REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Władysław Konopczyński: Socjalizm a parlamentaryzm

111

– Zastrzegłem już kilka razy, że nie chcę wcale uchodzić za entuzjastę, ani też przysięgłego obrońcę demokracji parlamentarnej w jej dzisiejszej postaci – Wł. Niedziałkowski, „Teoria i praktyka socjalizmu wobec nowych zagadnień”.

REKLAMA / Advertisement

Odróżniać trzeba jak najściślej parlament i parlamentaryzm, czyli rządy parlamentarne. Pierwszy oznacza przedstawicielstwo narodowe, jako organ ustawodawczy i sprawujący kontrolę nad rządem; drugi — rząd, wyłoniony z przedstawicielstwa i bezwzględnie od niego zależny. Parlament może działać szeroko i potężnie, jeżeli oparty jest na zdrowej, mocnej podstawie, t. j., jeżeli uosabia dobrze myśl i wolę ?narodu. Parlamentaryzm, czyli rząd zależny od parlamentu, nawet przy najlepszym składzie tego ostatniego, ma rację bytu w bardzo ograniczonym zakresie. Bo nawet najmądrzejsi i najpatriotyczniejsi prawodawcy zaszkodzą krajowi, gdy zechcą przez nieustanną interwencję paraliżować energię rządu. Polacy są może najbardziej „parlamentarnym” narodem w tym znaczeniu, że od wieków wierzą w sejm i chcą przez sejm wpływać na rządy.

Najbardziej parlamentarnym stronnictwem jest u nas podobno Polska Partia Socjalistyczna, która i na wiecach i w Izbie piętnuje wszelkie wnioski, zmierzające do wzmocnienia rządu i uporządkowania obrad, jako zamachy na demokrację parlamentarną. A w P. P. S. najpoprawniejszym parlamentarzystą jest chyba poseł Mieczysław Niedziałkowski, jakkolwiek nie deklaruje się on wobec towarzyszy „obrońcą przysięgłym” tego systemu. Zdawało by się, że w tym kraju tacy ludzie pod wodzą takich leaderów powinni czuwać nad prawidłowym rozwojem formy, która im lepiej dogadza, niż formy konkurencyjne: faszyzm, dyktatura itp.

Tymczasem:

REKLAMA / Advertisement

1. Polska od dnia swych narodzin brnie we wszystkie choroby parlamentarne, jakie tylko zdołał podpatrzyć stary diagnosta Charles Benoist;

2. polscy socjaliści przez nienawiść do żywiołów centroprawicowych sponiewierali nasz parlamentaryzm w maju 1926 roku, gorzej niż faszyści – parlamentaryzm włoski;

3. najwybitniejszy ich publicysta, tenże p. Niedziałkowski odradza wszelkie proponowane przez innych lekarstwa, głosi niesprzeciwianie się złu, zaleca owszem specyfiki zdatne tylko do zaostrzenia choroby. Posłuchajmy tvlko, w jaki sposób sympatyczny autor „Teorii i praktyki socjalizmu” załatwia się z głównymi problemami, cechującymi dzisiejszy „kryzys parlamentaryzmu”.

Pierwszy zarzut przeciwników dotyczy obniżania kompetencji fachowej ministrów. Problemu kompetencji – przyznaje autor – demokracja parlamentarna nie rozwiązała, ale pod tym względem nie różni się ona niczym od ustrojów innych. Dowodem – głupi wezyrowie dawnej porty Ottomańskiej, nieudolni ministrowie Bourbonów i Romanowów. Dowód mocny, ale nie całkowity. Świadczy on tylko, że absolutyzm i ciemnota nie lepiej gwarantują kompetencję niż powszechne prawo wyborcze. Ale i cenzusowe prawo wyborcze, zdaniem pana N. nie dawało i nie da lepszych wyników; majątek nie podnosi przygotowania wyborców do życia politycznego, a cenzus wykształcenia zawiódł pokładane w mm nadzieje, jak w ogóle zawiodła dawna utopia liberalizmu, że postępy oświaty czynią człowieka od razu lepszym, szlachetniejszym, wyrobionym (zanotujmy te twierdzenia, niepoparte zresztą dowodami).

Drugim grzechem demokracji parlamentarnej jest niestałość rządów: w Polsce 13 gabinetów w ciągu 6 lat do końca r. 1924 we Francji bywały po cztery kryzysy na rok itd. Zarzut ciężki, ale obrońca nie traci dobrego humoru; przecież Mikołaj II na rok przed upadkiem jeszcze prędzej zmieniał ministrów, przecież i Bismarck upadł (po kilkudziesięciu latach rządów!), przecież Disraeli, Gladstone, Thiers, Guizot kierowali państwami przez długie lata (autor przemilcza, że wówczas nie było demokracji parlamentarnej, lecz właśnie parlamentaryzm cenzusowy). Wotum nieufności spada mniej nagle, niż niełaska monarchy (tylko że spada bez porównania częściej). Dopiero trzecia grupa zarzutów uderza, według p. N. w sedno rzeczy. Demokracja parlamentarna nie daje wyrazu woli ludu. Rządzą w nim partie, kliki, ambitne jednostki, a rządzą za pomocą demagogii. Nie jest jednak tak źle, (mogłoby być gorzej). Rozwiązanie „problemu demagogii” znowuż leży w ogólnym postępie społecznym na każdym polu, nie w sztucznych i przez samą sztuczność beznadziejnych rzekomych środkach zaradczych. Demagogia będzie zwyciężona ostatecznie wtedy, kiedy zabraknie ludzi, którym się ona podoba.

Tendencjom oligarchicznym demokracja parlamentarna nadała zabarwienie mniej jaskrawe, mniej bijące w oczy; powiedziałbym — bardziej łagodne. Uzależniła oligarchie rządzące bezpośrednio od opinii publicznej. Zmusiła je do ustępowania przed wyraźnymi prądami społecznymi. Zresztą i na poprzednie żale autor ma gotowe słowa pociechy, niekompetencję ukrócą „skutki powszechnego nauczania, w ogóle postępów oświaty, podniesienia kultury i cywilizacji” (ach, te utopie liberalne!) Chwiejność rządów „jest kompensowana przez elastyczne reagowanie na zmiany w strukturze społecznej, kulturalnej i politycznej kraju”. Poza tym demokracja parlamentarna „ziściła pragnienie wolności osobistej jednostki w zakresie maksymalnym, jaki ludzkość dotąd osiągnęła”.

Partia skończona; kolega N. schodzi z boiska przekonany. że przegrał 1 – 2 punkty, a wygrał 10. Odparł wszelki zamach na pięcioprzymiotnikową ordynację, uchylił reformę stosunku władzy wykonawczej do prawodawczej; łaskawie zaofiarował dla podniesienia stopnia kompetencji utworzenie komitetu specjalistów (po bolszewicku speców), przy komisjach sejmowych i jeszcze raz zalecił trzy pomysły reformy parlamentarnej, które jeszcze bardziej uwrażliwią rząd i sejm na to, co się dzieje u dołu. Naczelna Izba Gospodarcza pod faktyczną supremacją Izby Pracy inicjować będzie i opiniować projekty ustaw w duchu interesów warstw pracujących. Wyborcy uzyskają głos ustawodawczy w drodze referendum na życzenie rządu poparte przez 1/8 część posłów, na życzenie Izby Pracy, lub na żądanie 100.000 obywateli, co zapewni nam przyjemność głosowania powszechnego raz na miesiąc lub częściej: a jeżeli uzbieramy pół miliona podpisów, to Prezydent dla uniknięcia wstrząśnień urządzi nam wybory powszechne w każdej chwili.

Tyle obmyślił publicysta socjalistyczny dla przezwyciężenia kryzysu parlamentarnego. Gdy inni szukają trwałych podstaw, mocnych wiązań, on chce podstawy ustroju, wprawić w nieustanne drżenie, a wiązania jeszcze ile się da, rozluźnić. Inni tęsknią do rządu, który by kraj prowadził za sobą; on wyobraża sobie rząd jako barometr, czy sejsmograf. Są to rzeczy na pozór niepojęte, choć w gruncie rzeczy całkiem konsekwentne, jeżeli zważyć z jakich założeń p. N. nauki swoje wysnuwa.

Kryzys parlamentaryzmu istnieje w samej rzeczy o tyle, o ile pozostaje w ścisłym związku z ogólnym kryzysem politycznym, społecznym, gospodarczym, kulturalnym naszej epoki. Okoliczności specjalne nadają mu w różnych państwach swoiste zabarwienie albo swoiste napięcie, nie rozstrzygają wszakże o zagadnieniu. Usunąć go całkowicie środkami sztucznymi, ustawowymi ograniczeniami itp. nie podobna. Można tylko łagodzić ujemne skutki. Próby zastąpienia demokracji parlamentarnej innymi ustrojami prawnopaństwowymi nie dadzą, jak widzieliśmy rezultatu. Forma prawno-państwowa dzisiejszego społeczeństwa musi być elastyczną, jak najmniej krępującą przebieg walk społecznych, przystosowującą się do układu sił społecznych.

Tu już ustaje oczywiście wszelka polemika. Dla kogo istotę sprawy dziejowej tworzy walka klas, ten musi na przekór wszelkim sentymentom uznać różne „nadbudowy”, jako to naród, państwo, kulturę, za zjawiska wtórne, drugorzędne i spóźnione. Nie tylko parlamentaryzm, ale nawet Polskę warto poświęcić dla zwycięstwa klasy robotniczej. Tego p. N. wyraźnie nie powiedział, ale ze swych założeń musiałby konsekwentnie do tego dojść. Jakkolwiek autor widzi w doktrynie materializmu dziejowego raczej „metodę badania” niż dogmat, i jakkolwiek ciepło mówi o ojczyźnie (w rozdziale „Socjalizm a patriotyzm”), jednak w systemie owej „metody” pojęcie ojczyzny logicznego miejsca nie ma, a patriotyzm stanowi słabość, nie siłę pana Niedziałkowskiego.

Tutaj tkwi właśnie dziedziczna choroba umysłowości socjalistycznej, kiedy dla innych ludzi metoda jest narzędziem, środkiem jednym z kilku, socjalista jest niewolnikiem swej metody; gdyby na chwile wyrwał się z jej objęć, gdyby dostrzegł poza walką klas inne, głębsze rzeczywistości i inne, wyższe wartości, to dostrzegłby cały bezsens swoich szamotań i z całym rozpędem, do jakiego ten bojowy gatunek ludzi jest zdolny, wpadłby za wzorem Balickich i Grabskich – z pominięciem liberalizmu – prosto w nacjonalizm. Niestety, spodziewać się takich uzdrowień nie można. Są stany duchowe (żeby nie powiedzieć: psychozy), zamknięte przed dostępem rozumowania. One to sprawiają, że dyskusje nad zmianą ordynacji wyborczej, kończą się po tamtej stronie Izby tępym protestem i niczym więcej. Stąd przecież dla ludzi nie zahipnotyzowanycli przez Marksa płyną nauki dwie: albo przeforsować zmianę ordynacji dla uratowania polskiego’ sejmu, albo jeżeli nasze sejmowanie jest nieuleczalnie chore, zredukować jego rolę do minimum, a punkt ciężkości władzy państwowej przenieść gdzieś wyżej.

Władysław Konopczyński

za: „Trybuna Narodu”, nr 15/1927

——————–
Władysław Konopczyński (1880 – 1952) był historykiem, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, współtwórcą i pierwszym redaktorem naczelnym Polskiego Słownika Biograficznego. Był członkiem Ligi Narodowej od 1915 r. W 1918 r. był członkiem Organizacji Narodowej. Był ekspertem delegacji polskiej na konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 r. zajmującym się zagadnieniami historycznymi i prawnymi. W latach 1922–1927 pełnił mandat poselski z ramienia Związku Ludowo-Narodowego. Krytykował politykę Józefa Piłsudskiego (m.in. na łamach „Trybuny Narodu”). Domagał się docenienia roli Romana Dmowskiego w historii Polski („O miejsce dla Dmowskiego w historii”).

REKLAMA / Advertisement