REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Roman Dmowski: Przewrót cz. II

179

CZĘŚĆ PIERWSZA – MYŚLIMY O JUTRZE

(Gazeta Warszawska, październik 1932 r.)

REKLAMA

REKLAMA / Advertisement

I. NIEWDZIĘCZNE CZASY

Był przed stu laty w Europie wielki polityk, tak wielki, że głowa jego weszła w przysłowie. Nazywał się Metternich. Długo rządził, dużo znaczył, był niesłychanie czynny i pomysłowy. Europa pamięta go dobrze, a i my, choć mamy krótką pamięć, nie zapomnimy go nigdy. Jego geniuszowi politycznemu zawdzięczamy najtragiczniejszy fakt w naszych dziejach – rzeź galicyjską. Ten wielki polityk skończył smutnie. Mniejsza o to, że musiał uciekać z własnego kraju i przesiedzieć parę lat za granicą, zanim się nienawiść przeciw niemu nieco ukoiła. Ważniejsze jest to, że z kunsztownych jego konstrukcji nic nie zostało, że wszystko to, o co walczył, czego bronił, leży w prochu.

REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Stało się tak dlatego, że prowadził walkę z nieprzyjacielem, który zawsze zwycięża. Tym nieprzyjacielem jest życie, warunki czasu. Chciał ocalić to, co postęp życia skazał na zniszczenie. Wątpię, czy głowa któregokolwiek z polityków dzisiejszych, rządzących w różnych państwach naszego świata, stanie się przysłowiową. Niemniej przeto wszyscy oni, jedni mniej, inni więcej, są Metternichami. Wszyscy prowadzą walkę z tym strasznym nieprzyjacielem, któremu przeznaczone jest niechybne zwycięstwo. Wszyscy usiłują ocalić to, co życie skazało na zagładę. Wszyscy, to znaczy nie tylko klasyczni politycy demokratyczni, trzymający, co prawda słabo, batutę w naszym świecie, ale i odcinający się od nich monarchiczni imperialiści niemieccy i włoscy faszyści, i rosyjscy bolszewicy.

Wszyscy, każdy na swój sposób, pchają pod górę kamień, który im się ciągle stacza na dół. Tym się różnią od słynnego szefa reakcji europejskiej z przed stulecia, że o wiele rychlej od niego zobaczą wyniki swych wysiłków w prochu. Nasz bowiem świat nabrał niesłychanego rozpędu; leci on w przyszłość z szybkością, o której się ojcom naszym nie śniło. Upłynęły zaledwie trzy dziesiątki łat od początku stulecia, a jakże dzisiejsze życie jest niepodobne do tego, które otwierał przed nami wiek dwudziesty! Wówczas wszystko się wydawało stałe, wymurowane, niezmienne w kierunku swego postępu. Dziś nie ma nic pewnego, wszystko się chwieje, a to, co się szybko posuwało naprzód, dziś jeszcze szybciej się cofa.

REKLAMA / Advertisement

Zmieniają się podstawowe warunki życia, odczuwane przez każdego człowieka, chodzącego po ziemi, zmieniają się z tak piorunującą szybkością, że dziś niepodobne jest do dnia wczorajszego. Szybkość tę zawdzięczamy przede wszystkim geniuszowi naszych czasów, którego główną ambicją stało się wszystko przyśpieszyć i który osiągnął w tym dziele niesłychane wyniki… Nie znalazł się wszakże wynalazca, który by umiał przyśpieszyć działanie mózgu ludzkiego. Zmiany w życiu następują jedne po drugich, co dzień coś wywraca się z łoskotem, a myśl ludzka stoi w miejscu, niezdolna zerwać z pojęciami, w których wyrosła i które wobec zmiany faktów tracą dotychczasową wartość. Postęp myśli, postęp istotny, wydzierający nowe pojęcia z nowego życia, prawie nie istnieje – za najpostępowszych uważają się ci, którzy już zużyte i przeżyte pojęcia doprowadzają do krzyczącego absurdu. Nie zdają sobie sprawy z tego, że nie są niczym innym, jak dawnymi skrajnymi reakcjonistami, tylko w karykaturze.

Bo konserwatyzm tamtych miał bardzo stare i bardzo głębokie źródła: wyrażał nie tylko niewczesne ambicje i cyniczne interesy – grało w nim niemałą rolę to, co w duszy człowieka jest najlepszego, nieegoistycznego, przywiązanie do tego, co stanowiło zawsze podstawę bytu społeczeństw ludzkich. I dzisiejsi obrońcy dotychczasowych podstaw życia Europy, które się obecnie zaczynają zawalać, i dzisiejsi szermierze „nowych idei”, które jak już powiedziano, są doprowadzeniem starych i przeżytych do absurdu – są konserwatystami czy reakcjonistami naszych czasów. Tylko ich konserwatyzm nie próbuje nigdy wyraźnie, do końca wylegitymować się z tego, czego broni, poddać swych założeń należytej ocenie i krytyce.

Czy je ma?… Najgłupszy przedstawiciel tego, co było konserwatyzmem przed stuleciem, umiał – gorzej czy lepiej – wytłumaczyć się z powodów, dla których walczył przeciw nowym, zwycięskim pierwiastkom życia. Obserwując dzisiejszego obrońcę dotychczasowych podstaw, widzi się, że wie on dobrze przeciw czemu i komu ma walczyć, bo mu to powiedziano, ale wiedzę o tem, w imię czego ta walka jest prowadzona, pozostawia tym, od których otrzymuje komendę. Ma się rozumieć, nie mówi się tu o ludziach, których ta wiedza nie interesuje, bo im wszystko jedno, o co się walczy, czy świat się buduje, czy wali, bo ich obchodzi tylko jedna kwestia: na czym można osobiście najwięcej zarobić?… Co prawda, temu konserwatywnemu uporowi nie bardzo można się dziwić. Jeszcze piętnaście lat nie upłynęło od chwili ostatecznego, pełnego triumfu zasad, na których od półtora stulecia budowano stopniowo życie naszej cywilizacji. W podstawie tego życia leżał ustrój gospodarczy świata, oparty na potężnej sieci handlu międzynarodowego, pokrywającej całą powierzchnię kuli ziemskiej. W oczkach tej sieci tkwiła cała ludzkość. W niej zaplątane były nie tylko ludzkie egzystencje materialne, ale ludzkie umysły i sumienia. W niej kwitło wiele, nie tylko gospodarczych, przedsięwzięć międzynarodowych, znacznie więcej, niż zwykli ludzie widzą. To wszystko wydawało się urządzeniem stałem, niewzruszonym.

Naraz, przed dziesiątkiem lat z górą, na tym potężnym gmachu ujawniły się poważne rysy. Uspakajano świat, że to nic groźnego, że to wkrótce się załata – uspakajali zaś nie tylko zainteresowani, ale i zasugestionowani. Wszelkie próby zamazania tych rysów pozostały bez skutku, stawały się one coraz szerszymi, wreszcie gmach zaczął się walić. Dziś już jest widoczne, że to fundamenty gmachu się kruszą. Kończą się warunki dla wielkiego handlu światowego, kończy się okres dziejów, w którym handel międzynarodowy stopniowo doszedł do zapanowania nad wszelkiej przejawami życia naszej cywilizacji. Jednocześnie z tym zaczynają się kruszyć podstawy innych przedsięwzięć międzynarodowych, o których ludzie wiedzą i nie wiedzą. Uwierzyć w to, że coś, co tak niedawno jeszcze kwitło i święciło swe najwyższe triumfy, dziś się zawala, zmierza ku epokowemu upadkowi, nie jest łatwo. To też ludzie jeszcze nie wierzą. Wszystkie wysiłki zmierzają do stemplowania ścian gmachu, tak jakby to mogło co pomóc na fundamenty. Dzisiejsza polityka, czy gospodarcza, czy jakakolwiek inna, nie jest niczym innym, jak walką z życiem, z nieubłaganym procesem dziejowym, który idzie naprzód wbrew wszelkim wysiłkom, zmierzającym do jego powstrzymania. Politykom, którzy tę, walkę prowadzą, którzy usiłują ocalić te podstawy życia i te pojęcia, z którymi się zrośli, wypadło żyć w najniewdzięczniejszych czasach. Bo ten nieprzyjaciel, przeciwko któremu walczą, na pewno zwycięży. Życie zawsze zwycięża.

II. PRZEDŁUŻANIE CIERPIEŃ

REKLAMA / Advertisement

Wszelki przewrót w życiu, zwłaszcza tak głęboki, jak obecny, pociąga za sobą wiele cierpień. Burząc dany typ organizacji życia, niszczy on podstawy bytu osobistego tych, którzy w tej organizacji mieli swoje ustalone miejsce. Te nieszczęścia osobiste są nieuniknione, dopóki przewrót trwa, dopóki życie nie wejdzie w nową kolej, dopóki ludzie nie przystosują się do nowych warunków i w nich się nie urządzą. Człowiek ma wszakże zdolność przystosowania się o wiele większą, niż jemu samemu się zdaje. Już w ciągu szeregu łat ostatnich ludzie dowiedzieli się, że nie jest tak trudno obywać się bez wielu rzeczy, bez których zdawało im się, iż żyć by nie mogli.

Dla dobra cywilizacji europejskiej i ludzi w niej żyjących jest pożądane, ażeby ten ciężki okres przejściowy trwał jak najkrócej, ażeby to, co jest skazane na upadek, upadło jak najrychlej i życie zorganizowało się na nowych, trwałych podstawach. Cierpienia okresu przejściowego będą wtedy krótsze i życie będzie zdrowsze, bo zdrowe życie tylko na trwałych podstawach rozwijać się może. Tymczasem, usiłowania rządów i żywiołów panujących w życiu gospodarczym zwrócone są do tego, żeby stan obecny jak najbardziej przedłużyć.

Głównym dążeniem chwili obecnej jest podtrzymanie za wszelką cenę szybko upadającego handlu międzynarodowego. Szeroki ogół nawet w małej części nie zdaje sobie sprawy z tego, co się w tej dziedzinie robi. Nigdy dotychczas rozmaite towary nie odbywały takich dziwnych, takich nienaturalnych podróży. Kraje, mające nadmiar danego produktu, wwożą go za miliony z zagranicy, a nawet zdarza się, że kupują własny produkt dopiero wtedy, gdy odbył on podróż zagranicą. Wszystko się robi, żeby oddalić jak najbardziej spożywcę od wytwórcy, żeby towar przeszedł przez jak największą liczbę rąk, zanim dojdzie od jednego do drugiego, żeby I producent jak najtaniej sprzedał, a konsument jak najdrożej kupił. Ma się rozumieć, te usiłowania tylko w części dają oczekiwane wyniki.

Handel upada z niesłychaną szybkością. W ciągu dwóch lat obroty handlu światowego zmniejszyły się blisko o połowę. Byłyby one jeszcze mniejsze, gdyby ten handel odbywał się na zdrowych podstawach, gdyby dowóz towarów na rynki odpowiadał normalnemu popytowi, gdyby nie był wynikiem przedziwnych kombinacyj, wskutek których kraje często zmuszone są kupować właśnie to, czego nie potrzebują. To sztuczne podtrzymywanie obrotów handlu międzynarodowego jest w dzisiejszych warunkach potrzebne krajom najmniej uzdolnionym do samowystarczalności. Nie ratuje ich ono od katastrofy, która ciągle posuwa się naprzód, ale przedłuża okres przejściowy.

Zato te kraje, które mogą stać na własnych nogach, które w ogromnej mierze zdolne są we własnych granicach zaspokoić swe potrzeby, płacą za te operacje niesłychaną cenę. Odbywa się w nich mordowanie miejscowego wytwórcy, właśnie w czasach, gdy zjawiają się warunki dla jego podźwignięcia, i szybkie ponad miarę zubożenie spożywcy; rosną niesłychanie zobowiązania pieniężne wobec zagranicy, a ponieważ kraj nie ma pieniędzy na ich zaspokojenie, odbywa się z piorunującą szybkością przechodzenie dobra narodowego w obce ręce. Dla tych krajów, im prędzej się skończy to galwanizowanie trupa, te nad wyraz niezdrowe stosunki handlowe, które dziś w naszym świecie panują, tym rychlej minie okres klęski i tym więcej uratują one dóbr, które jeszcze posiadają. To, co dziś się robi, jest nie tylko przedłużaniem ich cierpień, ale osłabianiem ich z dnia na dzień, odbieraniem im sił, które bardzo im będą potrzebne w nowym, ubliżającym się okresie. Przeciw temu wyciskaniu z nich soków żywotnych mogłyby się one już dziś skutecznie bronić.

Do tego trzeba tylko dwóch rzeczy: myślenia na własny rachunek, a co za tym idzie, i postępowania samodzielnego w dziedzinie polityki gospodarczej, po wtóre zaś, co jeszcze ważniejsze, uczciwości polityków. W tym okresie chaosu nie tylko gospodarczego, ale i moralnego, coraz trudniej jest o uznanie tak prostej rzeczy, jak to, że zadaniem ludzi, mających odpowiedzialność za politykę gospodarczą kraju, jest pomnażanie dóbr narodu, podnoszenie dobrobytu ludności, budowanie podstaw zdrowego życia społecznego na wewnątrz i potęgi państwa na zewnątrz. Typowy polityk dzisiejszej doby sądzi, iż ubliżałoby mu, gdyby swego wpływu na stosunki gospodarcze nie używał przede wszystkim dla podtrzymania rządów swej partii, bez względu na cenę, jaką kraj za to płaci, a bardzo często dla uciułania sobie osobiście pokaźnego fundusiku na cięższe czasy.

Temu przedłużaniu cierpień dzisiejszej ludzkości bardzo sprzyja stan umysłów w całym świecie naszej cywilizacji. We wszystkich krajach najczęstszym zapytaniem, z którym człowiek się spotyka, jest: kiedy się kryzys skończy? Kiedy interesy zaczną iść na nowo? Gdyby ludzie rozumieli, że kryzys skończy się wtedy, kiedy upadnie wszystko, co postęp życia skazał na zagładę, że interesy nigdy nie zaczną iść na nowo na tych podstawach, na których rozwijały się dotychczas, że jest nieunikniona przebudowa gospodarcza świata, która się już rozpoczęła i która szybko posuwa się naprzód, pytaliby przede wszystkim: jak trzeba się przystosowywać do nowych, wytwarzających się dziś warunków?… Wtedy inaczej by patrzyli na wszystko, co robi dzisiejsza polityka urzędowa, nie daliby się tumanić kłamliwymi zapowiedziami o zbliżającym się końcu kryzysu, pożegnaliby się z nadziejami o powrocie do niedawnych złotych czasów. Myśl ludzka zrozumiałaby, co jest złem nieuniknionym, a co pochodzi ze sztucznego podtrzymywania rzeczy, skazanych przez życie na zagładę, i przestałaby pomagać rozmaitego rodzaju ciemnym żywiołom do przedłużania cierpień dzisiejszego człowieka. Natomiast zaczęłaby pracować nad tym, jak najłatwiej znieść nieuniknione zło dnia dzisiejszego, jak okres trwania tego zła najskuteczniej można skrócić, jakie się zapowiadają podstawy dla jutra i jak najszybciej dojść do tego, żeby to jutro zacząć budować.

Roman Dmowski

REKLAMA / Advertisement