REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Św. bp Józef Sebastian Pelczar: Co religia katolicka daje rozumowi? – cz. I

430

REKLAMA

Reklama / Advertisement

Komuż z ludzi myślących, czy mędrców czy prostaczków nie nasuwają się w życiu te pytania: Skąd się wziął ten świat? — jeżeli od Boga, któż jest ten Bóg? — kto ja jestem? — skąd przychodzę — po co tu żyję? — co się ze inną stanie po śmierci? — jakie zadanie całej ludzkości ? — dlaczego tyle jest cierpień na święcie — skąd się wzięło zło moralne i jakie na nie lekarstwo?

Cóż począć z tymi pytaniami? Czy je odtrącić, jak natrętne komary i iść dalej drogą życia? Ależ taka obojętność byłaby nierozumną i zgubną. Duch ludzki potrzebuje prawdy, jak ciało światła, powietrza i pokarmu i słusznie powiedział wielki mędrzec Augustyn św.: – „Czegóż więcej dusza pożąda, jeżeli nie prawdy”? – bez niej żyć on nie może, zwłaszcza bez tej prawdy, która go poucza o początku wszechrzeczy i zadaniu życia; odmówić mu zatem tej prawdy znaczy tyle, co zamknąć go w ciemnym więzieniu i skazać na śmierć głodową, czyli niejako wyrzec się rozumu. Krom tego, pytania wymienione wkraczają głęboko w każdą sferą, w każdy objaw życia, tak umysłowego i moralnego, jak społecznego i politycznego, tak jednostek, jak rodzin i narodów; nie szukać zatem odpowiedzi na nie znaczy tyle, co nie troszczyć się o szczęście własne i o losy ludzkości.

Niestety, obojętność taka nie jest wcale rzadką dziś, zwłaszcza gdy materializm zanurzył ducha w błocie. Wszakże są ludzie, którzy wszelką myśl głębszą odrzucają ze wstrętem, jakby jakieś widmo straszne; ale czyż oni zasługują na imię ludzi? Nie są to raczej — jak powiedział Pascal — potwory. Duch ludzki, jeżeli nie chce sprzeniewierzyć się swojej naturze, winien starać się o rozwiązanie wielkich zagadnień i badać, jaki jest początek świata, jaka istota Boga, i jakie Jego prawa, jaki cel i koniec człowieka, skąd się wzięło zło i kędy wiedzie droga do zbawienia; jakoż po wszystkie wieki kusił on się o własnych siłach dotrzeć do przybytku prawdy. Ale czy mu się to udało?

Zapytajmy się najprzód ludów starożytnych, tak barbarzyńskich, jak oświeconych. Wszędzie spotykamy jakieś wyobrażenia o Bogu, o prawie moralnym, o życiu pośmiertnym, wszędzie też zachodzą nam drogę obrzędy religijne. Lecz jakie podłe są te wyobrażenia i obrzędy nawet u stojących wysoko w cywilizacji Egipcjan, Greków, Rzymian. Jakże nisko tu człowiek upadł, i to tym niżej, im dalej mu od kolebki ludzkości! Wszystkie ludy starożytne, z wyjątkiem izraelskiego, który również popadał nieraz w bałwochwalstwo, biją czołem przed stosami ognia lub posągami kamiennymi, a nawet przed drzewami i zwierzętami, uznając jako swe bóstwa siły przyrody i namiętności ludzkie. Ich kult religijny jest na wskroś zmysłowy i zabobonny, a tu i ówdzie okrutny, bo wszakże w wielu świątyniach składano w ofierze krew ludzką i wstyd dziewic. Ich prawo moralne zezwala na występki i uświęca je przykładem bogów. Ich stosunki społeczne są nader smutne, bo ogromna większość ludzi w strasznej jęczy niewoli. Słowem, w całym świecie starożytnym panuje bałwochwalstwo, ciemnota i zepsucie, i nie tylko z postępem kultury nie znika, ale owszem wzrasta w olbrzymich rozmiarach; tak że Ernest Renan, acz bałwochwalca postępu, a wróg chrystianizmu, wydziwić się nie może, jakim sposobem narody, które były mistrzami naszymi w cywilizacji, w życiu obywatelskim i politycznym, w sztuce, filozofii i poezji, mogły kłaniać się bogom cudzołożnikom i pijanicom, stać na równi z czcicielami fetyszów i wierzyć w baśnie tak gorszące i niedorzeczne, że dziecięcy nawet rozum odrzucić je musi.

Któż miał onym narodom przynieść prawdę religijną ? Czy może filozofowie? Zaiste, przyznajemy że i wielkim było ich zadanie; oni bowiem mieli na drodze samodzielnego badania dojść do poznania tych prawd, które leżą w zakresie rozumu, mianowicie istnienia i istoty Boga, nieśmiertelności duszy i głównych zasad prawa przyrodzonego, a następnie przyczynić się do oczyszczenia podań i utrzymania wśród ludów lepszych pojęć religijnych, tak że siara filozofia grecka, według słów Orygenesa, miała być „przygotowaniem do chrystianizmu“. Nie odmawiamy też filozofom pewnych zasług, ani lekceważymy ich zdobyczy na polu ducha; lecz z drugiej strony twierdzimy śmiało, że filozofowie nie mogli stać się przewodnikami i zbawcami ludzkości.

Reklama / Advertisement

Bo naprzód, szukając prawdy, sami nie ustrzegli się zboczeń. Podobni do okrętów, które bez sternika rozpoczynają żeglugę, oddani na pastwę wichrów, krążyli oni po rozległym morzu zwątpienia, szczęśliwi, jeżeli przypadkowo udało się im zawinąć do bezpiecznej przystani, bo najczęściej rozbijali się o skały błędów. Te zaś błędy były wielkie u celniejszych mistrzów, cóż dopiero u ich uczniów, u których filozofowanie zasadzało się nieraz na szermierce sofistycznej i powątpiewaniu o wszystkim ; słusznie też mógł Cyceron wyrzec: „Nie masz nic tak niedorzecznego, czego by nie utrzymywał jakiś filozof”.

Nadto w badaniach swoich dochodzili oni nader rzadko do jasnych i pewnych przekonań; najczęściej kończyło się na wahaniu się miedzy sprzecznymi opiniami, usposabiającymi do sceptycyzmu; wszakże sam Cyceron wyznaje, że chyba Bóg jakiś może wiedzieć, które z różnych zdań o duszy jest prawdziwymi, a Ksenofanes wyraźnie powiada, że co się tyczy bogów i świata, nikt z pewnością prawdy nie poznał i nie pozna. To nam tłumaczy, dlaczego szkoły filozoficzne tak między sobą się różniły.

fragm. książki „Obrona religii katolickiej”

Reklama / Advertisement

Dziennik Narodowy poleca