80 rocznica pierwszej masowej deportacji Polaków na Syberię – wywiad z p. Aleksandrą Szemioth ze Związku Sybiraków

10 lutego 1940 r. rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja Polaków na Syberię, przeprowadzona przez NKWD. Los wówczas wywiezionych był najgorszy – transporty trafiły do obszarów bliskich koła podbiegunowego, osadzono ich w barakach w głębi tajgi, byli pod stałym nadzorem funkcjonariuszy NKWD, zmuszeni do katorżniczej pracy przy wyrębie lasu, przy ciągłym niedożywieniu. Pracować musieli mężczyźni, kobiety i dzieci od 14 roku życia. Śmiertelność była ogromna – umierali głównie starsi i dzieci, czasem wymierały całe rodziny. Dopiero Układ Sikorski-Majski pozwolił, tym którzy pozostali przy życiu, na zmianę miejsca pobytu i przeniesienie się do okolic o łagodniejszym klimacie. W tej pierwszej deportacji wywieziono 220 tysięcy osób i były to rodziny osadników wojskowych, leśników, kolejarzy i innych grup społecznych.

REKLAMA/Advertisement

¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤

Arkadiusz Kobus rozmawia na ten temat z p. Aleksandrą Szemioth.

REKLAMA/Advertisement

Aleksandra Szemioth urodziła się 13 maja 1936 roku w Wilnie. Pierwsze lata dzieciństwa spędziła w majątku rodziców na Wileńszczyźnie. 13 kwietnia 1940 roku (druga wywózka) razem z matką i trzema starszymi siostrami, została deportowana do Północnego Kazachstanu, gdzie przebywała w małej miejscowości na stepie, do kwietnia 1946 roku. Powrót, w ramach tzw. repatriacji, nastąpił w maju 1946 roku. Początkowo przebywała w Szczecinie, potem w Lidzbarku Warmijskim, a od 1947 roku – w Krakowie. Ukończyła szkołę podstawową i liceum ogólnokształcące, następnie Wydział Geologiczno-Poszukiwawczy na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pracę zawodową rozpoczęła w Rabce, jako geolog uzdrowiskowy, następnie, od 1963 r., podjęła pracę w Przedsiębiorstwie Geologicznym w Krakowie, gdzie na stanowisku projektanta hydrogeologa pracowała do 1991 roku, kiedy przeszła na wcześniejszą emeryturę. Od 1992 do 2002 roku prowadziła własne biuro projektowe. W 1989 roku włączyła się w działalność krakowskiego Oddziału Związku Sybiraków. Od początku kieruje Komisją Historyczną Oddziału, a od 2011 roku jest prezesem Oddziału. Jest także członkiem Zarządu Głównego Związku Sybiraków w Warszawie.

AK: –  Kilka osób odmówiło, kiedy poprosiłem o opowiedzenie ich przeżyć z lat 40-tych na Syberii czy w Kazachstanie. Usłyszałem, że w trakcie takich rozmów wracają do nich koszmary, które przeżyli w “innym świecie” – jak nazwał deportację i pobyt w głębi Związku Sowieckiego Herling Grudziński. Pani zgodziła się na rozmowę.

AS: – Ja również niechętnie opowiadam o osobistych przeżyciach z czasów zesłania w głąb ZSRR. Na prelekcjach, które często prowadzę w szkołach i w innych gremiach, mówię o historii zesłań i wszystkich aspektach zagadnienia. 

AK: –  Gdzie i kiedy się Pani urodziła?

AS: – Urodziłam się 13 maja 1936 roku w Wilnie. Mieszkałam z moja rodzina w majątku rodziców na Wileńszczyźnie, w powiecie brasławskim, ok. 120 km na północ od Wilna. Tam zastała nas wojna. Mój Ojciec, oficer w stanie spoczynku, i przyrodni brat, po świeżo ukończonej podchorążówce, zostali powołani do służby czynnej. Moja Matka została sama z czterema nieletnimi córkami w dużym domu, z którego odeszli pracownicy. Została tylko nasza ukochana niania. Po 17 września weszło wojsko sowieckie – było go bardzo dużo, zajęli cały rozległy park. Zjawili się także NKWD-ziści – robiono rewizje, zarekwirowano wiele rzeczy, w tym biżuteri€ mojej Matki. Szukali także broni, zabrali broń myśliwska mego Ojca. W końcu zaaresztowali moją Matkę i wywieźli do pobliskiego miasteczka. Zostałyśmy same, tylko z naszą nianią, którą po kilku dniach też zabrali. Pamiętam nasze przerażenie. Najstarsza moja siostra miała 14 lat, a ja najmłodsza – tylko 4 lata. 

REKLAMA/Advertisement

AK: – Czy pamięta Pani moment, kiedy załomotali w wasze drzwi i kazali opuścić dom? Co zapamiętała Pani z tamtych wydarzeń jako 4-letnie dziecko?

AS: – Po jakimś czasie Mama i Niania wróciły, ale wkrótce wysiedlono nas z domu i przewieziono do sąsiedniego, również naszego, mniejszego majątku, gdzie dano nam tylko jeden pokój w pomieszczeniu folwarcznym. Tam, w nocy 13 kwietnia 1940 r. przyszli – oficer i kilku żołnierzy NKWD z bagnetami na karabinach – żeby nas wywieźć na Syberię. Obudziło wszystkich łomotanie do drzwi i krzyki. Oficer zarządził rewizję, powywracali nasz już niewielki dobytek. Pamiętam duże ilości listów leżących na podłodze. Zaglądali wszędzie, nawet wylali miód z dużego naczynia, szukając czegoś zakazanego. To mnie bardzo zdziwiło. Kazali wziąć niedużo rzeczy i wsadzili nas na dwie pary konnych sanek (była jeszcze zima i leżał śnieg), powożonych przez miejscowych chłopów. 

AK: – W jakich warunkach odbywała się wasza podróż do Kazachstanu? Jaki był stosunek sowieckich konwojentów do polskich rodzin?

REKLAMA/Advertisement

AS: Droga była długa, ok. 40 km, do stacji kolejowej w miasteczku Hoduciszki. Tam stał długi skład towarowych wagonów, do których ładowano przywożone zewsząd rodziny – i inteligencji i mieszkańców wsi. W wagonie umieszczano od 50 do 60 osób, było bardzo ciasno. Na obydwu końcach wagonu – po dwie drewniane prycze, na których rozmieszczały się rodziny wraz z rzeczami. Dla wielu zabrakło miejsca na pryczach, więc ulokowali się na środku wagonu, w pobliżu żelaznego piecyka i otworu w podłodze, który pełnił rolę ubikacji. Pociąg ruszył na wschód po kilku dniach. Ludzie byli przerażeni – modlili się i śpiewali pieśni religijne i patriotyczne. To nie przeszkadzało w swarach wynikających z ciasnoty. Wywiezione były głównie kobiety z dziećmi, mężczyzn było mało. Po kilku dniach dotarliśmy do przedwojennej granicy z ZSRR. W nocy odbył się przeładunek do wagonów rosyjskich, na szerokich torach. Byłam przerażona – w ciemności musieliśmy przechodzić po chwiejnych deskach ułożonych pomiędzy polskimi i rosyjskimi wagonami. Wjechaliśmy w Kraj Rad. Były obdrapane dworce i ubogo ubrani ludzie. Nam nie wolno było wysiadać na stacjach. Czasem, w polu, pociąg stawał i kazano wychodzić w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. W drodze dawano nam jedzenie – wiadro zupy na cały wagon i małe ilości chleba. Zapasy domowe dawno się skończyły, było głodno i bardzo brudno. Pilnowali transportu uzbrojeni żołnierze, bardzo rygorystyczni i krzyczący. Pamiętam przejazd przez Ural, pociąg jechał po łuku i z zakratowanego okienka nad naszą pryczą moja siostra mogła policzyć wagony – było ich sześćdziesiąt. Jechaliśmy około dwóch tygodni. Miejscem docelowym okazało się małe miasto rejonowe Bułajewo, na trasie kolei transsyberyjskiej, pomiędzy Pietropawłowskiem a Omskiem, w północnym Kazachstanie. Wyładowano nas na łąkę przy torach kolejowych i trwaliśmy tam przez kilka godzin. Było już dość ciepło. Podjechały ciężarówki, zbierały po kilka rodzin i rozwoziły po okolicznych wsiach – kołchozach lub sowchozach. Myśmy trafili do miejsca bez nazwy własnej – był to trzeci oddziału sowchozu Czistowskoje.

AK: – Czy deportacja i pobyt w Kazachstanie to był rzeczywiście taki koszmar? Jak wyglądało tam wasze życie?

AS: – Warunki egzystencji były bardziej niż prymitywne, zwłaszcza na początku, kiedy koczowaliśmy wszyscy – ponad 50 osób – w okrągłym baraku, o ścianach uplecionych z gałęzi wikliny, całkiem przezroczystych. Wokół zbierali się miejscowi i w przyglądali się nam z wielką niechęcią. Okazało się, że nasz przyjazd poprzedziła propaganda o polskich panach i wrogach Związku Sowieckiego. Z czasem stosunki bardzo się poprawiły. Był maj i ciepło, co umożliwiało pobyt w baraku. Jedzenie gotowały kobiety przed barakiem na paleniskach zrobionym pomiędzy dwiema cegłami. Produkty żywnościowe zdobywano drogą wymiany na polskie rzeczy. Wszyscy musieli pracować przy pracach rolnych w sowchozie. Do pracy poszły moje dwie starsze siostry – 14-to i 13-letnia. Mama była słabego zdrowia i na początku nie pracowała. Przed zimą musieliśmy gdzieś zamieszkać – władze sowchozu dały miejsce na budowę ziemianek i każda rodzina musiała dla siebie taką wybudować. Myśmy nie mieli rąk do takiej pracy, więc Mamusia wynajęła kogoś kto za ubrania podjął się budowy. Powstała „polska kolonia”, złożona z czterech domów z darni, każdy na dwie rodziny. Darń to górna warstwa gleby przerośnięta korzeniami traw – to był budulec. Mieliśmy więc izbę – bez sufitu i bez podłogi – ale swoją.. Przed wejściem dobudowano jeszcze sionkę. W zimie na ścianach, od wewnątrz, leżał szron, a podczas wiosennych deszczów – dach bardzo silnie przeciekał. Było jednak nie najgorzej. Część polskich rodzin zamieszkała w chatach tubylców. Największą uciążliwością był ciągły brak jedzenia, brakowało też ubrań i opału. Wokół był płaski step bez lasów – na opał zbierało się tzw kiziak – wyschnięte odchody krowie. Ten sam produkt, zmieszany z gliną, służył także do powlekania ziemnej podłogi w chacie.

Najgorsze były zimy bardzo śnieżne, z temperaturą do -50 stopni Celsiusza. Głód doskwierał zwłaszcza pod koniec zimy, kiedy nie było już nic. Chodziłam z Mamusią na pola, gdzie spod śniegu wybierałyśmy zeszłoroczne kłosy. To była czynność zakazana, trzeba było bardzo uważać żeby nie zobaczył zbierających ktoś z „naczalstwa”. Kłosy musiały być wysuszone, potem wytrząsało się z nich ziarno, na koniec na pożyczanych żarnach – mmęło się je na grubą mąkę, a z niej można było zrobić coś do jedzenia. W 1941 roku – po podpisaniu umowy Sikorski- Majski – nasz los się odmienił, wróciła nadzieja, dostaliśmy też małą pomoc przydzielaną przez Ambasadę Polska w Kujbyszewie, poprzez tzw. mężów zaufania. Polacy odzyskali obywatelstwo polskie. Organizowała się Armia Andersa. Niestety nie trwało to długo. Po wyjściu z ZSRR Armii Gen. Andersa, zesłańcom polskim nakazano przyjęcie obywatelstwa radzieckiego – odmowa była obarczona karą dwóch lat łagru. Część odmówiła, wśród nich była moja najstarsza siostra, Zofia. Osadzono ją w łagrze za Bajkałem. Przeżyła tam straszną pracę i głód, była chora na tyfus. Jednak po dwóch latach wróciła do nas, niedługo przed repatriacją do Polski.

AK: – Jak odbywał się Wasz powrót do Polski, jak wyglądało zderzenie z nową rzeczywistością?

AS: – Powrót do kraju był wielką radością, chociaż nie do swoich miejsc, ale wróciłyśmy, wszystkie, równo po sześciu latach zesłania, w maju 1946 roku. Transportem takim samym jak w drodze tam, ale bez straży. Podróż była też dłuższa, trwała ponad miesiąc. Dowieziono nas do Szczecina. Odnaleźliśmy się z naszym Ojcem i z dalszą rodziną. Po kilku zmianach zamieszkaliśmy w Krakowie. Powrót do cywilizacji był bardzo trudny. Nie mieliśmy nic, a psychikę obarczały wspomnienia niedawnej udręki. Ja jako dziecko miałam szczególne trudności w rozumieniu tego wszystkiego, co mnie w Polsce otaczało – przerażało mnie miasto, tramwaje i wszystko inne czego nie znałam, dorastając na stepie. Pozostały też we mnie ciągła obawa i uczucie lęku, które mnie tam nie opuszczały. Bardzo trudno jest opowiedzieć o tym wszystkim co tam nas dotknęło – nie do przekazania jest na przykład uczucia ciągłego niedożywienia, głodu, które trwało cały czas, zawsze. 

AK: – Czy tęskni Pani za rodzinnym domem, który Pani rodzina zostawiła na Kresach?

AS: – Tęsknota za domem, za Polską, za wszystkim co było przed zesłaniem – towarzyszyła nam przez cały czas pobytu w Kazachstanie. Patrzyłam często na zachód, bo tam, jak powiedziała Mama, była gdzieś daleko Polska. Ta tęsknota, była jednym z czynników, który nie pozwalał na utratę nadziei na ratunek. Obecnie dom i wszystkie jego sprawy odeszły ode mnie i już tak nie bolą. Byłam kilka razy w Wilnie, odwiedziłam także nasze strony – to co tam jest teraz napawa smutkiem – wszystko zaniedbane lub zniszczone, dom w ruinie. Obecnie podobno ktoś próbuje go odbudować. 

AK: – Co Pani – osoba doświadczona pobytem na “nieludzkiej ziemi” i szerzej losem, który zgotowała Polakom Armia Czerwona, chciałaby odpowiedzieć na próbę rewizji prawdy historycznej dokonywanej przez prezydenta Rosji Putina, który oskarża polityków II Rzeczypospolitej o współpracę z hitlerowskimi Niemcami, a Polskę obarcza odpowiedzialnością za wybuch wojny światowej?

AS: – Zarówno ja sama jak i kilka tysięcy, żyjących jeszcze, polskich zesłańców syberyjskich, jesteśmy świadkami skutków układu Ribbentrop – Mołotow, zawartego w sierpniu 1939 r. Dołączony do układu tajny protokół był podstawą do podziału terytorium Rzeczypospolitej Polskiej na dwie strefy wpływów – w części zachodniej niemiecką, a w części wschodniej radziecką. Ta wschodnia strefa, od 17 września 1939 roku została zajęta przez armię ZSRR i od tej daty rozpoczął się czas sowieckiej eksterminacji ludności polskiej na tym obszarze – aresztowania ok. 250 tysięcy głównie mężczyzn, wzięcie do niewoli ponad 200 tysięcy żołnierzy WP, w tym 15 tysięcy oficerów, zamordowanych później w Katyniu i innych miejscach, wcielenie do Armii Czerwonej ponad 100 tysięcy młodych Polaków z Kresów, a od 10 lutego 1940 roku masowe wywózki na Sybir ludności cywilnej. W czterech wielkich deportacjach wywieziono około milion osób. Łącznie w głębi ZSRR przebywało podczas wojny i po jej zakończeniu blisko dwóch milionów Polaków – w łagrach i w miejscach deportacji. Tysiące z nich tam straciło życie. To, co powyżej jest dowodem na krwawy udział Sowietów w losach Polaków podczas II wojny światowej, którą rozpętała Rzesza Niemiecka razem z władzami ZSRR. Mówienie o tym, że to Polska jest winna wybuchowi wojny jest wielkim kłamstwem, podobnym do kłamstwa o mordzie katyńskim – wieloletnie zaprzeczanie temu, że polskich oficerów zamordowali w Katyniu rosyjscy funkcjonariusze NKWD.

Foto poniżej: p. Aleksandra Szemioth

Foto główne: kadr z filmu “Syberiada polska” w reż. Janusza Zaorskiego