REKLAMA / Advertisement

Reklama /Advertisement

Zygmunt Wasilewski: Rozbrajanie duchowe narodu – cz. II

276

Zanalizujmy na przykładzie jeden z objawów rzeczonej penetracji rozkładowej. Biorę przykład z dziedziny propagandy naukowej, przykład tym bardziej pouczający, że jednocześnie pokaże, jaka jest moc hipnozy, biorącej w niewolę umysły polskie, hipnozy wywieranej przez organizacje sekciarskie. W „Przeglądzie -Współczesnym“ (Kraków 1924 luty), profesor J. St. Bystroń ogłosił rozprawę o „Megalomanii narodowej”. Jest to na pozór studium etnologiczne z dziedziny psychologii spo­łecznej o zjawiskach zarozumiałości plemiennej na tle mętnej świadomości społecznej.

Autor zajął się tą kwestią przynaglony widokiem obecnym Europy, która według niego dąży do upadku z powodu megalomani nacjonalistycznej narodów. Teorie własnej wielkości podważyły „podstawy nauki moralności, religii, a z drugiej strony rozpętały imperializm“. Stąd pochodzi upadek kultury i państwo dąży ku kataklizmowi. Prof. Bystroń, aby uzasadnić swój pogląd, przebiegł dzieje cywilizacji ludzkości, poczynając od hordy aż do naszych czasów i stwierdził w sposób godny etnologa, że człowiek pierwotny uważał zawsze swoje środowisko za centrum świata. Środek ziemi okazywał się we wszystkich krajach: u Żydów i u Greków (Delfy), Francuzów, Anglików. Wszyscy zawsze wywodzili swoje plemię z kolebki świata. Podania, uzasadniane nieraz przez mędrków teoretycznie, wyprowadzały rodowody narodu z legendarnych krajów i czasów. Nas Polaków Dębołecki w XVII wieku wywodził z raju od Adama, stamtąd też mowę polską. W czasach nowszych opowiadają dziwy o naszej przeszłości Rakowiecki, Maciejowski, Chodakowska, albo idealizują nasz byt na sielankę (Brodziński). To samo zresztą robili Niemcy bez poczucia miary, aż doprowadzili i siebie i świat do katastrofy.

REKLAMA

REKLAMA / Advertisement

W poczuciu wielkości narodowej przechował się najdłużej poganizm przez stwarzanie antropomorficzne bogów na obraz własny. Chrystianizm usiłował postawić ideał bóstwa ponad bogami plemiennymi, ale ta koncepcja okazała się zbyt niedostępna większości ludzi. Każdy naród przywłaszcza sobie bóstwa. W imię Boga prowadzą się wojny, Joanna d’Arc królem Francji obwołuje Chrystusa, Polak Matkę Boską mianuje Królową Korony Polskiej. Narody myślą, jak chłop, że w niebie mówi się ich językiem i że Bóg zajmuje się wyłącznie ich losem. Stąd cudy Marny lub Wisły. Stąd nacjonalizacja Boga. Przeradza się ta idea w przekonanie, że Bóg uczynił dany naród wybranym przez siebie, a potem prostą drogą człowiek wierzy w świetną przyszłość i misyjność narodu kończy się mesjanizmem. I tak po trochu z zarozumiałości ambitnej naród wybrany staje się narodem Bożym, a z czasem narodem-Bogiem (das Gottvolk). Takie prawo rozwoju upatrzył prof. Bystroń w nacjonalizmie:

– „Rozwijając — powiada — konsekwentnie teorię (?) megalomanii narodowej, musimy dojść do nacjonalizacji Boga lub deifikacji narodu a więc do zaniku tych podstawowych pojęć religijnych i etycznych, na których wspiera się kultura europejska. Nacjonalizm zabija to, co mogliśmy zdobyć przez chrystianizm!“

REKLAMA / Advertisement

Myśliciel polski dochodzi tą drogą — nazbyt skróconą — do tego wniosku, co Spengler czy Le Bon — że cywilizację europejską czeka kataklizm. Czy tak, czy owak sprawę badać — koniec świata pewny. Filozofowie wzięli się po wojnie do badania skutków kataklizmu wojennego; zdaje się jednak, że przyjdzie psycholog, który łatwo te skutki odnajdzie i w myślicielach. To pewna, że ogólne przerażenie im przede wszystkim się udzieliło i przeszkadza w obiektywnym a spokojnym sądzeniu o rzeczach. Można dopatrzyć się w tych wnioskach i przepowiedniach powojennych tendencji, narzuconej światu naukowemu. Nauka ma udowodnić na strasznym przykładzie, że zasada narodu jako podstawy układu politycznego świata, groźna jest dla życia cywilizacji. P. Bystroń podjął się udowodnić to po swojemu. Interesuje nas w tej chwili pytanie: czy uczony i myśliciel, zostawiony sobie w spokoju do obcowania z faktami i metodą naukową, mógłby dojść do wniosków, do jakich doszedł prof. Bystroń?

Wniosek jego zaczyna się od słów: „Z głębokim smutkiem patrzymy na tak obfite a tragiczne żniwo“ (powrót do epoki bogów plemiennych itd.). Uczony reaguje na fakty uczuciowo. Widzi bujny rozwój narodów, „rozpętanie nacjonalizmu”. ,,Być może — powiada — era zwycięskiego nacjonalizmu zdoła stworzyć nowe społeczeństwa, silniejsze i zdrowsze“. On jest pełen sceptycyzmu, a gdyby się nawet nadzieje nacjonalizmu ziściły, to dla tych, „którzy ukochali kulturę idealistyczną, na gruncie pojęć chrześcijańskich wyrosłą, będą te nowe twory zawsze dalekie, obce i niezrozumiałe.“ Całą pracę naukową poświęcił na to, żeby stwierdzić, że wiara w naród i płynąca stąd zarozumiałość są wrodzone, że przez długi szereg wieków kultury nie udało się” ludzkości wyzbyć „tych popędów“ słowem, że istnieje prawo psychologiczne (systemu uczuciowego narodów) egotycznego traktowania swojej osobowości.

Sądzilibyśmy, śledząc z takim nakładem erudycji szeregowane doświadczenia wieków, że wystarczy uczonemu stwierdzenie:

1) że poczucie osobowości narodowej właściwe jest nawet psychice plemienia w stanie hordy i że ono rośnie w miarę rozwoju,

2) że to poczucie zostawiane wolnej grze uczuć, niepokierowane należycie świadomością na drogi rozumnej kultury politycznej, doprowadza wyobraźnię do chorobliwych zboczeń, ale

3) jest wielką siłą twórczą, mianowicie siłą tworzenia odrębnych cywilizacyj, dzięki którym może być mowa o rozwoju ludzkości.

Prof. Bystroń nie znalazł innego wyjścia z my­ślowej sytuacji, w jakiej się znalazł po rozważeniu dziejów uczuć narodowych, jeno sceptycyzm i smutek. Kłopocze się, co będzie dalej. Możemy mu poradzić, żeby się nie kłopotał, bo to do uczonego nie należy. Co by prof. Bystroń powiedział o zmartwieniu fizyka, który zrobił wywód oparty na doświadczeniach, że istotnie ciążenie do środka ziemi jest prawem fizycznym, a na zakończenie dodał:„Z głębokim smutkiem to stwierdziłem, bo ileż przyjemniejsze byłoby ciążenie do księżyca! P. Bystroniowi to prawo uczuciowości narodowej przeszkadza, nie podoba się. Przez nie — powiada —„zatracamy wiarę we wszystko, co mogłoby być wielkie d la wszystkich ludzi”, Ale bliżej tej straty nie określa,- Dla nas słuchaczy jego nauki to jest smutne, że on się smuci, a zwłaszcza to, że uczuwa potrzebe publicystycznego regulowania pojęć, propagowania idei niemających związku z jego pracą naukową. W pracy tej badał system uczuciowy narodów i jego patologię, tymczasem w wieszczych wnioskach za punkt wyjścia bierze samo poczucie narodowe. Mówi o pewnych cechach kwalifikujących zboczenie (megalomania), a kończy, że mu się cała rzecz nie podoba. Odrzucając nacjonalizm, odrzuca pojęcie nowoczesne narodu jako podmiotu dziejów.

REKLAMA / Advertisement

Uczony musi być precyzyjny w używaniu określeń; to co p. Bystroń mówi, świadczy, że naród ze swoją całą psychologią jest zawadą w dziejach ludzkości. Według niego w ogóle przywiązanie do narodu jest sprzeczne z kulturą chrześcijańską. Jest tedy przeciwnikiem i jako uczony i jako chrześcijanin nacjonalizmowi, ale jak człowiekowi szanującemu się przystoi, przeciwnikiem skłonnym do kompromisu„Stanowisko antynacjonalistyczne — powiada on — byłoby względnie proste i łatwe, gdyby nie pewne względy taktyczne”. Ma ono swoje dobre strony, w jego imieniu dokonano niejednego aktu bohaterstwa czy poświęcenia. Przydało się zwłaszcza artystom,„wzbogacając kulturę nowymi motywami”, Wiara w naród jest, według p. Bystronia, bądź co bądź ludowym, popularnym pierwiastkiem. Są motywy wyższe. Jakie — bliżej nie określa. Poglądy nacjonalistyczne są najwidoczniej potrzebne (doskonałe jest to „najwidoczniej“ w ustach uczonego) i jakkolwiek z wysokich stanowisk (?) patrząc, należałoby je bezwględnie potępić, niemniej jednak trzeba wejść w kompromis z żydem; podobnież z punktu widzenia praktycznego Kościół toleruj nieraz prymitywne sposoby podtrzymania wiary wśród ludu“.

– „Cała wielka sztuka życia polega tu na dużym poczuciu, miary i taktu; trzeba owe rzeczy popularne, konieczne taktycznie, uważać jako malum necessarium i żyć w kompromisie z rzeczywistością, ale z drugiej strony nie należy zatracać nigdy z oczu wielkich ideałów…”

Nigdy nie uczuwałem podobnego zażenowania, słuchając w dyskursie towarzyskim niedorzeczności, jak w tym wypadku. Pali mnie wstyd, że w naszym święcie naukowym może dochodzić do takich widowisk. Nie tego wstydzić się trzeba, że czegoś nie wiemy, że nie mamy jakiej gałęzi nauki, że jesteśmy ubodzy w cywilizacji; ale to jest strasznym świadectwem upadku, gdy myśl zdewastowana jest niemoralnością. Bo i w myś­leniu obowiązuje etyka. Cóż to się stało z umysłowością polską Śniadeckich, Stasziców, Kołłątajów, Ochorowiczów, Świętochowskich, że doszło do p. Bystronia! Nie brak mu przecież erudycji, ma metodę naukową, ale nie umie, czy nie wolno mu myśleć. Co wlazło między niego a przedmiot, o którym myśli? Więcej jeszcze: p. Bystroń nie odczuwa upokorzenia, że myśl jego tak bezradnie włóczy się koło przedmiotu, aby wytworzyć kompromis. Myśl naukowa szuka ratunku w kompromisie towarzyskim i chwali się tym jako manewrem taktycznym. Skoro stwierdził jakieś prawo przyrodnicze, skoro wie, że ono jest potrzebne do życia, skoro stwierdza, że jest „necessarium“, to jakież to „wysokie stanowisko“ przeszkadza mu do tego prawa się zniżyć i wziąć je do laboratorium cywilizacji? Za dużo mówi o jakimś swoim stanowisku wysokim, a jednocześnie za mało. Po prostu mistyfikuje nas, nie umie go nawet nazwać. Zdaje się, dopiero go szuka, że jakaś moda, czy nowy kurs każą mu szukać wyższego stanowiska niż narodowe.

Co by zrobił p. Bystroń w położeniu ks. Kopernika, gdyby odkrył, że ziemia się obraca? Z tą swoją moralnością myślenia napisałby do papieża: „Ona się obraca, i to jest malum necessarium; nie będę jej wstrzymywał, ale będę myślał o czym imnym,, żeby nie zgrzeszyć“. Do takiego upadku doszła myśl w w. XX wskutek niesłychanego obskurantyzmu, krzewionego przez propagandę głupkowatych idei internacjonalnych. Prof. Bystroń wykłada podobno etnologię na uniwersytecie poznańskim, ma przeto przy swojej pracowitości możność gruntownego zajęcia się nauką o narodzie. Jest Polakiem, zna dzieje naszej cywilizacji i wie, z jakim trudem i katastrofami Polska, wśród swoich złych granic, otoczona zewsząd wrogami, czyhającymi na jej ziemię, organizowała swoją myśl cywilizacyjną. Dotąd sądziliśmy, że to było bonum necessarium; i prof. Bystroń może na to się zgodzi, choćby ze względów taktycznych, że dobrze się stało iż plemię słowiańskie potrafiło się obronić od zagłady i więcej: potrafiło stworzyć swoją indywidualność cywilizacyjną. Dlaczegóż ten przywilej tworzenia narodowej cywilizacji miałby zostawiony być tutaj Niemcom? Niemcy chcieliby nas jeszcze stąd wyprzeć, ale stało się — już tu jest cywilizacja, jest ciało organiczne i mamy za sobą prawo fizyki, że w jednym miejscu dwa ciała się nie mieszczą. Zapewne już w tym instynkcie plemiennym trzymania się ziemi, gdy ktoś możniejszy chce ją zabrać, jest pewna doza zarozumiałości, bodaj megalomanii. Być lub nie być, ja i nie ja – to takie przeciwieństwa bezwzględne, że równych im nie ma. Nic i wszystko. W tym śmiałym wyborze życia obiektywnie kryje się megalomania ze wszystkimi grzechami zaborczości bezwzględnej, chwytania maximum. Można dostać metafizycznego zawrotu głowy od pomy­ślenia, co to jest „być“.

P. Bystroń dziwi się uczuciom przywiązania do życia. A przecież one są tylko konsekwencją wyboru tego: być, żyć, rozwijać się. Naród nie ma innych uczuć prócz tych, które daje z siebie jednostka. Ona jest reprezentantką psychologii narodu. Gdyby p. Bystroń wszystkim jednostkom w narodzie wybił z głowy i z serca miłość, która idealizuje i powiększa rzeczywistość, to oczywiście nie byłoby narodu. Szczęściem, że tego nie zdoła. Przyklaśnie mu paru Polaków zwyrodniałych i paru Żydków. Podobny jest racjonaliście, który by, patrząc na mi­łość dziecka, martwił się, że dziecko jest głupie i matkę „ubóstwia“, podczas gdy obiektywnie biorąc, to pospolita kobieta. Cóż łatwiejszego dla racjonalisty niż drwić z megalomanii kochanka, który w zwykłej dziewczynie znajduje „skarb“, mów: do niej „aniele“ itp.; jakże głupi jest chłopiec ze wsi, który w mieście bogatym kolegom swoim opowiada o swoim domu niestworzone rzeczy, jako o raju; albo ten dorosły człowiek, który utrzymuje uparcie, że najpiękniejszym miastem w Polsce jest Włocławek, w którym on się kształ­cił! Cóż prostszego niż wyśmiać poetów, nasłuchujących nad morzem, czy kto z kraju nie woła, wyszydzić latarnika sienkiewiczowskiego, który usycha z nostalgii, a zwłaszcza zgromić Mickiewicza już nie tylko za późniejszy mesjanizm, jak to robi p. Bystroń, ale za przesadne pretensje da Boga w Improwizacji, że nie liczy się z jego narodem. Ale takich racjonalistów nie było i nie będzie. Nie trzeba być człowiekiem nauki, trzeba tylko być rozsądnym, żeby oceniać znaczenie biologiczne systemu uczuciowego. Nie ma żadnego powodu wstydzić się go, ani martwić nim, nauka ma zadanie myśleć o tym, jak pokierować wychowaniem, aby życie uczuć nie byfo zostawione samopas i było należycie psychicznie zorganizowane.

———
Zygmunt Wasilewski (1865 – 1948) – polityk, wydawca, krytyk literacki. Studiował w Warszawie, Piotrogrodzie i Kijowie. Od 1887 r. członek Zet; od 1889 r. czł. Ligi Narodowej. w 1892 bibliotekarz w Muzeum Polskim w Rapperswilu. Redaktor „Głosu” w l. 1895 – 1899. Inicjator starania o zgodę władz rosyjskich na wzniesienie w Warszawie pomnika Adama Mickiewicza. W r. 1901 przeniósł się do Lwowa, aby od 1902 zostać redaktorem naczelnym „Słowa Polskiego”. W 1915 r. przeniósł się do Piotrogrodu, gdzie założył „Sprawę Polską”. W latach 1918 – 1925 redaktor naczelny „Gazety Warszawskiej”; 1925 – 1939 redaktor naczelny „Myśli Narodowej”, najpoważniejszego i najbardziej elitarnego tygodnika politycznego i kulturalnego w Polsce. Senator w l. 1930 – 1935.

REKLAMA / Advertisement