Stanisław Głąbiński: Rządy sanacji w Polsce (1926-1939) cz. III

102

Rozdział trzeci
Sanacja moralna

Bunt wojskowy i zamach stanu uzasadniał Piłsudski i jego otoczenie koniecznością ścigania „szujów, złodziei i morderców”, zagnieżdżonych rzekomo w rządzie, i przeprowadzenia sanacji moralnej. Wprawdzie dowodów na te łajdactwa i morderstwa nie znalazł, mimo to cel tak wzniosły i tak zrozumiały w państwie, w którym pozostały ślady korupcji urzędniczej w dzielnicach rosyjskiej i austriackiej i rozwielmożniły się rozmaite nadużycia, znalazł poklask u szerokich warstw cierpiących i cierpliwie znoszących bezprawie i nadużycia. Hasło sanacji moralnej, rzucone przez Piłsudskiego, powtórzone z naciskiem przez premiera Bartla, było niezmiernie popularne i przysłaniało swoim dalekim zasięgiem hasło sanacji finansowej, będące podstawą poprzednich kompromisów sejmowych i ostatniego rządu koalicyjnego.

Nic też nie odkrywa tak jaskrawo i tak dosadnie bankructwa moralnego piłsudczyzny, jak ten fakt, że to samo tak piękne i żywotne hasło w ciągu ich rządów bladło stopniowo w oczach społeczeństwa, a w końcu stało się przedmiotem niemal powszechnego pośmiewiska i wzgardy. Sami zwolennicy sanacji moralnej przestali posługiwać się tym hasłem, aby nie wywoływać wrogiej reakcji u słuchaczy. Dla ogółu społeczeństwa hasło takie, głoszone przez grupę ludzi splamionych bezprawnymi i fałszywymi wyborami, demagogicznymi obiecankami, metodami policyjnymi, łapownictwem i obdzieraniem skarbu publicznego – stało się cyniczną prowokacją i szydzeniem z obywateli. Sanatorzy nie mogli się w końcu pokazywać na zebraniach publicznych, musieli się kryć w ciasnych, zamkniętych kołach osób urzędowych, wójtów i ich wybrańców.

Do takiego stopniowego sponiewierania własnego hasła przyczynił się sam Piłsudski wspomnianym poprzednio kultem niekompetencji i przyznaniem bezwzględnego pierwszeństwa legionistom (rzeczywistym i fikcyjnym), bez względu na wykształcenie i wartość moralną. Sam on zresztą, na jednym ze zjazdów legionistów stworzył mi widoki na wielką karierę dzięki przewrotowi. Jakoż wnet po przewrocie rozpoczęła się formalna gonitwa legionistów i innych zwolenników Piłsudskiego za posadami. Zrazu wydawało się, że posad tych dla nich nie zabraknie. Rzeczywistych bowiem legionistów, żyjących i zdolnych do pracy, było stosunkowo niezbyt wielu. Stopniowo okazywało się, że liczba dawnych „legionistów” wzrosła kilkakrotnie w wyniku przyłączania się rozmaitych włóczęgów politycznych, którzy pod hasłami: „Niech żyje Piłsudski” i „Precz z endekami”, szukali dla siebie koryta. Przyrost ten był dla grupy sanacyjnej na razie pożądany, bo ją wzmacniał liczebnie, obciążał jednak obowiązkiem otwierania nowych posad dla ludzi wątpliwej wartości moralnej.

Zrazu zadowalano się pensjonowaniem endeków i ludzi podejrzanych o nieprawomyślność, nie wołających: „Niech żyje Piłsudski” i nie potępiających „endecji”. Gdy to nie wystarczało, trzeba było otwierać nowe posady zupełnie niepotrzebne, a jedynie dla zaspokojenia nowych rzesz tak zwanych legionistów szukających posad. Ofiarą tej łapczywości stały się monopole, przedsiębiorstwa państwowe, ubezpieczenia społeczne. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym wszystkich legionistów i piłsudczyków oceniał na równi. Przeciwnie – znam osobiście takich legionistów, nawet członków pierwszej brygady Piłsudskiego, którzy ze wstrętem odwrócili się od tej ohydy moralnej i poświęcili się pracy samodzielnej.

Wyścig pracy, jakiego potrzebę uznawał po wojnie Piłsudski, stał się w jego obozie wyścigiem o posady państwowe i o intratne stanowiska w monopolach i przedsiębiorstwach państwowych. Wyścig ten ogarnął wszystkich – wielkich i małych. Ministrowie uchwalili sobie w swoim Sejmie pełną emeryturę po jednorocznym urzędowaniu, przy równoczesnym obniżeniu emerytur urzędniczych, i oglądali się za dodatkowymi synekurami w zakładach państwowych. Nawet minister sprawiedliwości Michałowski nie wstydził się zarezerwować dla siebie prócz swojej pensji posady pisarza hipotecznego z dochodem kilkuset tyś. zł. Generałowie i pułkownicy sanacyjni zapominali o obowiązku kształcenia się i doglądania służby oraz o kontroli magazynów państwowych, bo więcej możliwości otwierała przed nimi arena polityki, posad i synekur. Oto klucz do wyjaśnienia przebiegu i rezultatów ostatniej wojny.

Obok systematycznej grabieży Polski sanacja czuwała troskliwie nad zabezpieczeniem swojej władzy na najdalszą przyszłość zarówno ze względu na korzyści czerpane z rządzenia, jak i dla uniknięcia odpowiedzialności w razie objęcia władzy przez siły praworządne i niezależne od nich. Stąd pochodziło szereg posunięć prawodawczych, sądowych i administracyjnych, które miały być asekuracją dla rządów sanacji.

Zebrano się najpierw do zmiany konstytucji celem stworzenia podstawy prawnej dla całego systemu. Przez dziesięć lat dyskutowano w swoich kołach, projektowano i projekty ucinano, aby zadowolić Piłsudskiego, dla którego przeznaczono stanowisko prezydenta Rzeczypospolitej, odpowiedzialnego tylko przed Bogiem i historią. Ale zaledwie zdołano taki projekt konstytucji opracować i uchwalić, Piłsudski zmarł, po czym sanacja nie wahała się uchwalić ordynacji wyborczej zupełnie niezgodnej z demokratycznymi zasadami tej samej konstytucji, aprobowanymi przez Piłsudskiego.

Tak dla utrzymania się przy władzy sanacja pogwałciła własną konstytucję, która miała być zapowiedzią praworządności na przyszłość. Wybory do Sejmu przeprowadzono w sposób rozbójniczy, fałszując wyniki i fingując sztucznie udział wyborców, którzy w ogromnej większości uchylili się od głosowania. Sanacja dopuściła się nowego pogwałcenia swej konstytucji, ustanawiając Rydza- Śmigłego „marszałkiem Polski”, współrządzącym z prezydentem Rzeczypospolitej. Gdy sędziwy generał Żeligowski wytknął to komisji wojskowej, pozbawiono go bezprawnie godności jej przewodniczącego, a następnie, przy okazji wyborów, mandatu poselskiego. Wybitny udział w tych bezprawiach mieli marszałkowie Sejmu i Senatu.

Sanacja „moralna” swymi bezprawnymi wyborami, nadużyciami urzędników, nieusprawiedliwionymi wyrokami sądów, samowolą administracji, korupcją i sprzedajnością pozostawiła straszliwe spustoszenie w duszach społeczeństwa, budząc wśród warstw ludowych niechęć do państwa i niszcząc ich radość z odzyskanej wolności oraz zaufanie do władz państwowych. Dzisiaj, patrząc na naród i kraj w niewoli, niechaj widzi w tym własne swoje dzieło.

Największą chlubą sanacji było podniesienie Polski do godności „mocarstwa”. Dogadzało to bezmiernej pysze Piłsudskiego, który jak monarcha otaczał się ambasadorami mocarstw, chociaż nie przyjął mandatu prezydenta Rzeczypospolitej. Dogadzało to także jego przyjaciołom, łasym na dostojeństwa, posady i ordery. Jaką była ta mocarstwowość faktycznie, okazało się w czasie wojny. Sanatorom wydawało się, że wystarczy firma mocarstwowości, aby powagę i potęgę Polski wznieść na wyżyny. Ów wspomniany już wojewoda lwowski Biłyk, zaprosiwszy przedstawicieli wszystkich stronnictw, narodowości i organizacji społecznych we Lwowie do udziału w propagowaniu i subskrybowaniu pożyczki wojennej, wygłosił przemówienie do licznego grona zaproszonych, podkreślając gotowość Anglii i Francji przyjścia Polsce z pomocą w razie wojny z Niemcami, nie wahając się jednak przed publicznym wytknięciem tym mocarstwom przymilania się do potęgi Polski. Polska – mówił – „jest tak potężna, że w obliczu niebezpieczeństwa garną się do niej rozmaite państwa, żądne jej pomocy”.

Jakaś mania wielkości, szał prawdziwy opętał tych ludzi, którzy wmawiali w siebie i w innych, że Piłsudski zbawił Polskę i podniósł ją do rangi mocarstwa. Kierownicy sanacji nie poprzestawali na swej zbrodniczej działalności i usiłowali przerobić duszę społeczeństwa, w szczególności młodzieży, wedle swojej modły, czyli wedle „ideologii” Piłsudskiego. Temu celowi służyła propaganda prezentująca Piłsudskiego, jako nadczłowieka oraz zbawcę Polski i wychowanie młodzieży w tym samym duchu. Podręczniki szkolne, bez względu na nowy ciężar złożony na społeczeństwo, zostały przerobione przez autorów oddanych całą duszą „ideologii”. Życie i dzieła Piłsudskiego musiały być w podręcznikach odpowiednio traktowane i ubarwiane. Pamiętne dni z jego życia musiały być corocznie uroczyście obchodzone.

Wszelka krytyka tej działalności była surowymi karami zagrożona, jako obraza nie tylko zbawcy Polski, ale całego narodu polskiego. Już ustawy tego rodzaju dowodziły, że nie chodzi im wcale o zdobycie duszy narodu, lecz o formalne zgniecenie wszelkiej krytyki. Nawet do uroczystych obchodów narodowych i państwowych wprowadzili carskie zwyczaje. Nadaremnie protestowałem w formie interpelacji poselskiej przeciw przymusowi dekorowania domów, ulic i placów publicznych, co podkopuje w społeczeństwie żywe poczucie patriotyzmu, bez którego takie obchody nie mają wartości.

Szczytem zuchwalstwa i zbrodniczej zapamiętałości tych „nieśmiertelnych” władców było ich partyjne zachowanie się przed wojną i powołanie przy pomocy podwładnego im narzędzia, jakim był prezydent Rzeczypospolitej, marszałka Rydza-Śmigłego na rzeczywistego Naczelnego Wodza w wojnie. Opinia fachowych kół wojskowych wskazywała na dwóch generałów jako godnych tego stanowiska: na Kazimierza Sosnkowskiego i Władysława Sikorskiego. Kazimierz Sosnkowski był ministrem wojny w czasie konfliktu z bolszewikami i z Władysławem Sikorskim, zwycięzcą nad rzeką Wkrą, powstrzymali uderzenie bolszewików na Warszawę, wsparci działalnością armii ochotniczej pod wodzą Józefa Hallera. Mężowie ci byli istotnymi obrońcami ojczyzny w czasie, gdy wódz naczelny Piłsudski popadł w moralne przygnębienie, myślał o samobójstwie i podał się do dymisji.

Naczelnym Wodzem został więc Rydz-Śmigły. Co człowiek ten robił jako Wódz Naczelny, nie wiemy. Od połowy marca było powszechnie wiadomo, że wojna wybuchnie, że Hitler przesuwa swe armie coraz bliżej Polski. Co robiło dowództwo polskie w tym czasie? Mówiono wiele o mobilizacji, o fortyfikowaniu granic itd., ale po wybuchu wojny w dniu l września granice nasze, Śląsk, Kraków, Centralny Okręg Przemysłowy, Lwów i cała Polska okazały się terenem otwartym dla nieprzyjacielskich samolotów, tanków i armii. Nie jestem wojskowym i nie myślę spraw tych bliżej rozważać i oceniać. Na życzenie moich przyjaciół politycznych znalazłem się na granicy Rumunii w chwili, w której mi powiedziano, że właśnie granicę tę przekroczyli panowie ministrowie polscy i Naczelny Wódz armii polskiej Rydz-Śmigły. Jakże ciężko i boleśnie zakończyła się tragedia sanacyjna!

Nie mogłem pójść śladami tych panów, powróciłem do mego Lwowa, aby tu na własnej zginąć ziemi lub wyczekiwać dalszych losów Polski.

Rozdział czwarty
Wybory sejmowe. Brześć i Bereza.
Rugi profesorskie

Sanacja staczała się w otchłań moralną powoli, wraz z konsumpcją władzy i jej korzyści, nabierając coraz większego rozmachu, dopóki nie stworzyła całego systemu rządów opartych na gwałcie, bezprawiu i obłudzie. Sam Piłsudski pragnął utrzymania form demokratycznych jako najdogodniejszych dla autokracji. Po zamachu pozostał więc jeszcze przez blisko dwa lata Sejm i Senat, które były wybrane w 1922 r.

Dopiero 4 marca 1928 r. odbyły się pierwsze wybory sejmowe za rządów sanacyjnych, przy zastosowaniu terroru policyjnego, gwałtów i fałszów wyborczych, które na ogólną liczbę 444 dały klubowi rządowemu (BBWR) 125 mandatów, a zatem 28 proc. mandatów sejmowych. Zwycięstwo to, drogo okupione, było głównie rabunkiem mandatów dokonanym na klubie narodowym i na Polskim Stronnictwie Ludowym, które tworzyły trzon dawnej większości. Klub narodowy spadł z 98 mandatów na 37, Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast” z 70 posłów na 21. Podobny spadek nastąpił w klubach senackich i w klubach sejmowych zbliżonych do bloku narodowego. Natomiast obok klubu rządowego triumfowały jeszcze dwa kluby: klub socjalistyczny, który współdziałał w dokonaniu zamachu i wzrósł z 41 mandatów do 65, i mniejszości narodowych, które bez sprzeciwu ze strony „silnego rządu” połączyły się pod przewodem bloku żydowskiego w jeden blok o charakterze antypaństwowym i otrzymały razem 65 mandatów. Mniej wprawdzie, niż posiadały razem poprzednio (89), ale za to stały się jedynymi przedstawicielami Wołynia i Polesia. Rezultat taki nie zadowolił rządu i już za dwa lata trzeba było wybory ponowić przy zaostrzonych metodach terroru i fałszerstwa. Jakoż w 1930 r. klub rządowy uzyskał 247 mandatów sejmowych, czyli większość absolutną, niezdolną jednak do uchwalenia zmiany konstytucji. Równocześnie nastąpiły zmiany dla rządu niekorzystne w innych grupach poselskich.

Przede wszystkim oprzytomniała nieco inteligencja narodowa i ludowa i mimo terroru dała klubowi narodowemu 62 mandaty. Przeciwnie klub socjalistyczny, który zerwał był z rządem, doświadczył skutków swej opozycji w ten sposób, że został zredukowany z 65 mandatów do 24. Zjednoczone zaś stronnictwa ludowe „Piast”, „Wyzwolenie” i „Chłopskie” z 87 mandatów na 48 mandatów łącznie.

Nowe wybory przeprowadzone po dwóch latach nie zmieniły już tego stosunku sił ugrupowań. Klub rządowy pozostał w 1933 r. przy swoich, przeważnie zrabowanych, 247 mandatach, klub narodowy zdobył jeden mandat więcej, socjaliści spadli o jeszcze jeden mandat niżej, stronnictwa ludowe straciły 6 mandatów na rzecz sanacji chłopskiej. W Senacie nastąpiła korzystna zmiana na rzecz klubu rządowego (75 mandatów) i narodowego (12 mandatów).

Te zmiany w ugrupowaniach klubów sejmowych, spowodowane sanacyjnymi wyborami, wyjaśniają, skąd się wzięły wojownicze nastroje w dwóch głównych obozach – w obozie rządowym, który mimo gwałtów, przekupstw, fałszów, nie mógł doprowadzić do większości potrzebnej do zmiany konstytucji, i w obozie ludowo-socjalistycznym, który w swojej całości po raz pierwszy w tak jaskrawy sposób doznał próby wyborczych praktyk rządowych.

Reakcja przeciw bezprawnym wyborom i praktykom rządu, jaka się następnie objawiła w znanej odezwie tego obozu, była zupełnie naturalna i uzasadniona, odpowiadała też nastrojom całego niezależnego społeczeństwa polskiego. Ale ludzie ci, którzy za pomocą buntu oddziałów wojskowych i napadu na stolicę państwa doszli do władzy, zaniepokoili się odezwą, mając sami nieczyste sumienie. Mieli zresztą dobrą sposobność wykazania swej siły na bezbronnych przywódcach opozycji i wyrażenia swoich uczuć dla społeczeństwa, które okazało się tak „oporne” przy wyborach.

W ten sposób urodził się ów „Brześć”, potępiany przez cały naród, ze światem naukowym na czele, Brześć, który pozostanie na zawsze symbolem rządów sanacyjnych jako akt gwałtu, dzikości, bezprawia, sankcjonowany przez sterroryzowanych i skorumpowanych partyjnych sędziów. Jeden tylko sędzia okazał się niezależny i protestował przeciwko wyrokowi swoich kolegów. Nazywał się Leszczyński i niechaj to piękne, historyczne nazwisko przejdzie do potomności. Byłem w tym sądzie przesłuchiwany jako świadek. Świadczył po mnie także Władysław Seyda, były prezes klubu parlamentarnego w Berlinie, w Polsce prezes Sądu Najwyższego, bezprawnie usunięty z tego stanowiska – mąż w każdym calu sprawiedliwy. Świadczyli i inni znakomici prawnicy i politycy. Nic jednak nie zdołało powstrzymać wyroków, które były wydane już przed rozprawą.

Mężowie zasłużeni dla narodu i państwa, z byłym premierem Witosem na czele, zostali skazani za to, że złożyli protest przeciwko gwałtowi i bezprawiu w Polsce, za to, że ich bez śledztwa i sądu wywieziono do Brześcia, że ich bito, katowano i znieważano, że bronili prawa, sprawiedliwości, godności i honoru Polski. Znaleźli się prokuratorowie, którzy z całą bezczelnością i zawziętością mężów tych oskarżali, a nie zapytali sami siebie, dlaczego nie oskarżają sprawców bezprawia, dlaczego nie żądają kary surowej na tych, którzy gwałcili wolność obywateli, wywozili, katowali i znieważali mężów Polsce zasłużonych?
Nie wymieniam tu nazwisk tych prokuratorów i sędziów wszystkich trzech instancji, którzy tak ciężką krzywdę wyrządzili sprawiedliwości i Polsce, ponieważ jestem przekonany, że znajdą się ich potomkowie, którzy tę krzywdę kiedyś Ojczyźnie naprawią, pracując sumiennie dla Polski sprawiedliwej i naprawdę chrześcijańskiej.

Pomimo oburzenia, jakie sprawa Brześcia wywołała w całym kraju, a częściowo także za granicą, sanacja nie wahała się w dalszym ciągu naruszać konstytucyjnych praw obywatelskich. Rozwiązano Obóz Wielkiej Polski, poświęcony wyłącznie sprawie obrony i wielkości Ojczyzny, a dla gorących patriotów, szczególnie dla młodzieży narodowej, urządzono obóz wygnańców na Polesiu w Berezie Kartuskiej. O wysłaniu do obozu i kilkumiesięcznym pobycie w nim decydowała wola sanacyjnych starostów. W atmosferze podejrzeń i donosów, ściśle związanej z systemem rządów sanacyjnych, nikt nie był pewny wolności i zdobytego stanowiska, bo mógł niespodzianie, bez dochodzeń i sądu dostać się do Berezy. Na to zeszła w Polsce stara zasada: Neminem captivabimus nisi iure victim.

Władze sanacyjne postanowiły ukarać tych profesorów uniwersytetów i innych szkół akademickich, którzy ośmielili się potępić zbrodnię brzeską i podpisali odezwę do władzy ustawodawczej. W tym celu wymyślono reformę ustawy o szkołach akademickich, dającą między innymi ministrowi wyznań i oświecenia uprawnienie znoszenia zbędnych katedr i kreowania nowych. W normalnych warunkach nie można by się sprzeciwiać takiemu postanowieniu ustawy jako zgodnemu z potrzebami i rozwojem szkolnictwa wyższego. Ale intencja rządu była zbyt wyraźna i dlatego sprzeciwiłem się w Senacie takiej reformie, motywując sprzeciw obawą, że chodzi w niej o usunięcie z katedr ludzi niemiłych ministrowi, a naukowo wysoko stojących. Pan minister oświaty nie wahał się stanowczo zaprzeczyć, jakoby miał podobne intencje, ale skoro tylko ustawa została uchwalona, przystąpił do usuwania profesorów pod pozorem zniesienia katedr. W ten sposób w krótkim czasie zwinięto wielka liczbę katedr i ogołocono wyższe zakłady naukowe z wielu znakomitych sił profesorskich, chociaż Polska nie posiada zbytku tego rodzaju sił i w wielu działach musi je dopiero wychowywać i kształcić.

————-
Stanisław Głąbiński (1862 – 1941) był prawnikiem, politykiem i publicystą, profesorem ekonomii politycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, zastępcą członka Rady Obrony Państwa w 1920 r. Reprezentował Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne (od 1905 był prezesem tego ugrupowania). W latach 1907–1911 był prezesem Koła Polskiego w Sejmie Krajowym Galicji oraz prezesem Polskiego Koła Sejmowego. W 1919 został posłem na Sejm Ustawodawczy, a w październiku 1919 – członkiem Związku Ludowo-Narodowego (ZLN). Sprawował stanowisko prezesa Rady Naczelnej tego ugrupowania oraz szefa klubu sejmowego ZLN. W latach 1928–1935 był senatorem, jak również przewodniczącym klubu senackiego Stronnictwa Narodowego (SN). Sprawował także funkcję szefa struktur SN na terenie Małopolski. W czasie II wojny św. aresztowany przez NKWD, zmarł w więzieniu w Charkowie.