REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Jędrzej Giertych: Rozważania o Bitwie Warszawskiej 1920-go roku (fragm.)

239

Jest zadziwiające, jak mało jest w narodzie polskim zrozumienia dla strategii. Zarówno wojennej, jak politycznej. Polscy wojskowi studiują pilnie przebieg bitew – ale dziwnie mało mają zrozumienia dla przebiegu i ogólnego strategicznego tła wojen. Słuchając tego, co się mówi o nowoczesnej polskiej historii w polskich kołach wojskowych, można by niemal nabrać przekonania, że bitwa pod Kościuchnówką miała większe znaczenie od Wersalu. (I od tego, co było pierwszym krokiem ku Wersalowi: deklaracji Jarońskiego w Dumie). A już stanowczo: bitwa pod Monte Cassino i powstanie warszawskie większe znaczenie od kampanii wrześniowej.

Wybitnym polskim strategiem był generał Rozwadowski. Lwi pazur wielkiego stratega miał zamordowany przez piłsudczyków generał Zagórski. Wybitny talent strategiczny, ale tylko strategiczny, bo bez zrozumienia strategii politycznej, miał generał Sikorski. Śmiem twierdzić, wbrew krytykom tego generała, odmawiającym mu rozumu i wręcz inteligencji, że wcale nie najgorszym strategiem był Józef Haller. Natomiast tacy ludzie, jak marszałek Rydz-Smigły, byli w rzeczach strategii, a tym bardziej w rzeczach wielkiej polityki, naiwnymi dziećmi, albo, jeśli kto woli ująć rzecz inaczej, analfabetami. Piłsudski był zarówno w rzeczach strategii wojennej jak wielkiej polityki tak samo analfabetą.

REKLAMA

Reklama / Advertisement

Pułkownik Kędzior nie miał w życiu wiele pola do zastosowania i wykazania swych uzdolnień w praktyce. Ale nie mogę się oprzeć przekonaniu, że jest to człowiek o wrodzonym, wielkim darze rozumienia zagadnień wielkiej strategii. Dlatego jego oceny polskiej historii wojskowej mają wielką wartość. Pułkownik Kędzior służył w II brygadzie Legionów Polskich pod dowództwem austriackim. Jest więc z pochodzenia wojskowego – legionistą. Był natomiast przeciwnikiem Piłsudskiego i piłsudczyzny, czyli na gruncie legionowym: I brygady, która zawsze miała cechę socjalistycznej bojówki, to znaczy kontynuowała tradycje organizacji bojowej PPS z lat 1905-1907 i ożywiona była duchem polskiej wojny domowej. Należał on do tych, którzy uważali, że trzeba zawczasu tworzyć kadry polskiego wojska, które potrzebne będzie narodowi polskiemu w chwili zakończenia wojny – i że dobrą sposobnością ku temu były tworzone w oparciu o Austrię Legiony. Nie był on więc legionistą-piłsudczykiem, a więc socjalistycznym partyjnikiem, ale legionistą o ambicjach wyłącznie wojskowych.
W chwili zrzucenia więzów zaboru i okupacji, na przełomie października i listopada 1918 roku, był w tzw. „Polnische Wehrmacht”.

W polskiej wojnie brał udział jako dowódca batalionu od grudnia 1918 roku do 17 października 1920 roku.
Po wojnie pełnił w poszczególnych latach funkcje następujące: dowódcy liniowego, oficera w Sztabie Generalnym, szefa sztabu dywizji i oficera w Generalnym Inspektoracie. Był następnie polskim attache wojskowym w poselstwie polskim w Lizbonie i w Madrycie. Funkcja ta była dlań w istocie, jako pole działania i wojskowego doświadczenia, kluczowym okresem życia. Jak wiadomo, w czasie od 18 lipca 1936 roku do 28 względnie 31 marca 1939 roku trwała w Hiszpanii wojna domowa: Polska uznawała w tej wojnie stronę „czerwoną”, nie miała więc oficjalnego przedstawicielstwa dyplomatycznego, ani attache wojskowego po strome „białej”. (Rząd polski uznał de jure rząd generała Franco dopiero 18 lutego 1939 roku). W praktyce jednak, zachodziła konieczność utrzymania przez Polskę z rządem narodowej Hiszpanii jakichś stosunków przez cały czas trwania hiszpańskiej wojny domowej. Stosunki te Polska utrzymywała poprzez poselstwo polskie w Portugalii. Pułkownik Kędzior, jako polski attache wojskowy w Lizbonie, był więc w praktyce także i attache wojskowym przy rządzie narodowej Hiszpanii. Przez większą część czasu nie przebywał nawet w ogóle w Portugalii, ale przebywał w Hiszpanii, to w miastach, w których mieściły się ośrodki rządowe i dowódcze, to na froncie.

Wojna domowa hiszpańska była wielką wojną, która bezpośrednio poprzedziła drugą wojnę światową: skończyła się ona na 5 miesięcy przed wybuchem tej ostatniej. Oczywiście, dała ona dla drugiej wojny światowej moc doświadczeń. Już w wojnie hiszpańskiej wypróbowanych zostało mnóstwo nowych metod taktycznych i operacyjnych, wypróbowane zostało w szczególności użycie broni pancernej oraz nowoczesnego lotnictwa. Wypróbowana została również wartość nowych typów sprzętu. Dwa wielkie państwa, oba sąsiadujące z Polską, które miały potem odegrać wielką rolę w drugiej wojnie światowej, mianowicie Niemcy i Rosja Sowiecka, faktycznie brały w wojnie domowej hiszpańskiej udział, wysyłając tam swoje formacje pancerne, swoje lotnictwo, swoją piechotę (brygady ochotnicze), oraz swoich generałów i sztabowców. To samo zrobiły Włochy. Inne państwa, m.in. Francja i Wielka Brytania, obserwowały wojnę domową hiszpańska nie tak aktywnie, ale także bardzo uważnie. Głównym obserwatorem polskim tej wojny był pułkownik Kędzior.To ta wojna powinna była być najbezpośredniejszym źródłem doświadczeń i wskazań dla Polski – w przededniu mającej się za 5 miesięcy zacząć kampanii wrześniowej, to znaczy wojny polsko-niemieckiej. Takie było także i zdanie pułkownika Kędziora.

ParkerShop.pl: Zestawy Parker Urban już od 199 zł

Na podstawie swoich obserwacji, poczynionych w Hiszpanii, opracował on w roku 1938 memoriał dla polskiego Naczelnego Dowództwa, w którym przedstawił plan obrony przed przypuszczalnym, bliskim atakiem niemieckim, przedsięwziętym przy pomocy kolumn pancernych, wspartych masowym uderzeniem lotnictwa. Głównym postulatem, który w swym memoriale wysunął, było zorganizowanie w sposób pospieszny na głównych, dających się bez trudu przewidzieć kierunkach niemieckich ofensyw pancernych, systemu zapór, na których by się uderzenia niemieckie musiały choćby chwilowo zatrzymać, co sparaliżowałoby niemiecki plan wojny błyskawicznej i stworzyło całkiem nową sytuację strategiczną. Także – utworzenie specjalnych brygad zaporowych.

Memoriał ten został przez polskie władze wojskowe całkowicie zignorowany. Doświadczeń wojny hiszpańskiej – w której, tak jak w operacjach niemieckich w polskiej kampanii wrześniowej główną rolę odegrały kolumny pancerne, wsparte zmasowaną piechotą i masowymi bombardowaniami lotniczymi – armia polska w swej kampanii wrześniowej nawet w najmniejszym zakresie nie zużytkowała. Obok szeregu innych przyczyn, takich, jak proniemiecka polityka zagraniczna Piłsudskiego i Becka, która pozbawiła nas czechosłowackiego, przyjaznego sąsiada i rozluźniła nasz sojusz z Francją, jak niszczycielska gospodarka wojskiem przez Piłsudskiego w latach 1926-1935, która zniszczyła polską siłę obronną, jak nastawienie głównie antyrosyjskie, a nie antyniemieckie armii polskiej w latach 1926-1939 i jak brak planu wojny z Niemcami, który dopiero poczynając od marca 1939 roku zaczęto „na kolanie” improwizować, jedną z przyczyn naszej klęski wrześniowej 1939 roku było to, że polskie Naczelne Dowództwo nie skorzystało z doświadczeń wojny domowej hiszpańskiej, zreasumowanych dla niego w memoriale pułkownika Kędziora.

W czasie kampanii wrześniowej pułkownik Kędzior był do dnia 10 września 1939 roku w Madrycie. Gdy poczynając od 30 września 1939 roku uformował się polski rząd emigracyjny w Paryżu z generałem Sikorskim jako premierem, wodzem naczelnym i ministrem spraw wojskowych na czele i gdy rozpoczęte zostało formowanie na ziemi francuskiej i na Bliskim Wschodzie nowej armii polskiej, opartej o pobór do wojska wśród polskich emigrantów, obywateli polskich, głównie we Francji, oraz o dopływ żołnierzy z Polski z rozbitych oddziałów, pułkownik Kędzior mianowany został szefem Sztabu Głównego armii. Było to najwyższe stanowisko jakie w życiu zajmował – i w istocie, stanowisko bardzo wysokie. Pułkownik Kędzior był szefem sztabu polskiej armii od października 1939 roku do 5 czerwca 1940 roku. W tym czasie opracował zasady użycia wojska emigracyjnego.

Generał Sikorski, który doszedł do władzy nad polskim wojskiem (także i do władzy rządowej) jako przeciwnik obozu piłsudczyków, winnego doprowadzenia Polski do katastrofy wrześniowej i do nowego rozbioru, chciał mieć w pułkowniku Kędziorze jedną z podpór swojego porządku w wojsku. Zaproponował pułkownikowi Kędziorowi, że go z miejsca mianuje generałem. Pułkownik Kędzior nie zgodził się na to. Uważał, że moment po klęsce nie jest odpowiedni na nowe nominacje generalskie. Sądził, że lepiej będzie, by pełnił swoje funkcje jako pułkownik. Gdy nadejdzie – w sposób nieunikniony – moment bezpośredniego starcia niemiecko-francuskiego, w którym nowa polska armia weźmie udział, będzie mógł choćby przez czas krótki dowodzić w polu – na przykład dywizją – i otrzymać wtedy nominację generalską po jakichś bojach.
Myślę, że źle się stało. Długa bezczynność wojenna okresu „dziwnej wojny”, a potem klęska francuska sprawiły, że do uzyskania takiej nominacji generalskiej w polu nie nadarzyła się stosowna okazja. Aleksander Kędzior pozostał i w 1939 roku i w 1940 i później, aż po dziś dzień, tylko pułkownikiem.

Gdyby go Sikorski mianował był w październiku 1939 roku generałem, nikt by tego nie zakwestionował. Sikorski został wkrótce otoczony wyższymi wojskowymi piłsudczykami. Utworzyli oni dookoła niego klikę, która w ośrodku wojskowym polskim na zachodzie zdobyła faktycznie władzę. Wojskowi niepiłsudczycy w jego otoczeniu nie stanowili dla nich skutecznej przeciwwagi. Jedni z nich (jak 67-letni w 1940 roku Józef Haller) byli za starzy, inni nie byli ludźmi dostatecznie dużego kalibru. Kędzior, ze wszystkimi zaletami, którymi był obdarzony, był człowiekiem, który mógł odegrać rolę wybitną. Ale przeszkodą była mu zbyt niska ranga wojskowa.

Były sprawy, które mogły być załatwione odmiennie, niż to przeforsowali piłsudczycy w otoczeniu Sikorskiego. Najważniejszą z nich była sprawa ruchu podziemnego w kraju. Złowrogą rolę odegrał tu jeden z czołowych piłsudczyków w ośrodku kierowniczym na emigracji, generał Sosnkowski. Zdołał on uzyskać od Sikorskiego pełną władzę dla siebie nad organizowaną urzędowo konspiracyjną akcją wojskową pod okupacją w Polsce. Czy generał Kędzior byłby potrafił ten sukces piłsudczyków obalić? Nie wiem. Ale obalić tę rolę należało – i myślę, że tylko Kędzior mógł się tu w niebezpieczeństwie zorientować i tylko w oparciu o Kędziora mógł się Sikorski Sosnkowskiego na tym polu pozbyć. A Sosnkowski oddał organizowanie AK w ręce „dwójki”. Skutki tego były klęskowe. Były nimi: powstanie warszawskie, zburzenie stolicy, oraz pogorszenie politycznego położenia Polski w krytycznym okresie lat 1944/1945.

Kędzior, pozbawiony tej formalnej pozycji, jaką by mu dała ranga generalska, swą rolę polityczną w polskim wojsku na zachodniej emigracji przegrał. Już w czerwcu 1940 roku przestał być szefem sztabu, zaraz potem zepchnięto go bardzo skutecznie na boczny tor, przez obarczenie go rolą attache wojskowego przy rządzie i dowództwie marszałka Cziang-Kai-Szeka w Chinach.

Z pewnością, rola ta była ważna i ciekawa. Być w Czungkingu, tymczasowej stolicy Chin, w ciągu trwania wojny chińsko-japońskiej i także i całego dziejowego zmagania wojennego na Dalekim Wschodzie, obejmującego obok Chin i Japonii także i Amerykę, Wielką Brytanię, Holandię, Francję, a za kulisami i Rosję, być także w centrum chińskiego życia politycznego w chwili, gdy zaczynało narastać wewnętrzno-chińskie przeciwieństwo, które wkrótce miało doprowadzić do chińskiej wojny domowej – to oznaczało nabywać orientacji i doświadczenia nie tylko w sensie osobistym ale także dla – Polski, która przecież wiedzieć musi dokładnie i z obserwacji porobionych z bliska, co się w świecie dzieje.

Ale będąc w Czungkingu – tym samym było się nieobecnym w polskim ośrodku politycznym w Londynie. A rozgrywka o sprawę polską, mająca swoje centrum w Londynie, była ważniejsza od obserwowania sytuacji w Chinach i na Dalekim Wschodzie i nawet od nawiązywania dobrych stosunków i przyjaźni z ludźmi, którzy w Chinach w owej chwili rządzili.
Po powrocie do Londynu, pułkownik Kędzior znalazł się już poza nawiasem ośrodka kierowniczego polskich sił zbrojnych na emigracji. Już nie było Sikorskiego. Władzę sprawowali inni ludzie.

Pułkownik Kędzior regularnie pisywał do „Myśli Polskiej”, organu Stronnictwa Narodowego. Pisywał i do innych pism. Urządzał odczyty i wykłady. Nie było to już współkierowaniem polskim wojskiem. Zadania te spełnia i dziś. A jednak – mimo wszystko, w położeniu, w jakim się sprawy polskie dzisiaj znajdują, nie są to zadania błahe. Jest on więc w istocie jednym z najwybitniejszych i najwierniej służących słuszności i prawdzie przedstawicieli polskiej myśli wojskowej i ogólnostrategicznej w dzisiejszej chwili dziejowej.

Treścią ogłoszonych tu rozważań pułkownika Kędziora są sprawy polskiego wojska i polskich wojen – oraz historia polskiego nowoczesnego wysiłku wojennego. Naród polski osiągnął w wieku dwudziestym, osiągnął za życia naszego, żyjącego jeszcze pokolenia, dwa tryumfy. Przekreślił klęskę rozbiorów – dokonał ponownego zjednoczenia Polski i odbudowania na obszarze, obejmującym w głównym zrębie wszystkie trzy zabory, sięgającym od gór aż do morza i całkowicie odgradzającym Niemcy od Rosji – swego całkowicie niepodległego państwa. Oraz bezpośrednio po tym politycznym osiągnięciu obronił to osiągnięcie wysiłkiem zbrojnym, staczając zwycięską wojnę z rosyjskim najazdem, odpierając rosyjski zamach na właśnie osiągniętą niepodległość, oraz wywalczając sobie od wschodniej strony znośne granice.

Po tych dwóch tryumfach, w dwa dziesięciolecia później, doznał wielkiej klęski: przez złą rozgrywkę polityczną dał się zepchnąć w złą sytuację strategiczną i w wojnie z Niemcami, do której w dodatku nie był dobrze wojskowo przygotowany i w której prowadzony był przez mało warte, nieumiejętne dowództwo, doznał straszliwej klęski, w której utracił dużą część tego, co poprzednimi dwoma tryumfami osiągnął. Wprawdzie w ostatecznym wyniku wojny uzyskał znaczne, po prostu epokowe poprawienie swych granic od strony zachodniej, wprawdzie także zachował rzecz podstawową: byt państwowy na zjednoczonym terytorium, ale utracił ziemie wschodnie, oraz utracił pełnię państwowej wolności i niezależności.

Rozważania pułkownika Kędziora dotyczą wszystkich tych trzech wydarzeń polskiej historii: dwóch osiągnięć i jednej klęski. Najmniej mówi on o pierwszym z nich: o odzyskaniu niepodległości. A to dlatego – że było to osiągnięcie niemal wyłącznie dyplomatyczne, do którego wysiłek zbrojny się nie przyczynił.

Odbudowanie zjednoczonego państwa było owocem odwrócenia strategii. Naród polski, którego rzeczywistym sternikiem i wodzem był Roman Dmowski, uznał, że jego głównym wrogiem nie jest Rosja, lecz są Niemcy, oraz uznał, że nie należy dążyć do niepodległości Królestwa Kongresowego, lecz do zjednoczenia wszystkich trzech zaborów w jeden polityczny organizm i do niepodległości tej Polski zjednoczonej. Odwrócenie strategii powstańczej XIX wieku, której kontynuatorem był w XX w. Piłsudski i która wiodła nas od klęski do klęski, było dziełem trudnym – a przyniosło w sposób bezpośredni dwa
osiągnięcia. Po pierwsze, Niemcy zostały pobite. Bez wkładu polskiego, bez polityki Dmowskiego, Niemcy byłyby już w 1914 roku wojnę wygrały. Planem wojennym niemieckim było wywołać w Królestwie Kongresowym polskie powstanie, zwrócone przeciwko Rosji – i spowodować przez to wycofanie się Rosji z wojny, co pozwoliłoby Niemcom na błyskawiczne rozprawienie się z Francją i na podyktowanie ogólnego pokoju. (Oczywiście, pokój ten utrwaliłby rozbiory Polski). Podstawowym narzędziem w tym niemieckim planie był Piłsudski. Zadaniem, wyznaczonym mu przez rządy i sztaby niemiecki i austriacki było wywołanie w Królestwie powstania. Jego wkroczenie 6 sierpnia 1914 roku do Królestwa i jego 10-dniowe rządy w Kielecczyźnie – to były akty, których strategicznym celem było zapewnienie Niemcom zwycięstwa w wojnie, a w dalszym etapie uniemożliwienie odbudowania niepodległej, zjednoczonej Polski. Polityka Dmowskiego obaliła zamiary powstańcze Piłsudskiego, a tym samym uniemożliwiła Niemcom zwycięstwo. Polska przyczyniła się w sposób wybitny do pobicia Niemiec w wojnie. Przyczyniła się także i w sposób aktywny: udziałem wielotysięcznej rzeszy polskich rezerwistów w drugiej bitwie pod Grunwaldem, która pozwoliła Francji na odniesienie zwycięstwa nad Marną. (Rosyjscy rezerwiści – poza żołnierzami jednego tylko, smoleńskiego korpusu, – nie mogli do tej bitwy zdążyć ze względu na odległość). Oraz później wysiłkiem armii Hallera we Francji i wojsk polskich w Rosji.

Po wtóre, naród polski potrafił skorzystać z niemieckiej klęski i osiągnąć znalezienie się w obozie zwycięzców i uczestniczenie w konferencji, która podyktowała Niemcom pokój. Polska nie uczestniczyła w żadnym kongresie pokojowym w XVIII i XIX wieku. Nie było jej, w szczególności, na kongresie wiedeńskim w 1815 roku. Nie było jej również w Locarno w 1925 i w Monachium w 1938 roku, a także, w istocie, w Poczdamie w 1945, nie mówiąc już o Teheranie (1943) i Jałcie (1945). Gdy Prusy zostały powalone przez Napoleona pod Jena (1806), naród polski nie uczestniczył w konferencji pokojowej w Tylży (1807). Ale w Wersalu (a raczej w Paryżu) w 1919 roku Polska była pełnoprawnym uczestnikiem, a Dmowski – jednym z głównych negacjatorów. W istocie Polska została odbudowana w Wersalu. Dokładnie tak samo, jak zmiażdżona została w sposób ostateczny w 1815 roku w Wiedniu, a pognębiona w roku 1945 w Jałcie i w Poczdamie. Bez Wersalu – wszystko co się działo w 1918 i 1919 w Polsce byłoby się okazało równie przemijające jak niepodległość Ukrainy w pierwszej wojnie światowej, oraz Słowacji i Chorwacji w drugiej. Niepodległość i zjednoczenie Polski – to nie był owoc wysiłku zbrojnego, nie zostały one „wywalczone”. Były owocem mądrej, zwycięskiej akcji politycznej i dyplomatycznej.

Ale osiągniętą niepodległość trzeba było obronić. Naród polski stoczył jeszcze przed podpisaniem pokoju w Wersalu dwie małe wojny: wojnę o Lwów i ziemię Czerwieńską i wojnę w Poznańskiem. Pierwsza z tych wojen, pozornie stoczona z Ukraińcami, była w istocie wojną z zaborcą austriackim, który zrzekłszy się Galicji Zachodniej, chciał zachować Galicję Wschodnią jako państwo ruskie, będące częścią zreorganizowanej habsburskiej federacji i oddał Rusinom w stanie nietkniętym część swego aparatu wojskowego i administracyjnego. Tak więc, obie te wojny były w istocie wojnami z zachodnimi zaborcami. Gdy państwo Habsburgów zawaliło się w sposób ostateczny, Polska bez trudu pokonała Rusinów, pozostawionych samym sobie. A w Poznańskiem – pomoc przyszła dla Polaków z Paryża, mianowicie w postaci włączenia Poznańskiego, umową trewirską z 16 lutego 1919 roku, w ogólny rozejm między Niemcami i aliantami.

Ale obok tych dwóch wojen mniejszej skali Polska musiała stoczyć też i wojnę wielką, mianowicie wojnę z Rosją. Wojna ta zaczęła się już 6 stycznia 1919 roku, gdy inwazja bolszewicka odebrała Wilno miejscowej, polskiej Samoobronie, stoczywszy z nią uprzednio bitwę na przedpolu miasta. Trwała potem, na ogół z przebiegiem pomyślnym dla strony polskiej, przez cały rok 1919. Została zwichnięta przez Piłsudskiego przez niepotrzebną i całkowicie szkodliwą, zarówno wojskowo jak politycznie wyprawę kijowską z maja 1920 roku i przekształciła się w inwazję bolszewicką w Polsce, która osiągnęła punkt kulminacyjny w sierpniu tegoż roku, lecz odparta została zwycięską bitwą warszawską (14-16 sierpnia), uzupełnioną przez zwycięstwo nadniemeńskie we wrześniu i zakończoną pokojem ryskim (preliminaria 12 października 1920, pokój ostateczny 18 marca 1921).

Wojna polsko-rosyjska, pierwsza zwycięska polska wojna od kilku stuleci, a w szczególności bitwa warszawska, największe polskie zwycięstwo od wyprawy wiedeńskiej 1683 roku, to znaczy od 237 lat, jest tym wielkim wydarzeniem historycznym, któremu rozważania pułkownika Kędziora poświęcone są w znacznej części. Wojna ta i bitwa są w polskiej świadomości historycznej przedmiotem zawziętej kontrowersji. Pułkownik Kędzior stoi w tym sporze po stronie historycznej prawdy i słuszności – a wbrew tendencyjnej, propagandowej legendzie.

Owa legenda głosi, że zwycięzcą w bitwie warszawskiej i w całej w ogóle polsko-sowieckiej wojnie był Józef Piłsudski, a zarazem, że był on rzeczywistym twórcą i odnowicielem polskiego wojska. W istocie, Piłsudski ani bitwą warszawską nie dowodził, ani nawet w niej nie uczestniczył. W dniu 12 sierpnia 1920 wręczył premierowi Witosowi sporządzony na piśmie akt swego zrzeczenia się godności zarówno Naczelnika Państwa, jak Naczelnego Wodza i wyjechał z Warszawy, to znaczy z siedziby Naczelnego Dowództwa. Jak wiemy z pamiętników marszałkowej Piłsudskiej, udał się do niej pod Kraków. Potem przyjechał do Puław, by stanąć na czele zgrupowania wojsk, które w planach generała Rozwadowskiego przeznaczone zostało do uderzenia skrzydłowego.

Wobec tego, faktyczne dowództwo nad całością armii objął oficjalny zastępca wodza naczelnego, którym był szef sztabu, generał Rozwadowski. To on był rzeczywistym dowódcą w bitwie warszawskiej i sprawcą osiągniętego w niej, wiekopomnego zwycięstwa. To on był autorem planu bitwy. To on dokonał bardzo ważnej czynności, jaką było przegrupowanie wojsk i ustawienie ich do bitwy. To on dowodził bitwą w czasie jej trwania, – także dokonywając w toku walki bardzo istotnych zmian w planie bitwy, spowodowanych zmianą sytuacji. Dotyczy to zwłaszcza ofensywy V armii generała Sikorskiego. To on występował wobec zgrupowania wojsk pod dowództwem Piłsudskiego nad Wieprzem w roli przełożonego. Bitwa toczyła się w dniach 14, 15 i 16 sierpnia 1920 roku, a polegała na stałej obronie Warszawy przed atakiem na nią od wschodu oraz na ofensywie w kierunku pomocnym, która wbiła się klinem we flankę bolszewicką, przecinając siły bolszewickie na pół. Pierwszą z tych operacji przeprowadziła polska 1-sza armia (gen. Latinik), drugą 5-ta (gen. Sikorski). Walczyły one z trzema armiami sowieckimi, XVI, III i XV. Armie te zostały w bitwie warszawskiej pobite. Dnia 17 sierpnia sowiecki wódz, Tuchaczewski, zarządził odwrót na linię rzeki Liwiec.

Projektowaną przez generała Rozwadowskiego operacją, stanowiącą nieodzowną część składową bitwy miało być uderzenie na flankę wojsk sowieckich zgrupowania wojsk znad Wieprza, złożonego z polskich armii II, III i IV, razem z dziewięciu dywizji. Piłsudski nominalnie dowodził tym zgrupowaniem – i zadania swego nie wykonał. W czasie bitwy warszawskiej cała ta wielka, polska siła, zgrupowana pod ręką, pozostała bezczynna. Piłsudski wyruszył w pochód dopiero z wielkim, zupełnie niepotrzebnym opóźnieniem, mianowicie 16 sierpnia, gdy bitwa warszawska dobiegała końca. Uderzył w rezultacie w próżnię. Dopiero w nocy z 17 na 18 sierpnia, 14 dywizja po przejściu Garwolina nawiązała kontakt z nieprzyjacielem. W wyniku tego, zwycięstwo warszawskie było połowiczne, gdyż wojska Tuchaczewskiego zdołały się z matni wymknąć.

Piłsudski zmienił plan Rozwadowskiego przesuwając koncentrację IV armii z rejonu Garwolina nad Wieprz i w ten sposób ograniczył rozmiar zwycięstwa. To przesunięcie IV Armii nad Wieprz było po prostu sprzeczne z zasadami sztuki wojennej: oznaczało ono odsunięcie się od skrzydła nieprzyjacielskiego i uniemożliwienie zgrania manewru w czasie.

Jest oczywiste, że bitwę warszawską stoczył i wygrał gen. Rozwadowski. Piłsudski uchylił się od udziału w tej bitwie. Ograniczył się do – połowicznego i nie w pełni udanego – wyjścia na tyły cofającego się, pobitego w bitwie warszawskiej nieprzyjaciela. Jest zupełnym przeinaczeniem prawdy twierdzić, że zwycięstwo sierpniowe 1920 roku było dziełem Piłsudskiego. Piłsudski dopiero od 18 sierpnia, jakby nigdy nic i jakby się do dymisji nigdy nie podawał, zaczął na nowo występować w roli naczelnego wodza.

Francuski wódz, generał Joffre, powiedział ongiś w związku z kontrowersją, dotyczącą głównej zasługi w osiągnięciu zwycięstwa nad Marną, że gdyby ta bitwa była przegrana, byłoby oczywiste, że przegrał ją generał Joffre; wobec tego, skoro bitwa została wygrana, należało by przypisać także i to jemu. Sformułowanie to można by z powodzeniem zastosować również i do bitwy warszawskiej. Jest oczywiste, że gdyby bitwa ta była przegrana, za winowajcę uznany by był generał Rozwadowski – a Piłsudski byłby pierwszym, któryby to twierdził. Mówiłby: 12 sierpnia złożyłem dowództwo, objął je zamiast mnie Rozwadowski, w czasie bitwy jeździłem pod Kraków, a potem byłem w Puławach; to nie ja dowodziłem.
Do czego właściwie zmierzał Piłsudski w przededniu i w czasie bitwy warszawskiej? – Należy przypuszczać, że w zwycięstwo nie wierzył; przypuszczał, że Warszawa padnie. Stanął na czele dziewięciu dywizji w rejonie Puław, bo – wcale nie zamierzając uderzyć na skrzydło bolszewików znad Wieprza – chciał te dywizje uratować z pogromu, wywożąc je linią kolejową Dęblin-Kielce pod Częstochowę.

Dlaczego pod Częstochowę? Czego tam chciał? Czy – załamany klęską (wiemy o tym załamaniu z pamiętników jego żony i z innych źródeł) – myślał tylko, jakby w myśl tego, co pisał w swej pracy „Ulina Mała”, o obronie ostatniego bastionu i o staniu się nowym Kordeckim? Czy też przewidywał, że utworzony będzie, pod auspicjami niemieckimi, nowy front antybolszewicki, mający za główny trzon armię niemiecką, w którym znajdzie się – znowu pod niemieckim protektoratem – miejsce także i dla niego, jako wodza polskiej armii, złożonej z dziewięciu dywizji? – Nie wiemy tego.

Końcowym aktem wojny polsko-sowieckiej była bitwa wrześniowa nad Niemnem. Gen. Rozwadowski chciał ją rozegrać, uderzając prawym skrzydłem, odcinając armię rosyjską od Rosji, spychając ją na Litwę Kowieńską, otaczając ją i niszcząc. Piłsudski sprzeciwił się temu, gdyż nie chciał, by wojska polskie wkroczyły na Litwę. Zarządził uderzenie frontalne i lewym skrzydłem, wskutek czego armia rosyjska, pobita, ale nie zniszczona, mogła się bez przeszkód wycofać na wschód. O mało znowu nie doszło wtedy do katastrofy. Uratował sytuację Rozwadowski, rzucając 18 dywizję piechoty ze Słonimia na flankę bolszewików co zdecydowało o zwycięstwie.

Należy w związku z całością sprawy wojny polsko-bolszewickiej omówić zagadnienie głównej zasługi stworzenia polskiego wojska, narzędzia, które pozwoliło Polsce odnieść w tej wojnie zwycięstwo. Jest nieprawdą, że twórcą polskiego wojska był Piłsudski. Był on raczej jego dezorganizatorem i niszczycielem.

Armia polska była dziełem całego narodu. To cały naród owładnięty był wolą walki i zwycięstwa. Było naszym szczęściem, że wojna światowa sprawiła, iż wielkie rzesze Polaków otrzymały wyszkolenie wojskowe i nabrały wojennego doświadczenia w armiach państw zaborczych, oraz, że w armiach tych służyły liczne zastępy podoficerów, oficerów, a nawet generałów Polaków (takich jak Rozwadowski). To o ten korpus oficerski i generalski oparła się nowa armia polska przede wszystkim.
Rzecz ciekawa, że pierwsze większe, na ogół zwycięskie, samodzielne walki stoczyła odradzająca się Polska tam, gdzie nie było ani jednego polskiego regularnego oddziału: we Lwowie i w Poznańskiem.

Sowieccy historycy, którzy od strony rosyjskiej opisali wojnę polsko-bolszewicką, Kakurin i Mielikow, napisali o odrodzonej polskiej armii: „Z najlepszej strony pod względem uporczywości (stojkosti) i zdolności bojowej zaprezentowały się dywizje poznańskie, za nimi siły hallerowskie, a wreszcie dywizje legionowe. Najsłabszymi pod każdym względem okazały się tak zwane dywizje litewsko-białoruskie. (…) Moralna i bojowa konsystencja legionistów niewiele się odróżniała (od tych ostatnich) w lepszą stronę”. (Dywizjami legionowymi Kakurin i Mielikow nazywają wojska, utworzone w Królestwie Kongresowym i w Galicji Zachodniej).

Tak więc wrogowie Polski uznali, że najlepszym polskim wojskiem była armia wielkopolska, a drugim co do wartości armia Hallera. Na zorganizowanie żadnej z nich Piłsudski nie wywarł najmniejszego wpływu. A zważmy, że armia wielkopolska, oddana w dniu 1 września 1919 roku pod ogólnopolskie dowództwo, liczyła w owym dniu 93 686 żołnierzy (z 13 338 końmi, 1015 ciężkimi karabinami maszynowymi, 207 działami piechoty, 146 działami polowymi i 219 ciężkimi, 38 samolotami, 214 miotaczami min i 3 pociągami pancernymi). Co więcej, Wielkopolska wystawiła nie tylko ową armię regularną, ale nadto i 130 000 żołnierza Wojska Obrony Krajowej, stacjonowanego na miejscu, na całym obszarze Wielkopolski, i przeznaczonego do natychmiastowej walki z ewentualnym nowym niemieckim najazdem, lub partyzantką. Zważmy także, że armia Hallera przybyła z Francji do Polski w sile z górą 90 000 żołnierza i była jeszcze lepiej uzbrojona, niż armia wielkopolska.

Legiony galicyjskie liczyły w kulminacyjnych momentach swego rozwoju w 1915 i 1916 roku 22 tysiące ludzi (w czym I Brygada Piłsudskiego tylko 5.500). Jest to niemal dokładnie tyle samo, co liczba samych tylko polskich ochotników z Ameryki w armii Hallera, których było 20.000. Cała armia Hallera była cztery razy większa od Legionów w kulminacyjnym momencie ich rozrostu liczebnego, a 16 razy większa od I Brygady. Regularna armia wielkopolska, nie licząc Wojsk Obrony Krajowej, była tak samo cztery razy większa od Legionów, a 17 razy większa od I Brygady.

W chwili zakończenia wojny, Legiony już nie istniały. Częściowo były przez zaborców rozformowane i siedziały w obozach internowanych lub rozproszone w szeregach wojska austriackiego, a częściowo przebiły się pod Rarańczą i zostały zniszczone pod Kaniowem, lub rozproszyły się po Rosji. Jedynym ich dalszym ciągiem była utworzona pod niemieckim dowództwem Polska Siła Zbrojna (Polnische Wehrmacht) w Warszawie i rejonie Warszawy, licząca 12 października 1918 roku 5.713 żołnierza, a 11 listopada 1918 roku 9.373 żołnierza. Była to formacja cenna dla Polski – ale należy pamiętać, że była ona 10 razy mniejsza zarówno od późniejszej armii wielkopolskiej, jak od armii Hallera. A w tym samym dniu 11 listopada 1918 roku istniało oprócz niej 20.170 innego żołnierza polskiego wojska w kraju, utworzonego gdy Piłsudski przebywał jeszcze w Magdeburgu, mianowicie 8.520 żołnierzy w wojskach w Galicji pod władzą Polskiej Komisji Likwidacyjnej, 11.500 ludzi na terenie byłej okupacji austriackiej i 150 ludzi odtworzonej jazdy byłego korpusu generała Dowbor-Muśnickiego. Wojsko to składało się częściowo z byłych formacji armii austriackiej, przejętych przez wojsko polskie, a częściowo z nowych formacji ochotniczych, w tym częściowo złożonych z uczniów gimnazjalnych. (Liczby powyższe nie obejmują tych, co się w owej chwili bili we Lwowie).

Piłsudski sprzeciwił się zorganizowaniu, dużej polskiej armii drogą poboru powszechnego. Pobór przeprowadzony został pierwotnie tylko w Poznańskiem (7 roczników) i pod władzą Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Galicji (3 roczniki). Gdy po zebraniu się sejmu, „endecy” wystąpili 22 lutego 1919 roku z wnioskiem o wprowadzeniu przymusowego poboru w całym kraju, Piłsudski i PPS sprzeciwili się temu. Wniosek ten uchwalony został 7 marca 1919 roku głosami samych tylko „endeków” i ludowców. Piłsudski chciał jedynie tworzyć armię „partyjną”, złożoną z jego stronników, mianowicie z członków POW: formacje w Warszawie, Łodzi, Włocławku, Kaliszu i Łowiczu. Natomiast resztę polskiego wojska dezorganizował. W szczególności, armię Hallera osłabił, zarządzając jej częściową demobilizację.

Warto ponadto przypomnieć, że Piłsudski zniszczył wojsko polskie w Rosji, które miało tam szansę powstania w 1917 roku. Mogło ono osiągnąć siłę miliona żołnierza, co byłoby wywarło decydujący wpływ już nie tylko na sprawę polską, lecz na cały dalszy przebieg wojny. Były już przez władze wojskowe rosyjskie poczynione konkretne przygotowania do utworzenia trzech polskich korpusów, co przy rosyjskich etatach z górą 70.000 ludzi na korpus oznaczało polską armię blisko ćwierćmilionową. Ale Piłsudski przesłał poprzez Sztokholm instrukcję dla POW i PPS w Rosji, by do utworzenia tej armii nie dopuścić i POW skutecznie tworzenie tej armii rozbiła, tak, że w rezultacie I korpus (gen. Dowbor-Muśnickiego) nie przekroczył siły 23.661 żołnierza, II korpus 4.000 i III korpus 3.000. Cała ta siła została w końcu zniszczona. (Uratowały się tylko jej resztki: dywizja gen. Żeligowskiego na Kaukazie, część dywizji syberyjskiej i oddział murmański) (…)

Naczelnik Państwa, od półtora roku odseparowany od wydarzeń światowych, posiadający u aliantów opinię rewolucjonisty i germanofila, a w Polsce prawie nieznany, – formuje rząd Moraczewskiego. Moraczewski tworzy 10-ciotysięczną milicję ludową i zawiesza przygotowany przez Radę Regencyjną i gen. Rozwadowskiego pobór. Skrajna lewica bowiem nie chce „odtwarzania wojska”. Do Polski przyjeżdża, jako pierwszy poseł, hrabia Kessler, przedstawiciel dyplomatyczny nowego rządu Niemiec. Doniosłość tych faktów można tylko ocenić na tle ówczesnej sytuacji w obozie aliantów, w którym każdy z nich dąży wyłącznie do swoich celów. Rewolucja bolszewicka, wrzenie rewolucyjne Spartakusa w Niemczech z działającymi tam polskimi rewolucjonistami Różą Luksemburg, Marchlewskim, Radkiem, rewolucja Beli Kuhna na Węgrzech i widmo Polski, która może do tego dołączyć, – to podrywa gruntownie naszą pozycję na Zachodzie.

Niebezpieczeństwo bolszewizmu galwanizuje na chwilę obóz sojuszników. Zaczynają oni organizować na wielką skalę interwencję antybolszewicką. Popierają białych Rosjan. Nawet Japonia na Dalekim Wschodzie interweniuje na Syberii. Dla Francji do niebezpieczeństwa niemieckiego, którego wynik wojny w pełni nie usunął, dochodzi nowe niebezpieczeństwo – bolszewickie. Francja zbroiła Polskę jako sojusznika antyniemieckiego. Armia Hallera miała bezzwłocznie przejąć straż na wschodnich granicach Niemiec. Teraz wobec posunięć Naczelnika Państwa w Polsce wszystko to upada, Francja nie uznaje rządu Moraczewskiego, Armia Hallera nie wraca do Polski.

W tych warunkach położenia zaczynamy strategiczną ofensywę na Kijów. Celem jej jest zniszczenie 12-ej i 14-ej armii czerwonej i zajęcie Kijowa, ale dalszych planów nie było. Nasze wyjściowe ugrupowanie jest przedstawione na szkicu. Front południowy o szerokości 500 km miał 9 dywizji piechoty i 4 brygady kawalerii. Siły te zostały rozwinięte linearnie i podzielone w szereg kolumn, które jak na manewrach miały się posuwać równolegle skokami naprzód. Instrukcja operacyjna, która uzupełnia rozkaz do rozpoczęcia wojny w dn. 26 kwietnia, ogranicza swobodę manewru każdej z trzech armii, na które siły te są podzielone, reguluje szybkość marszu i szereg szczegółów taktycznych o małym stosunkowo znaczeniu. Bez większych walk siły te dochodzą do Dniepru i zajmują Kijów. Żaden cel strategiczny nie został jednak osiągnięty.

Jak przewidywał gen. Szeptycki, już 15 maja wyszła z bramy smoleńskiej kontrofensywa sowiecka pod wodzą Tuchaczewskiego. W tym czasie nasz front północny nie posiada jednolitego dowództwa. Jest on podzielony również na trzy armie: Szeptyckiego, Zygadłowicza i grupę poleską. Dowództwo frontu zostaje stworzone dopiero 17 maja, to jest w dwa dni po rozpoczęciu ofensywy przez nieprzyjaciela. Toczą się uciążliwe walki, zostaje zaangażowana armia rezerwowa Sosnkowskiego. Kontrofensywa przeprowadzona skutecznie zatrzymuje się nad Ałutą w niekorzystnym położeniu dla obrony strategicznej, bo bez zajęcia bramy smoleńskiej. Zatrzymaliśmy się, choć posunięcie się naprzód byłoby ją zamknęło dla dalszych działań nieprzyjaciela. Szeptycki w tym czasie na froncie szerokości 460 kilometrów ma 13 dywizji piechoty, z których dwie jednak w grupie poleskiej są zorientowane na front południowy. Naczelne dowództwo narzuciło gen. Szeptyckiemu trzymanie ściśle określonego terenu. W ten sposób, ograniczając obronę strategiczną do utrzymania linii, uczyniło ją niezdolną do głębszego manewru.

Dnia 5 czerwca na południu uderza Budienny. Posuwanie się jego było naczelnemu dowództwu doskonale znane. 7 czerwca przerywa on ze swą konną armią front i zapoczątkowuje katastrofę. W źródłach rosyjskich znalazłem zestawienie, co Budienny zdobył w swym pierwszym uderzeniu. Nie wiem czy jest ono prawdziwe. Jest tam wymienione 2 tysiące jeńców, ale liczba zabitych, to jest wyrąbanych szablami jest podana jako 8 tysięcy. Kto widział wycięte bataliony u Kukiela na południu, kto widział wyrżnięte bataliony 18-tej dywizji na północy, kto był na tej wojnie, – może zdać sobie sprawę, jak to pobojowisko zasiane obdartymi ze wszystkiego trupami, i to w takiej masie, wyglądało.

To przerwanie się Budiennego po raz pierwszy zaskoczyło Naczelnego Wodza i wyraźnie on się wtedy załamał. Na tyłach frontu powstała panika, a w kraju doszło do kryzysu rządowego i do bardzo ostrych ataków na Naczelnego Wodza, który był odpowiedzialny za ten stan rzeczy. Nastąpiła zmiana rządu, premierem został Grabski i następnie utworzono Radę Obrony Państwa. W paragrafie 3-cim ustawy konstytuującej tę Radę ograniczono całkowicie swobodę działania Naczelnego Wodza i Naczelnika Państwa, czemu Piłsudski poddał się bez oporu. W obronie jego stanął marszałek sejmu Trąmpczyński, który wytłumaczył członkom Rady, że nie można ograniczać Naczelnego Wodza w sprawach operacji. Na froncie działo się jednak coraz gorzej. Naczelne dowództwo sparaliżowane katastrofa przestaje działać. Rozkazy nie dochodzą. Dowódcy frontów i armii działają na własną rękę. Nie było widać żadnej koncepcji przeciwdziałania i w tym właśnie momencie dochodzi do ostatecznej katastrofy.

Dnia 4 lipca z bramy smoleńskiej wychodzi Tuchaczewski z 4-ma armiami – dwoma po 5 dywizji i dwoma po 4 dywizje oraz korpusem konnym Gaj-Hana. Silnym prawym skrzydłem z korpusem kawalerii przeskrzydla on ugrupowanie polskie i po prostu zmiata całą obronę linearną frontu. Następuje odwrót, który miał się dopiero zakończyć na przedpolu Warszawy. Naczelny Wódz jest po raz drugi całkowicie zaskoczony, bo nie był na to przygotowany. Nie posiada odwodów i nie ma czym interweniować. Dowódcy frontów działają samodzielnie, ale w ich oddziałach następuje duży kryzys moralny. Panikę powoduje kawaleria wychodząca na tyły. Oddziały, które przedtem biły się znakomicie, teraz uciekają na skutek pojawienia się kozackiego zajazdu.

W tej sytuacji Naczelny Wódz widzi jedyny ratunek w otrzymaniu pomocy od aliantów i to w siłach żywych, w materiale i w interwencji dyplomatycznej. Na posiedzeniu Rady Obrony Państwa w jego obecności, szef sztabu generalnego przedstawia sytuację jako katastrofalną. Koniecznym jest natychmiastowa pomoc i natychmiastowe zawieszenie broni. Pod wrażeniem tych ocen ROP uchwala wysłanie depeszy do Najwyższej Rady Sojuszniczej z prośbą o szybką pomoc. Zamiast tego Naczelnik Państwa wysyła wprost do Spa Grabskiego. Podpisuje on tam niezwykle upokarzające warunki udzielenia pomocy, mimo że doradca wojskowy, gen. Rozwadowski temu się sprzeciwia. Przedstawił to dopiero Kirkor w swej historii misji Grabskiego. Pisze on, że Grabski sam przyznał, iż źle zrobił nie słuchając Rozwadowskiego. Po powrocie Grabski na posiedzeniu ROP jest silnie atakowany. Tłumaczy się, że działał zgodnie z oceną sytuacji, że nie widział żadnego ratunku i był przekonany, że przyjmując warunki ratuje Polskę od ostatecznej katastrofy. I tu następuje rzecz nieoczekiwana, popiera go Naczelnik Państwa, który mówi: „tak, Grabski przekroczył instrukcje, ale zrobił dobrze, że wykazał odwagę i wziął w tej sytuacji odpowiedzialność na siebie”. Następuje głosowanie. Za przyjęciem warunków podpisanych przez Grabskiego głosuje 14-tu członków ROP, przeciw 4-ech w tym gen. Józef Haller.

W wykonaniu podpisanej umowy przyjeżdża do Warszawy specjalna misja aliancka, – oczywiście bez wojska. Przyjeżdża 2 generałów, 2 ambasadorów, kilku korespondentów prasowych. Gen. Weygand opracował dla tej misji instrukcję, którą posiadam. Dnia 24 lipca gen. Rozwadowski zostaje szefem sztabu generalnego i następuje przełom moralny w naczelnym dowództwie.

Opowiadał mi kpt. Hinterhoff, który w tym czasie był oficerem łącznikowym z misją aliancką w naczelnym dowództwie, jak się odbyła pierwsza odprawa gen. Rozwadowskiego. Nagle wszyscy zrozumieli, że coś się zasadniczo zmieniło, powiało optymizmem i tu nastąpił wstrząs moralny, który wtedy miał największe znaczenie. Już 27 lipca, a więc w 3 dni po objęciu szefostwa, gen. Rozwadowski wydaje rozkaz operacyjny przez siebie podpisany. Dotychczas naczelne dowództwo rozkazów nie podpisywało, a po prostu telefonicznie rozmawiano: „ty zrobisz to, a ty tamto”. Rozwadowski podpisując daje tym dowód, że bierze pełną odpowiedzialność za to co podpisał. W tym rozkazie zawarty jest plan działania na przyszłość. A więc: cel pierwszy – odzyskanie swobody działania operacyjnego, dalej zarys kontrofensywny, która ma wyjść z południa w kierunku północnym. W tym celu gromadzą się na południe od Warszawy siły (na granicy frontu północnego z południowym), które uderzą wtedy, kiedy nieprzyjaciel zostanie zatrzymany i zmuszą go do walki w sytuacji, którą my mu narzucimy, a nie w warunkach, które on nam dotychczas narzucał. Pierwsze działanie Rozwadowskiego to organizowanie bitwy na Bugu. Bitwa ta została w naszych kronikach pominięta, a wyraziła się w niej po raz pierwszy nasza wyższość operacyjna. Trwała ona 8 dni i nieprzyjaciel zaczął ponosić znaczne straty. Następnie Rozwadowski przygotowuje eliminację Budiennego. Rozumie on, że jeśli się zostawi swobodę działania konnej armii, to bolszewicy osiągną dwustronne oskrzydlenie swymi szybkimi siłami, – na północny Gaj, na południu Budienny – to nie będzie dla nas ratunku. Budienny poniósł już znaczne straty, bowiem 12-ta i 18-ta dywizja biły się z kozakami coraz lepiej i nie dały się bezkarnie im wyrzynać. Naczelny Wódz jedzie do kwatery głównej frontu, żeby tą bitwą z Budiennym pokierować, nie wiadomo jednak dlaczego nie dojeżdża, a dnia 2 sierpnia na skutek upadku Brześcia bitwę tę przerywa. Bitwa ta była zwycięska i Budienny mógł być w niej zniszczony, jednak, w tak źle wybranym momencie, bitwa została przerwana.

Dnia 2 sierpnia Naczelnik Państwa wyjeżdża do Anina, tym razem jest już zupełnie załamany. W tym czasie, mimo wszystko, Rozwadowski przygotowuje ostateczny plan przegrupowania do kontrofensywy i 6 sierpnia przedstawia go Naczelnemu Wodzowi, który przeprowadza w nim zasadniczą zmianę. Przesuwa miejsce koncentracji grupy uderzeniowej z rejonu Garwolina w rejon Puław.

W dniu 6 sierpnia szef sztabu generalnego gen. Rozwadowski przedstawia Naczelnemu Wodzowi ostateczny plan przegrupowania i ofensywy. Naczelny Wódz przeprowadza w nim zasadniczą zmianę.

Przesuwa proponowaną koncentrację grupy uderzeniowej z rejonu Garwolina do rejonu Puław, tj. o dalsze 65 km na południe od przedpola Warszawy. Myśl przewodnia kontrofensywy była prosta i wspólna u Rozwadowskiego i Weyganda. Były natomiast poważne różnice w planowaniu wykonania. Weygand chciał zyskać więcej czasu dla przegrupowania i odtworzenia dostatecznej siły, by stoczyć zwycięską walkę. Czas ten Weygand chciał uzyskać przez walkę, przez stawianie oporu w odwrocie na kolejnych pozycjach opóźniających. Rozwadowski zdawał sobie sprawę, że jeśli przyjmie plan Weyganda, to w walkach odwrotowych zużyje siły i może nie być w stanie a i nie mieć miejsca, by się od nieprzyjaciela oderwać.

Dnia 8 sierpnia Rozwadowski wydaje ostateczny rozkaz do przegrupowania – i znowu przez siebie podpisany. Myśl przewodnia bitwy składała się z następujących elementów: obrona stała w Warszawie – bardzo silnie zorganizowana; – silna obrona skrzydła północnego; – grupa uderzeniowa na południu, na żądanie Naczelnego Wodza odsunięta aż do Puław; – front południowy ma prowadzić walki opóźniające i stamtąd będzie wyciągnięte wszystko, co tylko można do decydującej walki na froncie północnym, gdzie rozstrzygną się losy Polski.

W związku z tym następuje reorganizacja dowództw. Główne zadanie przypada dowódcy frontu północnego gen. Hallerowi i jego szefowi sztabu płk Zagórskiemu oraz dowódcom 5-tej i 1-szej armii. Z radiogoniometrii, podsłuchu i deszyfrażu znowu odtworzyliśmy sobie najdokładniejszy plan ugrupowania nieprzyjaciela, cele strategiczne i zadanie operacyjne. Trzeba pamiętać, że na czele całości sił bolszewickich stał oficer carskiego sztabu generalnego, jak również na czele armii stali oficerowie pochodzący z tego sztabu i doświadczeni w czasie wojny często na wysokich szczeblach dowodzenia. To nie była banda. „Bandą” mogły być niektóre oddziały wojska, ale ci, co dowodzili, wiedzieli czego chcą i jak to osiągnąć. Rozkaz Tuchaczewskiego z 12 sierpnia nakazuje rozpoczęcie ataku na Warszawę 14-go, a całkowite opanowanie miasta ma być osiągnięte 17-go, po czym ma nastąpić pohulanka.

Rozkaz Rozwadowskiego do przegrupowania nakazywał jego ukończenie na dzień 12 sierpnia. Grupa uderzeniowa nie miała żadnych trudności w osiągnięciu rejonu Puław. Jednostki wchodzące w jej skład oderwały się bez walki, przesłonięte przez grupę poleską. Dnia 12 były wszystkie w swych rejonach gotowe do działania. Największe trudności miała 1-sza armia, gdyż nie mogła się całkowicie oderwać. Musiała cały czas prowadzić ciężkie walki strażami tylnymi i prosto z walk odwrotowych wchodziła na obronę stałą warszawskiego przyczółka. Tu jednakże cały szkielet obrony był już przygotowany przez gen. Weyganda, jego francuskich oficerów i gen. Latinika, mianowanego dowódcą obrony Warszawy. Zaważył w tym entuzjazm ludności biorącej udział w robotach fortyfikacyjnych.

Na specjalne uznanie zasługuje działalność artylerzystów francuskich a szczególnie płk Baucilhona, który narzucił plan koncentracji ognia artylerii, co odegrało olbrzymią rolę w przebiegu bitwy. W równie wielkich trudnościach przegrupowywała się 5 armia gen. Sikorskiego, którą w ostatniej chwili wzmocnił gen. Rozwadowski, kierując do niej z własnej inicjatywy naszą najlepszą dywizję piechoty – 18-tą. Jednak dopiero 13-go, już w walce kończyła swoje przegrupowanie.

Co w tym czasie robił Naczelnik Państwa? Otóż na drugi dzień po wydaniu przez Rozwadowskiego ostatecznego rozkazu do przegrupowania, proponuje on w dniu 9 sierpnia gen. Weygandowi objęcie szefostwa sztabu generalnego. Trudno dziś dociec, co to miało znaczyć. Albo nie wierzył w powodzenie zaplanowanego manewru, albo nie miał zaufania do Rozwadowskiego.
Dnia 11 sierpnia Naczelnik Państwa wręcza Witosowi i Daszyńskiemu list, w którym rezygnuje ze stanowiska naczelnego wodza, dając im zupełną swobodę zrobienia z tego listu użytku, kiedy będą uważali za stosowne. Witos list ten chowa do kasy pancernej, nikomu o tym nie mówi i dopiero po wojnie o tym dowiedzieliśmy się. Ma miejsce jeszcze jeden ciekawy fakt. Na posiedzeniu Rady Obrony Państwa, któryś z członków występuje z propozycją ewakuowania natychmiast Warszawy. Naczelny Wódz to aprobuje, lecz sprzeciwia się temu Rozwadowski twierdząc, że należy zostać na miejscu. Przeważa głos Witosa podtrzymujący Rozwadowskiego. 12 sierpnia Naczelnik Państwa wyjeżdża do Puław dla objęcia dowództwa grupy uderzeniowej. Przed wyjazdem ustalił z Weygandem, że grupa będzie gotowa do natarcia w dniu 15-go sierpnia. Dotrzymanie tego terminu ma mieć duże znaczenie w rozwoju dalszych działań.

W przygotowaniu bitwy pod względem materiałowym Weygand ze swą misją odegrali bardzo wielką rolę. Uczestniczyli również osobiście we wszystkich przygotowaniach do obrony przyczółka warszawskiego. Rozwadowski i gen. Latinik, który objął dowództwo obrony Warszawy dopiero 29 lipca, znaleźli czas, żeby opracować specjalną instrukcję walki obronnej. Najbardziej bowiem braliśmy w skórę w obronie. Wojsko nie umiało się bronić i ulegało panice przed kawalerią.
W tych warunkach następuje decydująca bitwa, która miała przesądzić los Polski na następne dwadzieścia lat.
Tuchaczewski z marszu każe uderzyć na centrum obrony. Po rozkazie, w którym zapewnił prawo do „pohulanki” przez dwa dni, każdy z dowódców sowieckich dywizji spieszył się, żeby być tym pierwszym. Zamiast czekać i przegrupować się do natarcia, uderzają już 13-go wieczorem wprost z marszu. Dywizja polska, która broniła Radzymina, 11-ta, była najsłabsza. W walkach odwrotowych poniosła największe straty i dostała uzupełnienie nieprzeszkolone, przeważnie studentów nie umiejących nawet strzelać. I tu czerwone dywizje weteranów z wojny domowej osiągają przełom. Radzymin zostaje utracony. Jednak 14-go nasza pierwsza armia pod dowództwem gen. Hallera przechodzi do kontrofensywy i odbiera Radzymin, Haller i jego szef sztabu płk Zagórski idą w pierwszych rzutach natarcia. Towarzyszą im oficerowie francuscy. Zapał jest olbrzymi. Jednakże bolszewicy mają tu wielką przewagę ilościową, przeciwuderzają z obu skrzydeł na jednostki pierwszej armii, które zbytnio się wysforowały. Tracimy Radzymin po raz drugi. Haller ściąga wszystkie odwody i 15-go rozpoczyna nowe uderzenie na 3-cią armię czerwoną, odbiera po raz drugi Radzymin i zmusza jednostki sowieckie do odwrotu, depcząc im całością swych sił po piętach.

W tym czasie, kiedy się ważyła obrona Warszawy, gen. Sikorski ze swą improwizowaną 5-tą armią w klasyczny sposób rozwiązuje swe zadanie strategicznej obrony skrzydła frontu północnego. Wiedziony dziwną intuicją uderza czołowo swymi niedostatecznymi siłami na całym froncie 15-tej armii czerwonej, ignorując zbliżające się na jego lewym skrzydle jednostki 4-tej armii. Uderza tam, prawie z marszu, 18-ta dywizja gen. Krajowskiego, która zwija północne skrzydło armii 15-tej i powstrzymuje ruch ku Wiśle jednostek armii 4-tej. Współdziała w tym natarciu znakomicie 8 brygada kawalerii. 14-go sierpnia 5-ta armia Sikorskiego osiąga na północnym skrzydle zupełnie nieoczekiwane zwycięstwo.

Trzeba tu wspomnieć pewien incydent, który odegrał niepoślednią rolę w osiągnięciu tego zwycięstwa. 8-ma brygada kawalerii dowodzona przez płk Podhorskiego, wykonując zadanie osłony skrzydła 5-tej armii w jej walce nad Wkrą, wykonuje zagon na Ciechanów, gdzie rozbija dowództwo 4-tej armii czerwonej, maszerującej beztrosko na zachód, do przepraw przez Wisłę między Płockiem a Toruniem. 203 pułk ułanów zdobywa jedyną radiostację, na której opierało się dowodzenie tą armią przez dowódcę frontu Tuchaczewskiego; wyłączyło to jej udział z przebiegu decydujących działań.

Decydująca bitwa na froncie północnym rozgrywa się w dniach 13-15 sierpnia. Nieprzyjaciel w tych dniach stracił gros swoich sił zaczepnych, zużył swe najlepsze oddziały i wystrzelał swe zapasy amunicji. Po odebraniu Radzymina 15 sierpnia nieprzyjaciel toczy już tylko walkę, by zapewnić sobie możność odwrotu i przegrupowania. Dnia 16-go jest on na całym froncie związany i grozi mu ostateczne zniszczenie. Nie dochodzi do tego, bo grupa uderzeniowa znajduje się w decydującym dniu o 120 km. od pola walki. Dopiero 16-go wychodzi marszem podróżnym z rejonu koncentracji już nie do walki ale do pościgu pobitego na północy przeciwnika. Korzysta z tego Tuchaczewski i przeprowadza odwrót wszystkich
czterech zaangażowanych armii. Nawet znad Wieprza grupa uderzeniowa mogła być przesunięta na podstawy wyjściowe do przeciwnatarcia w rejon Garwolina dnia 12, 13 i 14. Późniejsze twierdzenia, że coś jej groziło od północy, to dziecinne opowiadania. Wszystkie cztery armie bolszewickiego frontu północnego były nastawione na kierunki od Dęblina po Toruń, w tym dwie z nich na Warszawę. Tak zwana grupa mozyrska praktycznie nie istniała. Budienny poniósł wielkie straty. Przy tym wszystkie siły Tuchaczewskiego były zaangażowane w ciężkie walki – nie miał on czym interweniować. Grupie uderzeniowej nic nie zagrażało i miała ona w dniach 13-15 pełną swobodę ruchu, ale się z rejonu Puław nie ruszyła. Zaszła tam w tym czasie rzecz ciekawa, 14 sierpnia, kiedy walka decydująca o losie Polski osiąga kryzys, sztab Rozwadowskiego chce porozumieć się z Naczelnikiem Państwa, który ma być w Puławach. Do rozmowy zgłasza się płk Stachiewicz i oświadcza, że – przekaże Naczelnikowi Państwa sytuację, ale dopiero wieczorem, bo go teraz w kwaterze głównej nie ma.

Decydująca bitwa rozegrała się w dniach 13-15 sierpnia, w tym czasie i aż do 18-go gen. Rozwadowski pełnił funkcję naczelnego wodza de facto. Bitwa nie dała pełnych rezultatów, to znaczy zniszczenia wszystkich sił Tuchaczewskiego, z powodu opóźnienia działania grupy uderzeniowej.

Następnie Rozwadowski przeprowadził na froncie południowym działanie na Zamość i zaplanował Naczelnemu Wodzowi, który 18 sierpnia objął z powrotem dowodzenie, bitwę niemeńską. Piłsudski odrzucił plan Rozwadowskiego i przeprowadził tę bitwę sam. Miała ona następujący przebieg. Na skrzydle północnym znajdowała się grupa manewrowa złożona z dwóch dywizji piechoty i grupy kawalerii. Natomiast gros sił, 2-ga i 4-ta armia – znowu było rozciągnięte linearnie na blisko 400 kilometrach frontu, bez widocznej idei narzucenia nieprzyjacielowi własnej woli i osiągnięcia decydującego rozstrzygnięcia. Gdyby bolszewicy uderzyli i odcięli zaangażowaną grupę manewrową, która działała bez łączności z pozostałym frontem, ponieślibyśmy klęskę. Ratuje sytuację Rozwadowski, któremu udaje się uzyskać zgodę Naczelnego Wodza, by rzucić sławną 18-tą dywizję na skrzydło i tyły nieprzyjaciela zaangażowanego przed tym naszym „ofensywnym” kordonikiem. Ten manewr przeważył szalę. Była to ostatnia bitwa – sam w niej brałem udział. 17-go października nastąpiło zawieszenie broni, ostatnie strzały dowodzonego przeze mnie oddziału artylerii oddaliśmy w walce pod Mołodecznem i tak zakończyliśmy wojnę.

Chcę tu raz jeszcze podkreślić dzielność i odwagę osobistą postaci, którym później odmawiano wszelkich zasług. Generałowie Sikorski, Haller, płk Zagórski stale byli na froncie i często pod ogniem. Haller i Zagórski osobiście prowadzili w pierwszych liniach natarcie na Radzymin. Gen. Weygand i premier Wincenty Witos objeżdżali front i byli w ogniu, wpływając na morale żołnierzy w kryzysach walki.

Jędrzej Giertych

——————
Jędrzej Giertych (1903 – 1992) był politykiem, dyplomatą i publicystą, jednym z przywódców Stronnictwa Narodowego. Od czasu studiów prawniczych angażował się w tworzenie harcerstwa. Stał się rzecznikiem polskiej pomocy kulturalnej dla Łużyc. W 1938 r. agitował na rzecz pomocy militarnej dla Czechosłowacji. W kampanii wrześniowej brał udział w obronie Helu. Został wzięty do niewoli i po wojnie przebywał na emigracji w Wielkiej Brytanii. Wydawał własne książki historyczne i publicystyczne oraz czasopismo „Opoka” (wcześniej pismo Ruch Narodowy) a także m.in. książki Feliksa Konecznego (Towarzystwo imienia Romana Dmowskiego). W 1961 r. został usunięty z emigracyjnego Stronnictwa Narodowego w wyniku konfliktu z jego ówczesnym prezesem Tadeuszem Bieleckim.

Reklama / Advertisement

Dziennik Narodowy poleca