Geneza nowozelandzkiego cudu gospodarczego – rozmowa z Ruth Richardson, ministrem finansów Nowej Zelandii w latach 1990-1993

To co wyróżnia Ruth z grona polityków będących u władzy, to gruntowna znajomość procesów gospodarczych oraz to, że przedkładała interes swego kraju nad swój własny. Będąc w opozycji sprzymierzyła się z Rogerem Douglasem – politykiem przeciwstawnego obozu politycznego, co wydaje się być ewenementem na skalę światową po to by wyciągnąć swoją ojczyznę z głębokiej zapaści gospodarczej. Co więcej tej dwójce udało się wprowadzić daleko idące reformy systemu społeczno-politycznego Nowej Zelandii. Zrobiono to tak dobrze, że obowiązują po dziś dzień po 30 latach od ich wprowadzenia.

Zapraszamy do zapoznania się z arcyciekawym wywiadem z Ruth Richardson, z którego można się, miedzy innymi, dowiedzieć: jak odróżnić typowego polityka od takiego, któremu rzeczywiście na sercu leży dobro jego kraju i jakie są warunki konieczne, które musi spełniać system gospodarczo-polityczny by nie dochodziło do kryzysów.

Jan Kubań: Z wielką przyjemnością i zaszczytem goszczę dzisiaj Ruth Richardson. Jest ona jednym z moich ulubionych polityków. I chociaż w zasadzie nie przepadam za politykami, to, według mnie, Ruth z pewnością należy do kategorii polityków wybitnych. Jestem naprawdę zaszczycony, że mogę z Panią porozmawiać. Ruth – Witaj.

Ruth Richardson: Dzień dobry, Janie, bardzo dziękuję. Tak się składa, że wiem co nieco o Polsce. Być może zaskoczy cię to, że kiedy Nowa Zelandia wchodziła w okres radykalnych reform, często porównywaliśmy nasz kraj do “polskiej stoczni”. Chodzi bowiem o to, że byliśmy tak stłamszeni etatyzmem i biurokracją, i tak nieefektywni, że owa analogia do tego, co działo się podówczas w polskich stoczniach, stała się jednym z argumentów ukazujących potrzebę zmian.

JK: Czy możesz wyjaśnić, jak do tego doszło? Wszak Polska znajdowała się wtedy pod kontrolą Rosji. W związku z tym nasz ówczesny ustrój nie był naszym tworem, lecz narzucono go nam siłą. Natomiast Nowa Zelandia, zdaje się, wpędziła się w kryzys własnoręcznie – i to w sposób demokratyczny. To bardzo ciekawe zagadnienie jak demokracja sama z siebie może doprowadzić do kompletnej zapaści gospodarczej. Czy możesz opisać przyczyny, które doprowadziły do tej sytuacji? Bo przecież opłakane realia gospodarcze Nowej Zelandii i Polski były identyczne, jednakże oba kraje doszły do nich różnymi ścieżkami.

RR: Niewątpliwie trzeba przyznać, że ów kryzys stał się praprzyczyną zmiany. Wcześniej nasza polityka opierała się na rozwiązaniach socjalistycznych, na protekcjonizmie i ochronie grup interesu, na programach dotacji państwowych oraz na głębokim interwencjonizmie, co w efekcie doprowadziło kraj do technicznego bankructwa. Zapanowało więc poczucie, że koniecznie należy dokonać zmian.
Te zaś stały się możliwe dzięki dwóm czynnikom: dzięki zwolennikom reform wśród polityków, takich jak Sir Roger Douglas i ja,
a także, co najważniejsze, idei przyświecającej owym reformom – tj. przekonaniu, że, w przeciwieństwie do interwencjonizmu państwowego, wolność i rynek działają, i że jeśli chcemy lepszych rezultatów, to musimy zdecydowanie zliberalizować nasz kraj i gospodarkę.

Tak więc czynnikiem sprawczym pozytywnych zmian było połączenie kryzysu, w postaci kompletnej niewydolności gospodarczej z kampanią na rzecz reform prowadzoną przez środowisko polityczne, urzędnicze oraz kluczowe podmioty prywatne. Nastąpiła więc pełna zgodność co do konieczności odejścia od naszej etatystycznej przeszłości.

JK: Czy ta inicjatywa wyszła od ciebie i Sir Rogera Douglasa, czy może była to idea wyrażona oddolnie przez społeczeństwo?

RR: Nie, to nie była inicjatywa oddolna. To politycy wzięli sprawy w swoje ręce. Niemniej obywatele zdawali sobie sprawę, że już dłużej nie da się tak wegetować. Przekonani więc co do rzetelności oraz jakości proponowanych zmian po prostu przystali na naszą wizję reform i ich długofalowych korzyści dla kraju.

W takich sytuacjach zawsze znajdą się grupy, z którymi trzeba się jakoś dogadać. Jednakże my, jako politycy, byliśmy w pełni świadomi, że nie możemy kierować się chęcią objęcia stołka. Dlatego też wraz z Rogerem Douglasem otwarcie głosiliśmy program zmian i radykalnych reform mających odmienić oblicze kraju. Co ciekawe kolejnym czynnikiem wspierającym nasze starania – poza ideą wolności i wolnego rynku – była siła intelektualna w postaci ministerstwa skarbu. Otóż urzędnicy, którzy pracowali tam przez cały ten okres zastoju, postawili sobie za cel zrozumieć w sposób fundamentalny, jak można by skutecznie zmienić nasze instytucje i politykę tak, aby całkowicie odmienić warunki funkcjonowania w kraju.

Mieliśmy więc z Rogerem Douglasem szczęście, że przychodząc z naszymi ideami i zasadami, trafiliśmy na urzędników, którzy podjęli z nami pełną współpracę i nie opierali się zmianom. Jak to mówią: rząd wybiera się jedynie na jakiś czas, a trwałą władzę sprawuje korpus służby cywilnej. Nasi najwyżsi rangą urzędnicy okazali się ludźmi świetnie poinformowanymi i oświeconymi. To była znakomita współpraca.

REKLAMA/Advertisement

JK: A zatem to oni wspierali was w przeprowadzaniu reform, tak?

RR: Nie tylko wspierali, ogłosili nawet swój własny program naprawy. Mamy u nas zwyczaj, że przed wyborami służba cywilna wstrzymuje pracę i przygotowuje raport dla nowego rządu. W 1994 raporty te były publicznie dostępne dzięki przepisom o jawności informacji. Zawarte w nich rekomendacje dały Rogerowi Douglasowi wiatr w żagle. Dzięki nim mógł bowiem stanowczo określić cele i sposób działania rządu. Realizacja naszej strategii politycznej powiodła się m.in. właśnie dzięki rzetelnej postawie służby cywilnej.

JK: Jak to się zatem stało, że nawiązałaś z Rogerem Douglasem, politykiem z przeciwnej frakcji, tak zgodną współpracę? Zazwyczaj w takich sytuacjach dochodzi tylko do konfliktów.

RR: Cóż, na poziomie makro, był to taki okres w historii gospodarczej Nowej Zelandii, że zapanowała ogólna zgoda co do konieczności wprowadzenia zmian. Był to wówczas powszechnie podzielany pogląd. Roger Douglas od zawsze reprezentował środowisko lewicowe, socjalistyczne, natomiast ja zawsze byłam zwolenniczką wolnego rynku i nigdy nie zmieniłam poglądów – on, jednak swoje zmienił. Dla wielu ta współpraca była czymś w rodzaju aberracji. Obydwoje byliśmy przecież filozoficznymi przeciwnikami: on z Partii Pracy, o socjalistycznych korzeniach, a mimo to promuje i realizuje wolnorynkowe reformy. Z kolei moja konserwatywna, zorientowana na zarządzanie partia dała mi swobodę działania i zaakceptowała projekt radykalnych wolnorynkowych reform. Dziś obie te partie wróciły do swoich sztandarowych poglądów. Trafiliśmy po prostu na moment w naszej historii polityczno-gospodarczej, kiedy to okazała się możliwa bardzo radykalna reforma, diametralnie zmieniająca warunki funkcjonowania kraju, a także, co uważam za ważniejsze, umożliwiła zreformowanie instytucji państwa.

Kwestia instytucji, jak bank centralny, podmioty finansowe, czy sądy, jest niezwykle ważna. Mają one kluczowe znaczenie w kontekście długotrwałego utrzymywania zasad wprowadzonych przez nasze reformy, a w rezultacie – płynących z nich korzyści.

JK: Jeśli więc w Polsce bank centralny blisko współpracuje z politykami, popierającymi politykę dodruku pieniądza, to według mnie jest to bardzo zła sytuacja.

RR: Tak, bo ostatecznie prowadzi do wypaczenia roli banku centralnego.

Jednym z filarów naszej reorganizacji instytucjonalnej na poziomie makro było uczynienie banku centralnego niezależnym, ale i odpowiedzialnym. Pierwsze, co zrobiłam tuż po objęciu teki ministra finansów, było spisanie dokumentu określającego cele i warunki działania prezesa banku centralnego. Zostało to zapisane w jego umowie o pracę. “Twoją misją jest utrzymywanie inflacji na poziomie 0-2 proc., z wyjątkiem sytuacji nadzwyczajnych, takich jak na przykład poważny krach na rynku ropy. I jest pan osobiście odpowiedzialny za trzymanie się owych wytycznych”.

Ustanowienie tego typu ram instytucjonalnych okazało się z czasem kluczowe. W podobny sposób zajęłam się finansami innych instytucji publicznych. Moja ustawa o odpowiedzialności finansowej wprowadziła kompletnie nowe zasady dotyczące rzetelnej księgowości, zarządzania aktywami i budżetowania. Chodziło o to, by uwzględniać nie tylko gotówkę, lecz także aktywa i pasywa. Współpraca tych podmiotów z bankiem centralnym pozwoliła utrzymać naszą gospodarkę w dobrej kondycji, o czym świadczy choćby wczorajszy raport Standard & Poor’s, w którym Nowej Zelandii, jako jedynemu państwu na świecie, zwiększono w dobie pandemii rating kredytowy do poziomu AAA. Przeczytam fragment, który pokazuje zasadność wprowadzonych przez nas reform, na które, powtórzę to, złożyły się: idea wolności i instytucje zapewniające trwałość wprowadzonych zmian. Z racji bowiem tego, że kariera polityczna jednostek nie trwa wiecznie, reformy nie mogą opierać się wyłącznie na politykach i muszą być utrwalone poprzez idee i instytucje.

Tak więc raport Standard & Poor’s stwierdza: “Stabilność warunków instytucjonalnych i działalności rządu Nowej Zelandii są kluczowym czynnikiem wpływającym na rating suwerenny tego kraju”.

S&P dość obszernie chwali sposób, w jaki Nowa Zelandia utrzymuje niezależność monetarną oraz nasze “instytucje sprzyjające zdecydowanym działaniom w ramach polityki krajowej”. Widać zatem wyraźnie, że pomimo upływu 30 lat reformy nadal są skuteczne i przynoszą owoce.

JK: Stworzyliście zatem stabilny system. Jestem inżynierem i przez 10 lat pracowałem jako biocybernetyk. Zajmowaliśmy się opracowywaniem systemów, w których zachodziłyby pożądane przez nas procesy. Myślę więc, że waszym głównym osiągnięciem było wprowadzenie dalekosiężnych reform. Tak to ujął w tytule swej książki Bill Frezza: “Jak uchronić demokrację przed. demokratycznie wybranymi politykami, czyli Nowozelandzkie dalekosiężne reformy antyetatystyczne”. Książki dostępnej również po polsku, została bowiem kilka lat temu przetłumaczona i wydana przez PAFERE. Powiedziałbym więc, że wprowadziliście w kraju stabilny system, oferujący ludziom dobre warunki do rozwiązywania problemów. Kiedy rządzi się krajem, napotyka się mnóstwo problemów, a wasz system wykazuje się stabilnością i długotrwałą efektywnością.

RR: Muszę jednak nadmienić, że w następstwie naszych radykalnych reform społeczeństwo Nowej Zelandii zaczęło zastanawiać się, czy nasz system wyborczy sprzyja skutecznemu osiąganiu konsensusu politycznego. Postrzegano nas z Rogerem Douglasem bowiem jako oddział szturmowy, który zaaplikował krajowi swoistą terapię szokową.

Niezależnie więc od tego, że przez 30 lat struktura i idea przyświecająca reformom pozostały nienaruszone i stabilne, pojawił się pogląd, że potrzeba nam bardziej reprezentacyjnego systemu wyborczego. Tak więc, na zasadzie demokracji bezpośredniej, zorganizowaliśmy dwa referenda. Kiedy odchodziłam ze stanowiska, Nowa Zelandia przeszła na system większościowo-proporcjonalny w stylu niemieckim. Od 1996 działa u nas system proporcjonalny, w którym połowa miejsc w parlamencie przypada reprezentantom z okręgów lokalnych, a druga połowa – z list partyjnych. I to głosy oddawane na partie decydują ostatecznie o składzie parlamentu.

Wraz z nastaniem tego systemu zmieniły się warunki polityczne. Dla naszych reform to dobrze, ponieważ trudniej jest je cofnąć. To jest plus, minusem stała się natomiast trudność osiągania konsensusu politycznego. Dopiero teraz od 1996 udało się utworzyć rząd, a wybory mamy co trzy lata. Jest to pierwszy rząd będący w stanie rządzić samodzielnie. Moim zdaniem rządzenie w ramach koalicji doprowadziło do obniżenia jakości procesów decyzyjnych i polityki krajowej.

Jestem pewna, że gdyby ten system wyborczy obowiązywał w latach 80., nie wprowadzilibyśmy naszych “złotych” reform [Ruth Richardson używa określenia “gold standard” do podstawowych zasad wolnościowych, którymi się kierowała: 1. wolności osobistej 2. prawa własności i 3. Zasady dobrowolnej wymiany handlowej – przyp.]. Musielibyśmy bowiem zabiegać o zgodę koalicji, a to oznaczałoby liczne ustępstwa i kompromisy. A jaki niby kompromis jest możliwy w kwestii niezależności banku centralnego? Albo jest on niezależny, albo nie.

Na czym miałby polegać kompromis w kwestii gospodarnego zarządzania długiem lub odpowiedzialnego zarządzania finansami publicznymi? Większość zgodziłaby się zapewne ze mną, że działaliśmy wtedy w warunkach składających się z systemu wyborczego, kryzysu, orędowników zmian, idei i instytucji. I ten właśnie zbieg tych wszystkich czynników w latach 80. i 90., zaowocowały całkowitą korektą kursu politycznego Nowej Zelandii. A teraz nawet pomimo nowego sytemu wyborczego tych zmian nie cofnięto.

JK: W którym roku wprowadzono ten nowy system wyborczy?

RR: Otóż mieliśmy dwa referenda na zasadzie demokracji bezpośredniej, którą ty Janie tak się fascynujesz. W 1993 zadano pytanie: “Czy chcesz zmiany?”. Drugie natomiast brzmiało: “Jeśli tak, to na co?”. I tak, niewielką przewagą głosów, wybrano system większościowo-proporcjonalny.

JK: Czy twoim zdaniem jest on na tyle dobry, by można było doradzić wprowadzenie go np. w Polsce?

RR: Nie, z racji charakteru jego funkcjonowania. Jest to system przedstawicielskiego zarządu państwem. Dla mnie zarząd taki oznacza ocenę jakości warunków realizowania polityki i jeśli potrzebna jest poważna reforma, to należy przeznaczyć na ten cel swój cały polityczny kapitał. Tak właśnie działał nasz brytyjski system większości względnej – aż do 1996. Natomiast w systemie proporcjonalnym wahadło przechyla się w stronę przedstawicielstwa, co oznacza, że decyzje zapadają w liczniejszym i bardziej różnorodnym gronie. Wielu polityków nie ma odwagi, by podjąć odpowiednio radykalne reformy. Wielu działa wyłącznie w swoim własnym interesie. Większości zależy tylko na utrzymaniu koalicji, zachowaniu status quo, nie wychylaniu się i, w ostateczności, na reelekcji – czyli na typowych celach politycznych. Dlatego też nie polecam systemu proporcjonalnego, jeśli zależy wam na poważnych reformach.

Nam, po prostu poszczęściło się, że mogliśmy wykorzystać poprzedni system do przeprowadzenia tak istotnych zmian, oraz że w ramach nowego systemu nie powołano koalicji dążącej do ich cofnięcia. Tak więc nasze instytucje przetrwały próbę czasu nawet w nowym systemie wyborczym.

JK: Jaki zatem system wyborczy doradziłabyś, jeżeli miałabyś do czynienia z bardzo źle zarządzanym krajem? Od jakich reform powinno się zacząć? Od zmiany systemu wyborczego?

RR: Nie, powiedziałabym nawet, że aktualny system wyborczy i wybrani politycy – zabrzmi to zapewnie radykalnie – oba te czynniki mają w moim odczuciu znaczenie drugorzędne. Kwestia podstawowa to instytucje i procedury działające w danym kraju.

JK: Jak zatem tego dokonać, bo przecież instytucje państwowe są zależne od polityków?

RR: W naszym wypadku zaczęliśmy od odpolitycznienia wielu decyzji. Jako minister finansów w starym systemie mogłam decydować o całokształcie polityki monetarnej. Gdyby więc zależało mi na reelekcji, mogłabym po prostu zwiększyć podaż pieniądza. Ludzie poczuliby się lepiej, zagłosowali na mnie, a dopiero potem przyszedłby kac. Tak więc odebraliśmy partiom bezpośredni dostęp do kluczowych narzędzi.

Gdybym miała wskazać najważniejszą reformę, to byłoby uniezależnienie banku centralnego i wprowadzenie zasady odpowiedzialności w zarządzaniu finansami. Obie te kwestie muszą obowiązywać niezależnie od tego, kto rządzi. Ustanowienie właściwego systemu księgowania uwzględniającego wszystkie zasoby państwa: aktywa, pasywa i gotówkę. Większość państw budżetuje wyłącznie w oparciu o gotówkę – a to jest niedorzeczne. Aktywa i narastające zaległe zobowiązania są naprawdę ważną rzeczą. Zwłaszcza w krajach, gdzie państwo jest właścicielem wielu takich aktywów. Dlatego, jeśli chcemy uzyskać jak najlepsze rezultaty, musimy wiedzieć, czym w rzeczywistości dysponujemy.
Podjęliśmy więc dwie reformy sektora publicznego:
– wprowadzenie zasady memoriałowej w księgowaniu, zapożyczonej z sektora prywatnego, tak aby na jej podstawie sporządzano zarówno raporty, jak i projekty budżetowe;
– zmieniliśmy system zatrudniania urzędników państwowych – teraz pracują na kontraktach i nie sprawują funkcji dożywotnio.

Wydaliśmy jasne polecenie, aby budżety projektowane były na podstawie kosztów, a nie przychodów. Wszelkie zadania realizowane są na zasadzie kontraktu, a ich wykonawcy ponoszą pełną odpowiedzialność. Tak więc przekształciliśmy cały proces budżetowania.

Dwie ważne zmiany dotknęły też sektor prywatny. Pierwszą było uwolnienie rynku. Nowa Zelandia, podobnie jak Polska, jest bardzo małym krajem. Musimy być całkowicie otwarci na handel międzynarodowy, aby utrzymać nasz poziom życia. Nasze społeczeństwo nie jest na tyle duże, by wytworzyć bogactwo we własnym zakresie. Dlatego szukamy okazji do uczestnictwa w wolnym handlu, gdzie tylko się da.

Jeśli przeanalizujesz dowolny projekt wolnego handlu na świecie, to Nowa Zelandia będzie prawdopodobnie jednym z pierwszych jego uczestników lub inicjatorem. Przykładem tego jest chociażby Partnerstwo Transpacyficzne. Powodem, dla którego podejmujemy takie działania, jest fakt, że dzięki większej swobodzie handlu możemy lepiej korzystać z przewagi komparatywnej. Dlatego tak istotne było uwolnienie rynków w sektorze prywatnym.

A temu towarzyszyła druga reforma – reforma dotycząca rynku pracy. Chodziło o to, by oddać ludziom swobodę podejmowania pracy; aby była to kwestia wyłącznie między pracodawcą i pracownikiem. Tylko te dwa podmioty – żadnych związków zawodowych! Wszak ostatecznie jest to tylko umowa między pracodawcą i pracownikiem. Umowa taka powinna sprowadzać się wyłącznie do określenia charakteru pracy, wartości wytwarzanej oraz wynagrodzenia przyznawanego pracownikowi.

Te uzupełniające się nawzajem reformy sektora publicznego i prywatnego były tym, co odmieniło warunki funkcjonowania naszego kraju. Nasi następcy wchodzili już zatem w całkiem nowe środowisko, w którym ograniczają ich ustanowione przez nas mechanizmy równowagi politycznej.

Podsumowując – aby dokonać przełomowych reform, politycy również są potrzebni. Sami tego doświadczyliście jako Polacy. Konieczny jest wybór przywódców, których jedynym programem będzie zmiana. Ważne jest też, by nie zmarnować kapitału politycznego na reformy, które szybko upadną lub są nierzetelnie zaprojektowane. Spójność naszych reform opierała się na jednoczesnej zmianie polityki finansowej i monetarnej oraz uwolnieniu rynków. Połączenie tych rzeczy pozwoliło nam uzyskać realną jakość. Nie bez znaczenia był też ów krytyczny moment w historii, dający nam możliwość przeprowadzenia reform opartych na trzech podstawowych zasadach wolnościowych, które, owszem, wymagały również woli politycznej. Te czynniki trwale odmieniły debatę publiczną w Nowej Zelandii. Żadna partia nie poszłaby dziś do wyborów z wydawania publicznych pieniędzy na lewo i prawo.

JK: Jak to się niestety dzieje w Polsce. Bardzo ci dziękuję za tę krótką prezentację przeprowadzonych przez was reform. Chciałbym teraz dowiedzieć się czegoś o tobie i twojej przeszłości. Czy od zawsze marzyłaś, by zostać politykiem? Czy może zaczęło się to w szkole, skąd ten pomysł?

RR: Muszę przyznać, że mam to w genach. Mój pradziadek był politykiem. Moja babcia, jego córka, była działaczką polityczną – podobnie jak mój ojciec. Te dwa pokolenia nie pełniły jednak żadnych funkcji publicznych. Dorastałam więc w typowej nowozelandzkiej rodzinie farmerskiej. Nowozelandzcy farmerzy różnią się od innych tym, że są wolnorynkowcami. Wychowałam się więc w środowisku nacechowanym przedsiębiorczością, ideą wolnego rynku i pewnych tradycji politycznych.

O podjęciu kariery politycznej zdecydowałam w wieku 15 lat, czyli już w szkole średniej. Jestem też zagorzałą feministką. Moim zdaniem wolny rynek i feminizm idą ze sobą w parze. Chodzi bowiem o możliwości. O bycie wolnym od ograniczeń narzucanych przez ustrój, o możliwość działania wedle własnego uznania niezależnie od innych. Nikt nie powinien być ograniczany przez ustrój polityczny czy z racji płci. W moich oczach Nowa Zelandia była mocno uprzedzona wobec kobiet. Byłam dopiero osiemnastą kobietą w parlamencie w ciągu 100 lat od wprowadzenia równego prawa głosu. W tym czasie do parlamentu dostało się tylko 18 kobiet. Byłam więc zdeterminowana, by przełamać również i tę tendencję.

Jako wolnorynkowiec widziałam, że kraj schodzi na psy i chciałam temu zapobiec. Z racji wychowania zamierzałam jednak zostać ministrem rolnictwa. Ukończyłam prawo, pracowałam też dla związku farmerów. Taką drogę kariery sobie zakładałam. Jednak z racji kluczowego znaczenia rolnictwa dla naszej gospodarki przyszło mi na myśl, że powinnam raczej zostać ministrem finansów, ponieważ wtedy miałabym wpływ na całą gospodarkę, włącznie z rolnictwem. Tak więc wyznaczyłam sobie ten cel bardzo wcześnie. Miałam to szczęście, że wspierała mnie rodzina. Słuchałam rad, ukończyłam prawo, ponieważ to przydatne narzędzie. Przez 3 lata pracowałam w ministerstwie, aby zapoznać się z działaniem systemu i dać się poznać jako młoda agitatorka. Starałam się też dość strategicznie podchodzić do wyborców, których reprezentowałam. Wiedziałam bowiem, że z polityką jest jak ze szklanką wody: codziennie konsumujesz swój kapitał polityczny, a robić możesz coś dobrego albo złego. Mi zależało na dobru kraju. Tak więc w wieku 30 lat zaczęłam działalność w parlamencie.

JK: A czy pamiętasz wydarzenia, które moglibyśmy określić jako kamienie milowe twojej kariery politycznej?

RR: Tak, było ich kilka. Przede wszystkim było to zyskanie ogólnokrajowej rozpoznawalności jako osoba znająca się na rzeczy i zdecydowanie popierająca radykalne reformy. Za taką osobę uchodziłam jeszcze przed karierą w parlamencie, głównie w kręgach farmerskich i feministycznych. Zanim dostałam się do parlamentu, kandydowałam trzykrotnie. Po raz pierwszy w wieku 23 lat. Tak więc to wymagało wytrwałości.

Kiedy już uzyskałam bardzo bezpieczny mandat o konserwatywnym profilu, pierwszym moim znaczącym posunięciem było wprowadzenie jawności działań rządu.

Jako zwolennik demokracji bezpośredniej, doskonale rozumiesz, że ludzie mogą podejmować dobre decyzje tylko, jeśli są dobrze poinformowani. Wybrano mnie w 1991, a rok później zasiadałam już w komisji, która opracowywała ustawę o jawności działań rządu.

Był to dla mnie ważny kamień milowy. Rok 1992. Innym kamieniem milowym było to, że jako druga w historii parlamentarzystka urodziłam dwoje dzieci, w 1993. Było to dla mnie ważne, by pokazać, że można godzić wysoką funkcję społeczną z udanym życiem rodzinnym, a także z byciem matką. Chociaż to mój mąż zbiera laury za bycie ulubionym rodzicem.

Przejdźmy do kolejnego kamienia milowego. Kiedy Roger Douglas został ministrem, moja partia przegrała wybory. A byliśmy partią, która rządziła częściej, co było niejako regułą. Stwierdziłam wtedy, że aby mieć realną siłę jako opozycja, należy mieć gotowy konkretny program i rozwiązania. Dlatego też kolejnym kamieniem milowym było wykorzystanie czasu w opozycji, aby:
uzyskać stanowisko ministra finansów w gabinecie cieni i
kontrolować program realizowany przez rząd.

Obserwowałam więc poczynania Rogera Douglasa i starałam się dostrzec to, czego nie realizował w pełni. Zazwyczaj, jak wspomniałeś, partie zwalczają się jak ogień i woda. Ja natomiast chwaliłam jego reformy i jednocześnie mówiłam, że nie idą dość daleko. Była to całkiem podstępna taktyka.

Zdołałam też przekonać moją partię, że gdybyśmy wrócili do naszych starych haseł, to zostalibyśmy pokonani jak w 1987. W 1990 wykorzystałam sytuację, by napisać program naszej partii i pod koniec roku wygraliśmy z niewielką przewagą.

Realizacja zasadniczych założeń tego programu zajęła tylko 6 tygodni. Powodem, dla którego tak szybko się to udało, było to, że przygotowaliśmy sobie grunt do pracy jeszcze jako opozycja. To był mój najważniejszy kamień milowy.

Jako były minister finansów jestem najbardziej dumna z dwóch rzeczy: jesteśmy pierwszym państwem, które oprało finanse publiczne na księgowości memoriałowej – czyli coś, czego nikt wcześniej nie próbował. I, w 1994, ustanowiliśmy zasady odpowiedzialności w finansach.

To, że tak wiele dzisiejszych zasad w sferze finansów publicznych nie działa, spowodowane jest tym, iż nie obejmują one całości aktywów należących do państwa. Są zbyt uproszczone, podczas gdy nasze cechuje pełne podejście.

Tak więc wdrożenie tych zasad na koniec mojego urzędowania było czymś naprawdę znaczącym. Mogłabym tak wymieniać te dokonania niczym odznaczenia honorowe. Wprowadzenie tych zasad kosztowało mnie resztki mojego kapitału politycznego.

JK: A czym zajmujesz się obecnie, z tego, co wiem, to prowadzisz firmę? Czy robisz to dla czystej przyjemności?
RR: W tej chwili mogę stwierdzić, że spędziłam już tyle samo lat w sektorze prywatnym, ile spędziłam w polityce. Według mojej osobistej filozofii w życiu są trzy ważne cele do osiągnięcia:
– działalność na rzecz kraju, czyli moja praca jako minister i radykalny reformator;
– działalność gospodarcza, na której skupiam się obecnie;
– i podstawa tego wszystkiego, czyli rodzina.

Tak więc przez ostatnie 25 lat pełniłam głównie funkcje kierownicze w spółkach prywatnych. Zajmowałam się rozbudową ich bazy majątkowej -zarówno z myślą o udziałowcach, ale i o kraju jako całości. Bo przecież minister finansów nie dysponuje własnymi pieniędzmi. Ma tylko to, co pożyczy od wierzycieli lub zabierze w podatkach. Dlatego też rozbudowa bazy majątkowej jest dla mnie tak ważna. Od połowy lat 80. zajmowałam się też dość obszernie niezależnym doradztwem innym państwom, które, tak jak ty, widziały nasze doświadczenia i chciały je zrozumieć, tak aby we własnym kontekście kulturowym skopiować nasze idee i instytucje, i cieszyć się ich pozytywnymi rezultatami.

JK: Bardzo, bardzo ci dziękuję za ten niezwykle interesujący wywiad.

Więcej na temat Ruth Richardson i jej wielkiego osiągnięcia dokonanego wraz z sir Rogerem Douglasem można przeczytać w wydanej przez Fundację PAFERE książce “Jak uchronić demokrację przed. demokratycznie wybranymi politykami, czyli Nowozelandzkie reformy antyetatystyczne”, której autorem jest Bill Freeza. Jednym z jej bardzo ciekawych wątków jest szczegółowe omówienie warunków koniecznych do osiągnięcia przez kraj sukcesu polityczno-społeczno-gospodarczego.