna.

Człowiek, którego zdrowe ciało, sprawny umysł i wola niezłomna staną się doskonałym, podatnym narzędziem w jego życiowej pracy, w jego twórczym a odpowiedzialnym czynie, (czyn taki czyż nie jest najwyższą rozkoszą i istotnym celem zarazem ludzkiego życia?), – człowiek, nie tylko krwią i ciałem, ale i rdzeniem duszy swojej, najmocniejszymi węzłami myśli i czucia połączony z ziemią swoją, z narodem, z pośród którego wyszedł i ku któremu znów ze swą twórczością powraca, – a tym życiem swoim dla Narodu i przez Naród służący i ludzkości zarazem i Bogu, – taki pełny a – indywidualny człowiek-obywate1-twórca – oto ideał, oto cel wychowania narodowego w Polsce.

A zatem – „zakuj się w żelazną zbroję woli o młoda duszo! Niechaj twój umysł, nieskażony naszymi błędami, zaryje się z uporem Hoene-Wrońskiego w liczbę, metal, trupie ciało”. Pokonaj wszystkie hasła, mamidła i etykiety, kołyskę twoją otaczające. Zaprzysięgnij sobie poznanie siebie, które jest głównym sposobem do niezbędnego czynu: do przezwyciężenia bezwładu duszy polskiej. W twej zbiorowości musi się narodzić geniusz polskiej natury. Z twoich zastępów musi wyjść człowiek nasz, w jednej osobie Żółkiewski i Mickiewicz, od którego czynów i słowa rozradują się popioły, zadrży lud, jak długi i szeroki – i westchnie świat ku swemu Bogu…

—–
Irena Pannenkowa była działaczką niepodległościową, dziennikarką, doktorem filozofii i współorganizatorką Narodowej Organizacji Kobiet.