REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Roman Rybarski: O pojmowaniu idei narodowej

528

1. WIARA W NARÓD

REKLAMA

Reklama / Advertisement

Postulatem idei narodowej jest wiara w naród, w jego wartości, w jego moc twórczą. Nie można być nacjonalistą, gdy się w swój naród nie wierzy. Nie dokona się niczego wielkiego, jeżeli najsłusz­niejsze nawet hasła i plany nie uruchamiają sił narodu, nie budzą ich i nie mnożą.

Kiedyś, gdy świadomość narodowa była słaba, gdy była udzia­łem nielicznych jednostek lub ciasnej ich grupy, można było prowa­dzić politykę nie oglądając się na to, jak ją przyjmą nieświadome masy społeczeństwa. Masy te były bierne, żyły ciasnym życiem miasta lub stanu. Były przedmiotem, a nie podmiotem działań politycznych.

Wtedy królowie, budowniczowie państw, posługiwali się przy­musem w stosunku do ludzi, który ich celów nie rozumieli, ani nie odczuwali. Honor rycerski, albo później zwyczajna lojalność najem­nego żołnierza, który dotrzymywał umowy, była gwarancją powo­dzenia działań wojennych. Wtedy można było prowadzić wielką po­litykę narodową, choć narzędzia tej polityki nie zdawały sobie sprawy z jej celów.
Dzisiaj cały naród jest jej podmiotem, bez względu na to, w ja­kim żyje ustroju państwowym. Do wiary we własne siły apeluje za­równo demokratyczny polityk, jak i dyktator, który rządy parlamen­tarne uważa za absurd. Wiary tej nie potrzeba uzasadniać. Nie za­szczepi się jej przez racjonalistyczne wywody ani uczuciową fraze­ologię. Wiara ta jest czymś irracjonalnym. Zależnie od zmiennych losów narodu może mieć większe lub mniejsze natężenie, lecz nigdy nie zanika w narodzie, godnym tej nazwy.

U narodów, które cieszą się nieprzerwanym bytem państwo­wym, które żyją pod osłoną wielkiej potęgi materialnej lub bezpiecz­nych granic, ta wiara jest czymś naturalnym, jest elementarnym faktem, o którym nawet nie warto wspominać. A może inaczej jest tam, gdzie losy własnego państwa były bardziej zmienne?

Reklama / Advertisement

Zadajemy sobie pytanie: czy utrata niepodległości w w. XVIII rzuca jeszcze cienie na nasze poczucie narodowe, czy nie uzasadnia jakiejś skrytej obawy, że karta dziejów znowu może się odwrócić?

Gdybyśmy odbudowanie Polski uważali za szczęśliwy przypa­dek, za dzieło jakiegoś politycznego geniusza (a geniusz też jest przy­padkiem), gdyby Polska powstała na złość komuś, a nie musiała po­wstać, wtedy nasza wiara w przyszłość mogłaby być mniej absolutna. Ale Polska powstała przede wszystkim dlatego, że w czasie rozbio­rów zachowała a nawet pogłębiła swoją świadomość narodową i że dążyła do niepodległości. Gdy załamała się sztuczna kombinacja międzynarodowa, która utrzymywała granice rozbiorowe, odbudowa­nie Polski w tych lub innych granicach stało się koniecznością.

Niewątpliwie ludzie, którzy doczekali się własnego państwa, mogą, uczuciowo biorąc, widzieć w tym cudowne zrządzenie Opatrz­ności. Ale historyk, który bada dzieje tak zw. kwestii polskiej w w. XIX i dzieje wewnętrzne naszego narodu w tym czasie, w odbudowie państwa będzie widział zjawisko normalne, zgodne z logiką dziejów. Nie chcemy tu wszczynać sporów na temat, czyją ono jest zasługą; wystarczy nam stwierdzenie, że jeżeli naród w dobie tak długiej nie­woli nie stracił wiary w wyzwolenie, nie ma powodów, by poddawać w choćby najlżejszą wątpliwość jego trwałości.

Do pesymizmu nie upoważniają bynajmniej dzieje stokilkunastoletniej niewoli. Przypomnijmy sobie, w jakim stanie była Polska w epoce rozbiorów, jak biernie przyjmowała za Sasów obce rządy w Polsce, z jak słabą reakcją spotkał się pierwszy rozbiór. A zarazem przypomnijmy sobie stan świadomości narodowej i napięcie uczucia narodowego w chwili wybuchu wielkiej wojny, w r. 1914. Nawet ten okres dziejów nie uprawnia do pesymizmu. A gdy wżyjemy się w dawniejsze dzieje Polski, które powinny nam być równie bliskie, jak i wieki ostatnie, to wtedy wiara w naród, w jego zdolność i żywotność, nabierze jeszcze silniejszych podstaw.

Jeżeli się rzuci okiem na całość dziejów Polski, to łatwo zau­ważyć, że Polska wcześniej osiągnęła swą jedność państwową i bo­dajże dłużej ją utrzymywała, niż niejeden potężny naród, o wyrobio­nej fizjonomii dziejowej. Do zjednoczenia prowincji polskich pod jedną rzeczywistą władzą państwową nie trzeba było długich i krwa­wych wojen domowych, jak np. we Francji. Pamiętajmy o tym, że zjednoczenie Włoch dokonało się dopiero w drugiej połowie w. XIX. A dalej zwróćmy uwagę na niezwykle ciężkie położenie Polski, na napór fali niemieckiej od zachodu i konieczność ciągłych walk z na­jazdami ludów stepowych na wschodzie. Kto spojrzy na mapę Polski, ten zrozumie, jak olbrzymie zadania spadły na nas. Dźwigaliśmy tak wielki ciężar przeznaczeń dziejowych, jakiego nie ma historia wielu innych narodów.

Do niewiary w naród nie skłania bynajmniej trzeźwa ocena na­szej przeszłości. Ani też nie możemy ulegać jakiemuś cierpiętnictwu narodowemu, które każe dopatrywać się w naszym charakterze na­rodowym organicznej niezdolności do życia państwowego, zasadni­czego braku cnót politycznych. Ten pesymizm był przejawem roz­paczy. Ale nawet najwięksi pesymiści, którzy najczarniej patrzyli na naszą przyszłość, nie twierdzili, że naród nasz nie jest zdolny do wy­leczenia się ze swych wad, że w jego duszy tkwi pierwiastek nie­uchronnej słabości. Dzisiaj tego rodzaju poglądy i uczucia poszły w zapomnienie.

Warto zwrócić jeszcze uwagę na jedną ważną okoliczność. Wiara w naród jest tym silniejsza, im słabsza jest rola przeciwieństw klasowych. Niewątpliwie i dzisiaj istnieją walki społeczne, występują różne antagonizmy. Ale mają one tło bardziej ciasne, sprowadzają się do gry doraźnych interesów. Mało kto jednak podejmuje z po­wodzeniem przebrzmiałą już filozofię Marksa, wedle której dzieje ludzkości, to dzieje walk klasowych; według której nie ma żadnej wspólności między kapitalistą i robotnikiem, choćby należeli oni do jednego narodu. Przezwyciężenie tej doktryny sprzyja wzmocnieniu się i rozpowszechnieniu wiary w naród. Fakt ten jest następstwem rozwoju dążności nacjonalistycznych, które przejawiają się między innymi w spotęgowaniu uczucia dumy narodowej. A można być dum­nym tylko z tego, w co się wierzy.

2. ROMANTYZM I POZYTYWIZM

Wiara w naród, wspólna ludziom wszystkich kierunków i tem­peramentów politycznych, może mieć niejednakowy praktyczny za­sięg. Jedni są skłonni wierzyć w to, że naród ma przed sobą nie­ograniczone możliwości, że potrafi dokonać cudów; drudzy, bardziej trzeźwi czy przyziemni, patrzą chłodno na rzeczywistość, lękają się marzeń i nierealnych planów. To przeciwieństwo istniało zawsze i wszędzie, bo odpowiada różnym typom natury ludzkiej. U nas, w dobie niewoli, przybrało specjalne zabarwienie. Możnaby je w pew­nym sensie pojąć jako przeciwieństwo romantyzmu i pozytywizmu politycznego.

Oczywiście do tego przeciwieństwa nie sprowadza się cały romantyzm i pozytywizm. Pamiętamy jednak wszyscy wezwanie: „Mierz siły na zamiary, nie zamiary według sił”, wypowiedziane przez największego romantycznego poetę. I później ludzie, który wierzyli w to, że się da osiągnąć rzeczy, pozornie niemożliwe, nieraz powo­ływali się na te słowa. A gdy przyszła epoka pracy organicznej, wtedy potępiono romantyzm polityczny, kazano dążyć do tego, co się da realnie osiągnąć. Bezpłodne ofiary, bicie głową o mur, uchodziło za coś, co jest sprzeczne z rozumem i doświadczeniem, co przynosi raczej szkodę narodowi.

Kierunek narodowy zaraz w swych początkach przeciwstawił się pozytywizmowi, a raczej atmosferze beznadziejności, która zapa­nowała w epoce pozytywizmu. Jan Ludwik Popławski protestował w r. 1887 w „Głosie” przeciw „Obniżeniu ideałów”; ,,to już nie »praca organiczna« — pisał — „która w gromadzeniu dostatków ma­terialnych widziała cel dobra ogólnego, lecz po prostu rozgrzeszenie, więcej — uświęcenie pustego, bezczelnego egoizmu”. Podkreślając, że zjawiają się nowe dążenia, przeciwne temu życiowemu materia­lizmowi, nie widział w tym powrotu do romantyzmu, lecz zaznaczał: „istnieje wszędzie pewna sfera uczuć i dążeń, w której bliższymi jesteśmy ojców naszych romantyków, aniżeli korepetytorów naszych i nauczycieli, wykładających nam zasady filisterskiej rezygnacji, pra­cy organicznej itd. itd. I w tej sferze właśnie uczucie i wiara mas »silniej mówią do nas, niż szkiełko i oko mędrców« od filozofii praktycznej”.

Reakcja przeciw pozytywizmowi, która przejawiała się w kie­runku narodowym, była to reakcja przeciw małości celów, przeciw lękowi, nie pozwalającemu wysuwać wielkich idei w polityce narodo­wej. W artykule „Nasz patriotyzm” (Przegląd Wszechpolski) pisał u schyłku wieku XIX r. 1899 tenże Popławski: „Przyszła Polska nie­podległa jest dla nas koniecznym postulatem naszego istnienia naro­dowego, więcej nawet — jest artykułem wiary, niepotrzebującym uzasadnienia, wynikiem logicznego prawa przyrodzonego, pojmowa­nego nie w dawnym metafizycznym, ale we współczesnym realnym jego znaczeniu”. Epoka pozytywizmu nie znała „artykułów wiary”, jako postulatów istnienia narodowego, jako podstaw i celów działal­ności politycznej.

Jednakże kierunek narodowy nie był nawrotem do romantyzmu. Ogarnął całą rzeczywistość polską, poddał ją trzeźwej ocenie. Nie upajał się pięknymi hasłami, wywieszanymi od święta, lecz uczył obowiązku pracy codziennej — także i „pracy organicznej”. Poddał krytycznej ocenie naszą przeszłość, wady naszego charakteru naro­dowego. Postawił ideał „nowoczesnego Polaka”, zdolnego do życia i walki w tych warunkach dziejowych, w których znalazła się nowo­czesna Polska. R. Dmowski ubolewał nad tym, że wielu ludziom przedstawia się kwestia polska „jako kwestia raczej literacka, prze­niesiona przeważnie w całości z wielkiego okresu poezji naszej, kiedy patriotyzm był jej głównym kierunkiem”. Stwierdził, że ci ludzie nie umieją wybrnąć poza Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Walczył o to, by patriotyzm polski był patriotyzmem nowoczesnym. Wielu z nas pamięta jeszcze te ustępy „Myśli Nowoczesnego Polaka”, które raziły niejednego romantycznego patriotę. Tak np. „nawet najreligijniejsi ludzie umieją oświetlać kościoły elektrycznością, gdy my w swej świątyni narodowej palimy wciąż stare, woskowe świece”.

Kierunek narodowy dokonał niejako syntezy między romantyz­mem i pozytywizmem w polityce. Połączył razem to, co było wiel­kiego w romantyzmie, z pierwiastkami użytecznymi, które wniósł pozytywizm. W epoce niewoli wiara w naród, w jego prawo i zdol­ności do niepodległego bytu, musiała mieć w sobie coś romantycznego. Romantyzm uczył ducha ofiary, poświęcenia jednostki dla narodu. Ale równocześnie trzeba było otworzyć szeroko oczy na rzeczywistość, brać świat takim jakim jest, i wtedy potrzebnym było „mędrca szkiełko i oko”. Dla odbudowania Polski trzeba było pracować na każdym kroku, nie zaniedbywać najbardziej pospolitych wysiłków. I w tej nauce życia codziennego kierunek narodowy zastosował ideę pracy organicznej, nie widząc w tej pracy ostatecznego celu, lecz narzędzie, jedno z narzędzi, które służą do osiągnięcia tego właśnie celu.

Dzisiaj straciło aktualność przeciwieństwo między romantyzmem a pozytywizmem. Wielkie cele, które były dawniej dla wielu tylko przedmiotem irracjonalnej wiary, stały się rzeczywistością dnia co­dziennego. Możnaby powiedzieć, że zwyciężyła romantyczna wiara, ale dzięki temu, iż urzeczywistnił się jej przedmiot, stała się już bez­przedmiotową. Żyjemy życiem realnym, w rzeczywistym państwie polskim, które może odbiega od romantycznych ideałów, ale inaczej być nie może. Z tego jednak nie wynika, by te pierwiastki uczuciowe, które niósł romantyzm, miały dzisiaj pozostać bez oddźwięku, a z drugiej strony by wolno było traktować zagadnienia życia bieżącego „po romantycznemu”.

3. POZOSTAŁOŚCI PSEUDOROMANTYZMU

W nowoczesne życie państwa weszliśmy nie zupełnie przygoto­wani. Przez długą przerwę życia państwowego oduczyliśmy się real­nego traktowania spraw państwowych, nie mogła tego w całości za­stąpić służba u obcych. Nic dziwnego, że wielu ludzi do konkretnej pracy przy państwowym warsztacie przystępowało z pewną naiw­nością, że czasami upraszczało się różne zagadnienia, które są bar­dziej skomplikowane.

Zasadę: mierz siły na zamiary, można rozumieć jako protest przeciw uczuciu beznadziejności, zrozumiały w okresie klęski. Można w niej widzieć wezwanie do tego, by człowiek jak najwięcej z siebie wydobywał, by się nie lękał trudności. Ale jeżeli ktoś chce tę zasadę brać dosłownie w codziennym życiu państwowym, będzie to wyrazem braku poczucia rzeczywistości i może doprowadzić do katastrofy. Zwłaszcza dzisiaj, gdy nie żyjemy już w romantycznej epoce, gdy każdy skuteczny wysiłek wymaga wiele pracy i wielu umiejętności, których nie zastąpi entuzjazm i zapał.

Jeżeli zwrócimy uwagę na to, jakie zadanie wzięła na siebie nasza młoda administracja, to bodaj że należy żałować, iż nie mie­rzyła swych zamiarów według sił. Jeżeli państwo nie może zrobić tego w sposób dostateczny, czego się podejmuje, to mimo pewnego wzmocnienia państwa, słabnie jego autorytet. Życie państwa nad stan nie pozwala mu dobrze wypełnić jego istotnych zadań, zaspokoić właściwych potrzeb publicznych.

Podobnie też wielu ludzi podejmuje się funkcji, do których nie dorosło. Mierzą siły na zamiary, ale czasami, w codziennym życiu, to bardzo wiele kosztuje. Wiara w siebie jest rzeczą bardzo cenną. Ale wierzyć na ślepo, że jakoś to będzie, że brak fachowego przy­gotowania można zastąpić improwizacją, ta wiara stanowi wielką zawadę w rozwoju naszego gospodarstwa i administracji.

Nie możemy kłaść tego wszystkiego na karb wpływu roman­tyzmu. Istotne przyczyny są bardziej realne. W naszej psychice zbio­rowej słabo jeszcze zaznacza się wpływ warstwy średniej, wpływ mieszczaństwa, które w życiu gospodarczym nauczyło się liczyć i trzeźwo oceniać położenie. Dużo jest tradycji beztroskiego życia ziemiańskiego: a w tym życiu nie rozwinęło się zamiłowanie do ści­słych rachunków. Bodaj czy jest inny kraj na świecie, w którym by było tylu fantastów, tyle rodziło się cudownych projektów politycz­nych, gospodarczych i finansowych. Kto miał do czynienia zwłaszcza z tą ostatnią dziedziną życia, ten mógł się przekonać, jak łatwo u nas o cudowne wynalazki i niezawodne lekarstwa.

Powiedziano o nas, że jesteśmy poetami w polityce, a polity­kami w poezji. Było w tym sporo prawdy — inaczej być nie mogło. W epoce niewoli poezja służyła ogólnym celom narodowym, a dla takiego realisty jak Bismarck naród, który nie wyrzekał się dążenia do niepodległości, był poetą w polityce. Jednakże kiedy poezja stała się rzeczywistością, a świat życia państwowego jest bardzo rozległy i łatwo w nim się zgubić, nie wystarczą już różne pseudoromantyczne hasła, które w zetknięciu z tą rzeczywistością okazują się nieraz fra­zesami bez treści.

I niewątpliwie trzeba już skończyć z panowaniem pseudorotnantycznego frazesu. Nie raz pustkę myśli politycznej zakrywa się szatą górnolotnych słów i te słowa mają być wskazaniami narodu. Dawniej patriotyczny frazes miał nieraz tragiczne zabarwienie; dzisiaj wieje znowu od niego przesadny optymizm, a czasami pospolita megalo­mania narodowa.

Jeżeli ktoś jest skłonnym do upajania się frazesami, to na to nie ma rady. Ale niekiedy podsuwa się pewne frazesy w bardzo wyraźnych celach, — by uśpić uwagę narodu, by ją odwrócić od kon­kretnych zadań, od realnych niebezpieczeństw. Przykładem tego jest frazes o rycerskości narodu polskiego, o tradycyjnej polskiej tole­rancji. Przypatrzmy się temu, kto te frazesy puszcza w obieg, a znaj­dziemy łatwo, w jakim celu to robi.

Niewątpliwie cnoty rycerskie są bardzo cennymi cnotami. Go­towość do walki o ideę, lojalność w walce, przestrzeganie zasad honoru, wstręt do okrucieństwa, nawet wtedy gdy śmierć trzeba zadawać — to bardzo poważne i cenne dziedzictwo duchowe, którego nie wolno się wyrzekać. Mówiąc nawiasem, w Polsce rozwinęły się wybitne zalety żołnierskie, ale nie ma tak mocnych, rycerskich tradycji, jakie istnieją w niektórych krajach zachodnich, bo nie rozwi­nęło się rycerstwo we właściwym tego wyrazu znaczeniu. Ale o to mniejsza.

Natomiast bardzo często apelują do rycerskości polskiej Żydzi, chcąc nam wyperswadować, byśmy nie wypierali ich z przemysłu i handlu, byśmy zostawili im ich pozycję w naszym gospodarstwie. Polak o rycerskich tradycjach nie powinien brać się do tak pozio­mych spraw i odbierać chleba biednemu żydkowi. Polakowi wypadało być ,,szlachcicem”, który miał swego pachciarza; dzisiaj — urzędni­kiem; ale nie powinien się brać do zajęć, do których nie ma zdolności, które mu nie przystoją.

Polska popełniła wielki błąd, dając przytułek Żydom, pędzonym z całego świata. Błąd ten ciężko odbił się na naszej strukturze spo­łecznej i na naszych losach politycznych. Ale ten błąd zyskał sobie piękną nazwę — polskiej tolerancji. Żydowscy i zżydziali historycy i publicyści chcą wbić w dumę naiwnych Polaków. Przypominają dzisiejszemu pokoleniu, że powinno być wierne polskiej tradycji. Powołują się na częściowo sfałszowane przywileje królewskie dla Żydów. Wmawiają w nas, że Polska wyprzedziła w swej tolerancji inne narody i że powinna być wierna tej zasadzie. Że ta tolerancja prowadzi do skrzywienia rozwoju duchowego i materialnego narodu polskiego, że oddaje nas w gospodarczą niewolę międzynarodowemu żydostwu, o tym się nie mówi i nie pisze. Na szczęście te pseudo-romantyczne frazesy wychodzą już z obiegu.

4. ŻYWA POSTAĆ IDEI NARODOWEJ

Chcemy ideę narodową mieć wolną od wszelkiej frazeologii, rodzimej lub narzuconej. W im wyraźniejszej ta idea rysuje się po­staci, tym lepszym jest drogowskazem w życiu narodu. Przedmiotem idei narodowej jest naród, a ściślej mówiąc przedmiotem naszej idei jest naród polski, całość żywa, w której tkwią jedne pierwiastki stałe, a drugie zmienne. Idea narodowa ma zachowywać to, co jest w na­rodzie niezmiennego, co nadaje mu jego odrębność; przekształcać pierwiastki zmienne, by podnieść wyżej poziom życia narodu, by ugruntować jego wielkość.

A więc idea narodowa nie może być jakąś abstrakcyjną dok­tryną, która raz na zawsze wyznacza kierunek rozwoju narodu. Nie jest ani doktryną, ani nie jest określonym wierzeniem, oderwanym od konkretnego życia. Nie wynika z tego, że ideę narodową można spro­wadzić w całości do szeregu konkretnych, doraźnych postulatów, do szeregu „kwestii”, w których daje się bezpośrednie rozwiązanie. Nie jest katalogiem dolegliwości z wymienieniem lekarstwa, które na każ­dą z nich pomaga. Idea narodowa nie sprowadza się do kompleksu specjalnych wskazań na bieżącą chwilę.

Rozstrzygające znaczenie ma moralna siła idei narodowej i jej zdolność do budzenia w człowieku mocnych, bezwzględnych uczuć, do wydobywania z niego ducha bezinteresownej służby i ofiary. Czło­wiek musi mieć świadomość, że służy czemuś wielkiemu, co przerasta swą wielkością jego osobiste życie i jego osobiste wysiłki. W swej pracy dla idei narodowej musi widzieć pracę dla dobra nieprzemija­jącego, dobra wiecznego. Nie wszyscy jednakowo głęboko tę ideę odczują. U jednych zrodzi ona ducha bohaterskiego, z innych zrobi porządnych, użytecznych członków narodu. Ale wszyscy muszą się do niego odnosić z uczuciem, pokrewnym uczuciu religijnemu; pod­stawowym elementem jest wspólna wiara w przeznaczenie dziejowe, a nie wspólny ,,interes”, traktowany materialistycznie.

Stosunek jednostki do narodu nie może być oparty na umowie, na oportunistycznej ocenie korzyści, które przynosi wspólność naro­dowa. Nie wszystkie pierwiastki, które tkwią w idei narodowej, dadzą się sprowadzić do racjonalistycznej kalkulacji. Możnaby powiedzieć, że w idei narodowej tkwi coś mistycznego podobnie, jak we wszel­kich ruchach dziejowych, które zmieniały fizjonomię świata. Ale czy celowym jest posługiwanie się wyrażeniem, że naród ma swój „mit”, który kieruje jego wolą?

Na znaczenie mitów rewolucyjnych w dziejach zwrócił uwagę Georges Sorel. Wykazywał, że te mity, oparte na wierze w nadejście nowego porządku społecznego, na przekonaniu mas, które nie ma czysto racjonalnego charakteru, mają w sobie pewną siłę motoryczną, wprawiającą w ruch te masy. Taką siłę przypisywał on mitowi pro­letariackiemu, który dążąc do rewolucji społecznej, z walki klas robi swój mit rewolucyjny. Georges Sorel oddziałał silnie na nacjonalizm we Francji, a także jego wpływów można się doszukać w początkach faszyzmu. Idea mitów stała się modną. Oczywiście, z pewnym zresztą opóźnieniem, i do nas zawędrowała.

Nie mogę nabrać przekonania do „mitów” narodowych. Dla każdego z nas idea jest czymś żywym, a nie jest żadnym mitem. Nie­wątpliwie człowiek, oddany naprawdę tej idei, wkłada w nią silniejszą lub słabszą treść uczuciową. Każdy z nas może marzyć o tym, jaką chciałby mieć Polskę — i w tym znaczeniu Polska jest dla niego „mitem”.

Jednakże idea, przesiąknięta jeszcze tymi nastrojami, jest czymś bardziej pierwotnym. Jest materiałem, z którego powstaje w zet­knięciu z życiem, w codziennym trudzie narodu, idea narodowa w swej żywej postaci. Im ta idea zarysuje się plastyczniej i wyraźniej, tym lepszy będzie miała wpływ wychowawczy. Społeczeństwu, które z różnych przyczyn ma skłonność do bujania w obłokach, do rządze­nia się fantazją, „mitologia” polityczna nie przyda się na wiele.

Dla nas naród jest rzeczywistością, a idea narodowa wyrazem tej rzeczywistości. Ruchy rewolucyjne, które zmierzają do utopijnych celów, mają swoje mity. Czasami nawet racjonalistyczne ich pod­stawy przeobrażają się na wierzenia, które podtrzymują się wbrew logice i doświadczeniu. Tak pewnego rodzaju mitem stały się teorie Marksa, którym zaprzeczyła rzeczywistość, ale najlepiej odpowiadały one uczuciu nienawiści społecznej i to uczucie podtrzymywało je u ich wyznawców. Takim mitem była idea międzynarodowej solidarności proletariatu, aż stała się frazesem bez treści.

Naród może żyć i rozwijać się bez nierealnych doktryn, które mają treść mityczną. Nieraz jednak nacjonalizm wysuwa swoje mity, które dowiodły wielkiej siły. Przykładem jest idea narodu wybranego. W dobie największych klęsk i beznadziejności perspektyw dziejowych pojawił się u nas mesjanizm. Ruch narodowo-socjalistyczny w Niem­czech wytworzył swoje własne mity, w związku z którymi wkroczył na bardzo niebezpieczną drogę, odwracając się od chrystianizmu.

Jednakże polski kierunek narodowy w niepodległym państwie polskim nie potrzebuje już uciekać się od rzeczywistości i szukać pociechy w mistycyzmie politycznym. Nie uważamy się za naród wybrany, nie wyznajemy śmiesznej wiary w przewodnictwo nasze całemu światu; nie twierdzimy, że nasz naród jest lepszy i wyższy od innych narodów. Tym samym więc nasza idea narodowa jest wolna od tych różnych irracjonalnych pierwiastków i nie potrzebuje się stroić we frazeologię „mitologiczną”.

Mógłby jednak ktoś powiedzieć, że bardziej trzeźwe i chłodne pojmowanie idei narodowej nie wydobędzie z narodu w odpowiednim stopniu entuzjazmu, który jest niezbędny do pokonania wielkich tru­dności i mobilizacji wszystkich aktywnych sił narodu. Mówi się cza­sem o micie narodowym, o „wizji” narodu, twierdzi się, że tylko entuzjazm może wydobyć naród ze stanu marazmu, dokonać wielkiego poruszenia sumień, pobudzić twórcze wysiłki. Przy niektórych chorobach woli, np. paraliżu, trzeba pobudzić organizm do jednorazowego wielkiego „wstrząsu”.

Podobnie jak w życiu jednostki, tak i w życiu narodu zmieniają się nastroje. Naród przez jakiś czas żyje w spokoju, graniczącym z biernością, a po tym pod wpływem tych lub innych wydarzeń (a ta­kim wydarzeniem jest także zjawienie się proroka czy wodza) wydo­bywa z siebie w zbiorowym entuzjazmie niezwykłą, zdobywczą ener­gię. Polskę nieraz ratował, niemal z nad brzegu przepaści, taki entu­zjastyczny wysiłek, który samolubów przeobrażał w ofiarników, a trwożliwych w bohaterów.

Do tego rodzaju wysiłku może pobudzić genialna jednostka, która porwie naród siłą swej sugestii. Ale taka jednostka jest rze­czywistością, a nie mitem, stawia przed narodem bardzo konkretne, a nie mityczne cele. Wódz nie spóźnia się na zawołanie czy zamó­wienie, a stwarzanie mitu wodza, gdy tego wodza niema jest bardzo wątpliwym procederem.

Naród nasz zdobywał się na entuzjastyczny poryw zazwyczaj dopiero w obliczu niebezpieczeństwa, gdy po prostu był jego byt za­grożony. A zarazem bardzo często po tym wysiłku przychodziła apa­tia i zniechęcenie. Ilu zwycięstw nie zdołaliśmy wyzyskać dla tego, że opadły fale uniesienia. Niewątpliwie jesteśmy skłonni do entuz­jazmu; ale czy ta metoda pobudzania zbiorowej energii okazała się najlepszą?

Przy innych sposobnościach, omawiając nasze dzieje skarbowe, wykazywałem, że nie wykazują one ciągłej linii rozwojowej; nie znać w nich systematycznego, regularnego dążenia do nieustannej choć powolnej poprawy. Przez długie, bardzo długie lata jest zastój, a na­wet rozstrój. A po tym przychodzi chwila, gdy podatki uchwala się z wielkim entuzjazmem, przeprowadza a raczej improwizuje reformy w gwałtownym tempie. Tak było w drugiej połowie w. XVII, w epoce Sejmu Czteroletniego, tak bywało i po wielkiej wojnie. Niestety takie reformy nie są trwałe.

Nikt chyba nie chce gasić dobroczynnego entuzjazmu, lać zimnej wody na twórczy zapał. Ale idea narodowa powinna nas pobudzić do ciągłego, bezustannego wysiłku. Krótkimi porywami nie dokona się dzisiaj wielkich rzeczy. I ta idea musi przed nami występować w tak żywej postaci, by organizowała także i codzienne życie, by dawała podnietę dla prowadzenia polityki, obliczonej na długie, bar­dzo długie lata.

5. DYNAMIZM IDEI NARODOWEJ

Stwierdziliśmy poprzednio, że naród zdobywał się na wielkie wysiłki w obliczu grożących niebezpieczeństw. Gdy te niebezpieczeństwa minęły, słabł entuzjazm. I obserwując przejawy naszego patrio­tyzmu dojdziemy do wniosku, że ten patriotyzm przeważnie przeja­wiał się jako patriotyzm obronny; brak nam było zdobywczego pa­triotyzmu.

W obliczu wielu trudności zajmowaliśmy i zajmujemy czysto obronne stanowisko. Wyraz „obrona” powtarza się na każdym kroku. Bronimy się przed zalewem żydowskim. Wzywamy rząd by bronił żywioł polski na kresach wschodnich przed ekspansją ruchu ukraiń­skiego. Bronimy naszego „stanu posiadania”. Powstały i istnieją różne instytucje, które w swej nazwie akcentują ten obronny charak­ter. Zachowujemy się czasami tak, jak gdyby Polska była beatus possidens, który już nic nie ma do zdobycia, bo doszedł do maksimum swego rozwoju, a walczy tylko o utrzymanie istniejącej równowagi sił.

Skąd się to wzięło? Niewątpliwie odzywają się w tym echa dawnej przeszłości. Już u schyłku wieków średnich usankcjonowana została zasada, że szlachta jest wolna od służby w pospolitym rusze­niu po za granicami państwa, chyba za osobnym wynagrodzeniem. Szlachta ruszała do boju, gdy wróg był już głęboko w granicach pań­stwa i pustoszył nasze ziemie. Niejednokrotnie za usprawiedliwioną uchodziła tylko wojna obronna. Dla wypraw poza granice kraju trzeba było szukać specjalnego uzasadnienia.

Ten „obronny” charakter naszej psychiki zbiorowej umocnił się jeszcze bardziej w epoce niewoli. I nie ma się czemu dziwić. Prze­moc była tak wielka i nacisk zewnętrzny tak potężny, że w wielu przypadkach trzeba się było ograniczać tylko do obrony wiary, języka i narodowości, do biernego raczej oporu. Utrzymanie się na tej lub innej placówce narodowej wymagało nieraz bohaterstwa. I tej psy­chice odpowiadają słowa popularnej pieśni: „Nie damy ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy”.

Dołączył się do tego ckliwy humanitaryzm, który w znacznej mierze rozwinął się pod wpływem żydowskim. Bierność, niedbałość o istotne interesy narodowe, podnosił on do znaczenia cnoty. Chwa­liliśmy się tym, że nikogo nie wynaradawiamy; co więcej Polacy występowali w roli wychowawców i krzewicieli obcych narodowości, choć te nieraz lgnęły do asymilacji. Czyż trudno znaleźć przykłady tego nawet w dzisiejszych czasach?

Idea narodowa wtedy jest godna tej nazwy, gdy ma charakter dynamiczny. To znaczy gdy pobudza wszechstronny rozwój sił naro­du. By usunąć przeszkody, które stoją na drodze tego rozwoju, trzeba mieć ofensywnego ducha. Trzeba nie tylko bronić polskości, lecz i dokonywać dla niej zdobyczy. Nawet gdy się ma czysto defensywne cele na oku, nieraz najlepszą metodą jest uderzenie na przeciwnika. Zasada ta obowiązuje nie tylko w sztuce wojskowej.

Dynamizm idei narodowej nie oznacza niepohamowanej zachłan­ności, woli zabierania tego, co cudze, nie liczącej się z moralnością i prawem. Dynamizm nie sprowadza się do czysto materialnej zdobywczości. Podbojów można dokonywać także i w dziedzinie ducha. W szczególności Polska dzisiejsza jest w tym położeniu, że ma wew­nątrz swych granic ogromne pole ekspansji, ma się dopiero stać prawdziwym państwem narodowym. Naród, w którego państwie krzy­żują się różne obce wpływy, którego ziemia jest terenem różnych odśrodkowych dążeń, nie może zajmować czysto obronnej pozycji.

Nie można np. na tym poprzestać, że się izoluje Żydów, wydzieli ich ze współżycia z naszym społeczeństwem. To etap wstępny, który prowadzi do pozbycia się Żydów z Polski. Nie możemy zajmować czysto obronnej pozycji wtedy, gdy nasi sąsiedzi od zachodu i wscho­du, organizują swoją zewnętrzną ekspansję. A w tych ich planach Polska zajmuje bardzo poczesne miejsce.

By innym dotrzymać kroku, musimy iść całym rozpędem. Nie wolno cieszyć się spokojnie różnymi postępami, o ile w układzie sił międzynarodowych inni robią większe postępy. Idea narodowa musi być czynna, a nie bierna, twórcza w oparciu o przeszłość narodu, a nie naśladownicza.

W epoce pozytywizmu przytaczano nieraz słowa poety:

„Ludy się kędyś prą falą mętną
I szumem wzbiera dziejowe ich tętno,
A nam zaś tylko nasz młynek na strudze
Obraca plewy i swojskie i cudze”.

Obowiązkiem dzisiejszego pokolenia jest sprawić, by ten pesy­mistyczny sąd już dzisiaj nie miał uzasadnienia. A zależy to w znacz­nym stopniu od tego, jak się będzie pojmowało ideę narodową.

Roman Rybarski

za: „Polityka narodowa”, nr 8-9/1938

—————
Roman Rybarski (1887 – 1942) był ekonomistą i politykiem Narodowej Demokracji. Od 1906 r. studiował na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie związał się z ruchem narodowym, działał w Związku Młodzieży Polskiej. Był członkiem Ligi Narodowej w 1910 r. W 1917 e. został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1919–1921 pełnił różne funkcje (podsekretarz stanu, wiceminister) w ministerstwach gospodarczych, następnie porzucił działalność polityczną dla pracy naukowej, w latach 1920–1923 na Politechnice Warszawskiej, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie objął Katedrę Skarbowości. W 1923 na zlecenie Władysława Grabskiego przygotowywał projekt statutu Banku Emisyjnego, a w 1924 redagował ostateczny projekt ustawy o Banku Polskim i po jego powołaniu wszedł w skład pierwszej Rady Banku. Był zdecydowanym zwolennikiem wolnego rynku. Po zamachu majowym powrócił do aktywnej polityki. Wszedł do władz Obozu Wielkiej Polski, a od 1928 do 1935 zasiadał w Sejmie (II i III kadencji), gdzie pełnił funkcję prezesa klubu Stronnictwa Narodowego. Po uchwaleniu Konstytucji kwietniowej wraz z całym stronnictwem zbojkotował wybory parlamentarne i dalszą działalność polityczną prowadził poza parlamentem. Po kampanii wrześniowej uczestniczył w tworzeniu struktur Polskiego Państwa Podziemnego jako dyrektor departamentu skarbu. Aresztowany przez Gestapo w maju 1941r., został osadzony na Pawiaku, a potem wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie był jednym z organizatorów ruchu oporu. Zmarł lub został rozstrzelany w obozie.

Reklama / Advertisement

Dziennik Narodowy poleca