REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Tadeusz Gluziński: Naród i Kościół

208
Mówi się powszechnie, że Polska jest krajem katolickim. Zapewnia się o tym tak codziennie, w każdy dzień powszedni, że zdanie to w oczach ogółu stało się komunałem, a właściwie frazesem, który do niczego nie obowiązuje. Jakież, bowiem istotne konsekwencje płyną na ogół ze stwierdzenia faktu, że Polska jest krajem katolickim?

Niewątpliwie o katolickim charakterze Polski nie decyduje sam fakt, że przeważająca większość Polaków zarejestrowana jest jako katolicy rzymskiego, greckiego i ormiańskiego obrządku. Ten fakt wystarcza bowiem do snucia wniosków urzędowi statystycznemu, natomiast w istocie swej, o ile nie pociągałby za sobą skutków w życiu, posiadałby taką samą wartość, jak stwierdzenie, że 8% osób nosi w Polsce nazwiska rozpoczynajże się od litery ,,S”.

REKLAMA

REKLAMA / Advertisement

Także prawne stwierdzenie, w jakiejkolwiek formie, że Polska jest krajem katolickim, pozostanie pustym słowem, jeśli nie pociągnie za sobą skutków praktycznych i istotnych. Trudno o bardziej pusty, a przez to o bardziej kłamliwy frazes, jak ten zwrot zgasłej niesławnie konstytucji z marca 1921 r., która głosiła, że religia katolicka zajmuje w Polsce naczelne miejsce ,,wśród innych równouprawnionych wyznań”. Więc jak? Równouprawnienie? Po co więc kłamać o miejscu naczelnym?

Stanowisko przeciwników Kościoła jest przynajmniej logiczne i konsekwentne. Po prostu precz z religią, albowiem uniemożliwia ich organizacjom tajnym i jawnym sprawowanie rządów nad światem. Po prostu wygnanie z życia publicznego, z wychowania, z szkoły, albowiem tylko bez religijnym społeczeństwem oni będą kierować, nie natrafiając na żadne przeszkody, wynikłe z moralności szerokich mas. Po prostu rozdział Kościoła od państwa, bo zapewnia on ostateczne wyrugowanie etyki katolickiej z życia publicznego. To wszystko jest zrozumiałe. Wprawdzie unoszą się nad tą agitacją opary uchwał i zaleceń masońskiego Wielkiego Wschodu, ale w tym stanowisku mniej jest obłudy, jeżeli pominiemy zdawkowy frazes naszych socjalistów, jakoby religia nie zawadzała im w życiu prywatnym katolika.

REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Gdyby przyjąć dążenia przeciwników katolicyzmu do zacieśniania religii do życia prywatnego jednostek, to katolickość Polski sprawdziłaby się do zagadnienia, czy Polacy są prawdziwymi katolikami w swym prywatnym życiu. Po prostu miarą tego zagadnienia byłaby jakaś ,,statystyka zbawionych”. Ale jest to rzeczą oczywistą, że taka statystyka nie jest zadaniem ludzkich urzędów statystycznych i że zacieśnienie religii do prywatnego życia jednostek jest jednoznaczne z wyrugowaniem religii z życia publicznego i państwowego.

Kto głosi, że Polska ma być krajem katolickim, kto przyznaje Kościołowi katolickiemu naczelne stanowisko, ten musi się zgodzić zarówno na regulowanie życia publicznego zasadami etyki katolickiej jak i na konsekwencje prawne, wynikające z tych zasad, jak wreszcie na traktowanie przedstawicieli hierarchii kościelnej w sposób taki, jaki przystoi wobec ich godności duchowej. Przecież nie trzeba chyba przypominać, że polski wyraz ,,ksiądz” znaczył właściwie ,,książę” i był właśnie miarą iście katolickiego szacunku, oddawanego osobom duchownym.

REKLAMA / Advertisement

Przeciw takiemu stanowisku wytacza się zwykle kolubryny argumentów. Mówi się najchętniej, że wielu księży nie zasługuje na okazywanie im wielkiego szacunku. Nie tu miejsce, by prowadzić statystykę księży dobrych i złych, nie jestem ich powołanym sędzią, ale nie zawadzi nadmienić, że tylokrotnie w różnych krajach na stanowiskach państwowych trafiają się osoby, dla których szacunek jest nakazem prawa, choć prywatnie niekoniecznie na ten szacunek zasługują. A mimo to któż odważy się powiedzieć, że ten szacunek oficjalny dla nich należy poddawać indywidualnej ocenie jednostki, trzeba uzależnić od tego, czy obywatel osądzi, że naprawdę zasługują na szacunek?

Drugim zarzutem, jaki zazwyczaj wytaczają przeciwnicy Kościoła, a podchwytują naiwni, to twierdzenie, że hierarchia katolicka jest dla narodu niebezpieczna, albowiem jest to ,,międzynarodówka watykańska”. Znamienne, że najskwapliwiej szermują tym zarzutem właśnie związani z prawdziwymi międzynarodówkami. Przede wszystkim masoni, uczestnicy tajnej międzynarodówki, następnie zaś socjaliści, podporządkowani międzynarodówce jawnej. Przedstawienie Kościoła katolickiego w roli międzynarodówki jest wypaczeniem umyślnym. Cóż bowiem jest istotą międzynarodówki? Czy międzynarodowe biuro dla zjazdów przyrodników jest międzynarodówką? Czy są międzynarodówką organizacje, wytworzone przez międzynarodową dyplomację poszczególnych narodów? Przecież nie. Fakt, że jakaś organizacja ma charakter międzynarodowy nie dowodzi jeszcze, by wolno było ją nazywać międzynarodówką.

Międzynarodówką są przede wszystkim organizacje marksistowskie. Tak druga, jak trzecia i czwarta międzynarodówka stoi na stanowisku Marksa, że ,,proletariusz nie ma ojczyzny” i dąży w zasadzie do utworzenia jednego państwa socjalistycznego, obejmującego cały świat, a zarazem do zniszczenia świadomości narodowej poszczególnych ludów. Do tych samych celów zmierza i masoneria, dla której ideałem jest masoneria powszechna, rządząca jednym państwem, jakimiś Stanami Zjednoczonymi ludzkości. To są naprawdę międzynarodówki.

Kościół katolicki nie jest międzynarodówką. Nie zmierza bynajmniej do przekreślenia samoistnego bytu państwowego, ani samoistnej świadomości narodów. Międzynarodowość Kościoła katolickiego wynika z istoty jego nauki z istoty faktu, że jest on głosicielem prawdy bezwzględnej. Prawda bezwzględna może być tylko jedna dla wszystkich ludzi, albo nie byłaby prawdą. Stąd konieczność jednego Kościoła, stojącego ponad narodami, obejmującego wszystkich wyznawców tej prawdy bezwzględnej. Kościół katolicki jest Kościołem powszechnym, ogarniającym całą ludzkość. Wyraz ,,katolicki” właśnie znaczy po grecku ,,powszechny”. Ale katolickość to nie międzynarodówka, tym bardziej, że troską Kościoła są w istocie rzeczy sprawy pozaziemskie, zaś sprawy ziemskie, a szczególnie polityczne wtedy tylko, gdy mają ścisły związek z pozaziemskimi zadaniami Kościoła.

Niewątpliwie istnieje międzynarodowa polityka Watykanu. Międzynarodowa polityka i sui generis dyplomacja, ale nie polityka międzynarodówkowa. Wynika ona ze szczególnej pozycji papiestwa, również pozycji państw suwerennych. Ale istotną troską polityki watykańskiej jest znowu w zasadzie uzyskanie dla religii katolickiej swobody jej praktykowania i najlepszych warunków rozwoju, nie zaś krzyżowanie posunięć poszczególnych dyplomacji narodowych. Oczywiście polityka, nawet gdy ją prowadzi Watykan, pozostaje rzeczą ludzką i może popełniać błędy i rzeczy niewłaściwe. Powolność polityki watykańskiej nie jest nakazem ani dla katolika, ani dla katolickiego państwa.

REKLAMA / Advertisement

Rzetelnie katolicki obóz polityczny musi te zagadnienia stawiać i rozstrzygać wyraźnie. Każdy kompromis w tej dziedzinie, każde przemilczenie staje się kłamstwem i obłudą. Polskę uważamy za kraj katolicki i sami jesteśmy katolikami. Z tego stanowiska płyną konsekwencje i muszą być przyjęte szczerze bez względu na to, czy są dla chwilowej taktyki politycznej dogodne, czy niedogodne, czy są przyjemne, czy przykre. Tzw. polityczny katolicyzm, polegający na głośnym przyznawaniu się do Kościoła bez istotnych zobowiązań w wyniku głoszonych haseł, prowadzić musi nieuchronnie do walki z Kościołem i jego nauką.

—-
Tadeusz Gluziński (1888 – 1940) – doktor prawa i filozofii, publicysta, współtwórca Obozu Narodowo-Radykalnego i jeden z głównych ideologów ruchu narodowo-radykalnego. Członek Związku Ludowo-Narodowego, Stronnictwa Narodowego i Obozu Narodowo-Radykalnego w okresie II Rzeczypospolitej, a także Grupy „Szańca” podczas II wojny światowej. Autor wielu publikacji m.in. „Żydzi a upadek Polski”, „Odrodzenie idealizmu politycznego”, „Socjalizm, komunizm, anarchizm”, „Zmierzch Izraela”.

REKLAMA / Advertisement