Dziża: Nikt skuteczniej nie utrwala antyżydowskich postaw niż instytucje żydowskie, w tym państwo Izrael

Bez “przestawienia wajchy” – w polskich instytucjach na polski punkt widzenia – problemu takiego jak objawiony teraz w całym dramatyzmie, nie będzie można skutecznie rozwiązać”.

Pocieszam się od tygodnia, że nie ma tego złego… Z wielkiego międzynarodowego kryzysu, wywołanego przez gwałtowny, irracjonalny sprzeciw Izraela wobec podjętej nareszcie przez Polaków próby przeciwstawienia się powszechnemu – niestety – obrazowi naszego kraju jako współsprawcy holokaustu, powinniśmy wyciągnąć jak najwięcej konkretnych nauk i … korzyści.

REKLAMA/Advertisement

Pierwsza z konsekwencji kryzysu jest oczywista: klapki z oczu opadły nawet pięknoduchom, którzy wierzyli w jakieś równoważne, partnerskie stosunki z Izraelem i szlachetne intencje USA wobec Polski. Ci, którzy bronią dziś w Polsce ultymatywnego stanowiska Izraela, jeszcze wyraźniej przyczyniają się do jasności, gdzie na rodzimej scenie politycznej przebiega granica zaprzaństwa. Jestem przekonany, że za tą granicą znajdzie się teraz jeszcze mniej “totalniaków” niż do tej pory, a to – przy odrobinie konsekwencji i mobilizacji – faktycznie dać może Zjednoczonej Prawicy kolejne kadencje i większość konstytucyjną.

Nie chcę doradzać prezydentowi, któremu współczuję konieczności podjęcia trudnej decyzji. Trudnej, bo skutki naszego trwania przy prawdzie oczywiście mogą być teraz dla naszych planów geostrategicznych bardzo bolesne, ale z drugiej strony przez ponad 2 lata przyzwyczailiśmy się i słusznie zobojętnialiśmy już na nieustanny atak elit międzynarodowych na nasz kraj. Strach nas zatem nie powinien paraliżować.

REKLAMA/Advertisement

Wprowadzone do ustawy o IPN przepisy to oczywiście bardziej wyraźne przesłanie państwa w odnośnej kwestii niż jakieś konkretne, realne narzędzie do karania fałszerzy historii, ale widać wyraźnie, że nawet takie deklaratywne prawo, pozbawione prawdziwych sankcji, wzbudza zajadły sprzeciw i wściekłość tych, którzy – wbrew jakiejkolwiek logice i faktom – w swojej zdecydowanej masie uważają Polskę za realizatorkę Zagłady a nie jej ofiarę. Inaczej mówiąc: to nasz jasny sprzeciw wobec takiego, jak ich, postrzegania Polski jest dla nich “zakłamywaniem historii”.

Jest też inna konkretna korzyść z tego (niedobrego i nie chcianego przez nas przecież) kryzysu.

Wydaje się bowiem, że wybuch całej tej wielkiej afery był wyraźnym falstartem elit żydowskich, praktycznie uniemożliwiającym teraz dokończenie rozpoczętej już przecież intrygi, która miała doprowadzić do wyciągnięcia od Polski nienależnych w normalnym porządku prawnym odszkodowań za majątek ofiar holocaustu, które nie pozostawiły spadkobierców. Gdyby nie ta obecna, histeryczna reakcja, to – niestety – urabianie polskich władz mogło dać pewne efekty, o czym może świadczyć wcześniejsze nabranie przez liderów obozu rządowego wody w usta wobec ustawy 447 przegłosowanej w grudniu przez amerykański senat. W obecnej sytuacji PIS nie ma wyjścia – musi zablokować wszelkie, najmniejsze nawet żądania światowych organizacji żydowskich w tym względzie. To oczywiście spowoduje jeszcze wścieklejszy ich atak. Nawet przy swoim daleko idącym sceptycyzmie wobec zakłamania współczesnych mediów, nie podejrzewam, żeby ten wybuch chciwości udało się w świecie ukryć i uzasadnić w taki sposób, aby to żydowskim roszczeniom jednoznacznie przyznano rację. Tym bardziej, że gdzie jak gdzie, ale w UE Izrael nie ma dobrej prasy od wielu, wielu lat.

REKLAMA/Advertisement

Nie powiem nic oryginalnego, jeśli stwierdzę, że nikt skuteczniej i bardziej konsekwentnie nie utrwala antyżydowskich postaw niż same instytucje żydowskie, w tym państwo Izrael. Ostatni dowód na tę tezę, obserwujemy właśnie od kilku dni.

Mleko się już rozlało. Nie powinniśmy się skupiać na rozpamiętywaniu, jak można było tego uniknąć, bo moim zdaniem nie można było uniknąć czegoś, co i tak wisiało od dziesięcioleci nad zakłamywanymi polityczną poprawnością relacjami żydowsko-polskimi. Można było co najwyżej odroczyć taki wybuch. W obecnej chwili, takie odroczenie leżało przy tym bardziej w interesie Izraela, niż naszym. Niezależnie od decyzji prezydenta, nie ma zatem co rozdzierać szat, tylko w tej trudnej sytuacji wyciągnąć jak najwięcej korzyści, popychając do przodu sprawy, które były wcześniej hamowane i wymiatać kwestie, chowane przez lata pod dywan.

Mam na przykład nadzieję, że nareszcie przebije się do opinii publicznej, na początku polskiej, prawda o żydokomunie, czyli nadreprezentacji przedstawicieli narodu żydowskiego w komunistycznym aparacie represji i udziale wielu etnicznych Żydów w procesie instalowania sowieckiej władzy na okupowanych polskich ziemiach oraz działaniach inspirowanych i realizowanych przez nich, a wymierzonych w Polaków w latach 1939-1941 i po roku 1944. Nie po to, żeby oskarżać cały naród żydowski, który wtedy zresztą jako jednorodny byt po prostu nie istniał, ale żeby objawić złożoność sytuacji w jakiej znalazły się etniczne społeczności zamieszkujące tereny II Rzeczpospolitej w latach 40-tych XX wieku i dopełnić obrazu, ujawniającego inne – niż niemiecki hitleryzm – konteksty polityczne, geopolityczne i społeczne. A także po to, aby ukazać bezsens uogólniających oskarżeń tym, którzy za winy jednostek (wyrwane zresztą z historycznego kontekstu) chcą obarczać odpowiedzialnością całe zbiorowości.

Żywię też wiarę, że rządzący dostrzegą błąd polegający na tym, że zanim powstało Muzeum Historii Polski, z wielkiej, chwalebnej, choć trudnej polskiej historii autonomicznie wyrwano w ostatnich latach historię polskich Żydów, to im na początku fundując osobne muzeum. A przecież ta historia jest tylko fragmentem większej całości i na polskiej ziemi, finansowana z polskich podatków, powinna zostać wpisana w pełny kontekst polskich dziejów. W tej chwili jest jednak tak, że to reszta polskiej historii, która swego muzeum wciąż się jeszcze nie doczekała, musi uwzględniać istniejącą już żydowską ekspozycję i jej zamysł narracyjny. To było i jest postawienie sprawy na głowie. Nie chcieli dostrzec tego problemu dotychczas również politycy “dobrej zmiany”. Mam nadzieję, że dostrzegą go teraz, bo bez “przestawienia wajchy” – w polskich instytucjach na polski punkt widzenia – problemu takiego jak objawiony teraz w całym dramatyzmie, nie będzie można skutecznie rozwiązać.

Innym przejawem tego samego problemu jest to, co dzieje się w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. W ciągu ostatnich trzech dekad jego teren stawał się stopniowo faktycznie eksterytorialną własnością Izraela. Świadczą o tym najnowsze tabliczki informacyjne, gdzie ofiary dzieli się już na “Żydów i nie-Żydów”. Świadczy o tym fakt, że jedyne flagi, jakie można codziennie wnosić na ten teren to flagi z gwiazdą Dawida. Polskie flagi, wnoszone przez turystów, załoga obsługująca Muzeum każe zwijać. Na terenie obozu, który budowany był z myślą o eksterminacji Polaków i którego pierwsze ofiary przez wiele miesięcy to byli prawie wyłącznie Polacy, nie można dziś także odtworzyć polskiego hymnu narodowego, o czym alarmuje od kilku lat Fundacja Paradis Iudaeorum, corocznie organizująca 14 czerwca wraz z Chrześcijańskim Stowarzyszeniem Rodzin Oświęcimskich obywatelskie obchody Dnia Pamięci o Ofiarach Niemieckich Obozów Koncentracyjnych. Tego samego Dnia Pamięci, którego w kalendarzu istotnych wydarzeń większości polskich ministrów, posłów, senatorów, marszałków a nawet prezydenta RP wciąż nie ma, co najlepiej świadczy o wiarygodności naszych pożal się Boże elit w dotychczasowej batalii o stosowanie właściwej nomenklatury dla tych stworzonych przez Niemców miejsc zagłady.

Na koniec dorzucę jeszcze jeden postulat, którego głęboką potrzebę ujawnił konflikt o zapisy znowelizowanej ustawy o IPN. Mam bowiem nadzieję, że w ciągu najbliższych miesięcy powstanie kilka dużych rządowych programów wspierających rzetelne badania polskich historyków nad relacjami polsko-żydowskimi w czasie II wojny światowej. A może także prywatnych, np. realizowanych przez polskie fundacje, dbające o narodową pamięć. Chodzi oczywiście, o niezależne od dotychczas realizujących takie działania podmioty grantodawcze. Jak sprawa takich badań wyglądała dotychczas, najlepiej uzmysłowiła mi sytuacja sprzed kilku lat, związana z publikacją prof. Jana Grabowskiego pt. “Judenjagd. Polowanie na żydów 1942- 45. Studium pewnego powiatu” (wyd. Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, 2011). Książka ta jest dziś koronnym, znanym już na całym świecie “dowodem” na powszechność kolaboracji chłopów polskich z niemieckimi władzami – w dziele eksterminacji Żydów rzecz jasna. Jako, że książka dotyczy powiatu dąbrowskiego, z którym jestem rodzinnie związany i opowieści wojenne z tego obszaru towarzyszą mi od dzieciństwa, jej treść konfrontowałem z całą rzeszą świadków tamtych wydarzeń i wiedzą lokalnych badaczy tego okresu. Jej jednoznaczna, oskarżycielska teza oparta jest głównie na kilkudziesięciu (spośród tysięcy) wybranych relacjach świadków przesłuchiwanych po II wojnie światowej w procesach o zbrodnie hitlerowskie i przed lokalnymi żydowskimi komisjami historycznymi w regionie. Ten wybór i uboga lista innych źródeł wskazują – moim zdaniem – na wykonanie bardzo płytkich kwerend. Zwróciłem się zatem z pytaniem do znajomych historyków, czy nie mogliby dokonać pogłębionych kwerend w tych samych archiwach. Mimo wstępnego zainteresowania i deklaracji, że znajomi historycy poszukają odpowiedniego źródła sfinansowania takiej pracy (tyle jest przecież różnych izraelskich, polskich, amerykańskich programów grantowych dotyczących badań nad holocaustem), wszyscy moi rozmówcy po pewnym czasie… wycofali się. Już tylko wstępne rozpoznanie upewniło ich, że z żadnego “ogólnie dostępnego” źródła finansowania instytucjonalnego czy grantu skorzystać dla takiej pracy nie będą mogli. W wielu miejscach przekonywano ich, że profesor Grabowski rozstrzygnął już przecież tę kwestię i nie ma potrzeby drążenia tego tematu.

REKLAMA/Advertisement

Tak to dziś wygląda. Sponsorowany, również przez polskie instytucje państwowe, jest tylko jeden – żydowski – punkt widzenia. Młodzi, polscy badacze nie mają co liczyć na wsparcie niezależnych dociekań historycznych, a działanie przez nich na własną rękę jest często receptą na… brak dalszej kariery. Nic dziwnego, że w większości wolą uniknąć tego pola minowego i nie zajmować się historią najnowszą w ogóle. Tymczasem przed historykami korzystającymi z grantów sponsorowanych z funduszy izraelskich, czy amerykańskich, kariera – również na zagranicznych uczelniach – stoi otworem.

Czy bolesne doświadczenia ostatniego tygodnia coś zasadniczego w tym względzie zmienią?
Muszą, bo bez tego nadal stać będziemy z dzidą na przeciwko rzeszy “autorytetów” uzbrojonych w ckm-y.

Piotr Dziża – konserwatywny publicysta, działacz społeczny, pomysłodawca i organizator Festiwalu Niepodległości w Tarnowie oraz projektu badawczo-edukacyjnego-filmowego “Pierwsi Niepodlegli”