REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Roman Dmowski: Upadek myśli konserwatywnej w Polsce cz. VII

187

IV. „NARODOWCY” I „UGODOWCY” W CZASIE REWOLUCYJNYM

Doba przełomu, okres wojny rosyjsko-japońskiej, wstrząśnienia rewolucyjnego w całym cyjnego w całym iany w ustroju państwowym Rosji, jako początek nowej ery naszego życia politycznego, jest zarazem początkiem dziś istniejących, jawnych i zorganizowanych stronnictw. Istniejące przedtem obozy polityczne, bądź nie ujęte w żadną organizację, bądź zorganizowane tajnie, wystąpiły jako formalne stronnictwa, obok nich zaś powstały stronnictwa nowe. Dla zrozumienia dzisiejszego układu naszych wewnętrznych stosunków politycznych ważną jest rzeczą zatrzymać się przez chwilę na tej dobie przełomowej i przyjrzeć, jak się w niej zachowywały interesujące nas obozy.

REKLAMA

Reklama / Advertisement

Demokracja narodowa, natychmiast po wybuchu wojny, wyraźnie określiła swoje stanowisko. Pojęła ona położenie międzynarodowe w ten sposób, że wojna na Dalekim Wschodzie pozostanie zlokalizowaną, że w Europie żadnych konfliktów, ani żadnych zmian granic za sobą nie pociągnie: co zaś do położenia w państwie, to przewidywała na równi ze wszystkimi wybuch ruchu rewolucyjnego, ale na podstawie tej znajomości Rosji, jaka posiadała, była pewną, że rewolucja rządu nie złamie, jeno przezeń będzie złamana. Natomiast przypisywała duże znaczenie ujawniającemu się już na parę lat przedtem silnemu niezadowoleniu z systemu rządów wśród umiarkowanych koi społeczeństwa, i przewidywała stąd poważne reformy w ustroju państwowym, pociągające za sobą korzystną zmianę w położeniu naszego narodu. Wobec tego uważała, że dla społeczeństwa polskiego, dla polskiej polityki jedynie korzystna w tym położeniu rzeczy może być postawa wyczekująca. Wystarczało na razie, w przekonaniu kierowników obozu, bacznie obserwować bieg wypadków w państwie i co najwyżej nawiązywać w nim stosunki, szukać sprzymierzeńców na moment, kiedy Polakom otworzy się pole na gruncie państwowym do politycznego działania.

W tym wszakże planie politycznym, opartym na słusznej, ale jednostronnej orientacji, był jeden gruby błąd. Nie zorientowano się mianowicie co do stanu wewnętrznego społeczeństwa, obliczono zbyt skromnie ilość materiału wybuchowego w tym społeczeństwie, nie doceniono siły żywiołów rewolucyjnych i anarchistycznych. Zanadto po akademicku uplanowano sobie pozycję wyczekującą, nie zbadawszy ściśle, czy ona jest możliwa, czy pozwoli na nią stan umysłów w społeczeństwie i nastrój mas, podniecanych wypadkami zewnętrznymi i agitacja wewnętrzną. Działacze demokratyczno-narodowi, pracujący głównie na wsi, wśród ludu włościańskiego, a obok tego w pewnych tylko, zamkniętych kołach inteligencji, za mało znali miasta i ogniska przemysłowe, nie dość byli poinformowani o tym, co się tam przygotowuje, a przy tym za mało się liczyli z prawami psychiki mas, działającymi w czasach rewolucyjnych.

Był to, powiadamy, wielki błąd, który srodze się pomścił zarówno na kraju, jak na samym obozie. Gdy demokracja narodowa wyczekiwała, partie rewolucyjne tymczasem przygotowywały silny ruch, który w następstwie poważnie się dał we znaki krajowi. Natomiast trzeba stwierdzić, że z chwilą, kiedy siła ruchu rewolucyjnego mniej więcej się ujawniła, obóz demokratyczno-narodowy szybko się przerzucił do roli czynnej i rozwinął energiczną działalność. Plan ten działalności wyszedł z dwóch założeń:

1) wobec tego, że rewolucja w państwie na pewno będzie zgnieciona, im większy zakres obejmie ruch rewolucyjny w naszym kraju, tym szersze przybierze rozmiary klęska, pogrom kraju, a co za tym idzie wyczerpanie sił i upadek ducha w społeczeństwie, właśnie w momencie, kiedy zmiany w państwie otworzą nam pole do politycznego działania;

Reklama / Advertisement

2) ruch rewolucyjny, w którym wzięły górę pierwiastki niepolskie, wrogie naszemu społeczeństwu, przede wszystkim Żydzi — którzy nabrali byli dziwnie wojowniczego ducha — przybrał charakter walki nie tylko z rządem, ale i ze społeczeństwem, zaczął szerzyć zniszczenie, rozstrój życia, rozkład sił społecznych i ekonomicznych kraju. Z tych założeń wychodząc, demokracja narodowa przeciwstawiła się bez wahania ruchowi rewolucyjnemu, wstąpiła z nim w walkę zaciętą.

Obóz demokratyczno-narodowy w swej literaturze politycznej zawsze stał na stanowisku, że za to, co się dzieje w kraju, całe społeczeństwo jest odpowiedzialne. Gdy publicyści konserwatywni gromili powstanie 63 roku, oskarżali spiskowców i młodzież o zgubę sprawy narodowej — pisma demokratyczno-narodowe odpowiadały na to, że, jeżeli kraj spotkała klęska, to winni są jej zarówno ci, którzy powstanie wywołali, jak ci, którzy nie umieli mu przeszkodzić, choć klęską przewidywali. Obóz, który takie zajmował stanowisko, który tak pojmował odpowiedzialność wobec narodu, nie mógł biernie się przyglądać działaniom rewolucyjnym i narzekać, że ci lub inni kraj gubią, ale musiał wytężyć wszystkie siły, żeby im w tej zgubnej robocie przeszkodzić.

Demokracja narodowa podjęła tu zadanie niesłychanie trudne. Gromadzić siły do walki z ruchem rewolucyjnym w kraju, w którym przecie społeczeństwo po stronie rządu nie stoi, mieć w tej walce przeciw sobie nie tylko szeregi rewolucyjne, ale i organy rządu, które działalność demokracji narodowej traktowały równie wrogo, jak działania socjalistów — drugiego przykładu podobnego położenia nie znajdziemy nigdzie w historii. Dopiero kiedyś w przyszłości, z dalszej perspektywy ten czyn obozu narodowego polskiego będzie właściwie oceniony.

Działacze demokratyczno-narodowi byli z jednej strony mordowani przez rewolucjonistów, z drugiej — zamykani przez rząd w więzieniach. Cudzoziemiec, nie znający naszych stosunków, nigdy by nie zrozumiał, jak można było w takich warunkach akcję przeciwrewolucyjną zorganizować. Polak z niezamąconym umysł im to zrozumie, bo wie, że w Polsce dla uczciwej sprawy wielkie rzeczy można zrobić przez odwołanie się do poczucia narodowego, do gorącej miłości ojczyzny. Tylko trzeba mieć śmiałość to zrobić i trzeba robić bez wahań. bez zastrzeżeń, omówień, trzeba się nie oglądać na to, czy nasze napięcie uczuć, nasze podniesienie tonu narodowego komu się podoba, czy nas wobec kogo nie naraża…

A cóż wobec tej walki robili nasi konserwatyści?… Oni patrzyli na nią z założonymi rękami, choć tam przecie walczono o rzeczy, które każdemu szczeremu konserwatyście muszą być najdroższe. Umieli tylko skarżyć się na rozszalałą anarchię i szemrać jednocześnie na mocne hasła narodowe tych, którzy z anarchią walczyli. Robiło to wrażenie, jakby nie rozstrzygnęli sobie jeszcze, z której strony krajowi grozi większe niebezpieczeństwo. Rewolucja jest nieprzyjemna, ale taka sama rewolucja jest przecie i w Rosji, więc rząd nie może mieć za nią szczególnej do nas pretensji; natomiast agitacja narodowa może nas w oczach rządu zgubić. Chociaż ten lub inny, wiedziony zdrowym instynktem, czul, że jego miejsce jest w obozie narodowym, że tam o jego nawet własną skórę walczą, to guwernerzy polityczni konserwatyzmu polskiego wytłumaczyli mu, że prawdziwy rozum stanu nakazuje od roboty narodowej trzymać się z daleka i widzieć w niej nieszczęście dla kraju. Guwernerzy owi tymczasem liczyli, że demokracja narodowa w tej ciężkiej walce ulegnie, zniszczeje, a wtedy przyjdzie kolej na ich rządy w społeczeństwie, przy podzieleniu się wpływem z partiami radykalnymi.

W obozie „ugodowym” popełniono także jeden niemały błąd, zresztą nie mający dla kraju żadnych poważniejszych konsekwencji. W początku doby przełomowej, kiedy sytuacja w państwie zaledwie zaczynała się zmieniać, kiedy nie dojrzała jeszcze do tego, by u góry decydowano się na jakieś stanowcze kroki, kiedy ani pole do działania dla polityki polskiej jeszcze nie było otwarte, ani nie można się było zorientować, jak daleko akcja z naszej strony iść może — wyskoczyli z memoriałem do rządu o potrzebach kraju i społeczeństwa polskiego. Ten fałszywy krok zgubił ich w opinii kraju. Przy ogólnym podnieceniu umysłów, skromne ich żądania uznano niemal za zdradę narodową, a do niesłychanie surowego potępienia ludzi, podpisanych na nieszczęsnym „memoriale 23-ch”, przyczyniło się ogromnie to, że główne miejsce w tym szeregu zajmowały nazwiska, które opinia wiązała z publikacją Scriptora. Publikację tę w oświetleniu najnowszych wypadków uznano za czyn nieuczciwy, za krzywdę nie tylko dla demokracji narodowej, ale dla kraju. Teraz przy nadającej się sposobności demokracja narodowa za krzywdę krzywdą, niestety, odpłaciła…

Popełniwszy błąd, jak powiedzieliśmy już, nie tak wielkiej dla kraju wagi, i zapłaciwszy zań nieproporcjonalnie drogo, osłabiona silnie w opinii społeczeństwa, ta grupa polityczna zeszła w najważniejszym okresie do roli całkiem biernej. I kiedy przyszedł czas, otwierający dla niej właśnie pole działania, chwila ogłoszenia manifestu październikowego, nie ośmieliła się żadnego kroku zrobić, choć ją nawet do tego zachęcano. I to był błąd o wiele większy, niż „memoriał 23-ch”.

Natomiast utrwaliła się i pogłębiła w tej grupie dziwna psychika delektowania się niepopularnością, szukania w niej dla siebie dowodu swojej wyższości, swego niepospolitego rozumu politycznego: społeczeństwo jest głupie, a więc my, których ono nie uznaje, jesteśmy mądrzy…

V. POCZĄTKI OKRESU PARLAMENTARNEGO

Po manifeście październikowym i zapowiedzi powołania ludności do udziału w ustawodawstwie wystąpiły w naszym kraju trzy jawne, współzawodniczące między sobą o wpływ ugrupowania partyjne. Obóz demokratyczno-narodowy zorganizował się jako stronnictwo pod tą samą nazwą, wchłonąwszy wszakże wiele żywiołów nowych, które przylgnęły do niego w okresie rewolucyjnym. Grupa tzw. „ugodowców” wystąpiła jako „stronnictwo polityki realnej”. Wreszcie żywioły „postępowe”, nie mające dotychczas wyraźnej fizjonomii politycznej, połączyły się w organizację partyjną, która w następstwie rozbiła się na dwie mniejsze grupy: zjednoczenie postępowo-demokratyczne i polską partię postępową. Polityczną fizjonomię nadał sobie ten obóz przez zaszczepienie programu autonomii Królestwa na ogólnym gruncie programu rosyjskich „kadetów”. Pomijajmy efemeryczne istnienie „Spójni”, będące usiłowaniem stworzenia czegoś w rodzaju stronnictwa… bezpartyjnego. Z chwilą ustanowienia Dumy i Rady Państwa z wyboru walka wyborcza, wobec pozostania socjalistów w cieniu, w organizacjach tajnych, miała się między tymi trzema grupami rozegrać.

Najszczęśliwszym bodaj dla naszej polityki w owym momencie byłoby, gdyby do reprezentacji kraju weszli w poważnej liczbie ludzie nie nowi w polityce — bo tacy zwykle orientować się nie umieją i głupstwa robią — ale nie zaangażowani za bardzo w walki okresu rewolucyjnego, niezależni zatem w możliwej mierze od podnieconej atmosfery czasów rewolucyjnych. Walka parlamentarna wymaga spokoju, rozwagi, niezależności sądu i swobody działania. Tego atmosfera doby rewolucyjnej obozom, biorącym w jej walkach żywy udział, dać nie mogła.

Właśnie „realiści” byli tą grupą, która na walki doby rewolucyjnej patrzyła z założonymi rękami, trzymała się od nich z daleka, zachowywała siebie na spokojniejsze czasy. Pomimo też wad organicznych tej grupy, o których mówiliśmy wyżej, pomimo jej słabości, nie można zaprzeczyć, że miała ona w swym łonie pewną ilość ludzi, którym nie obce były pojęcia polityczne, którzy posiadali sporą, jak na nasze stosunki, polityczną kulturę, że miała też i ludzi, którym więcej chodziło o kraj, niż o partię, jakkolwiek ulegali w swym stronnictwie przeciwnym wpływom. Byłoby też bodaj najlepiej, gdyby weszła do przedstawicielstwa spora liczba ludzi ze stronnictwa polityki realnej, tych właśnie, co reprezentowali w nim żywioł obywatelski, ziemiański, względnie konserwatywny. Wolni od spuścizny okresu rewolucyjnego mieliby oni więcej swobody we wprowadzeniu parlamentarnej polityki polskiej na drogę praktyczną, mogliby się nie krępować hasłami, które w kraju rozbrzmiewały szeroko i którym nie od razu przeznaczone było zcichnąć. Byliby się oni nie uchronili od poważnych błędów, nieuniknionych wobec psychologii politycznej tego obozu, groziłoby im wytworzenie głębokiego przedziału między krajem a jego przedstawicielstwem, ale praktycznie mogliby zrobić niejedno, co dla innych było niemożliwe. Rozumieli to nawet kierownicy demokracji narodowej, którzy starali się wówczas dojść do jakiegoś porozumienia z „realistami” i wywrzeć wpływ na swoje stronnictwo, żeby się. zgodziło pewną ich ilość do Dumy przeprowadzić. Tym wszakże dążeniom stanęła na drodze zrozumiała całkiem i naturalna psychologia polityczna chwili. Okazało się, że „realiści” zbyt gorliwie pracowali byli na swą niepopularność, ażeby to się na nich nie pomściło.

Z drugiej strony, obóz postępowy, chociaż liczący sporo zwolenników wśród inteligencji miejskiej, przez swoje doktrynerstwo radykalno-liberalne tak daleko odbiegł od ducha narodu, tak się przeciwstawił instynktom masy społecznej, tak zresztą w działaniu był nieumiejętny i organizacyjnie niesprawny, że miał słabe widoki na zwycięstwo nawet w miastach. Chcąc za wszelką cenę zwyciężyć, oparł się na masie żydowskiej, ale to właśnie usunęło od niego nawet tę część polskiego ogółu, która inaczej byłaby z nim poszła.

Obóz demokratyczno-narodowy swym zachowaniem się w okresie rewolucyjnym, w którym z początku miał wielkie niepowodzenia, a chwilowo zdawało się nawet, że był całkiem zabity w opinii, w końcu zdobył takie uznanie w kraju, że stał się absolutnym niemal panem wyborów. Przedstawicielstwo kraju w Dumie dostało się całkowicie w ręce stronnictwa demokratyczno-narodowego. Jeżeli w Radzie Państwa „realiści” dostali przewagę, to dlatego, że demokracja narodowa zgodziła się ich tam dopuścić, a zgodziła się znów głównie dlatego, że sama nie miała kandydatów.

Tak tedy obozowi demokratyczno-narodowemu przypadło w udziale organizowanie polityki polskiej w parlamencie rosyjskim, organizowanie jej w warunkach jak najfatalniejszych. Pominiemy tu warunki zewnętrzne, leżące w państwie, w nieustalonym przez długi czas charakterze przedstawicielstwa rosyjskiego, w zmienności sił, panujących na tamtejszej widowni, bo z tymi trudnościami miałoby do czynienia każde stronnictwo polskie, które by do Dumy poszło; tylko każde niezawodnie inaczej próbowałoby z niemi sobie radzić. Wielkie trudności leżały w naturze samego stronnictwa.

Obok żywiołu głównego, kierowniczego, reprezentującego istotną myśl polityczną obozu, tak jak rozwijała się ona stopniowo od samego początku, jak dojrzewała, nabierając ścisłości i wyrazistości w miarę zdobywania nowej wiedzy o położeniu narodu i nowych doświadczeń, obok tego głównego żywiołu, liczbą wcale nie górującego, szeregi stronnictwa, na których opierało ono swą siłę, składały się z różnych rodzajów ludzi, których należało bądź asymilować dopiero, bądź odrzucać. Byli więc ludzie z przedrewolucyjnego okresu, zaprawieni w działalności tajnej, ludzie, którzy umieli byli dużo na tym polu zrobić, ale którzy do nowych warunków działania dopasować się nie umieli, którzy często nawet nie rozumieli, że może istnieć jakaś polityka poza organizowaniem tajnych kółek i rozdawaniem pism nielegalnych. Ci ludzie wykonywali w ubiegłym okresie wielką pracę w kierunku, jaki demokracja narodowa sobie nakreśliła, ale myśli politycznej obozu nie rozumieli, nie szli z nią naprzód, im samym i obozowi wystarczyło to, że są praktycznie użyteczni. Część tych ludzi w nowym okresie nie umiała się zorientować, tym bardziej nie zdolna była pojąć zadań polityki parlamentarnej; wydawało im się, że główny pożytek z Durny jest ten, iż tam można wygłaszać mowy, deklarować w nich szerokie aspiracje narodowe i przy ich pomocy na kraj oddziaływać. Nie umieli oni w polityce wyjść poza stadium uświadamiania. Byli dalej ludzie, często nowi, tak opanowani atmosferą okresu rewolucyjnego, że chcieli całą tę atmosferę kontynuować w działalności parlamentarnej, wyobrażając sobie, że doba wielkiego przewrotu ciągle trwa dalej, wtedy kiedy stanowczo już została zamknięta. Ta zresztą atmosfera za długo przetrwała w całym stronnictwie. Byli wreszcie ludzie bez politycznych idei lub z ideami, które nie miały nic wspólnego z myślą demokratyczno-narodową, którzy mieli sposób myślenia postępowo-kadecki, którzy dlatego tylko nie przyłączyli się. do postępowców, że tamci szli z Żydami. Powchodzili oni świeżo do stronnictwa w wielkiej liczbie dlatego, że było ono popularne, że miało w ręku kraj, że przyjemnie było nazywać się demokratą narodowym; wśród nich byli i tacy, którzy dlatego tylko weszli do stronnictwa, że mieli nadzieję swe osobiste ambicje przy jego pomocy zaspokoić. Posiadanie takich ludzi jest zresztą udziałem wszystkich stronnictw, zwłaszcza w momentach, gdy się cieszą powodzeniem.

Reprezentacja polska, uszeregowana z demokracji narodowej, weszła na arenę pracy i walki parlamentarnej z całą spuścizną swej działalności w dobie rewolucyjnej, tej działalności, w której uzewnętrznianie uczuć i aspiracji narodowych nie było krępowane żadnymi względami taktycznymi, w której, przeciwnie, taktyka nakazywała utrzymywać bardzo ostry ton narodowy, jeżeli się chciało zatamować anarchię żydowsko-socjalistyczną. Ciążyła tedy na niej spuścizna i daleko idących żądań politycznych, o których urzeczywistnieniu w Dumie mowy być nie mogło, i organizacji narodowej przeciwstawiającej się organom państwowym, i akcji w gminie, i strajku szkolnego, który nie ona wprawdzie wywołała, ale który w danych warunkach musiała zaakceptować, nadając mu charakter narodowego bojkotu… Ta spuścizna nadawała przedstawicielstwu odpowiednią fizjonomię polityczną, obowiązywała je często do pójścia po drodze, całkiem niezgodnej z wymaganiami praktycznej polityki parlamentarnej.

To wszystko zdawało się zapowiadać, że stronnictwo demokratyczno-narodowe, jakkolwiek silne i wpływowe w kraju, na terenie parlamentarnym w krótkim czasie kark skręci, a tym samem zdyskredytuje się i w kraju.

VI. KRYZYS W OBOZIE DEMOKRATYCZNO-NARODOWYM

Wziąwszy na swoją wyłączną odpowiedzialność przedstawicielstwo kraju w Dumie i jego politykę, stronnictwo demokratyczno-narodowe znalazło się w niesłychanie trudnym położeniu. Dziś, gdy się patrzy wstecz na te pierwsze siedem lat parlamentu rosyjskiego, gdy się widzi i rozumie lepiej czynniki składające się na ewolucję jego polityki, siły, które kierunek tej ewolucji uwarunkowały, gdy sobie zdajemy jaśniej sprawę z psychologii politycznej narodu rosyjskiego, o której panowało w naszym społeczeństwie wiele błędnych z gruntu pojęć — nie mamy prawie wątpliwości, że polityka polska na tym terenie skazana była z góry na niepowodzenie, bez względu na to, jaki by był jej kierunek. Niemniej przeto polityka ta mogła być gorsza lub lepsza, więcej lub mniej zastosowana do właściwości terenu. Polityka przedstawicielstwa, zorganizowanego przez stronnictwo demokratyczno-narodowe, przez długi czas do tych warunków zewnętrznych przystosować się nie mogła, bo charakter stronnictwa, jego niedawna przeszłość na to nie pozwalała. Stąd robiła ona wrażenie polityki, nie orientującej się w położeniu, a liczne jej posunięcia zasługiwały ze stanowiska politycznego realizmu na miano błędów.

Stronnictwo demokratyczno-narodowe miało w tych warunkach do wyboru: albo wycofać się z terenu parlamentarnego, albo się do niego przystosować, W samych szeregach stronnictwa było wiele żywiołów, które żądały wycofania się, niejednokrotnie wzywały do składania mandatów, do bojkotowania Dumy. W tym samym kierunku starała się wywierać nacisk na reprezentację część przeciwników stronnictwa. Ci wszakże, którzy mieli w stronnictwie przewagę, myśl bojkotu Dumy zawsze odsuwali, uważając ją za niedorzeczną, za wyraz niedojrzałości politycznej tych, którzy ją propagują. Ustąpienie zaś z Dumy po to, żeby kraj wybrał inne przedstawicielstwo z poza stronnictwa, byłoby krokiem ze stanowiska dobra kraju ogromnie szkodliwym. Jedynym silnym w kraju stronnictwem, jedynym posiadającym jakie takie zaufanie ogółu, była demokracja narodowa — wycofanie się jej tedy oddałoby wybory na pastwę nieskoordynowanych, rozbieżnych dążeń i ambicji, często na pastwę żywiołów całkiem niepolitycznych, niezdolnych do zorganizowania nawet lichej polityki. Wprawdzie stronnictwo polityki realnej dawało do zrozumienia, że umiałoby zorganizować politykę dobrą, korzystną dla kraju, ale należałoby przede wszystkim zapytać, czy umiałoby dostać od społeczeństwa mandaty. Usunięcie się tedy stronnictwa demokratyczne – narodowego od działalności parlamentarnej nie prowadziłoby do dania krajowi lepszej polityki; byłoby jedynie próbą z jego strony uwolnienia się od odpowiedzialności za tę politykę, próbą zresztą płonną, bo odpowiedzialność za politykę kraju ponosi zawsze cały myślący ogół, a przede wszystkim ten obóz, który rozporządza najszerszym wpływem.

Musiało tedy stronnictwo demokratyczno-narodowe zabrać się bez wahania do zwalczenia tych trudności – przede wszystkim we własnym łonie – które mu stały na drodze w usiłowaniach do sprostania swym zadaniom na terenie parlamentarnym. Było to bodaj najcięższe z zadań, jakie kiedykolwiek przed nim stanęło; spełnienie go pociągnęło dla stronnictwa największe koszty. Koszty te wyraziły się we frondach, secesjach, w osłabieniu liczebnym obozu i w zmniejszeniu jego wpływu. Były one wszakże nieuniknione, ocaliły stronnictwo od znalezienia się w położeniu bez wyjścia i umożliwiły szybką, ale stopniową ewolucję myśli politycznej kraju, chroniąc ją od wielkiego, jednorazowego bankructwa, od moralnej katastrofy.

Przy dokonywaniu tej przeróbki swojej polityki stronnictwo zawzięcie było zwalczane przede wszystkim przez swoich „postępowych” przeciwników. Korzystali oni z jego osłabienia, wyzyskiwali niezadowolenie szerszego ogółu, atakowali je za odsuwanie się od liberalnej Rosji, za zdradę „ideałów wolnościowych”; szeregi tych przeciwników zwiększały się przez dezercję z samego stronnictwa. W tych warunkach potrzebny mu był sojusznik szczery, lojalny, mający uznanie dla jego wysiłków w kierunku nadania naszej polityce realnej wartości i sprawności praktycznej. Takim sojusznikiem mogło być tylko stronnictwo polityki realnej. To też kierownicy stronnictwa demokratyczno-narodowego zaczęli dążyć do uczciwego porozumienia się z „realistami”.

Dla słabego liczbą, ale nie będącego wcale quantité négligeable stronnictwa polityki realnej, zjawiała się sposobność wyjścia z roli jałowych krytyków politycznych, śmiałego wystąpienia na widownię kraju w charakterze żywiołu czynnego, twórczego, podjęcia w przymierzu z najsilniejszym obozem kraju walki przeciw temu, co zawsze uznawał głośno za szkodliwe, walki niezawodnie zwycięskiej, która by mu dała tytuł do zasługi i podstawę do szerszego politycznego wpływu. I jesteśmy pewni, że na tę drogę byłoby stronnictwo polityki realnej bez wahania weszło, gdyby było naprawdę polskim stronnictwem konserwatywnym, stronnictwem, któremu chodzi przede wszystkim o umocnienie w życiu narodu tych zasad, które istotę szczerego konserwatyzmu stanowią, i o danie krajowi polityki zdrowej, szczerze polskiej, dążącej do obrony i pomnożenia realnego dobra narodowego, a nie szukającej efektów i nie służącej obcym interesom. Jesteśmy przekonani, że pomimo licznych wad i słabych stron, jakie miał konserwatyzm polski, organizujący się w Królestwie w okresie popowstaniowym, gdyby był on przetrwał, gdyby nie został zdezorganizowany i znieprawiony przez obce sobie żywioły, byłby ten sojusz uznał za konieczny, byłby weń lojalnie wstąpił i poszedł w nim do walki o to, co mu było najdroższym.

Roman Dmowski

Reklama / Advertisement

Dziennik Narodowy poleca