REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Zygmunt Balicki: Egoizm narodowy wobec etyki cz. IV

252

Tylko silne charaktery na usłudze sa­mowiednego egoizmu narodowego są w sta­nie wznieść się na wyżyny moralności ideo­wej. Jeden więc i ten sam typ charakteru zgodny będzie z etyką społeczną zarówno w człowieku, jak i w obywatelu. Nierozdzielne połączenie w jednej osobie moral­ności prywatnej i publicznej, harmonijne pełnienie obowiązków osobistych i spo­łecznych, jest nie tylko naturalne, nie tylko ugruntowane w naszym polskim sumieniu, ale wysoce etyczne zarazem.

Spojrzyjmy teraz na egoizm narodowy już nie z punktu widzenia moralności jed­nostki, która go za swój uważa, ale z punktu widzenia narodu jako całości, mającej rów­nież swoją sferę stosunków zewnętrznych, a więc i swoją moralność, i przyłóżmy do niego miarkę etyczną.

REKLAMA

REKLAMA / Advertisement

Moralność narodu w zakresie stosun­ków zewnętrznych nie jest niczym innym, jak tylko jego polityką względem innych narodów, tak samo jak polityka jego we­wnętrzna jest tylko moralnością grup spo­łecznych w jego łonie, na tle ich stosun­ków wzajemnych. Polityka zła jest niemo­ralną, bo nie odpowiada jedynie wskaza­nej drodze postępowania przy danych wa­runkach, a polityka niemoralna jest złą za­razem, bo mści się pierwej czy później za pogwałcenie jednych, niezmiennych i po­wszechnych praw etycznych.

Wyobraźmy sobie stan społeczeństwa pierwotny, pozbawiony wszelkich trwałych więzów społecznych, w którym nie ma ani policji, ani sądów, gdzie każdy jest pozo­stawiony samemu sobie, a uprzedzanie i ka­ranie zamachów lub gwałtów jest rzeczą samego pokrzywdzonego. Panować tam bę­dzie etyka otwartej walki lub ukrytego antagonizmu, polegająca na zamknięciu się w sobie, egoizmie, odwecie i odpieraniu siły siłą, przynajmniej w stosunku do tych, którzy zdradzają złe zamiary. Przebaczanie krzywd, ograniczanie się do nakazu „nie czyń bezprawia”, a puszczanie płazem przewinień, ponoszenie dla innych ofiar, których nikt nie zrozumie, a które każdy wyzyska, doprowadzić tylko może do wzmo­żenia anarchii, do bezkarnego rozwielmożnienia się nadużyć i przewagi brutalnej przemocy nad sprawiedliwością. W takim właśnie położeniu znajdują się narody współczesne, pozostawione własnym siłom, pozbawione wszelkich ogólnych i trwałych węzłów międzynarodowych, wszelkiej egze­kutywy zbiorowej. Muszą one same bronić swych praw, ochraniać swą nietykalność, odpierać i karać zamachy przeciwko swo­jej indywidualności skierowane: jest to dla nich wskazaniem polityki, obowiązkiem mo­ralnym zarówno wobec siebie, jak i wobec społeczności międzynarodowej.

REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Patriotyzm zmysłowy szukać tu będzie wskazań przede wszystkim w unikaniu cier­pień narodu, a pozbawiony gruntu, jaki tylko idea narodowa dać może, uczyni z zagadnienia etycznego kwestię porówna­nia spodziewanych bólów, aby wybrać mniejsze, i wejdzie na tory polityki utyli­tarnej. „Jeden naród zagarnął bezprawnie z posiadłości drugiego jedną milę kwadra­tową pustego, nie mającego wartości obszaru; czy ten drugi, pyta Rudolf Jhering, ma wypowiedzieć wojnę? Czym jest mila kwadratowa pustego obszaru wobec wojny, kosztującej tysiące istnień, roznoszącej spustoszenie i biedę do pałaców i chat, po­żerającej miliony i miliardy pieniędzy pań­stwowych i zagrażającej nawet istnieniu państwa?” Co za głupota nieść ofiary takie dla tak drobnej rzeczy! Tylko patriotyzm samowiedzy, tylko polityka zasadnicza zro­zumie, że „milczący w podobnym wypadku naród podpisuje na siebie z góry wyrok śmierci. Jeżeli można mu odjąć bezkarnie jedną milę kwadratową obszaru, można odebrać i resztę i znieść państwo, — naród ten na los inny nie zasłużył!”. Dla patriotyzmu samowiednego nie jest to kwestia interesu, ale kwestia charakteru, kwestia nietykalnej i silnej indywidualności narodu, gotowej przenieść największe cierpienia, aby typ swój i swą istotę zachować nie­tkniętą. Na tym właśnie polega wysokość etyczna samowiednego egoizmu narodo­wego.

Czy etyka społeczna wymaga od narodu altruizmu wobec innych członków społe­czności międzynarodowej? Gdyby obcowa­nie ich wzajemne doszło do tego stopnia solidarności, wspólności interesów i organizacji, że narody Europy utworzyłyby jedne Stany Zjednoczone, dbanie o dobro całości zbiorowej, czuwanie nad interesami wspólnymi skonfederowanych byłoby obo­wiązkiem wszystkich części składowych. Ale i wtedy nawet odbywałoby się w imię samowiednego ich egoizmu, w imię szerzej pojętego interesu własnego. Altruizm wobec całości poczyna się nawet nie na gruncie związku państw sfederowanych dzięki tożsamości ich potrzeb, wspólności wrogów i jedności dążeń, ale dopiero na gruncie państwa związkowego, w którym części składowe służą już bezpośrednio interesom całości. Dziś pierwsza nawet z tych form organizacji międzynarodowej należy do dziedziny ideologicznych mrzonek, cóż mó­wić o drugiej!

REKLAMA / Advertisement

Najbliższe nawet stosunki dobrowolnej łączności pomiędzy narodami opierają się na traktatach i przymierzach, regulujących wzajemne prawa i obowiązki w imię wspól­nych celów. Etyka społeczna wymaga su­miennego wypełniania dobrowolnie przyję­tych zobowiązań — oto wszystko. Poza tym, stosunki polegają na wymianie usług, opar­tej na zasadzie do ut des. To jest jedynie normalne wskazanie zarówno polityki jak i etyki społecznej, w dzisiejszym stanie zwykłych stosunków międzynarodowych. Kto daje ponadto, kto czyni ofiarę z inte­resów swego narodu, nie otrzymując dla niego nic w zamian, popełnia wobec niego przestępstwo, gwałci zdrowy jego instynkt samozachowawczy, a pogwałcenia takiego nigdy sprawiedliwość dziejowa nie pozostawia bez kary.

Wdzięczność za doznane przysługi, to najlementarniejsze uczucie altruistyczne, na wzajemności oparte, wyrażać się może w polityce międzynarodowej o tyle tylko, o ile nie pociąga za sobą ofiary z żadnego żywotnego interesu narodu. Długi wdzięcz­ności płacić się powinno cennymi być może dla otrzymującego, ale nie przynoszącymi uszczerbku dającemu usługami. Tego wy­maga typ obecny stosunków międzynaro­dowych.

Tam gdzie się dzieje narodowi krzywda, gdzie występuje bezprawie, stanowisko bez­względnie wrogie ze strony pokrzywdzo­nego jest kategorycznym nakazem etyki społecznej. Sprzeniewierzenie się tej zasa­dzie jest zarazem odstępstwem narodowym i winą współudziału w bezprawiu. Wyciąganie ręki do zgody wobec nieprzyjaciela, dopóki sprawiedliwości nie stało się zadość, czy to w imię mniemanego altruizmu hu­manitarnego, który wszelki antagonizm w zasadzie potępia, czy to w imię zmysło­wego egoizmu, pragnącego oszczędzić so­bie trudów i cierpieli walki o swe prawa, pozostanie zawsze przestępstwem wobec własnego narodu, ciężkim przewinieniem wobec ludzkości. Nie będzie to aktem al­truizmu, ale uległością wobec bezprawia, w której naród zatraci swą godność, swój charakter niepodległy i swą indywidual­ność, zatraci też uznanie i poszanowanie tych najcelniejszych podstaw swego bytu ze strony innych, gdyż na nie nie zasłużył.

Nie ma prawdopodobnie narodu, któryby posiadał tak słabe poczucie egoizmu, tak często sprzeniewierzał się obowiązkom wobec samego siebie i swej przyszłości jak nasz naród, i to zwłaszcza w czasach ostatnich, po utracie bytu politycznego, kiedy egoizm bezwzględny stać się był po­winien pierwszym jego przykazaniem, kiedy, w myśl etyki społecznej, jest on jego pra­wem i obowiązkiem. Słabą indywidualność narodu, brak charakteru w polityce tych, którzy kierowali jego losami, obawę walki bezwzględnej, wszystkie te braki podajemy chętnie jako przejawy altruistycznych jego skłonności i niemal chełpimy się niemi, jako cechami naszej wyższości moralnej w polityce międzynarodowej.

Paktowanie zamiast walki, na polu bitwy niemal, celem uzyskania „znośnych” wa­runków rozejmu lub pokoju, przewija się przez całe nasze dzieje burzliwego XVII wieku, a za każdy niemal pakt płacimy ja­kąś prowincją lub zasadniczym ustępstwem z praw nabytych. Podobna chęć paktowa­nia a outrance, granicząca ze zdradą, wy­stępuje stale podczas rewolucji 1830 r. w polityce jej dowódców. Ta sama skłon­ność na koniec stanowiła przez lat wiele główną wytyczną polityki parlamentarnej Kół polskich w Wiedniu i Berlinie.

REKLAMA / Advertisement

Zniewieściała nasza opinia publiczna, czując, jak mało umiemy zdobyć dla sie­bie kosztem żywiołów wrogich, szczyci się dziecinnie tym, cośmy zrobili dla innych kosztem własnym.

Jak wygląda powoływanie się nasze na zasługi położone w obronie chrześcijań­stwa dziś, gdy wiemy, że w dobie odsie­czy Wiednia nasz własny byt był już zagro­żony, żeśmy uratowali Austrię, która w sto lat niespełna dokonała rozbioru Polski, a złamali potęgę Turcji, przyszłego natu­ralnego i wiernego sprzymierzeńca, który dotąd tego rozbioru nie podpisał? Taką polityką utrwaliliśmy tylko na długo pano­wanie pogaństwa w stosunkach międzyna­rodowych.

Nie zadawalając się współudziałem w walkach o niepodległość obcych naro­dów, zapragnęliśmy mieszać się do ich we­wnętrznych ruchów rewolucyjnych, w imię altruistycznej walki o wolność innych, jak gdybyśmy u siebie w domu nie potrzebo­wali wszystkich sił, aby ochronę własnej wolności należycie zabezpieczyć. Ten al­truizm zmysłowy zrodził polityką liczenia na pomoc narodów Europy, ów system wzajemnej asekuracji, przy którym my robiliśmy dla innych, a inni mieli robić dla nas. Wiemy co wart ten system pod wzglę­dem moralnym w stosunkach pomiędzy jednostkami, przekonaliśmy się również, co wart pod względem politycznym: udział Polaków w Komunie paryskiej nie pozo­stawił po sobie śladów nawet sympatii ku nam ze strony stronnictw opozycyjnych, za to wywołał głęboką i długotrwałą niechęć do Polaków w całym narodzie francuskim.

W oczach wielu, nasza skłonność do polityki altruizmu w przeszłości, ofiary bez­interesowne, ponoszone przez nas kosztem własnych interesów na rzecz „moralności międzynarodowej i cywilizacji”, miały sta­nowić jeden z tytułów naszego prawa do niepodległości. Prawo do bytu niepodle­głego przysługuje tylko narodom o silnej indywidualności, umiejącym o ten byt wal­czyć i zwyciężać, zdolnym przeciwstawić sile siłę, mścić krzywdy doznane i zapew­niać na sobie przewagę sprawiedliwości. Z człowiekiem bez charakteru nikt się nie liczy, nikt się o niego nie troszczy, tym bardziej z narodem bez charakteru w śro­dowisku walki o byt i przewagę. Wszelkie ofiary altruistyczne imieniem i kosztem na­rodu składane są tylko dowodem jego nie­zdolności do samoistnego bytu, właściwoś­cią, którą każdy chętnie wyzyska, ale która nie podniesie w niczyich oczach jego po­wagi i uroku, bo wejście na widownię ta­kich narodów nie jest żadnym cennym na­bytkiem dla społeczności międzynarodowej.

Altruizm wobec obcych, jak wiemy, może być czynnikiem rozkładu wobec wła­snego narodu. Szerzenie w naszym społe­czeństwie opinii, że solidarność międzynarodowa proletariatu jest silniejsza niż wszelkie ogniwa wewnętrzne, że tożsamość haseł stronniczych, nawet wśród społeczeństw nam wrogich, jest bliższym łącznikiem niż solidarność narodowa, stanowi prawdziwy duchowy rozbiór kraju. I rzeczywiście nikt nie sieje większych antagonizmów klaso­wych i stronniczych, większych nienawiści wewnętrznych, niż ci, co występują pod hasłem zniesienia antagonizmów i niena­wiści narodowych. Chcąc organizować so­lidarność międzynarodową, zaczynają od dezorganizowania własnego narodu.

Altruizm wobec obcych rozwija się nie­mal zawsze kosztem własnych interesów i potrzeb: łożyliśmy na misje nawracania murzynów i katechizowania dzieci chiń­skich, a nikt nie myślał o misji wewnętrz­nej, któraby ratowała ludność w ogniskach przemysłowych od zdziczenia i pogaństwa; zbieraliśmy pieniądze na świętopietrze, podczas gdy ucisk religijny szerzył się bezkar­nie, a prześladowani księża i unici nie mieli gdzie głowy złożyć!

Dbanie o interesy obce, choćby wręcz nam wrogie, kosztem własnych, choćby najżywotniejszych, nosi u nas od pewnego czasu ładnie brzmiące miano „humanitaryzmu”. W imię tego hasła, część, zwyro­dniałej młodzieży Uniwersytetu warszaw­skiego domagała się równouprawnienia Rosjan i języka rosyjskiego w życiu koleżeńskim, i wzywała młodzież polską do walki i ofiar za nowe ustawy dla uniwersytetów rosyjskich, dzienniki otwierały składki na dotkniętych głodem w Rosji, a później, w okresie zamętu, wywołanego rewolucyj­nym ruchem rosyjskim, znaczny odłam na­szej inteligencji chciał stanąć w jego szeregach, pod skarykaturowanym hasłem „za naszą i waszą wolność”. Cóż mówić o ru­chu socjalistycznym, który wprost poszedł pod obcą komendę w imię swobód ogólno­ludzkich, ażeby popaść w niewolę obcej anarchii.

Nacjonalizm polski, to odradzające się w ostatnich, czasach samopoczucie narodowe, zestawiają nasi humanitaryści z nacjonalizmem państwowym reakcyjnych ży­wiołów rosyjskich, a walkę z antynarodowymi prądami nazywają — „czarnosecinną” robotą; wszelką troskę o podniesienie siły, wpływu asymilacyjnego i ekspansywności narodu zwą „bismarkowskimi narowami”, wszelki odwet — „odkradaniem złodzieja”, obronę praw nabytych i walkę o stan posiadania — „hakatyzmem polskim”; mia­nem „szowinizmu”, oznaczającym samochwalstwo narodowe, chrzczą nie tylko wszelki przejaw godności narodu, ale wszelki gorętszy wyraz patriotyzmu… Mi­zerne dusze i marne charaktery, gotowe wynaturzać zalety własnego narodu i patrzeć na nie oczami wroga, dla dogodzenia lu­bieżnym popędom swego humanitaryzmu!

Panująca u nas opinia w sprawach po­lityki narodowej, bałamucona świadomie przez wynarodowioną etykę humanitarnego idealizmu, zapomina na każdym kroku, że zasady moralności regulują stosunki po­między ludźmi i grupami społecznymi, wszelki, zaś stosunek jest dwustronnym. Człowiek czy naród, który postępuje we­dług jednej przyjętej z góry zasady, nie­zależnie od tego, z kim ma do czynienia, jaką jest natura wzajemnego stosunku i z jakiem przyjęciem postępowanie jego się spotyka, posiada być może formuły etyczne, ale żadnego poczucia moralności społecznej.

Stąd tak doktrynerskie są zapatrywania szerokiego ogółu na nasz stosunek do Li­twinów i Rusinów. Ponieważ związek fe­deracyjny mógłby być najodpowiedniejszą formą wspólnego państwowego, pożycia w przyszłości, opinia nasza, zwłaszcza za­boru rosyjskiego, zajmuje takie stanowisko, jak gdyby Polacy byli w dziejach co najmniej zaborcami, Litwa i Ruś — narodami stojącymi na równym z nimi poziomie kul­turalnego i politycznego rozwoju, a dobro­wolny związek federacyjny dziś już istniał i wkładał na nas odpowiednie obowiązki moralne. Nie tylko dbamy o interesy tych tytularnych sojuszników lepiej niż o wła­sne, nie pytając nawet, czy oni również gorliwie o nasze dbają, ale gotowi jesteśmy do najdalej idących ustępstw, byle zadowolić nie tylko wszelkie ich żądania, ale wszelkie uroszczenia, aż do zupełnego zrzeczenia się praw do tej ziemi, aż do wynarodowienia dobrowolnego! Chcąc za­jąć stanowisko wobec Litwinów i Rusinów, pytać musimy najpierw czym oni są, jaki jest ich stosunek do nas, jaką jest treść ich dążeń dzisiejszych i przyszłych, i na tej podstawie dopiero określać charakter obowiązującej nas wzajemności.

Wśród Litwinów prąd wrogi Polakom jest niewątpliwie chwilowym obłędem zrusyfikowanej duchowo, radykalizującej mło­dzieży; możemy być dla niego wyrozumiali, bo niewola i u nas wywoływała po­dobne objawy rozkładu. Wiekowe tradycje jedności, zbliżony poziom kultury, wspólny ucisk, tożsamość interesów, wspólność re­ligii, wszystko to pozwala przewidywać przebudzenie się z czasem zdrowej poli­tyki narodowej wśród Litwinów, opartej na swobodnym rozwoju swych właściwości plemiennych, w granicach dotychczasowego stanu posiadania, i trwałym sojuszu z Pol­ską. Gdy przebudzenie to stanie się faktem dokonanym, przyjdzie czas na politykę i etykę federacyjną z naszej strony.

Stosunek nasz do Rusinów jeszcze dal­szym być musi od owego nakreślonego z góry idealnego typu. Dopóki nienawiść do Polaków stanowi główną ich narodową rację stanu i bezmyślną treść całej poli­tyki, dopóki ucisk rosyjski jest im milszy niż równouprawnienie polskie, dopóki dzie­jowa ich tradycja szukania oparcia i zwierzchnictwa naprzemian u Rzeczypospolitej, Ta­tarów i Turków, Moskwy i Austrii, nie za­mieni się na trwałą myśl polityczną praw­dziwego narodu, dopóty traktować ich mu­simy jako obco plemienny żywioł we­wnętrzny, mający prawo rozwijać o włas­nych siłach właściwości swej kultury, ale nie jako naród, z którym stać można na stopie federacyjnego związku.

Opierając etykę społeczną na egoizmie narodowym, poczytując ten ostatni za naj­potężniejszy bodziec moralny i za najszer­sze pole samowiednego altruizmu, czy tym samym nie otwieramy na oścież wrót dla wszelkiego rodzaju międzynarodowego bez­prawia? gdzie znajdziemy hamulec na rozpasane instynkty narodowego samolubstwa, żądzy zaborów i panowania? Dla jednostki wędzidłem na okiełznanie szkodliwych przejawów zmysłowego egoizmu może być obawa kary, wzgląd na opinię, poczucie honoru i godności swego powołania, na koniec etyka narodu, która mu każe trzy­mać osobisty egoizm na wodzy w imię dobra całości. Narody i państwa takich ha­mulców nie znają: niema na nich ani są­dów, ani policji, miarodajną dla nich opi­nią będzie przede wszystkim ich własna, a obowiązki międzynarodowe, regulowane tylko traktatami, nie mogą się przemienić w kodeks moralny, dopóki niema zorgani­zowanej społeczności międzynarodowej.

Etyka ideałów wysuwa tu swoje wska­zania bezwzględne, wzorowane na przepisach moralności indywidualnej, nikt jej jednak nie słucha i usłuchać nie może, bo narody w swych stosunkach wzajemnych nie ideałami siej kierują. Propaganda pokoju odbywa się w imię uczucia ludzkości i hu­manitarnych haseł, ale sprawę międzyna­rodowej sprawiedliwości pozostawia nie­tkniętą, to też niczym nie zapowiada wiel­kiego prądu opinii powszechnej, któraby wypowiedziała walkę bezwzględną nie woj­nie jako takiej, ale bezprawiu i gwałtom międzynarodowym.

Etyka społeczna ma się na czym oprzeć, aby przeciwko nim wystąpić. Powołuje się ona na egoizm narodowy, ale — podobnie jak w zakresie moralności jednostki — wy­łącznie na egoizm samowiedny: pod­nosząc poszanowanie indywidualności na­rodów, tym samem zwalcza nieokiełznany ich indywidualizm w stosunku do innych, potępia bezwzględnie każdy czyn, zmierzający wyłącznie do przyniesienia im szkody. Ten sam egoizm samowiedny w życiu po­jedynczych ludzi jest najskuteczniejszym i najsilniejszym czynnikiem, powstrzymują­cym ich od bezprawia i osiągania swych dążeń kosztem innych. Więcej polegać mo­żna na człowieku, który nikogo nie krzywdzi, dlatego, że siebie samego szanuje, że swoją godność ceni, niż na tym, który tego nie czyni przez wzgląd na godność innych lub w imię humanitarnych zasad. Te ostatnie milkną w nim chociażby pod wpływem podrażnionego uczucia, godność innych szanuje o tyle, o ile ją w nich wi­dzi, gdy się zaś jej dopatrzyć nie może, nie znajdzie w sobie żadnego na bezpra­wie hamulca.

Moralność narodu w zakresie stosun­ków zewnętrznych nie jest niczym innym, jak tylko jego polityką względem innych narodów, tak samo jak polityka jego we­wnętrzna jest tylko moralnością grup spo­łecznych w jego łonie, na tle ich stosun­ków wzajemnych. Polityka zła jest niemo­ralną, bo nie odpowiada jedynie wskaza­nej drodze postępowania przy danych wa­runkach, a polityka niemoralna jest złą za­razem, bo mści się pierwej czy później za pogwałcenie jednych, niezmiennych i po­wszechnych praw etycznych.

Wyobraźmy sobie stan społeczeństwa pierwotny, pozbawiony wszelkich trwałych więzów społecznych, w którym nie ma ani policji, ani sądów, gdzie każdy jest pozo­stawiony samemu sobie, a uprzedzanie i ka­ranie zamachów lub gwałtów jest rzeczą samego pokrzywdzonego. Panować tam bę­dzie etyka otwartej walki lub ukrytego antagonizmu, polegająca na zamknięciu się w sobie, egoizmie, odwecie i odpieraniu siły siłą, przynajmniej w stosunku do tych, którzy zdradzają złe zamiary. Przebaczanie krzywd, ograniczanie się do nakazu „nie czyń bezprawia”, a puszczanie płazem przewinień, ponoszenie dla innych ofiar, których nikt nie zrozumie, a które każdy wyzyska, doprowadzić tylko może do wzmo­żenia anarchii, do bezkarnego rozwielmożnienia się nadużyć i przewagi brutalnej przemocy nad sprawiedliwością. W takim właśnie położeniu znajdują się narody współczesne, pozostawione własnym siłom, pozbawione wszelkich ogólnych i trwałych węzłów międzynarodowych, wszelkiej egze­kutywy zbiorowej. Muszą one same bronić swych praw, ochraniać swą nietykalność, odpierać i karać zamachy przeciwko swo­jej indywidualności skierowane: jest to dla nich wskazaniem polityki, obowiązkiem mo­ralnym zarówno wobec siebie, jak i wobec społeczności międzynarodowej.

Patriotyzm zmysłowy szukać tu będzie wskazań przede wszystkim w unikaniu cier­pień narodu, a pozbawiony gruntu, jaki tylko idea narodowa dać może, uczyni z zagadnienia etycznego kwestię porówna­nia spodziewanych bólów, aby wybrać mniejsze, i wejdzie na tory polityki utyli­tarnej. „Jeden naród zagarnął bezprawnie z posiadłości drugiego jedną milę kwadra­tową pustego, nie mającego wartości obszaru; czy ten drugi, pyta Rudolf Jhering, ma wypowiedzieć wojnę? Czym jest mila kwadratowa pustego obszaru wobec wojny, kosztującej tysiące istnień, roznoszącej spustoszenie i biedę do pałaców i chat, po­żerającej miliony i miliardy pieniędzy pań­stwowych i zagrażającej nawet istnieniu państwa?” Co za głupota nieść ofiary takie dla tak drobnej rzeczy! Tylko patriotyzm samowiedzy, tylko polityka zasadnicza zro­zumie, że „milczący w podobnym wypadku naród podpisuje na siebie z góry wyrok śmierci. Jeżeli można mu odjąć bezkarnie jedną milę kwadratową obszaru, można odebrać i resztę i znieść państwo, — naród ten na los inny nie zasłużył!”. Dla patriotyzmu samowiednego nie jest to kwestia interesu, ale kwestia charakteru, kwestia nietykalnej i silnej indywidualności narodu, gotowej przenieść największe cierpienia, aby typ swój i swą istotę zachować nie­tkniętą. Na tym właśnie polega wysokość etyczna samowiednego egoizmu narodo­wego.

Czy etyka społeczna wymaga od narodu altruizmu wobec innych członków społe­czności międzynarodowej? Gdyby obcowa­nie ich wzajemne doszło do tego stopnia solidarności, wspólności interesów i organizacji, że narody Europy utworzyłyby jedne Stany Zjednoczone, dbanie o dobro całości zbiorowej, czuwanie nad interesami wspólnymi skonfederowanych byłoby obo­wiązkiem wszystkich części składowych. Ale i wtedy nawet odbywałoby się w imię samowiednego ich egoizmu, w imię szerzej pojętego interesu własnego. Altruizm wobec całości poczyna się nawet nie na gruncie związku państw sfederowanych dzięki tożsamości ich potrzeb, wspólności wrogów i jedności dążeń, ale dopiero na gruncie państwa związkowego, w którym części składowe służą już bezpośrednio interesom całości. Dziś pierwsza nawet z tych form organizacji międzynarodowej należy do dziedziny ideologicznych mrzonek, cóż mó­wić o drugiej!

Najbliższe nawet stosunki dobrowolnej łączności pomiędzy narodami opierają się na traktatach i przymierzach, regulujących wzajemne prawa i obowiązki w imię wspól­nych celów. Etyka społeczna wymaga su­miennego wypełniania dobrowolnie przyję­tych zobowiązań — oto wszystko. Poza tym, stosunki polegają na wymianie usług, opar­tej na zasadzie do ut des. To jest jedynie normalne wskazanie zarówno polityki jak i etyki społecznej, w dzisiejszym stanie zwykłych stosunków międzynarodowych. Kto daje ponadto, kto czyni ofiarę z inte­resów swego narodu, nie otrzymując dla niego nic w zamian, popełnia wobec niego przestępstwo, gwałci zdrowy jego instynkt samozachowawczy, a pogwałcenia takiego nigdy sprawiedliwość dziejowa nie pozostawia bez kary.

Wdzięczność za doznane przysługi, to najlementarniejsze uczucie altruistyczne, na wzajemności oparte, wyrażać się może w polityce międzynarodowej o tyle tylko, o ile nie pociąga za sobą ofiary z żadnego żywotnego interesu narodu. Długi wdzięcz­ności płacić się powinno cennymi być może dla otrzymującego, ale nie przynoszącymi uszczerbku dającemu usługami. Tego wy­maga typ obecny stosunków międzynaro­dowych.

Tam gdzie się dzieje narodowi krzywda, gdzie występuje bezprawie, stanowisko bez­względnie wrogie ze strony pokrzywdzo­nego jest kategorycznym nakazem etyki społecznej. Sprzeniewierzenie się tej zasa­dzie jest zarazem odstępstwem narodowym i winą współudziału w bezprawiu. Wyciąganie ręki do zgody wobec nieprzyjaciela, dopóki sprawiedliwości nie stało się zadość, czy to w imię mniemanego altruizmu hu­manitarnego, który wszelki antagonizm w zasadzie potępia, czy to w imię zmysło­wego egoizmu, pragnącego oszczędzić so­bie trudów i cierpieli walki o swe prawa, pozostanie zawsze przestępstwem wobec własnego narodu, ciężkim przewinieniem wobec ludzkości. Nie będzie to aktem al­truizmu, ale uległością wobec bezprawia, w której naród zatraci swą godność, swój charakter niepodległy i swą indywidual­ność, zatraci też uznanie i poszanowanie tych najcelniejszych podstaw swego bytu ze strony innych, gdyż na nie nie zasłużył.

Niema prawdopodobnie narodu, któryby posiadał tak słabe poczucie egoizmu, tak często sprzeniewierzał się obowiązkom wobec samego siebie i swej przyszłości jak nasz naród, i to zwłaszcza w czasach ostatnich, po utracie bytu politycznego, kiedy egoizm bezwzględny stać się był po­winien pierwszym jego przykazaniem, kiedy, w myśl etyki społecznej, jest on jego pra­wem i obowiązkiem. Słabą indywidualność narodu, brak charakteru w polityce tych, którzy kierowali jego losami, obawę walki bezwzględnej, wszystkie te braki podajemy chętnie jako przejawy altruistycznych jego skłonności i niemal chełpimy się niemi, jako cechami naszej wyższości moralnej w polityce międzynarodowej.

Paktowanie zamiast walki, na polu bitwy niemal, celem uzyskania „znośnych” wa­runków rozejmu lub pokoju, przewija się przez całe nasze dzieje burzliwego XVII wieku, a za każdy niemal pakt płacimy ja­kąś prowincją lub zasadniczym ustępstwem z praw nabytych. Podobna chęć paktowa­nia a outrance, granicząca ze zdradą, wy­stępuje stale podczas rewolucji 1830 r. w polityce jej dowódców. Ta sama skłon­ność na koniec stanowiła przez lat wiele główną wytyczną polityki parlamentarnej Kół polskich w Wiedniu i Berlinie.

Zniewieściała nasza opinia publiczna, czując, jak mało umiemy zdobyć dla sie­bie kosztem żywiołów wrogich, szczyci się dziecinnie tym, cośmy zrobili dla innych kosztem własnym.

Jak wygląda powoływanie się nasze na zasługi położone w obronie chrześcijań­stwa dziś, gdy wiemy, że w dobie odsie­czy Wiednia nasz własny byt był już zagro­żony, żeśmy uratowali Austrię, która w sto lat niespełna dokonała rozbioru Polski, a złamali potęgę Turcji, przyszłego natu­ralnego i wiernego sprzymierzeńca, który dotąd tego rozbioru nie podpisał? Taką polityką utrwaliliśmy tylko na długo pano­wanie pogaństwa w stosunkach międzyna­rodowych.

Nie zadawalając się współudziałem w walkach o niepodległość obcych naro­dów, zapragnęliśmy mieszać się do ich we­wnętrznych ruchów rewolucyjnych, w imię altruistycznej walki o wolność innych, jak gdybyśmy u siebie w domu nie potrzebo­wali wszystkich sił, aby ochronę własnej wolności należycie zabezpieczyć. Ten al­truizm zmysłowy zrodził polityką liczenia na pomoc narodów Europy, ów system wzajemnej asekuracji, przy którym my robiliśmy dla innych, a inni mieli robić dla nas. Wiemy co wart ten system pod wzglę­dem moralnym w stosunkach pomiędzy jednostkami, przekonaliśmy się również, co wart pod względem politycznym: udział Polaków w Komunie paryskiej nie pozo­stawił po sobie śladów nawet sympatii ku nam ze strony stronnictw opozycyjnych, za to wywołał głęboką i długotrwałą niechęć do Polaków w całym narodzie francuskim.

W oczach wielu, nasza skłonność do polityki altruizmu w przeszłości, ofiary bez­interesowne, ponoszone przez nas kosztem własnych interesów na rzecz „moralności międzynarodowej i cywilizacji”, miały sta­nowić jeden z tytułów naszego prawa do niepodległości. Prawo do bytu niepodle­głego przysługuje tylko narodom o silnej indywidualności, umiejącym o ten byt wal­czyć i zwyciężać, zdolnym przeciwstawić sile siłę, mścić krzywdy doznane i zapew­niać na sobie przewagę sprawiedliwości. Z człowiekiem bez charakteru nikt się nie liczy, nikt się o niego nie troszczy, tym bardziej z narodem bez charakteru w śro­dowisku walki o byt i przewagę. Wszelkie ofiary altruistyczne imieniem i kosztem na­rodu składane są tylko dowodem jego nie­zdolności do samoistnego bytu, właściwoś­cią, którą każdy chętnie wyzyska, ale która nie podniesie w niczyich oczach jego po­wagi i uroku, bo wejście na widownię ta­kich narodów nie jest żadnym cennym na­bytkiem dla społeczności międzynarodowej.

Altruizm wobec obcych, jak wiemy, może być czynnikiem rozkładu wobec wła­snego narodu. Szerzenie w naszym społe­czeństwie opinii, że solidarność międzynarodowa proletariatu jest silniejsza niż wszelkie ogniwa wewnętrzne, że tożsamość haseł stronniczych, nawet wśród społeczeństw nam wrogich, jest bliższym łącznikiem niż solidarność narodowa, stanowi prawdziwy duchowy rozbiór kraju. I rzeczywiście nikt nie sieje większych antagonizmów klaso­wych i stronniczych, większych nienawiści wewnętrznych, niż ci, co występują pod hasłem zniesienia antagonizmów i niena­wiści narodowych. Chcąc organizować so­lidarność międzynarodową, zaczynają od dezorganizowania własnego narodu.

Altruizm wobec obcych rozwija się nie­mal zawsze kosztem własnych interesów i potrzeb: łożyliśmy na misje nawracania murzynów i katechizowania dzieci chiń­skich, a nikt nie myślał o misji wewnętrz­nej, któraby ratowała ludność w ogniskach przemysłowych od zdziczenia i pogaństwa; zbieraliśmy pieniądze na świętopietrze, podczas gdy ucisk religijny szerzył się bezkar­nie, a prześladowani księża i unici nie mieli gdzie głowy złożyć!

Dbanie o interesy obce, choćby wręcz nam wrogie, kosztem własnych, choćby najżywotniejszych, nosi u nas od pewnego czasu ładnie brzmiące miano „humanitaryzmu”. W imię tego hasła, część, zwyro­dniałej młodzieży Uniwersytetu warszaw­skiego domagała się równouprawnienia Rosjan i języka rosyjskiego w życiu koleżeńskim, i wzywała młodzież polską do walki i ofiar za nowe ustawy dla uniwersytetów rosyjskich, dzienniki otwierały składki na dotkniętych głodem w Rosji, a później, w okresie zamętu, wywołanego rewolucyj­nym ruchem rosyjskim, znaczny odłam na­szej inteligencji chciał stanąć w jego szeregach, pod skarykaturowanym hasłem „za naszą i waszą wolność”. Cóż mówić o ru­chu socjalistycznym, który wprost poszedł pod obcą komendę w imię swobód ogólno­ludzkich, ażeby popaść w niewolę obcej anarchii.

Nacjonalizm polski, to odradzające się w ostatnich, czasach samopoczucie narodowe, zestawiają nasi humanitaryści z nacjonalizmem państwowym reakcyjnych ży­wiołów rosyjskich, a walkę z antynarodowymi prądami nazywają — „czarnosecinną” robotą; wszelką troskę o podniesienie siły, wpływu asymilacyjnego i ekspansywności narodu zwą „bismarkowskimi narowami”, wszelki odwet — „odkradaniem złodzieja”, obronę praw nabytych i walkę o stan posiadania — „hakatyzmem polskim”; mia­nem „szowinizmu”, oznaczającym samochwalstwo narodowe, chrzczą nie tylko wszelki przejaw godności narodu, ale wszelki gorętszy wyraz patriotyzmu… Mi­zerne dusze i marne charaktery, gotowe wynaturzać zalety własnego narodu i patrzeć na nie oczami wroga, dla dogodzenia lu­bieżnym popędom swego humanitaryzmu!

Panująca u nas opinia w sprawach po­lityki narodowej, bałamucona świadomie przez wynarodowioną etykę humanitarnego idealizmu, zapomina na każdym kroku, że zasady moralności regulują stosunki po­między ludźmi i grupami społecznymi, wszelki, zaś stosunek jest dwustronnym. Człowiek czy naród, który postępuje we­dług jednej przyjętej z góry zasady, nie­zależnie od tego, z kim ma do czynienia, jaką jest natura wzajemnego stosunku i z jakiem przyjęciem postępowanie jego się spotyka, posiada być może formuły etyczne, ale żadnego poczucia moralności społecznej.

Stąd tak doktrynerskie są zapatrywania szerokiego ogółu na nasz stosunek do Li­twinów i Rusinów. Ponieważ związek fe­deracyjny mógłby być najodpowiedniejszą formą wspólnego państwowego, pożycia w przyszłości, opinia nasza, zwłaszcza za­boru rosyjskiego, zajmuje takie stanowisko, jak gdyby Polacy byli w dziejach co najmniej zaborcami, Litwa i Ruś — narodami stojącymi na równym z nimi poziomie kul­turalnego i politycznego rozwoju, a dobro­wolny związek federacyjny dziś już istniał i wkładał na nas odpowiednie obowiązki moralne. Nie tylko dbamy o interesy tych tytularnych sojuszników lepiej niż o wła­sne, nie pytając nawet, czy oni również gorliwie o nasze dbają, ale gotowi jesteśmy do najdalej idących ustępstw, byle zadowolić nie tylko wszelkie ich żądania, ale wszelkie uroszczenia, aż do zupełnego zrzeczenia się praw do tej ziemi, aż do wynarodowienia dobrowolnego! Chcąc za­jąć stanowisko wobec Litwinów i Rusinów, pytać musimy najpierw czym oni są, jaki jest ich stosunek do nas, jaką jest treść ich dążeń dzisiejszych i przyszłych, i na tej podstawie dopiero określać charakter obowiązującej nas wzajemności.

Wśród Litwinów prąd wrogi Polakom jest niewątpliwie chwilowym obłędem zrusyfikowanej duchowo, radykalizującej mło­dzieży; możemy być dla niego wyrozumiali, bo niewola i u nas wywoływała po­dobne objawy rozkładu. Wiekowe tradycje jedności, zbliżony poziom kultury, wspólny ucisk, tożsamość interesów, wspólność re­ligii, wszystko to pozwala przewidywać przebudzenie się z czasem zdrowej poli­tyki narodowej wśród Litwinów, opartej na swobodnym rozwoju swych właściwości plemiennych, w granicach dotychczasowego stanu posiadania, i trwałym sojuszu z Pol­ską. Gdy przebudzenie to stanie się faktem dokonanym, przyjdzie czas na politykę i etykę federacyjną z naszej strony.

Stosunek nasz do Rusinów jeszcze dal­szym być musi od owego nakreślonego z góry idealnego typu. Dopóki nienawiść do Polaków stanowi główną ich narodową rację stanu i bezmyślną treść całej poli­tyki, dopóki ucisk rosyjski jest im milszy niż równouprawnienie polskie, dopóki dzie­jowa ich tradycja szukania oparcia i zwierzchnictwa naprzemian u Rzeczypospolitej, Ta­tarów i Turków, Moskwy i Austrii, nie za­mieni się na trwałą myśl polityczną praw­dziwego narodu, dopóty traktować ich mu­simy jako obco plemienny żywioł we­wnętrzny, mający prawo rozwijać o włas­nych siłach właściwości swej kultury, ale nie jako naród, z którym stać można na stopie federacyjnego związku.

Opierając etykę społeczną na egoizmie narodowym, poczytując ten ostatni za naj­potężniejszy bodziec moralny i za najszer­sze pole samowiednego altruizmu, czy tym samym nie otwieramy na oścież wrót dla wszelkiego rodzaju międzynarodowego bez­prawia? gdzie znajdziemy hamulec na rozpasane instynkty narodowego samolubstwa, żądzy zaborów i panowania? Dla jednostki wędzidłem na okiełznanie szkodliwych przejawów zmysłowego egoizmu może być obawa kary, wzgląd na opinię, poczucie honoru i godności swego powołania, na koniec etyka narodu, która mu każe trzy­mać osobisty egoizm na wodzy w imię dobra całości. Narody i państwa takich ha­mulców nie znają: niema na nich ani są­dów, ani policji, miarodajną dla nich opi­nią będzie przede wszystkim ich własna, a obowiązki międzynarodowe, regulowane tylko traktatami, nie mogą się przemienić w kodeks moralny, dopóki niema zorgani­zowanej społeczności międzynarodowej.

Etyka ideałów wysuwa tu swoje wska­zania bezwzględne, wzorowane na przepisach moralności indywidualnej, nikt jej jednak nie słucha i usłuchać nie może, bo narody w swych stosunkach wzajemnych nie ideałami siej kierują. Propaganda pokoju odbywa się w imię uczucia ludzkości i hu­manitarnych haseł, ale sprawę międzyna­rodowej sprawiedliwości pozostawia nie­tkniętą, to też niczym nie zapowiada wiel­kiego prądu opinii powszechnej, któraby wypowiedziała walkę bezwzględną nie woj­nie jako takiej, ale bezprawiu i gwałtom międzynarodowym.

Etyka społeczna ma się na czym oprzeć, aby przeciwko nim wystąpić. Powołuje się ona na egoizm narodowy, ale — podobnie jak w zakresie moralności jednostki — wy­łącznie na egoizm samowiedny: pod­nosząc poszanowanie indywidualności na­rodów, tym samem zwalcza nieokiełznany ich indywidualizm w stosunku do innych, potępia bezwzględnie każdy czyn, zmierzający wyłącznie do przyniesienia im szkody. Ten sam egoizm samowiedny w życiu po­jedynczych ludzi jest najskuteczniejszym i najsilniejszym czynnikiem, powstrzymują­cym ich od bezprawia i osiągania swych dążeń kosztem innych. Więcej polegać mo­żna na człowieku, który nikogo nie krzywdzi, dlatego, że siebie samego szanuje, że swoją godność ceni, niż na tym, który tego nie czyni przez wzgląd na godność innych lub w imię humanitarnych zasad. Te ostatnie milkną w nim chociażby pod wpływem podrażnionego uczucia, godność innych szanuje o tyle, o ile ją w nich wi­dzi, gdy się zaś jej dopatrzyć nie może, nie znajdzie w sobie żadnego na bezpra­wie hamulca.

Naród duchowo wielki, wielki potęgą samowiednego swego egoizmu, nie poniży się do nadużyć i gwałtów, bo ceni wy­soko swą godność, ma poszanowanie dla własnej kultury i cześć dla swego sztan­daru, którego jak żołnierz, mordem ani skrytobójstwem nie splami. Mają w sobie taki egoizm samowiedny niektóre narody: nawet gdy prowadzą politykę podbojów, szanują indywidualność krajów opanowa­nych i barbarzyństwem się nie plamią; nie mają go w sobie inne: w czasie pokoju zarówno jak w czasie wojny, polityce ich towarzyszą wiarołomstwo i bezprawie, nie poszanowanie indywidualności innych, po­spolite barbarzyństwo, obłudnie i ze złą wiarą osłaniane prawem; ale te wielkimi narodami nie są. Gotowe zawsze płaszczyć się przed siłą, pełne instynktów służalstwa w życiu wewnętrznym, wykazują zawsze niepohamowane brutalstwo, gdy czują swą przewagę i bezkarność swego bezprawia. Buta i arogancja idą zawsze w parze z brakiem prawdziwego szacunku dla swej godności osobistej i stanowią cechę nieod­łączną charakterów płaskich i służalczych, czujących chwilowo siłę za sobą. „Ten tylko jest wielki, kto nie potrzebuje ani słuchać ani rozkazywać, aby być czymś”. Słowa te Goethego rzucają światło na rzeczywistą wielkość charakterów narodo­wych. Narody, hołdujące egoizmowi zmy­słowemu, zawsze muszą ulegać sile zewnętrznej lub wewnętrznej, która je trzyma na wodzy, zawsze muszą sprawować me­chaniczną władzę na zewnątrz lub na wewnątrz, bo z niej tylko czerpią poczucie swej siły Z chwilą, gdy nie mają kogo słuchać lub nie mogą skutecznie rozkazy­wać, przestają być sobą, a wtedy nie znaj­dują już w sobie żadnego hamulca na po­pełniane bezprawia, znajdą go tylko w ude­rzeniu pięści, przywołującej do porządku ich narodowe instynkty urodzonych prze­stępców.

Samowiedny egoizm narodowy stawia w szeregu obowiązków społecznych przede wszystkim utrwalenie bytu narodu, jego niezależność, rozwój wszechstronny i wcie­lenie swego charakteru indywidualnego w odpowiednie formy państwowego ustroju. Naród, jako organizm żywy, ma prawo moralne rozrastać się nie tylko kosztem ży­wiołów biernych, bezmyślnych i społecznie bezkształtnych, ale nawet kosztem narodów innych, byle ten rozrost był naturalny i nie opierał się na sile brutalnej, przymusie i prawach wyjątkowych. Jest to polityka kulturalnej i dziejowej ekspansji a nie za­borów. Naród byłby niczym, gdyby do ni­czego nie dążył i niczego nie pragnął, gdyż jak powiada Krasiński, „ten żyć nie umie, kto prawa nie rości”. Aby się zazna­czyć w życiu i dziejach ludzkości jako siła żywotna i czynna, musi on mieć szerokie aspiracje, pragnienia i cele — i przekazy­wać je z pokolenia w pokolenie, jako wie­cznie żyjący testament dziejowy. Idea prze­wodnia, a nie bezmyślny apetyt, szlachetna ambicja, a nie buta, chęć wpływu a nie żądza panowania, wysokie poczucie go­dności własnej, a nie pragnienie wymuszo­nych hołdów, stanowią postać moralną samowiednego egoizmu w narodzie.

Podniesiony do wysokości etycznego sztandaru, naród nie staje się przez to ce­lem, zdolnym wszelkie środki uświęcić; sta­nowi on tylko sumienie człowieka obywatela, najwyższe jego dobro, najwyższy punkt orientacyjny jego stosunków, a więc i jego postępowania, ale postępowanie to podlegać ma zawsze i wszędzie jednym, powszechnym i bezwzględnym prawom etyki społecznej.

Jeżeli każde stanowisko w społeczeń­stwie, każde powołanie, każde położenie, pociąga za sobą pewne szczególne obo­wiązki i prawa moralne, podlega w swym postępowaniu właściwym sobie prawidłom etycznym, tym bardziej stosować się to musi do narodu, pozbawionego legalnego bytu. Etyka jego musi być inną, niż naro­dów niezależnych, gdyż położenie wyjąt­kowe daje mu prawa moralne, jakich tamte mieć nie mogą. Człowiekowi ratującemu swe życie więcej wolno, niż temu, który dąży do zbogacenia się: te same środki walki przez obu użyte będą moralnymi w ręku pierwszego, a niemoralnymi w ręku drugiego. W naszym społeczeństwie, mającym tak silne poczucie prawa obcego, a tak słabe praw własnych, znajdą się zawsze ludzie, gotowi twierdzić, że skoro napad jest bezprawiem, to i odpór czy odwet tą samą wymierzony bronią również bezprawiem będzie, bo to, co nie ma być dozwolone wrogom, i dla nas jest zaka­zane. To przykładanie jednakowej miarki do obrony przed napaścią jak i do napaści samej, to zrównanie bezprawia z prawem, dokonywane na szkodę własnego społeczeń­stwa, świadczy o takim wypaczeniu pojęć etycznych, które powstać może tylko na tle zupełnego zwyrodnienia patriotyzmu i zaniku poczucia moralnego. W imię mnie­manej sprawiedliwości popełnia się naj­większą niesprawiedliwość, jaką obywatel kraju popełnić może, — niesprawiedliwość wobec własnego narodu.

Właściwe naszemu położeniu wskaza­nia etyki narodowej wymagają również szczególnego typu charakterów, zdolnych w życie je wcielić. Jeżeli słuszne są słowa Spencera, że „najważniejszym czynnikiem w dziele przeobrażeń społecznych jest cha­rakter jednostek”, naród w wyjątkowych znajdujący się warunkach wtedy tylko zdoła przyszłość swą zapewnić, gdy wśród swych członków utrwali taki typ charakteru i taki typ moralności, który odpowie w całej pełni dziejowym jego zadaniom.

My, jak to już zaznaczyłem na wstępie, takiego typu nie mamy, i to nie tylko w ży­ciu, ale nawet w teorii naszych pragnień. Chaos pojęć etycznych jest bezpośrednią tego przyczyną; na ustach mamy zawsze hasła moralne najbardziej idealistyczne i oderwane od życia, a rzeczywistość bije nas po głowie brutalnością swych faktów i zastaje bezradnych, pozbawionych steru, na próżno szukających wskazań postępowa­nia, gdy wypadki zmieścić się nie dają w szablon panujących pojęć etycznych. W rozterce pomiędzy ideałem a życiem, pada ofiarą nasz charakter, zatraca się in­dywidualność naszego typu. Przy panowa­niu wszechwładnym etyki ideałów, sama kwestia przystosowania typu charakterów do potrzeb narodu nie może być stawianą: ideały są jedne dla wszystkich czasów i narodów, jeden szablon obowiązków mo­ralnych i jedno pojęcie odpowiadającego im typu człowieka i obywatela.

Etyka społeczna inne pod tym wzglę­dem stawia wymagania. Żąda ona, aby po­stępowanie każdego odpowiadało ściśle sta­nowisku, w jakiem się znajduje, i układowi stosunków, w których się obraca. O typie charakteru człowieka i obywatela rozstrzyga położenie kraju, rozstrzygają potrzeby na­rodu. Innym on być musi w neutralnej Szwajcarii, w stojącej na uboczu Szwecji, w kolonizującej wszystkie części świata Anglii, innym w walczącej o swój byt na różne fronty Polsce. W danych warunkach typ ten może być tylko taki, a nie inny musi odpowiadać ogromowi zadań narodo­wych, być wolnym od wad, które nas bytu pozbawiły, posiadać zalety niezbędne do zdobycia należnego nam stanowiska mię­dzynarodowego, a być rdzennie polskim zarazem. Jakiż będzie w naszych warun­kach pracy, obrony i walki typ człowieka, typ Polaka, któryby stał się wyrazicielem samowiednego egoizmu narodu, a zarazem dźwignią jego przyszłości?

Wskazuje nań etyka społeczna, wska­zują najlepsze tradycje narodu. Jest nim typ żołnierza – obywatela. Wzdrygną się na to tak bujnie rozrosłe nasze huma­nitarne narowy i oburzać się będą za Tołstojem na idealizowanie wojny, na upraw­nianie zabójstwa, na apologię militaryzmu! Na tle ogólnego w naszym społeczeństwie upadku charakterów, pod rozkładającym wpływem kosmopolitycznego humanitary­zmu umysłowości żydowskiej, przyjmują się u nas, bez firmy być może, zapatry­wania rosyjskiego filozofa niewolnictwa szerzej, niż to się na pozór wydaje. Tym echom nauk genialnego barbarzyńcy prze­ciwstawić możemy słowa prawdziwego apostoła kultury, urabiającego umysłowość najkulturalniejszego narodu, — Ruskina. „Rzemiosło żołnierza, mówi on, leży nie w za­bijaniu, lecz w gotowości pójścia na śmierć. I za to właśnie świat je szanuje. Mord jest rzemiosłem zbrodniarza i świat nigdy nie otaczał go szacunkiem. Powodem czci dla żołnierza jest to, że życie swe oddaje na usługi społeczności”. A ta gotowość pójś­cia na śmierć inną jest u żołnierza obywa­tela, inną u żołdaka militaryzmu. Pierwszy służy tylko Ojczyźnie i sztandar jego jest ideą zarazem, drugi służy władzy, a sztan­dar, pod którym walczy, jej tylko jest sym­bolem, pierwszy ginie dla sprawy, którą ukochał i za swoją uważa, drugi — z roz­kazu, w imię posłuszeństwa i musu, to też jeden jest obywatelem, drugi — niewolni­kiem tylko lub maszyną.

Mówić o „zabójstwie” na wojnie, gdy obie strony zarówno narażają swe życie, wszystko jedno — dla idei, z poczucia obo­wiązku, czy pod przymusem, ale zawsze w celach nieosobistych, jest to opierać za­sady moralności nie na przenośni nawet, ale na świadomym i rozmyślnym fałszu. Idąc tą drogą, nazwać można samobójcą strażaka, tracącego życie w obronie cu­dzego mienia, oszustem — używającego fortelów dowódcę, kłamcą — więźnia stanu, osłaniającego swych współoskarżonych ko­legów, słowem można zajść wszędzie, tylko nie do przybytku etyki, wymagającej, po­dobnie jak prawo, bezwzględnej ścisłości określeń i sądów.

Duch rycerski, a nie duch militaryzmu jest cechą żołnierza-obywatela, nie skala się on też okrucieństwem, gwałtem lub mordem bezbronnych, bo nie przewaga siły, ale przewaga sprawiedliwości będzie w każdym wypadku bodźcem jego czynów. Rycerskość jest cnotą w człowieku każ­dego stanu, ale w zaprawie wojskowej bierze swój początek i określa treść tego, co nazywamy honorem żołnierskim.

Prawdziwy żołnierz nie będzie paktował z wrogiem — „dopóki nie zje osta­tniej podeszwy u butów i nie wystrzeli ostatniego ładunku”, nie ustąpi bez walki z zagrożonego stanowiska, chociażby wi­dział przeważającą siłę przed sobą, pomny na słowa Bayarda, że „niema posterunku słabego, dopóki są ludzie serca, którzy go bronią”. Jako dowódca armii nie będzie prowadził układów na swoją rękę, bo wie, że jest tylko sługą i wysłannikiem narodu, który sam dopiero ma prawo przyjmować zobowiązania i rozstrzygać o swych losach. Powołany do obrony Ojczyzny, nie za­pomni, że pierwszym czynem obrony jest napad, a cios — najskuteczniejszą zasłoną, a choć wśród zmiennych losów wojny nie­jedną klęskę poniesie, nie upadnie na du­chu, ale stwierdzi zdanie De Maistra, że „niema bitwy przegranej, dopóki się jej za przegraną nie uważa”. To też żołnierz jest najlepszym politykiem w narodzie, któremu wypowiedziano walkę na śmierć i życie i który tylko walką ciągłą i wytrwałą ostać się może.

Wychowany wśród niebezpieczeństw i dla niebezpieczeństw, nie waży on sobie życia, a kto się śmierci nie boi, ten panuje nad życiem i spokojnie patrzy w oczy wszyst­kiemu co go spotkać może; nie zbije go też z wytkniętej drogi ani obawa, ani prag­nienie użycia wygód i spokoju. Dlatego to charakter żołnierski najlepiej odpowiada warunkom naszej pracy obywatelskiej, która wtedy tylko iść może niezłomnie drogą wytkniętą przez potrzeby narodu, gdy się pozbędzie wszelkiej bojaźni, wszelkiego oglądania się za siebie i na siebie.

Żołnierz jest silnym już z natury swego rzemiosła, a siła fizyczna wpływa rozstrzy­gająco na charakter człowieka. Krzepkość ciała idzie, jak wiadomo, w parze z jędrnością ducha, ale im ciało zdrowsze i sil­niejsze, tym większą duch ma nad nim władzę. Na punkcie pewników tak utartych i niezbitych, panują u nas najdziwaczniej­sze przesądy; utożsamia się często siłę fi­zyczną z brutalnością, tymczasem ludzie silni bywają zazwyczaj dobrymi zarazem, w brutalności celują tylko rozpasane nerwy zwyrodniałego ciała; intelektualizm, kult własnej duszy, nadmierną wrażliwość i czułostkowość poczytuje się za oznaki wyż­szości duchowej, gdy są to tylko objawy chorobliwej nerwicy; sile fizycznej przypi­suje się zmysłowość, gdy jest ona najsil­niejszym na nią hamulcem. Zdrowie i tę­gość ciała noszą w sobie odwagę, stanow­czość, rzutkość i energię, a nade wszystko spokój wewnętrzny, dający panowanie nad sobą i nad przeciwnościami. „Spokoju lu­dzi, jak mówi Epiktet, nie zakłócają rze­czy, lecz tylko sądy o rzeczach”, a bólem w rzeczywistości jest to tylko, co się za ból uważa. Przeświadczenie o tym jest wyrazem żołnierskiego ducha, to też powinien on stać się duchem pokolenia, mającego siłą swego charakteru naprawić to, co sła­bość charakterów popsuła.

W rzemiośle żołnierza leży solidarne działanie zbiorowe, punktualność i spraw­ność wykonania, bezwzględna obowiązkowość, poczucie wielkiej odpowiedzialności za czyn najdrobniejszy, karność na koniec, która w armii obywatelskiej nie na rygo­rze zewnętrznym, ale na poczuciu obo­wiązku polega. Wszystko to są cechy, sta­nowiące słabą stronę charakteru naszego pokolenia, tym silniejsza konieczność, aby uczynić z nich podstawę wychowania na­rodowego.

Nie idzie tu o rzecz niemożliwą, o zmianę natury i charakteru naszego społeczeństwa, ale o strząśnięcie z siebie usposobień i na­rowów, wytworzonych sztucznie w okresie rozbicia i zwątpienia, o powrót do naszych własnych najlepszych tradycji. Duch ry­cerski, tęgość żołnierska towarzyszyły wszystkim żywotniejszym okresom naszych dziejów lub, ściślej mówiąc, one je właśnie tworzyły. Po upadku powstania Kościuszki, że przypomnimy tylko czasy nowsze, a więc w chwili pogromu, cała energia i tężyzna narodu odradza się natychmiast w Legio­nach; pozostawiają one po sobie tradycję zapładniającą ducha następnego pokolenia. Królestwo Kongresowe wykazuje ogromną żywotność we wszystkich dziedzinach ży­cia publicznego, a nikt nie zaprzeczy, że typem, uosabiającym w sobie prawdziwego Polaka tych czasów, był typ żołnierza pol­skiego.

Wojskowi 1831 r., rozproszeni po całym świecie, zmuszeni szukać innego powoła­nia, wykolejeni i rzuceni w nowe zupełnie warunki życia, odznaczają się w kraju i na emigracji na każdym polu pracy, składają dowody energii i siły charakteru, nieznanej już niestety pokoleniom później­szym. Starcami już będąc, pozostają żoł­nierzami i obywatelami w każdym calu i nie przestaje bić od nich zapał młodości, wiara, moc ducha, połączone ze wszystkimi zaletami wytrawnego umysłu i woli hartownej. Miles, Vates, Exul — żołnierz, wieszcz, wygnaniec — napis ten położony przez Mickiewicza na grobowcu Stefana Garczyńskiego, streszcza w sobie całą cha­rakterystykę ówczesnego pokolenia, poko­lenia prawdziwych polskich żołnierzy-obywateli. Dobrych obywateli nie brakło nam i później, ale brakło dobrych żołnierzy w służbie narodowej, brakło tych, dla któ­rych praca byłaby walką, a walka pracą, którzyby potrafili utworzyć jedną zwartą, karną i odważną armię narodową, równie sprawną w boju zaczepnym jak odpornym. W każdej naszej klęsce narodowej rzuca się w oczy słabość, chwiejność i zniewieściałość charakterów, a wśród powodzeń dawniejszych i nowszych świeci najczyst­szym ogniem czynu hart polskiego żołnierza. Dopóki on trwał, trwała Rzeczpospolita, gdy on odżywał, odżywała Polska.

Nie ten jest żołnierzem, kto nosi mun­dur i pałasz, ale ten, co ma w sobie cha­rakter żołnierski i żołnierskiego ducha. Ce­chy te połączyć się dają z każdym zawo­dem, z każdym stanowiskiem i z każdym rodzajem pracy. Znany u nas dawniej typ księdza żołnierza należał do najdzielniej­szych postaci wśród naszego duchowień­stwa. Kobiet rycerskiego ducha nie brakło w naszych dziejach, nawet najnowszych, dopóki zniewieściałość, miękkość charakteru i przeczulenie duchowe nie zostały podnie­sione do godności wskazań w wychowaniu i w życiu, i to zarówno dla mężczyzn jak i dla kobiet.

Wychowanie żołnierskie nowych poko­leń musi się od dzieciństwa zaczynać: naj­dzielniejsze wpływy późniejsze nie napra­wią tego, co domowa atmosfera popsuła. Czysto zmysłowe przywiązanie rodziców do dzieci, brak charakteru w generacji starszej i, powiedzmy to otwarcie, brak samowiednego patriotyzmu, na koniec rozpa­noszone przesądy humanitarne, wszystko to składa się na pożałowania godny obraz naszego wychowania narodowego. Ojcowie i matki troszczą się przede wszystkim o to, aby usuwać dzieciom z pod nóg kamienie i kolce, zamiast ich uczyć roztrącać ka­mienie i stąpać po kolcach; starają się chronić je przed wszelkim niebezpieczeń­stwem, przed wszelkim śmielszym krokiem, a hasło „nie narażaj się” głoszą im od kolebki. Zamiast hartować ich charaktery, pragną tylko, aby gładko przeszli przez życie. I właśnie nie przechodzą przez nie gładko te bezduszne manekiny, pozbawione hartu, woli i temperamentu. Dobrze przejść przez życie może ten tylko, co się zapra­wił w twardej służbie obowiązku, zaznał głodu, niedostatku i trudów, zaglądał w oczy niebezpieczeństwu, a nade wszystko — co się przywiązał do wielkiego celu i gotów byłby w razie potrzeby głowę zań złożyć. Słusznie ktoś powiedział, że „ten, co nie wie za co mógłby umrzeć, nie wie jak ma żyć”, a ci co nie wiedzą jak żyć mają, giną nie tylko w walce, ale bez walki nawet, giną bez chwały dla siebie, bez pożytku dla ogółu. Niewolnicy własnych słabości nie mogą stać się panami swego losu, nie dopiero losów narodu.

„Na wojnie, jak mówi aforyzm żołnierski, zawsze ci sami dają się zabijać”, są to ci, co stają wobec niebezpieczeństwa przekonam z góry, że mu ulegną. Na czole już mają śmierć wypisaną, bo noszą ją w sobie. W życiu codziennym mówimy o nich, że im los nie sprzyja, że się pod złą urodzili gwiazdą, a któż wątpi, że los ten i ta gwiazda w nich samych leżą. Go­towość do walki zawiera już w sobie wi­doki zwycięstwa. „Aby nastraszyć kule, mawiał jeden z generałów napoleońskich, trzeba biedź na nie”. Dosadny ten wyraz odwagi wojskowej przestaje być retorycz­nym zwrotem w codziennej walce życio­wej, a zwłaszcza w naszych warunkach walki o prawa narodu. Występować śmiało naprzeciw niebezpieczeństwu, gdy jest nie­uniknione, umieć brać przeciwności za bary, jest to najpewniejsza rękojmia zwy­cięstwa.

Mając przed oczami wyraźnie zaryso­wany typ charakterów, których krajowi w obecnych warunkach potrzeba, zdając sobie jasno sprawę z tego, jaką etykę obo­wiązków obywatelskich, jaką moralność praktyczną wszczepiać należy w serca mło­dego pokolenia, znajdziemy w naszych własnych dziejach dawne i świeższe tradycje, których atmosferą pokolenie to od­dychać powinno. Jest to atmosfera żela­znych charakterów, woli bezwzględnej, żoł­nierskiego hartu, narodowej mocy.

Czujemy jakieś krzepiące i orzeźwia­jące wzruszenie, gdy wspominamy szwa­dron Kozietulskiego, owych czternastu z oblężenia Gdańska, owych rannych z la­zaretu, co w r. 1809 zdobyli pozycję nieprzyjacielską, ułanów Poniatowskiego, i pod­chorążych, i czwartaków. Niech wskrzeszona ich tradycja da nam raz jeszcze po­kolenie o takich charakterach i takiej za­prawie, dziś ono się nie zmarnuje, nie zo­stawi tylko sławy bohaterstwa po sobie, ale dokona rzeczy wielkiej i ostatecznej!

CHARAKTERY A ŻYCIE POLITYCZNE

Mało zwraca się uwagi na to, że dobra polityka sprowadza się w znacznym stop­niu do charakteru, a jeżeli weźmiemy to ostatnie pojęcie nieco szerzej i ściślej — sprowadza się do niego w zupełności.

Polityka — to celowe i planowe, panu­jące nad sobą i nad okolicznościami dzia­łanie na zewnątrz. Czy nie tym samem jest charakter? Moc, konsekwencja, stałość, wy­trwałość, rozsądek, prawość są wspólnymi cechami zarówno dzielnego charakteru, jak i dobrej polityki. Zauważyć, jednak należy, że zarówno przymioty czysto umysłowe, jak i czysto moralne, grają tu rolę pocho­dną, wtórną. Charakter — to synteza cało­kształtu władz duchowych człowieka: uczuciowości, wrażliwości, wyobraźni, uczucio­wości, umysłowania, woli, władz otamowujących, wreszcie zdolności do ruchów celowych; wysoki charakter jest syntezą tych władz całkowitą i harmonijną, bez braków i nadmiarów, bez wahań i zboczeń. Postę­powanie rozumne i moralne jest następ­stwem i nieodłączną częścią składową wyższego charakteru, ale ten ostatni do żadnego z nich sprowadzić się nie da. Tak samo rozum i moralność stanowią czyn­niki składowe dobrej polityki, ale zarówno wyłączny kult rozumu jak i moralności w polityce, z uszczerbkiem innych jej stron istotnych, prowadzić musi do zboczeń.

Sumienie każdego zdrowego ogółu daje pod tym względem wskazówkę niewątpliwą. Nic tak nie rodzi wyrzutów sumienia i nie­zadowolenia z siebie jak postępek znamionu­jący brak charakteru, czy to w życiu jednostkowym, czy w polityce. Jaskrawym przykładem służyć tu może pamiętny epizod warszawski 1897 r. Czy był to krok niemoralny? bynajmniej, ofiara poniesiona dla dobra przyszłości z istoty swej podmio­towo niemoralną być nie może; czy był to czyn jawnie nierozumny? — tym mniej, uzasadniano go właśnie względami rozumu politycznego; znamionował go jedynie krań­cowy brak charakteru i to wystarczyło, aby uczynić zeń wielki błąd polityczny wobec przyszłości, a zarazem przedmiot wyrzutów sumienia we wspomnieniach przeszłości.

Podobne cechy, aczkolwiek w odmien­nym kierunku, zawiera w sobie wszelka polityka, obliczona na targi w rzeczach za­sadniczych a wychodząca z zasady, że trzeba żądać więcej, ażeby osiągnąć mniej; prowadzi ona zawsze do tego, że od zaję­tego stanowiska trzeba odstąpić, i to od­stąpić pod naciskiem, że linia wytyczna po­stępowania staje się chwiejną, traci moc swego charakteru, a zarazem cechy dobrej polityki.

Charakter nazwać można polityką ży­ciową jednostki, podobnie jak polityka jest przejawem charakteru narodu lub stron­nictwa i jest złą lub dobrą, w perspekty­wie dłuższych okresów czasu, zależnie od tego, jakiego typu i jakiego poziomu cha­rakter w niej się przejawia.

Jedna się tu nastręczać może wątpli­wość: czy kryterium użyteczności i celo­wości, niewątpliwie niewystarczające w po­lityce stronnictwa, nie jest dostateczne dla określenia dobrej polityki narodu? Gdyby w przytoczonym powyżej przykładzie ocze­kiwane skutki mogły były nastąpić i nastąpiły rzeczywiście, czy krok ten zostałby uznany w oczach potomności za przejaw zdrowej polityki narodowej? Sądzę że nie, i oto dlaczego. Aczkolwiek nie ulega wąt­pliwości, że naród walczący o elementarne podstawy i prawa swego istnienia jest bar­dziej usprawiedliwiony, niż wszelki inny, jeżeli prowadzi politykę czysto utylitarną, jest to postępowanie obliczone na bardzo krótką metę i nie zapewnia mu bynajmniej trwałych podstaw przyszłości, ta ostatnia bowiem nie na przemijających powodze­niach i zyskach, ale na silnej indywidual­ności narodu, a więc na jego charakterze opierać się musi.

Nie tylko jednak ze względu na samego siebie naród podobnej polityki skutecznie trzymać się nie może. O ile bowiem by­łaby ona czysto utylitarną, o tyle w danych stosunkach nie byłaby właśnie celową. Nie można dążyć do uniezależnienia się z pod cudzej przewagi drogą poddawania się jej dobrowolnego, można otrzymać tylko coś w rodzaju gratyfikacji, stwierdzającej wła­ściwie tę zależność. Walka o byt narodu jest wydobywaniem się na wierzch jego indywidualności, otóż przyznaniu ze strony przeciwnika pewnych ulg nie towarzyszy w tym wypadku żadne uznanie tej indy­widualności, a więc i ulgi same równają się być może zmniejszeniu cierpień, ale bynajmniej nie zbliżeniu się do zamierzo­nego wyniku. Celowość osiągania zysków natychmiastowych nie może się opłacać kosztem celowości jedynie godnej narodu — wzmacniania, rozwijania i stwierdzania swej indywidualności w szeregu przejawów charakteru. Dodajmy — indywidualności wysokiego typu, naród bowiem, nawet naj­silniejszy i najbardziej niezależny, gdy roz­mieni swą politykę dziejową na drobną monetę doraźnych zysków, jak Prusy dzi­siejsze, obniżyć musi fatalnie typ i poziom swego charakteru, wprowadzi bowiem do własnej duszy nieposzanowanie zasadni­czych podstaw społecznego bytu i stanie się tera, czym się stają Niemcy — zniena­widzonym członkiem społeczności między­narodowej, któremu nikt nie dowierza i prze­ciwko któremu wszyscy sprzymierzyć się gotowi. Wielki naród jest czymś więcej niż wielkim mocarstwem: Rosja współczesna świadczy wymownie, jak łatwo się traci cechy wielkiego mocarstwa, gdy się nie jest dziejowym typem wielkiego narodu.

Kryterium charakteru, zastosowane do polityki, pozwala z góry nakreślić pewne wnioski, dotyczące z jednej strony wpływu życia politycznego na charaktery jednostek, z drugiej — odbicia charakteru zbiorowo­ści w prowadzonej przez tę zbiorowość po­lityce.

Brak życia politycznego musi sprowa­dzać obniżenie poziomu charakterów w dzia­łalności publicznej. Nie ulega wątpliwości, że charaktery wyrabiają się tylko w pracy twórczej, w działaniu na zewnątrz, w walce, w pokonywaniu przeciwności. Życie zam­knięte w sobie, bierne, pozbawione pola działania, sprzyjać może czasem jedno­stronnemu rozwojowi myśli oderwanej lub egzaltacji uczuć moralnych, ale zawsze z uszczerbkiem harmonijnego i silnego roz­woju indywidualności. Wiadomo, że wię­zienie długotrwałe obniża, często łamie charakter jednostki, rozkłada go niejako na pierwiastki, z których jedne zanikają, drugie rozrastają się niepomiernie, a indy­widualność staje się słabą, niekompletną) jednostronną a przez to wypaczoną. Taki sam los jest nieuniknionym udziałem spo­łeczeństwa, pozbawionego życia politycz­nego.

Ostatnie czterdziestolecie pozostawiło pod tym względem głębokie ślady na od­łamie naszego narodu, pozostającym pod panowaniem rosyjskim, a końcowe dwu lecie wrzenia i fermentu wydobyło na jaw skutki tego stanu, ujawniło zastraszający wprost brak charakterów wśród szerokiego ogółu, wywierający swój wpływ, ukryty w czasach martwoty, jawnie rozkładający nasze życie publiczne w momencie ruchu.

Nieliczne tylko, ale za to silnie na we­wnątrz zespolone grupy, czynne w tym okresie, zdołały sobie wytworzyć pewien surogat życia politycznego, te stały się też ośrodkami krystalizacyjnymi myśli i czy­nu w chwili kryzysu i pozwoliły wyjść z niego społeczeństwu obronną względnie ręką. Szerokie koła społeczeństwa wege­towały równocześnie w bierności, ulegały rozkładowi charakterów obywatelskich, sta­nowiąc masę żywiołów tzw. „bezpartyj­nych”, które odegrały w tych latach rolę daleko wydatniejszą, niż się zazwyczaj są­dzi. Poza pewnym zasobem zdrowych in­stynktów narodowych, których nie zdołał zniweczyć zastój w życiu politycznym, rola ta była na wskroś ujemną, była rolą masy niezespolonej w żadnym zbiorowym działaniu, zatomizowanego tłumu jednostek bez charakteru. Nadmierna wrażliwość, ubar­wiona politycznym plotkarstwem, nastrój ustawicznej nerwowości, skoki od nadmier­nych nadziei do zupełnego zwątpienia, za­chwyty i uniesienia nad wszystkim, co miało zewnętrzne pozory efektu, obok wy­szydzania i obniżania wszystkiego, co miało pozory przeciwne, brak steru, konsekwencji i logiki — oto cechy charakteru, wno­szone przez masę żywiołów bezpartyjnych w nasze i bez tego nadmiernie trudne po­łożenie polityczne. Wynikiem tego była bałamutność opinii, brak wszelkiej perspe­ktywy w ocenie zjawisk, myślenie fraze­sami, najdziwaczniejsze i najbardziej nieo­bliczalne wyskoki sądów, znajdujące swój wyraz w prasie nawet ze strony umysłów skądinąd wybitnych. Każdy czyn polityczny wymaga silnego poparcia opinii, aby sam nabrał mocy, tymczasem „bezpartyjna” opi­nia gotowa była bądź popierać czyny naj­zupełniej politycznie ze sobą sprzeczne i wykluczające się nawzajem, bądź zamiast poparcia w chwilach najważniejszych wy­stąpić z szeregiem zarzutów, dotyczących błahych, akcesorialnych szczegółów.

Polityka wymaga raczej charakterów niż umysłów, a nawzajem charaktery wyrabiać się mogą tylko w ogniu intensyw­nego życia publicznego, a zwłaszcza poli­tycznego. Życie prywatne lub ograniczone do sfer towarzyskich może w najlepszym razie wydawać tylko charaktery połowiczne, niekompletne, kalekie, jeżeli nie rozcieńcza zupełnie ich krwi limfą filisterstwa, sobkostwa i poziomej małostkowości. Kto wie, czy nie z tego właśnie powodu tak mało spo­tyka się wśród kobiet charakterów całko­witych, zdolnych wytrzymać próbę sytuacji bardziej złożonej lub powikłań szer­szego pokroju.

Życie prywatno – towarzyskie zawiera w sobie najwyżej kilka czynników stereo­typowych, których możliwe kombinacje wyczerpała już dawno praktyka pokoleń i uregulował ustalony kodeks współżycia. Nawet typy bardzo słabe i ułomne mogą poprawnie przebyć ich próby. Ale indywi­dualnościom, obracającym się wyłącznie w tej dziedzinie, brak będzie zawsze tej najsilniejszej podstawy charakteru, którą daje zbiorowość ścisła, jej dusza, posiada­jąca własny żywot i własne postępowanie, co więcej — brak im tej najwyższej instancji, kierującej czynami jednostki w ob­szernej dziedzinie życia, do której nie sięgają ani przepisy religii, ani reguły moral­ności towarzyskiej. Czy tą instancją będzie naród, czy inna idea ogólna, zawsze ona daje dopiero prawdziwy kręgosłup charak­terowi jednostki. Ten ostatni porównać mo­żna do masztu, przytwierdzonego na pokła­dzie okrętu: im więcej łańcuchów i lin wiąże go z podstawą stałą, tętn pewniej ostoi się wśród wichrów, tym mniej narażony będzie na wahania, pęknięcia i upadek.

W szerokim życiu publicznym, w poli­tyce, występują najdrobniejsze wady i uster­ki charakteru jednostek, a występując — szkodzą, a szkodząc — są tłumione, ucie­rają się i pierwej czy później ulegają otamowaniu. Polityka jest szkołą charakterów zarówno jednostkowych jak zbiorowych, jak i charakteru narodu.

Jeżeli w dobie ostatniego kryzysu mogło się chwilami wydawać, że niema społe­czeństwa, że — mówiąc słowami Wyspiań­skiego — „naród się zgubił”, objaw ten, przełożony na język ścisły, znaczy nie co innego jeno to, że społeczeństwo w pew­nych chwilach wykazało brak charakteru, że indywidualność narodu w swych prze­jawach nie sprostała zadaniom położenia, że się zatarła w nieskoordynowanych odruchach. W sytuacji wyjątkowej i złożo­nej tylko słaba indywidualność się gubi, tylko nikły charakter zaciera się w bierności, wahaniach, nawrotach i niekonsekwencjach.

Gdy na podstawie szeregu czynów i wy­głaszanych poglądów urobimy sobie poję­cie o charakterze pewnej zbiorowości, zdo­będziemy zarazem wierną i ścisłą podstawę do oceny jej polityki. Wartość tej ostatniej mierzyć się będzie wartością charakteru.

Zauważyłem już, że ta właśnie miarka wydać musi nieodwołalny wyrok potępie­nia na epizod 1897 r. Bardziej jeszcze su­rowo — nie tylko ze względu na sprowa­dzone skutki, ale w ocenie zjawisk samych w sobie — osądzić musi korowód epizo­dów 1905—6 roku, zwanych u nas per extensionem „rewolucją”. Oceniamy, pow­tarzam, zjawiska same w sobie, z własnego niejako punktu widzenia ich autorów.

Ruch wszczyna się pod hasłami powstańczymi w imię niepodległości na to, aby pójść potem pod bezwzględną komendę stronnictw obcych, i to tego właśnie na­rodu, od wpływów którego miał kraj uwol­nić: „rewolucja” polska przedzierzga się bez zająknienia w „rewolucję” rosyjską. Kampania strajkowa powstaje pod hasłami podniesienia dobrobytu robotników, ale nie zadawala się bynajmniej osiągniętymi zdo­byczami, tylko trwa dalej aż do wyczer­pania sił zarówno robotników jak i prze­mysłu, aż do ruiny ekonomicznej kraju i idącej za nią nędzy ludu pracującego. „Rewolucja” liczy początkowo na poparcie armii, nawet policji, zużywa wiele sił na prowadzenie propagandy wśród żołnierzy obu kategorii, ale wkrótce potem, bez ża­dnego niemal przejścia, rozpoczyna formal­ne na nich polowanie i zabija dziesiątkami po ulicach za to tylko, że są żołnierzami patrolującymi lub stójkowymi, pełniącymi służbę. Przeciwko udziałowi w pierwszej Dumie prowadzi zażartą kampanię, popar­tą bombami, rzucanymi na zebrania przed­wyborcze, na to, aby przyjąć udział w wyborach do drugiej, odbywających się w znacznie gorszych warunkach konstytu­cyjnych. Domaga się początkowo jak naj­szerszych swobód obywatelskich, a kończy na mordowaniu przeciwników politycznych za to tylko, że do wrogiego obozu należą, a wreszcie na terroryzowaniu wszystkich. Poczyna od wielkich haseł odrodzenia przez proletariat, a werbuje do swych szeregów prostych opryszków, którzy potem uzupełniają rozbijanie kas publicznych przez partie zwyczajnymi rabunkami i morderstwa­mi w celach zysku osobistego.

Co za charakter posiada owa zbiorowość, prowadząca podobną politykę? Niech da odpowiedź obraz pojedynczego czło­wieka, któryby w nader krótkim czasie wy­kazał takie zwroty postępowania, takie sprzeczności i taki upadek moralny. To więcej niż zboczenia charakteru, to brak wszelkiej indywidualności, rozkład zupełny duszy, w której odruchy, rozumowania, po­pędy, zakorzenione dogmaty, namiętności i instynkty występują na przemian, bez współdziałania i porządku, tworząc nie dający się rozgmatwać chaos. Jeżeli charak­terem nazywamy stałość i równowagę dą­żeń, wytrwałość w rozumnie obranej dro­dze, konsekwencję działań, wierność zasadom, niezawodność postępowania, otamowywanie odruchów, zdolność do wytrzymania, wszelkich prób trudnych i złożonych, to żywioły „rewolucyjne” wykazały brak zupełny wszystkich tych cech zasadniczych.

Dusza rozłożona, utworzona zresztą na­prędce w chwili entuzjazmu i bezgranicz­nie rozbudzonych nadziei, miała już od początku rozłożone ciało, zlepek formalny części obcych sobie, niezdolnych do orga­nicznego działania, z których to jedne to drugie brały przewagę nad resztą. Tym tylko wytłumaczyć się daje ta dziwna, na­wet dla patologa, psychika ruchu. Indywi­dualność jego była rozbita na wewnątrz a krańcowo jednostronna i wyłączna na zewnątrz — dwie cechy kardynalne, wyklu­czające całkowitość charakteru. W stosun­ku do indywidualności narodu wystawiała ona ją na tym cięższą próbę, że jednym swym skrzydłem łączyła się z nią organi­cznie i znajdowała poparcie wśród wielu ży­wiołów biernych, drugim wsiąkała w in­dywidualności obce, często pierwszej wro­gie. Jeżeli chwilami „naród się gubił”, to dlatego, że nie był dość wyosobniony w swym ciele, ani dość jednolity i mocny w swej duszy.

Ciężkie przejścia życia politycznego narodu wydobywają na jaw słabe strony jego charakteru, ale zarazem są szkołą tego charakteru na przyszłość.

Zygmunt Balicki

—-
Zygmunt Balicki urodził się 30 grudnia 1858 r. w Lublinie, w tym mieście uczęszczał też do gimnazjum. Studiował w Petersburgu, angażując się w owym czasie w działalność środowisk socjalistycznych. Współpracę z socjalistami kontynuował także po opuszczeniu Rosji i osiedleniu się we Lwowie: z Bolesławem Limanowskim powołał socjalistyczno-niepodległościowe ugrupowanie „Lud Polski”. Zagrożony wydaniem Rosjanom, wyemigrował do Szwajcarii, gdzie kontynuował studia w Zurychu i Genewie, uzyskując stopień doktora i stając się członkiem-korespondentem Międzynarodowego Instytutu Socjologicznego. Kolejnym etapem w jego ewolucji ideowej była współpraca z Z. Miłkowskim w ramach Ligi Polskiej. Sam Balicki założył Związek Młodzieży Polskiej – tzw. Zet (1887). Wraz z Romanem Dmowskim zakładał Ligę Narodową, a następnie Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe, stając się jednym z czołowych publicystów i polityków środowiska. Artykuły zamieszczał głównie w „Przeglądzie Wszechpolskim” i „Przeglądzie Narodowym”. Zmarł 12 września 1916 r. w Piotrogradzie. Oprócz licznych tekstów publicystycznych, Balicki był autorem cenionych prac socjologicznych i z teorii polityki, m.in. „Parlamentaryzm” (1900) i „Psychologia społeczna” (1912).

REKLAMA / Advertisement