REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Ulatowski: Dlaczego warto walczyć o standard złota?

483

Jest „oczywistą oczywistością”, że za wykonaną pracę oczekujemy zadowalającej zapłaty. Wynagrodzenie najprościej kojarzy się z jakąś kwotą pieniędzy. Cóż jednak po banknotach i monetach, z którymi z jakichś powodów niewiele dałoby się zrobić?…

– Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy – mawiała Marilyn Monroe, o której ostatnio znów było u nas głośno. przy okazji licytacji jej fotografii z zasobów FOZZ-u.

REKLAMA

REKLAMA / Advertisement

Tak więc – jak nawet ona słusznie zauważyła – wynagrodzeniem za pracę nie jest w istocie sam pieniądz, lecz możliwość posiadania w zamian określonej ilości potrzebnych towarów i usług.

Ale „określonej” – to znaczy jakiej ? Ano pewnie takiej, która da wieść życie na w miarę przyzwoitym poziomie… Chciałoby się wręcz użyć w tym momencie sformułowania „płaca godziwa”. Mainstream’owi ekonomiści i „związkowcy zawodowi” zdefiniowaliby ją niechybnie jako „umożliwiającą osiągnięcie stopy życiowej, uznawanej za przeciętną dla danego kraju lub regionu”. Dla mnie jednak „płaca godziwa” – to po prostu płaca, za którą ktoś dobrowolnie… „godzi się” pracować. I tyle.

REKLAMA / Advertisement

Ważniejsza od bezwzględnej wysokości gratyfikacji, jest rzecz jasna, jej relacja do efektu pracy. A ściślej – czy kierunek ewentualnych zmian tej relacji jest zgodny z oczekiwaniami pracującego. Naturalne poczucie sprawiedliwości słusznie podpowiada, że za taką samą miarę wykonywanej w kolejnych okresach pracy, powinniśmy móc nabywać taką samą ilość dóbr i usług. O ile oczywiście praca ta jest wciąż tak samo potrzebna, a skutkiem tego – tyle samo nominalnie płatna w pieniądzu.

Z tego właśnie powodu oczekujemy obecności na rynku mocnego pieniądza, czyli pokrytego znaczną – a najlepiej systematycznie rosnącą – ilością i rozmaitością dostępnych towarów.

REKLAMA / Advertisement

Figlarny pieniądz fiducjarny…

W systemie towarzyszącego nam współcześnie tzw. pieniądza fiducjarnego (nie mylić po podobnym brzmieniu z „figlarnym”!) na straży owego „pokrycia” stoi jedynie władza państwowo-bankowa ze swoim słowem honoru. Zgodnie ze znaczeniem przymiotnika „fiducjarny” – od łacińskiego „fides”, czyli „wiara” – mamy ufać, że przewidziane do tego konkretne gremium finansistów i uczonych w piśmie (w Polsce np. Rada Polityki Pieniężnej ), sobie wiadomymi sposobami prawidłowo obliczy, o ile można zwiększyć podaż pieniądza na rynek wobec wzrostu PKB, oczywiście w potrzebie utrzymania tzw. równowagi towarowo-pieniężnej. Jednakże – jakimś dziwnym trafem – wielkość PKB (czyli ogół nowo-wytworzonych dóbr finalnych) jest w tych szacunkach permanentnie zawyżana (co przecież zawsze można zrzucić na błąd statystyk ekonomicznych), zaś w obiegu pojawia się dodatkowy „pusty” pieniądz. W efekcie mamy utrzymującą się inflację – nagradzana dobrami konsumpcyjnymi część naszej pracy stale się kurczy, niezależnie od oficjalnych podatków. Innymi słowy – dzięki temu mechanizmowi, rządzący stopniowo wywłaszczają społeczeństwo z PKB, coraz taniej nabywając jego pracę..

materiały wyborcze

materiały wyborcze

Dlaczego tak się dzieje? Władzy, mogącej niczym fałszerz (ale za to bezkarny!), wpuszczać w obieg „lewe” pieniądze, łatwiej „wywiązywać się” z budżetowych zobowiązań. Także wzrost cen oznacza większe wpływy z podatków pośrednich bez potrzeby podnoszenia ich stawek, co z kolei pozwala na łatwiejsze domykanie budżetu. Cóż z tego, że jedynie nominalnie ? – myślenie polityków jest zgoła inne niż ekonomistów – zwłaszcza, gdy w rządzie, w roli tych ostatnich zasiadają kreatywni księgowi. Wbrew pozorom – zapatrzonym w budżet sternikom gospodarki – umiarkowana inflacja wcale nie przeszkadza – trochę na zasadzie; „po nas choćby potop!”

Ponadto – co być może najważniejsze – „pusty pieniądz” nie wszędzie jednocześnie i nie od razu wywołuje zwyżkę cen. Tę wiedzę, w porę użytą, można świetnie spieniężyć także do prywatnych kieszeni. Zwłaszcza, gdy się decyduje o jego emisji lub gdy ma się dobre dojścia do centrum takich decyzji. Zgodnie z tzw. efektem Cantillon’a – najwięcej tracą ci, do których „pusty pieniądz” dociera na końcu.

W standardzie złota…

REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Zgoła inaczej działał system tzw. standardu złota. Jak wiadomo – wartość nominalna ogółu krążącego w obiegu pieniądza papierowego (i „blaszanego”) musiała być w bezwzględnie stałym stosunku do wagi złota zdeponowanego w banku emisyjnym. To właśnie złoto – najstarsza waluta świata – było bowiem faktycznym pieniądzem, zaś banknoty jedynie pokwitowaniem prawa do niego. Jakakolwiek podaż banknotów na rynek była możliwa tylko przy równoczesnym odpowiednim powiększeniu masy kruszcu w bankowym skarbcu. W klasycznym standardzie złota, każdy obywatel w dowolnym czasie mógł – bez zbędnego tłumaczenia – zażądać wymiany swoich banknotów na odpowiednią masę tego szlachetnego metalu.

System parytetu złota, oficjalnie występującego tutaj w podwójnej roli – środka płatniczego i zarazem towaru – był stosunkowo najskuteczniejszym mechanizmem antyinflacyjnym znanym historii.

I do tego jeden bardzo istotny argument, choć przez przeciwników przekornie podawany jako wada – w standardzie złota, w trendzie długookresowym, podaż tradycyjnego pieniądza na ogół nie nadąża za tempem rosnącej produkcji i podaży dóbr (spowolnienie koniecznością gromadzenia kruszcu). Wywołuje to umiarkowaną tendencję spadkową cen towarów i usług, dzięki której obywatele – pracując tyle samo i używając zarabianych pieniędzy w odpowiednim czasie – mogą wchodzić w posiadanie coraz większej ilości dóbr (jest to niejako odwrócenie wspomnianego efektu Cantillon’a). O ile oczywiście można w tym miejscu rozwinąć dyskusję czy wręcz spór wokół oceny wpływu malejących cen na całość gospodarki, to jednak ogólnie trzeba przyznać, że standard złota – w przeciwieństwie do pieniądza fiducjarnego – realnie zabezpieczał własność obywatelską przed zakusami nieuczciwej władzy oraz sprzyjał szybszemu bogaceniu się ludzi zaangażowanych w pracę.

System standardu złota – królujący w drugiej połowie XIX wieku aż do I. wojny światowej– został zarzucony bynajmniej nie dlatego, że się przeżył. Dla wielu polityków i finansistów był zwyczajnie… niewygodny. Zbyt wysoko podnosił poprzeczkę. Aby sprawować władzę w tym systemie, trzeba było być mężem wielkiego formatu – nie zaś politycznym szmondakiem i pozerem, którego ekonomiczne horyzonty zawężają się do windowania podatków i rabowania własnego społeczeństwa inflacją.

Historia ludzkości to równocześnie historia pieniądza i ustawicznej aktywności władzy w jego psuciu – wciąż z tych samych, nikczemnych powodów. Zachęcam Państwa do drążenia tego tematu (istnieje wszakże bogata literatura), a zwłaszcza, gdy nadejdzie czas, do włączania się – gdzie się da i jak się da – w tworzenie i popieranie szerokiego lobby, domagającego się powrotu „systemu złotego pieniądza”. To naprawdę leży w naszym interesie.

Tomasz J. Ulatowski

Tomasz J. Ulatowski – ur. 17 września 1962 r. w Przasnyszu, inżynier i ekonomista (specjalność: zarządzanie, rachunkowość przedsiębiorstw), zwolennik austriackiej szkoły ekonomii, „bezpartyjny wolnościowiec”. Na przełomie lat 1990-2000. publikował w tygodniku „Najwyższy Czas!”, w Gazecie Polskiej oraz w periodykach Północnego Mazowsza. Obecnie współpracuje publicystycznie z portalami internetowymi: Prokapitalizm.pl, Pafere.org, Prawica.net, Neon24.pl, a także z lokalnym „Tygodnikiem Ilustrowanym”. Jest członkiem stowarzyszenia „Wolni Obywatele”.  Prowadzi działalność gospodarczą w branży informacyjno-edukacyjnej. Mieszka w Ciechanowie.

za: e-ulatowski.pl

REKLAMA / Advertisement