Reklama

Piwar: Socjalizm dobija naftową potęgę – smutna historia Wenezueli

437

Reklama

Kraj ten ma największe na świecie, udokumentowane rezerwy ropy naftowej. Tymczasem jego obywatele polują na bezdomne psy, by mięsem wychudzonych czworonogów zapchać swoje zapadnięte żołądki. Mowa o Wenezueli – współczesnym symbolu upadku, nędzy i rozpaczy. Jak to możliwe, że bogate w bezcenny surowiec państwo osiągnęło szczyt ubóstwa? Tak spektakularnie zepsuć potrafią chyba tylko socjaliści. Czy ktoś ich do tego popycha?

O tragicznej sytuacji w Wenezueli po raz pierwszy usłyszałam latem 2017 roku. Dowiedziałam się, że aż 10 procent wenezuelskiego społeczeństwa odżywia się szukając jedzenia na śmietnikach, dzieci mdleją w szkołach z niedożywienia, a średnia pensja Wenezuelczyków wynosi 5 dolarów miesięcznie (sic!).

Reklama

Jak powiedział wówczas Leonardo Brito, specjalny korespondent PAFERE z Wenezueli – jego rodacy „buntują się, chcą ustąpienia obecnie urzędującego prezydenta Nicolása Maduro, ale kompletnie nie mają świadomości tego, że tak naprawdę cały system jest zły”. Brito jest ewenementem w swoim kraju. W socjalistycznej Wenezueli powołał fundację im. Bastiata, której celem jest nauczanie wolnej ekonomii. Najnowsze doniesienia Wenezuelczyka wołają o pomstę do nieba.

Stolica Caracas – niegdyś bogate i ruchliwe miasto, z rozwiniętą międzynarodową turystyką i dużymi polami golfowymi pełnymi latynoskich celebrytów. Dziś wiele fabryk, banków, dużych sklepów, uniwersytetów i centrów handlowych jest zamykanych lub atakowanych przez gangi przestępcze. „Och, właśnie sobie przypomniałem, że nic nie działa”; „Obudź się! Wygląda na to, że mieszkasz w innym kraju”; „Uspokój się, twój krewny pracuje dla rządu” – to ulubione dowcipy mieszkańców zdewastowanego miasta.

Luty 2018 roku – Leonardo Brito nakreśla nam kolejny opłakany obraz. Zaprzyjaźniony z PAFERE ekonomista przyznaje, że najgorsze uczucie samotności doskwiera w prowincjach i małych miasteczkach Wenezueli. Poniedziałki wyglądają jak niedziele – nikt nie idzie do pracy, ulice są puste, nawet nie słychać odgłosów samochodów. Większość przyjaciół Brito wyjechało za chlebem do sąsiedniej Kolumbii.

Żywność, lekarstwa, papier toaletowy, ubrania, środki czystości czy produkty dla niemowląt – jeśli już są dostępne w Wenezueli, to za cenę, na którą większość ludzi po prostu nie stać. Dramatyczna sytuacja spowodowała, że „prostytucja dla żywności” stała się „normalnym i prawowitym zawodem”, zaś kradzież to często jedyny sposób Wenezuelczyków na przetrwanie. Leonardo Brito alarmuje, że według statystyk przestępczości i przemocy jego kraj jest obecnie najniebezpieczniejszy na świecie.

Reklama

Zapalnik do rewolucji

Jeszcze w latach 60. i 70. XX wieku, dzięki dochodom z eksportu ropy Wenezuela była państwem stabilnym. U progu kolejnej dekady doszło do pierwszego załamania, kiedy wskutek zwiększenia produkcji ropy naftowej przez Arabię Saudyjską i Stany Zjednoczone, ceny surowca osiągnęły najniższy pułap w historii. W 1980 roku Wenezuela stanęła w obliczu poważnego kryzysu społeczno-gospodarczego. Produkt krajowy brutto (PKB) na jednego mieszkańca kraju zmniejszył się o 20 procent. W ciągu zaledwie kilku lat pensje Wenezuelczyków spadły o dwie trzecie.

W 1989 roku wybory prezydenckie wygrał Carlos Andrés Pérez z centrowej Akcji Demokratycznej. Jego administracja wprowadziła program reform neoliberalnych inspirowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Doszło do cięć wydatków socjalnych; państwowe przedsiębiorstwa w większości zostały sprywatyzowane; władza zrezygnowała z kontroli cen na wiele towarów; rząd zdecydował się zmniejszyć podatki dla osób najbogatszych, obarczając jednocześnie wyższymi podatkami najuboższych. Zmiany spowodowały niezadowolenie wśród ubogich i klasy robotniczej. Wzrosła dysproporcja między biedną większością a bogatą mniejszością. Zjawiska takie jak głód, prostytucja i przestępczość stawały się coraz powszechniejsze. I wreszcie, dług narodowy Wenezueli, zamiast maleć, ciągle wzrastał. 27 lutego 1989 roku w podstołecznym Guarenas rozpoczęły się zamieszki. Pretekstem było niezadowolenie z powodu podwyżki cen biletów autobusowych. Protesty w szybkim tempie rozprzestrzeniły się niemal na cały kraj, w tym stolicę Caracas, gdzie doszło do krwawego odwetu ze strony rządzących. Masakra trwała 6 dni i pochłonęła setki ofiar śmiertelnych. Zamieszki – zwane Caracazo – były największym tego typu wydarzeniem w historii Wenezueli i stały się mitem założycielskim ruchu, na czele którego stanął przyszły przywódca rewolucji boliwariańskiej i późniejszy prezydent.

Reklama

Zupełnie naturalnym zjawiskiem jest to, że z ogarniętego kryzysem kraju wyłonić się musi przywódca niezadowolonej większości. Niepokoi jednak fakt, dlaczego tak często – szczególnie w państwach Ameryki Południowej – przedstawicielem głosu zbuntowanych zostaje socjalista. Przecież taki człowiek, z racji wyznawanych idei, co najwyżej dobije po poprzednikach. W przypadku Wenezueli pocałunek śmierci zadał rodakom Hugo Chávez, absolwent Akademii Wojskowej.

Socjaliści przejmują stery

Przyszły prezydent w latach młodości z powodzeniem rozwijał karierę wojskową, snując w międzyczasie plany przejęcia władzy. W 1983 roku współtworzył Boliwariański Ruch Rewolucyjny- 200, tajną lewicową organizację polityczno-wojskową, której celem było obalenie dotychczasowego systemu politycznego i przeprowadzenie gruntownych zmian ustrojowych i społecznych w państwie. Po zamieszkach Caracazo Chávez zintensyfikował przygotowania do zamachu stanu. Do pierwej próby obalenia neoliberalnego rządu doszło w 1992 roku. Pucz zakończył się klęską. Chávez na dwa lata trafił do więzienia.

Po wyjściu na wolność odbył tournée po kraju, podczas którego promował swoją boliwariańską wersję rewolucji społecznej. Ruch Hugona Cháveza proponował gruntowną transformację gospodarczą i polityczną oraz zastąpienie kapitalizmu systemem określanym jako „socjalizm XXI wieku”. Autorem tej koncepcji był niemiecki politolog Heinz Dieterich. Jego zdaniem ani kapitalizm ani komunizm nie zdołały rozwiązać takich globalnych problemów społecznych jak bieda, rasizm i seksizm, wyzysk ekonomiczny, głód, niszczenie środowiska i odsunięcie ludzi od autentycznego wpływu na bieżącą politykę. Idea Dietericha – doradcy Cháveza – opierała się na następujących zasadach: rezygnacji z gospodarki wolnorynkowej na rzecz gospodarki opartej na teorii wartości, „demokratycznie determinowanej przez to, co bezpośrednio tworzy wartość”; demokracji bezpośredniej, opartej na plebiscytach; pojmowaniu państwa jako reprezentanta interesów całego społeczeństwa i obrońcy mniejszości, krytycznej, racjonalnej, etycznej i rozsądnej postawie obywateli.

Chwytliwe hasła podbiły serca większości Wenezuelczyków. W 1988 roku Hugo Chávez wygrał wybory prezydenckie, a rok później w powszechnym referendum została zatwierdzona nowa konstytucja Wenezueli. Chávez rządził aż do śmierci w 2013 roku. Władzę po nim przejął ówczesny wiceprezydent, a obecny prezydent Nicolás Maduro. Rządy tych socjalistów w niespełna dwie dekady doprowadziły kraj do totalnej ruiny. Wenezuela stanowi przykład, że jakkolwiek pięknie by nie brzmiały idee socjalistyczne, wdrożenie ich w życie, prędzej czy później kończy się spektakularnym upadkiem.

Reklama

Naoczny świadek donosi…

…O wychudzonych psach uciekających przed tłumem, który chce je dopaść i zjeść. O młodej Matce Annie, na oczach której umarł czteroletni syn, bo nie było dostępu do lekarza i potrzebnych lekarstw. O tym, że w ciągu zaledwie dwudziestu lat socjalizm zmniejszył do zera przedsiębiorczość, produktywność, zyski i bogactwo Wenezuelczyków. O braku realnego sprzeciwu, bo w parlamencie Wenezueli nie ma prawdziwej opozycji.

Leonardo Brito wyjaśnia, że jedyną legalną opozycją jest MUD (Mesa de Unidad Democratica), czyli partia wyhodowana przez reżim.

– Pojawiają się w CNN, podróżują po świecie, udzielają wywiadów zagranicznej prasie i często wybierają się do wyborów, ponieważ od 19 lat zawsze przegrywają – podkreśla młody Wenezuelczyk.

Tymczasem – jak dodaje Brito – prawie 80 procent społeczeństwa jest przekonana, że dyktatura to połowa MUD i połowa rządu. Na potwierdzenie tych badań, korespondent PAFERE przytacza dodatkowo wypowiedź Noela Alvareza, szefa jednego z głównych ruchów obywatelskich Independents for Progres: „Nasi politycy nas nie reprezentują, to dla nich biznes. Reżim chavista stworzył własną opozycję.”

Przedstawiciel czołowego think tanku w Caracas – The Bastiat Society of Venezuela – zapewnia, że jego organizacja dokłada wszelkich starach, by otwierać oczy Wenezuelczykom.

– Zawsze tłumaczymy, że prawdziwy koszt socjalizmu w naszym kraju, to nie tylko spadek gospodarczy, niewłaściwa polityka monetarna, zła polityka fiskalna, statystyki dotyczące ubóstwa i hiperinflacja, ale przede wszystkim chodzi o czynnik ludzki, o który musimy zadbać – wyjaśnia Brito.

Korespondent PAFERE ma na myśli „żołądki normalnych ludzi, kieszenie pracujących ojców, rozdzierające serce historie rozdzielonych rodzin”. I dodaje, że Wenezuelczyków każdego dnia przepełnia niepewność jutra – obawa przed pustą lodówką, utratą marzeń i braku nadziei na wspólne tworzenie przyszłości.

W głowach socjalistów

Mając jeszcze w pamięci wcześniejsze wstrząsające doniesienia młodego wolnościowca z Wenezueli, jesienią 2017 roku pojechałam do Soczi w Rosji na XIX Międzynarodowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Cykliczne wydarzenie odbywa się od 1947 roku pod patronatem Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej (WFDY), lewicowej organizacji młodzieżowej i Międzynarodowej Unii Studentów. W czasach zimnej wojny wiele festiwali odbyło się w krajach socjalistycznych. W wyniku tego zostały one uznane przez Departament Stanu USA za narzędzie komunistycznej propagandy. Od tamtej pory kraje zachodnie wycofały się ze wspólnej organizacji imprezy. W tej sytuacji naturalny wydaje się fakt, że Festiwal w Soczi przyciągnął rozmaite młodzieżówki socjalistyczne z najdalszych zakątków świata. Wśród nich przedstawiciele krajów Ameryki Południowej, takich jak Kuba czy właśnie Wenezuela. Latynosi dumnie prezentowali portrety ikon socjalistycznych ruchów łacińskiego kontynentu, na czele z Fidelem Castro, Che Guevarą i Hugo Chávezem.

Jako ciekawska dziennikarka miałam niepowtarzalną okazję poczuć „ducha rewolucji”, a tak poważniej – próbowałam zrozumieć, co popycha tych młodych ludzi w kierunku samozagłady. Przechadzając się po festiwalowych stoiskach dostrzegłam nie tylko propagandowe ulotki, gadżety, plakaty, czasopisma i książki ozdobione czerwoną gwiazdą, lecz także inteligentną i – wydawałoby się – autentycznie zatroskaną o pokój i stabilizację młodzież. To nie był margines społeczny, ani żadna patologia, lecz elita swoich państw. Jak to możliwe – pytałam w myślach – że tacy szczerzy i ideowi ludzie są jednocześnie tak naiwni i zaślepieni, że uwierzyli w socjalizm?

Na przestrzeni ostatnich lat poznałam wielu socjalistów młodego pokolenia. Oni także różnią się między sobą, choć zdaje się, że te różnice są uwarunkowane geograficznie. Jednych kręcą grube dotacje zdarte z pieniędzy podatników i ciepłe posadki za nicnierobienie (Unia Europejska), innych pociąga bunt przeciwko amerykańskiemu imperializmowi, który nierzadko prowadzi do rewolucji. Tych drugich widziałam właśnie w Soczi. Nie godzą się oni na hegemonię Stanów Zjednoczonych, ani dyktat banku światowego i międzynarodowych korporacji. Zapytałam kolegę z jednej z byłych republik radzieckich, dlaczego Fidel Castro jest dla niego największym idolem. W odpowiedzi usłyszałam, że imponuje mu niezniszczalność kubańskiego przywódcy,

o czym świadczyć miały nieudane próby przygotowania przez Amerykanów kilkuset zamachów na jego życie. Mojego rozmówcę próbowałam przekonać, że nie tędy droga do prawdziwego bohaterstwa. Skoro Castro był taki wspaniały, to dlaczego kubańska gospodarka od dziesięcioleci stoi w miejscu, a sami Kubańczycy żyją w zacofaniu i ubóstwie – pytałam przekornie. Odpowiedzią było zakłopotane milczenie i spuszczenie wzroku.

Podobnym rozmów odbyłam wiele. Nie dalej jak kilka miesięcy temu, podczas luźnej i szczerej rozmowy zapytałam znaną lewicową dziennikarkę, dlaczego popiera socjalizm. W odpowiedzi usłyszałam, że ludzie w swojej naturze są egoistyczni i nie chcą się dzielić z potrzebującymi, dlatego konieczna – jej zdaniem – ingerencja państwa. Zrozumiałam, że socjaliści po prostu nie wierzą w dobro i szlachetność człowieka. Być może mierzą swoją miarą, ale nie mnie oceniać co siedzi w ich sumieniach.

Wołanie o pomoc

Mogę się tylko domyślać, dlatego kraje bogate w złoża ropy naftowej, jeśli nie zatańczą jak im zagrają Stany Zjednoczone, kończą odcięte od reszty świata (Wenezuela, Iran, Syria, itp…). Próba wybicia się na niezależność od amerykańskiej hegemonii jest zrozumiała. Nie mogę jednak pojąć, dlaczego (jakby nie było, nierzadko inteligentni i oczytani) reprezentanci niezadowolonych, tak często decydują się na przemiany w najgorszym wydaniu. Historia wielu państw pokazuje dobitnie, że zainstalowanie socjalizmu zawsze kończy się klęską. Wenezuela jest tej klęski współczesnym symbolem.

Hugo Chávez łudził się, że będzie sprytniejszy od samego diabła. Odżegnywał się od komunizmu, krytykował ZSRR i opowiadał się za wprowadzaniem socjalistycznych zmian drogą pokojową. Co ciekawe, wenezuelski prezydent nie ukrywał, że wpływ na jego światopogląd ma również nauczanie Chrystusa. Być może właśnie dlatego, ten egzotyczny miszmasz w wersji latynoskiej – zwany „socjalizmem XXI wieku” – przypadł do gustu Wenezuelczykom. Jakby nie patrzeć, przywódca rewolucji boliwariańskiej został prezydentem w wyborach demokratycznych.

Tymczasem Leonardo Brito nie ma wątpliwości, że dramat Wenezueli ma swoje źródła właśnie w socjalizmie. Ekonomista przypomina, że koszmar rozpoczął się 1999 roku, kiedy aż 80 procent wenezuelskiego społeczeństwa stanowiło młode pokolenie. Być może właśnie dlatego, Wenezuelczycy nie mają pojęcia, że to system jest zły. Przecież ich młode umysły kształtowały się – a właściwie były poddawane indoktrynacji – już w socjalistycznej rzeczywistości. W tym kontekście warto przytoczyć słowa innego korespondenta PAFERE, tym razem z Ekwadoru:

– Codziennie w Ekwadorze, który z Wenezuelą nie graniczy, ląduje 3 tysiące Wenezuelczyków. Ale są z nimi same problemy, które wynikają z tego, że Wenezuelczycy są bardzo roszczeniowi. Mają żądania, a pracować im się za bardzo nie chce.

Szef fundacji im. Bastiata z Wenezueli zapewnia, że członkowie jego organizacji – i im podobni – posiadają wiedzę, aby zaradzić kryzysowi, ale brakuje narzędzi. Jego zdaniem Wenezuelczycy są obecnie kompletnie bezbronni i dopóki trwają rządy socjalistów nie mają możliwości przeprowadzenia jakichkolwiek reform gospodarczych i zmian politycznych. Wszelkie protesty są nielegalne i represjonowane. Co gorsza, nawet konstytucja nie może być użyta do obrony, ponieważ socjaliści uchwalili ją na własną modłę.

– Tyrani posiadają absolutnie wszystko, ale nie nasze nadzieje – zapewnia korespondent PAFERE i desperacko prosi opinię międzynarodową o pomoc.

Brito podkreśla, że Wenezuelczycy mają związane ręce, dlatego nie są w stanie samodzielnie wyjść z kryzysu. Co może dla nich zrobić świat? Komentować, dzielić się informacjami, modlić za Wenezuelę i wyjaśniać, że prawdziwy koszt socjalizmu to nie spadek PKB i niedobór, ale czynnik ludzki – apeluje młody Wenezuelczyk.

Wenezueli trzeba nie tylko pomóc, ale wyciągnąć wnioski z jej dramatu. Pamiętajmy o tym kraju za każdym razem, kiedy polski rząd zaciska pętle na szyi polskiego przedsiębiorcy i – w imię przypodobania się wyborcom – sięga po pieniądze w celu rozdawnictwa. Pieniądze, których nie ma.

Agnieszka Piwar

za: pafere.org