Fedorowicz: Kupa królów, czyli jak laptop pokazywał, to płakał

93
Najpierw była wielka akcja mrugania okiem do Publiczności, której rozmach można by porównać tylko z zapowiedzią tzw. rekonstrukcji rządu:

Uwaga, uwaga! Nadchodzi! Wielki serial, jakiego jeszcze oko nie widziało, ani ucho nie słyszało!… I tak dalej, i w te klocki.

Ponieważ ja oprócz dyplomu inżyniera mam i dyplom finalisty Pierwszej Olimpiady Historycznej (to za Gierka dawało wolny wstęp na uniwersytecką historię), natychmiast przypomniałem sobie Bunscha, do czego jeszcze wrócę, bo ta reminiscencja skłoniła mnie do napisania tego tekstu.

***
Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze:

„z wielkiej chmury mała kupa” i proszę mi tu nie wierzgać, bo mogłem napisać, że kupa wielka, ale na coś takiego, to trzeba sobie u mnie zasłużyć.

Ponieważ wspomnianej kupy przykryć się nie dało, tzw. czynniki postanowiły bronić kupy jak … i tu każdy wstawia sobie to, co mu dusza dyktuje, bo ja szczery demokrata jestem i w przeciwieństwie do Karnowskich nikomu nie będę dyktował czego ma bronić, a co oglądać.

Obrona kupy jest (użyjmy terminologii komunistycznej) szeroko frontowa i z użyciem wielkiego rodzaju sił i środków:

na przykład tzw. oglądalności, o której Danuta Holecka z dumą Publiczność informuje, artykułując tą swoją perfekcyjną dykcją słowo miliony.

Ja najmocniej przepraszam, ale gdyby Kurski pokazał relację z konkursu na najdłuższego – pardon – wacka, to by miał oglądalność jeszcze dłuższą, tfu! to znaczy większą, no nieważne, wiadomo o jakie parametry chodzi.

Z kolei gdyby zrobił serial na miarę aspiracji wielkiego, 40 milionowego, europejskiego narodu , to by mu to Publika pamiętała jeszcze długo po tym, jak go Czabański posunie, bo kiedyś w końcu posunie, a jak nie Czabański, to ktoś inny.

Krótko mówiąc, jak mój znajomy, przemiły londyńczyk Mariusz (pozdrawiam Cię!) napisał:

„Serial „Korona Królów” jest tak denny, że po obejrzeniu odcinka trzeciego zatęskniłem za pierwszym.”

Obrony „Kupy królów” podjęli się też komercyjnie niepokorni (moje!) Karnowscy, idąc na ostro, co lubię, bo sam też tak potrafię.

Jacek zadowolił się tweetem, po którym został sprowadzony na ziemię przez Ufkę, a Ufka, to jest blogerska i twitterowa instytucja, i jak sprowadza na ziemię, to pionowo

Michał wykazał się znacznie bardziej, podpisując się pod czymś, czego by się nie powstydził… (i tu padają nazwiska powszechnie uznane za obraźliwe), ale że w zacytowaniu wyręczył mnie Jacek Jarecki tu, to sobie zachodu oszczędzę.

***

Teraz wracamy do zapowiedzianego Bunscha.

Ten Bunsch napisał trylogię (Wawelskie wzgórze, Wywołańcy, Przełom) osadzoną w czasach pokazanych w „Kupie królów”.
Nie wiem, jak to możliwe, ale ta jego fabuła jest bardziej obrazowa, niż obrazki (i to ruchome!) powstałe wg scenariusza napisanego „pod opieką literacką” Ilony Łepkowskiej.

Do tego stopnia bardziej, że choć przeczytałem tę trylogię 50 lat temu (za PRLu 10 letnie dzieci czytały książki), to tamtą fabułę pamiętam doskonale, a o tej z „Kupy królów” chciałbym jak najszybciej zapomnieć.

Bo Bunsch, oprócz tego, że mimo wspanialej, wręcz bohaterskiej pierwszej połowy życia miał skłonność do zachowań podłych:

podpisał się wraz z innymi o podobnych skłonnościach pisarzami, z niejaką Czymborską Wiesławą oraz Terleckim (tatusiem wicemarszałka) na czele, pod listem, w którym domagali się wykonania wyroków śmierci na krakowskich księżach, storturowanych przez stalinowskie UB i skazanych na śmierć przez stalinowski sąd,

był niebywale zdolnym pisarzem.

Za to Ilona Łepkowska jest uznawana za wybitną pisarkę 3RP, co tłumaczy wiele, a może nawet wszystko, bo w 3RP wybitność jest cechą środowiskową.

O, tak się złożyło, że jest żoną wybitnego architekta, autora gmachu TVP, który jest – o czym każdy może sam się przekonać – przecudnej urody (gmach, nie architekt).
I takiejże przecudnej urody są produkcje w tym gmachu powstające, bez względu na to, kto w tym budynku rządzi.

A jak dodamy, że ten wybitny architekt jest zaufanym człowiekiem Prezesa (gdyby nie był, to by go Prezes, TEN Prezes na kandydata na prezydenta stolicy w 2010 nie namaścił), to mamy do czynienia z wybitnością wręcz certyfikowaną.

Bunsch, toutes proportions gardées, jak i Karnowscy był pisarzem dworskim, dzięki czemu miał wydawane tyle, że (w przeciwieństwie do Karnowskich) także miał pisane, bo oni tylko gadane mają, choć w porównaniu z Bunschem, to do Karnowskich określenie pisarczyk moim zdaniem pasuje bardziej.

No już dobrze, dobrze – nie będę się upierał przy tej dworskości:

Bunsch był pisarzem komitetowym – teraz pasuje?
Ale skoro każdy wie, że realna władza (czytaj – kasa) mieści się dziś na Nowogrodzkiej, to i Karnowskich pisarczykami komitetowymi nazwać można, czyż nie?

Tym bardziej, że obaj Karnowscy posługują się szantażem emocjonalnym (to narzędzie używane zwykle, gdy brakuje argumentów, przez różnych takich tupeciarzy).

A najpiękniejsze jest to, że obaj Karnowscy, próbują normalnych ludzi emocjonalnie szantażować w sposób, który najtrafniej można streścić parafrazą Klasyka:

„To jest kupa.
A wiecie co robi ta kupa? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa To jest kupa na skalę naszych możliwości. Wy wiecie, co my robimy tą kupą? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – ona jest nasza, przez nas wykonana, i to nie jest nasza ostatnia kupa!

Za to najgorsze jest to, że oni nam tę kontynuację najprawdopodobniej obiecują na serio, jako że „prawdziwe pieniądze zarabia się na drogich, kupiastych produkcjach!”

Puentując:

jest dobrze – będzie dobrzej! (też moje)

Ewaryst Fedorowicz

za: blog.wirtualnemedia.pl