Luberacki: O myśli Pawła Włodkowica

209

W niedawnym artykule pisałem o litewskim antypolonizmie. We wstępie napisałem o wysokiej podatności Litwinów na wpływ kulturowy, jaki wywierali na nią cywilizacyjnie bardziej rozwinięci sąsiedzi. Jak to ma się do myśli Pawła Włodkowica? W rozwinięciu postaram się wyjaśnić.

XIV-wieczna Litwa, będąc pod władztwem dynastii Giedyminowiczów, rozlała się na prawie całą Ruś. Lud z elitami wcale nie bronił „swojej„ dynastii Rurykowiczów, więcej – woleli władzę Wielkiego Księcia Litewskiego, bo nie płacił trybutu Tatarom. Skoro sam nie płacił, to nie musiał zdzierać pieniędzy z ruskich poddanych. Do tego jeszcze władza litewska nie prowadziła litwinizacji, wręcz przeciwnie, sama ulegała ruskim wpływom. Olgierd Giedyminowic ożenił się z ruską księżniczką, chrzest przyjął ze wschodniej Cerkwi. Jego syn i następca – Jagiełło – był już nawet zdecydowany na przyjęcie chrztu i porzucenie Litwy na rzecz Rusi. I stała się rzecz, która w polityce europejskiej Christianitas nie mogła się stać. Kraj katolicki, czyli Polska, wezwał na tron pogańskiego władcę. Jagiełło miał przyjąć chrzest, lecz standardy ówczesnej polityki były inne od dzisiejszych. Można bez oporów mówić o skandalu, który odbił się głośnym echem w Europie. Plotki i niepochlebne opinie, znajomość obyczajów dworu wileńskiego – to sprawiło, że chrzest krakowski Jagiełły, już polskiego króla, był poddawany pod wątpliwość.

Zaistniałą sytuację chciał wyzyskać dla siebie Zakon Krzyżacki. Był on w ciągłym konflikcie z Polską i Litwą, teraz związanych osobą władcy i wspólnym wrogiem. „Polacy zdrajcami krzyża„ – te i podobne hasła rozbrzmiały w Europie, czyniąc Zakon w oczach możnych i władców jedynym ratunkiem dla chrześcijaństwa w regionie. Kampania oszczerstw wobec Polski była na tyle silna, że Zakon stał się popularny jak nigdy przedtem i nigdy potem. Rycerstwo europejskie ciągnęło do Prus, by stanąć w obronie zagrożonego Zakonu, a tym samym zagrożonej Wiary. Motywacją Zakonu Krzyżackiego nie była obrona wiary, pogrążał się on coraz bardziej w niemieckim bizantynizmie, co ostatecznie potwierdził ostatni jego Wielki Mistrz sekularyzując Zakon i porzucając Wiarę. W interesie Krzyżaków było zagarnięcie najpierw Żmudzi, a potem kto wie czego jeszcze by zapragnęli? Litwy? Rusi? Polski? Możliwe, ale wówczas chcieli Żmudzi i osłabienia Polski. W osłabieniu naszego państwa interes miał także Jan Luksemburczyk, pragnący kolejnego państwa pod swoim panowaniem. Machina propagandowa mówiąca o niepewności chrztu krakowskiego, o rychłym powrocie Polski do pogaństwa pracowała pełną parą. Jednocześnie podkreślano, że ziemie pogańskie powinny przypaść Zakonowi, który tyle poświęcił dla ich chrystianizacji. I gdy już ten pogląd prawie zwyciężył, oto na scenę wszedł Paweł Włodkowic.

Polska, jako strona tego konfliktu zabrała się gruntownie do rozprawy z Zakonem. Nie mówię o przygotowaniach do wojny. W każdym razie nie o przygotowaniach stricte zbrojnych. Bronią, jakiej Polska użyła, były filozofia i książka. Paweł Włodkowic obalił krzyżacką tezę o „niczyjości„ ziem pogańskich. Na soborze w Konstancji mówił o prawym posiadaniu praw do tych ziem przez tubylców, nawet pogańskich. Według Niego wiara nie może pochodzić z przymusu. Ta teza uderzyła mocno w samą istotę działań Zakonu, który wolał nawracać i nawracał mieczem. Gdy obie tezy zostały, na żądanie Polski, rozważone – o dziwy – przyznano Polsce rację! Krzyżacy bronili się zaciekle, posuwając się do oszczerstw i pomówień. Wynajęty pamflecista natworzył dzieł szkalujących Polskę, lecz stojąc przed samym Papieżem – Marcinem V – odwołał swe słowa. Śmiem twierdzić, że Polska nie dość, że wywalczyła miejsce dla swojej własnej kultury, to jeszcze obroniła cywilizację, wygrzebując myśl chrześcijańsko-klasyczną spod grubej warstwy niemieckiego bizantynizmu.

Tezy Pawła Włodkowica zapadły głęboko w umysły polskich elit rządzących. Najwidoczniejsze było to w czasach rewolucji protestanckiej. W czasie, gdy na zachód od Polski dosłownie szalały wojny religijne, w naszym państwie nikogo nie prześladowano. Pokazuje to jasno rozbieżność dróg zachodniej – reprezentowanej przez cywilizowanych po bizantyńsku Niemcach i drogi polskiej – łacińskiej. Gdy w Rzeszy Niemieckiej ogłaszano „cuius regio, eius religio„, w Polsce król ogłaszał się królem owiec i kozłów jednakowo. Myśl tolerancji religijnej i nawracania jedynie słowem i przykładem dała piękny i obfity owoc. Postęp kultury polskiej, a więc i religii katolickiej szedł raźno na wschód. Sukces, jaki odniósł był również podyktowany rządami Iwana Groźnego w Księstwie Moskiewskim. Niewygodnych sobie możnych likwidował, w czasie, gdy w Polsce możny mógł wypowiedzieć królowi posłuszeństwo, w razie nieprzestrzegania przezeń praw. Ekspansja szła tak raźno, bo nie była zarządzona po bizantyńsku – mechanicznie, sztucznie, lecz właśnie dlatego, że była żywa i, w pewnym sensie, organiczna. Odbywała się staraniem nie aparatu państwa, lecz głównie społeczeństwa, przez które należy rozumieć możnowładztwo. Można powiedzieć, że starcie cywilizacji, jakie miało miejsce w ówczesnym państwie polsko-litewskim było wygrywane przez naszą cywilizację dzięki zapewnieniu cywilizowanych warunków.

W tym wszystkim znaleźć należy odpowiednie miejsce dla „złotej wolności”. Nieprzypadkowa jest jej istotowa bliskość z ideą tolerancji religijnej Pawła Włodkowica. Jego idea wykwitła w Akcie Konfederacji Warszawskiej, która gwarantowała wieczny pokój między wyznawcami różnych religii, a także zapewniała innowiercom równouprawnienie z katolikami i opiekę państwa. Uważam, że nie była ona wynikiem słabości katolickiej szlachty, lecz przeciwnie. Znając moc kultury polskiej i Wiary uznała ona, że kwestią czasu pozostanie nawrócenie heretyków i schizmatyków. I tak się działo. Dokonywano konwersji na katolicyzm. Czasem zdarzało się, że droga prawosławnych do katolicyzmu wiodła nawet przez protestantyzm. Cywilizacja łacińska nie była zagrożona, bowiem była silna i znalazła prawdziwie dogodne dla rozwoju warunki.

Po wygaśnięciu dynastii Jagiellonów i tuż po rozczarowaniu Henrykiem Walezym szukano rozwiązania, które wzmocniłoby Rzeczpospolitą. Powstała koncepcja unii z Moskwą. Koncepcja ta była tyle piękna, co wówczas nierealna. W czasie polskiego bezkrólewia kandydatem był moskiewski car – Iwan Groźny. Kandydatura ta nie zdobyła jednak wystarczającego poparcia. A sam car, uznając postawę Polaków za słabość, ruszył na Inflanty, z których wyrzucił go nowy polsko-litewski władca – Stefan Batory. Sama koncepcja potrójnej unii nie umarła. W czasie panowania Zygmunta III niestety sfera religii została powiązana ze sferą polityki zbyt mocno. To nie gorliwość katolicka króla Zygmunta spowodowała, że zadziałał on jak typowy władca cywilizacji bizantyńskiej. To względy polityczne spowodowały, że postanowił mechanicznie, rozporządzeniem państwowym zaprowadzić ład i przywrócić schizmatyków prawosławnych do jedności z Rzymem. Warto zwrócić uwagę, że kaznodzieją króla był ks. Piotr Skarga. Szermierz kontrreformacji nawoływał w licznych pismach do zaprowadzenia porządku ściśle katolickiego w państwie. Wystąpienie przeciw wolności wyznania szlachta odebrała jako zamach na złotą wolność. Uważam, że postulat urządzenia państwa prawami zgodnymi z Prawami Bożymi i moralnością katolicką jest nieśmiertelnie słuszny. Błędne mogą być natomiast sposoby jego zaprowadzania. Motorem napędowym zmian powinien być naród, nie państwo. Kościół był wówczas instytucją wystarczająco silną, posiadającą najlepsze szkoły, a na służbie swej najtęższe umysły, by móc zaszczepić w narodzie, rozumianym nie jako ogół ludności, lecz posiadających świadomość narodową szlachcicach, ideę katolickiej w istocie przebudowy państwa. Wzniosła idea ks. Piotra Skargi stając w opozycji do panującej w umysłach idei Pawła Włodkowica wywołała niechęć elit. Wracając do koncepcji przywrócenia unii florenckiej do życia należy powiedzieć, że spowodowała opór elity prawosławnej i zrodziło niechęć do Polski. Myśl o unii była novum dla umysłów polskich. Przecież oparta na myśli tolerancji religijnej robota szła dobrze. Konwersje na obrządek łaciński nie szły opornie, były kwestią czasu. Działanie króla Zygmunta nie dość, że wywołało wewnątrzpaństwowy opór prawosławnego możnowładztwa, to wpłynęło na sytuację geopolityczną. Prawosławie zostało wepchnięte do sojuszu ze Stambułem. Nastąpiło zbliżenie Caratu i Sułtanatu. I gdy w muzułmańskiej Turcji katolicy byli prześladowani, prawosławni cieszyli się religijną autonomią. Między Moskwą a Stambułem zaczęli kursować posłowie i agitatorzy, działający przeciw unii prawosławia z Rzymem. Szczęściem Moskwa pogrążyła się w potężnym kryzysie państwowym – nastąpił dla niej czas Wielkiej Smuty. Dzięki temu projektowany antypolski i antyunijny sojusz chwilowo upadł. W tym czasie wybuchła na nowo idea unii z Moskwą. Czas Samozwańców i Dymitriad był możliwością do urzeczywistnienia tej idei, lecz dała o sobie znać bizantyjskość w działaniu politycznym. Zamiast dać rzeczom bieg swobodny, podobny do tego z czasu ekspansji kultury polskiej na Litwę, zamierzano wprowadzić cywilizację nakazami i zakazami, słowem – sztucznie. Uważam, że gdyby polityka Rzeczpospolitej była prowadzona według myśli Pawła Włodkowica moglibyśmy odnieść sukces na skalę globalną. Niestety jest to nieweryfikowalna hipoteza.

Opór bojarów, jaki powstał przeciw siłowemu, sztucznemu wprowadzaniu „europejskości„, rozumianej jako wprowadzenie religii katolickiej, przerodził się, czego się można było spodziewać, w walkę z Polską. Rzeczpospolita była zagrożeniem dla tożsamości i wszystkiego, co moskiewskie. Zdając sobie z tego sprawę, elity i lud były w stanie z siebie wykrzesać wystarczające siły, by wygnać Polaków. Elity Rzeczpospolitej nie zdały sobie sprawy, że synteza cywilizacji jest niemożliwa. Zamiast pójść wypróbowaną ścieżką i stworzyć warunki odpowiednie, czyli cywilizowane, dla starcia cywilizacji, jak w przypadku unii z Litwą, wybrano ścieżkę, na której wieki wcześniej wyłożyło się potężne Imperium Rzymskie – ścieżkę unii. Od tego czasu zamiast sukcesu cywilizacji łacińskiej i kultury polskiej wszystko zaczęło „ciążyć„ ku Wschodowi. Należy bowiem pamiętać, że Turcja pielęgnowała, jeśli można użyć tego określenia, patriarchat carogrodzki. Był on przeciwnikiem unii z Rzymem, a co za tym idzie przeciwnikiem Rzeczpospolitej. Zadziałała zasada: „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. I patriarchat działał przeciw Polsce, organizując tajną hierarchię prawosławną i „zagospodarowując„ ideologicznie Kozaczyznę. Brak wojny z Turcją i zmniejszenie rejestru kozackiego nie były jedynymi przyczynami buntu. Czy w takim przypadku Kozacy byliby chętni do współpracy z Chanatem Krymskim? Chan tatarski był lennikiem sułtana tureckiego, wroga Rzeczpospolitej. Kozakom zależało widocznie na wojnie jako takiej, bo dostarczała możliwości zdobycia sławy i łupów. Albo też podjudzeni przez wysłanników patriarchy Konstantynopola skierowali się przeciw Polsce i przeciw unii. Wykorzystano niekompatybilność kulturową Kozaków z, mówiąc po kozacku, Lachami. Powodem tej niekompatybilności był turanizm Kozaczyzny, który objawiał się w wojskowej organizacji całego życia społecznego i ślepe podążanie nawet za niemoralnym przywódcą. Panowała wśród nich pozorna obojętność religijna, choć względy religijne często były jako przyczyny wojen. I tak stało się w przypadku buntu Chmielnickiego. Kozacy chcieli iść na bisurmańską Turcję, ale gdy zostali pchnięci na katolicką Polskę, nie mieli problemu ze współpracą z muzułmańskimi Tatarami z Krymu. Ziarno buntu musiało mieć przygotowaną glebę, nie dałoby aż tak wielkiego owocu. Dowodem tej hipotezy jest to, że skorzystały na tym ostatecznie Moskwa i Turcja. Moskwa, bo Polska została osłabiona, a Turcja, bo zagrożenie, jakie rodziła unia Rzeczpospolitej z Moskwą zostało ostatecznie zneutralizowane.

Zmierzając ku końcowi chciałbym podkreślić wagę myśli Pawła Włodkowica w historii Polski. Dzięki niej Polska uchroniła się od zagrożenia krzyżackiego. To dzięki niej Polska promieniowała swoją kulturą na Wschód. Można powiedzieć, że to dzięki niej w końcu Polska stała się liczącą się potęgą Europy. Gdyby myśl ta była dalej wcielana w życie, gdyby polityka Rzeczpospolitej kierowana była dalej według tej myśli – to kto wie, może w Moskwie, zamiast Placu Czerwonego byłby Plac Pawła Włodkowica?

Paweł Luberacki
————-
Działacz Brygady Dolnośląskiej ONR i student Politechniki Wrocławskiej. W swoich publikacjach najchętniej porusza kwestie gospodarcze, pracownicze i ideowe.

za: kierunki.info.pl