REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Edward Taylor: Kwestia rolna w Polsce

168

Byłoby złudzeniem, zasłanianiem sobie oczu na twardą rzeczywistość twierdzić, iż kwestię rolną wytworzyła u nas dopiero rewolucja bolszewicka w Rosji, iż dopiero zaraźliwy podmuch, od Wschodu wiejący, przyniósł ją i zaszczepił sztucznie na polskiej, zdrowej glebie. Istniała ona w całej pełni przed wojną i czekała pilnie i niecierpliwie na swe załatwienie, narzucając się sama na porządek dzienny jedynemu ustawodawczemu organowi polskiemu, mogącemu się zabrać do jej rozwiązania, tj. Sejmowi galicyjskiemu. Ten jednak nie dorósł do jej poziomu i zaledwie w kilku kwestiach paru nieśmiałymi próbami o jej istnienie i podstawy zaczepił.

Polska kwestia rolna ma najbrutalniejszą, najpospolitszą formę. Koncentruje się w tym, że ludność rolnicza nie może się utrzymać z uprawy posiadanej ziemi i masowo emigruje, względnie umożliwia sobie istnienie przez zagraniczne sezonowe zarobki. Jest to stan, stwierdzający, iż esencjonalne zadanie państwa, przysporzenie szczęścia i dobrobytu obywatelom, nie jest zrealizowane. Jest objawem nędzy społeczeństwa. To też żadne państwo nie zniesie go na dłuższą metę, odbiera on mu bowiem rację istnienia, pozbawia równego wzrostu z innymi tak pod względem ludności, jak bogactwa, a więc deklasuje w gronie państw i narodów i narusza podstawy przyszłości. Wywołuje on zazwyczaj jako ratunek zwrócenie się danego państwa do polityki kolonialnej, jest źródłem aneksyjnych dążności.

REKLAMA

REKLAMA / Advertisement

Typowym przykładem służą tu Włochy – jedyne państwo, którego emigracja przewyższała polską przed wojną. Objaw ten wywołał wojnę trypolitańską i jest podstawą nowoczesnego imperializmu włoskiego. Polska, choćby chciała mieć swe miejsce na słońcu dostatków kolonialnych, za późno wchodzi w grono mocarstw europejskich, by mogła rościć sobie pretensje do rozdzielonego już i okupowanego globu ziemskiego. Gdyby nawet pretensje te podniosła i zostały one uwzględnione, wątpliwym jest, czy potrafiłaby przez długi czas opanować gospodarczo i populacyjnie owe kolonie, nie mając żadnej w tym kierunku wprawy ani doświadczenia, a posiadając cały nawał pierwszorzędnych kwestii do załatwienia w kraju macierzystym.

Natomiast nasuwa się nam możność ekspansji na Wschód. Ta jednak inne przedstawia widoki dla emigracji, niż kolonie. Najlepsze grunta są tam już zajęte, w ogólności są już one okupowane w przeciwieństwie do stanu rzeczy w koloniach. Gęstość tubylczej ludności jest dostosowana do stanu cywilizacyjnego kraju i trzeba znacznych bardzo inwestycji, szczególnie komunikacyjnych, by móc tam większą liczbę ludności osadzić. Ponadto względy polityczne przemawiają przeciw zbytniemu rozszerzaniu się na Wschód. Nie tylko konieczność nieuniemożliwiania sobie drogi do porozumienia z Rosją, ale i względy na niemożność obciążania się przy demokratycznym ustroju państwa nadmiarem ludności obcej i narodowością i wyznaniem, którą przez to nie będzie możliwym już nie zasymilować, lecz choćby przywiązać do kultury i państwowości polskiej, sprzeciwiają się temu.

REKLAMA / Advertisement

Nie myślimy przez to przeczyć znaczeniu posiadania wschodnich prowincji dla rozwiązania kwestii rolnej w Polsce. Ułatwi je ono znacznie, umożliwi łagodniejsze formy, lecz samo jej nie rozwiąże. Wychodźstwo stałe i zarobkowe podnoszą skalę wynagrodzenia pracy w kraju, nie dopuszczają do zupełnego gospodarczego upadku ludności nieposiadającej, a więc proletariatu miejskiego i wiejskiego bezrolnego, podnoszą zamożność tych warstw i kraju. Wytwarza to pewną szczególną sytuację gospodarczą, która łagodzi kwestię robotniczą, a natomiast cały ciężar zagadnienia populacyjnego przerzuca na rolnictwo, stwarzając ten stan rzeczy, który nazywamy polską kwestią rolną. Ta bowiem nie polega wcale na ogół na tym, że wielka własność posiada część ziemi za dużą w stosunku do małej własności. Wprawdzie udział wielkiej własności na ziemiach Polski wynosi 31— 54 %ogółu ziemi, lecz prywatnej wielkiej własności 1 9 —45 %, a udział wielkiej własności w ziemi ornej 22—46 % Mała własność posiada poza wschodnimi kresami 56—78 % ornej ziemi. Stosunek to nie wiele gorszy, jak w innych krajach Europy.

Wystarczyłoby więc tylko sparcelować kilka procentów obszaru, by załatwić kwestię rolną i dojść do poziomu zach. Europy. Zadaniu temu poradziłoby z pewnością w krótkim czasie samo życie, jak na to wskazują niezwykle silne postępy parcelacji przed wojną w Kongresówce i w Galicji. Nie potrzeba by zatem zajmować się tym problemem ustawowo. W dodatku kwestia rolna jest u nas właśnie tam najbardziej zaostrzoną, gdzie jest najsilniejszy procent ziemi w posiadaniu małej własności, np. w Galicji, gdzie wynosi on 66 % ogólnej przestrzeni, a 78 % ornej ziemi i 84% łąk.

REKLAMA / Advertisement

Nie tu zatem spoczywa punkt ciężkości polskiej kwestii rolnej, choć i pod tym względem pewne przesunięcia są konieczne. Brak silnego przemysłu, który by dał ujście przyrostowi ludności, stanowi najważniejszy powód zaostrzenia się kwestii rolnej. Unaocznia to fakt, że jest ona właśnie najostrzejszą w Galicji, gdzie go brak było zupełnie, słabszą znacznie w Kongresówce, a najsłabszą w zaborze pruskim, gdzie ludność znajdowała łatwy odpływ do wielkiego przemysłu niemieckiego. Wywołuje to coraz większe drobnienie ziemi u małej własności. Dochodzi ono do tego stopnia, że szkodzi rozwojowi kultury rolnej, wpływa hamująco lub obniżająco na produkcję. Nie mówiąc już o szachownicy, ważkości i rozrzuceniu działek, samo posiadanie za małej ilości ziemi odstrasza od oświaty zawodowej, bo nabycie jej więcej kosztuje, niż może ona przyczynić dochodu na małym gospodarstwie. Uniemożliwia też ono w ogóle stosowanie całego szeregu ulepszeń i inwestycji ze względów organizacyjno-gospodarczych lub technicznych. Niska produkcja gospodarstw tym bardziej powiększa minimum gruntu, koniecznie potrzebnego na utrzymanie rodziny.

Z drugiej strony wywołane przez brak przemysłu wychodźstwo, przede wszystkim zarobkowe, oddaje w ręce ludności bezrolnej lub małorolnej, szczególniej wobec niskiego stanu jej potrzeb i kultury, znaczniejsze sumy. Nie może ona dla nich znaleźć zajęcia innego, prócz tego, które zna i lubi, którego się nie boi i które zresztą jedynie jej stoi otworem. Przed osiedlaniem się po miastach i miasteczkach, próbowaniem tam handlu i przemysłu wstrzymuje brak kwalifikacji, późniejszy wiek, a nadewszystko małe pole zarobków i niskość kulturalna tych miast i miasteczek. Kto na tyle jest sprytniejszym, że wziąłby się do tego, woli zostać np. w Ameryce i tam próbować łatwiejszego szczęścia i wygodniejszego, pełnego życia. Kto wraca, ten z reguły nie ma możności pracy gdzie indziej poza rolnictwem.

materiały wyborcze

materiały wyborcze

Wytwarza to silny popyt za ziemią, zwyżkę jej ceny. Nie oddziaływując zaś na zwyżkę dochodu, stawia szereg większych gospodarstw w położenie przymusowe. Zmusza je do sprzedaży w razie poważniejszego zadłużenia, działów itp. Przed tą tendencją mogą się ostać tylko jednostki, którym wysokość dochodu z ziemi jest dość obojętna, które łatwiej kryzys ten mogą przeczekać, a nawet przy nim na dłuższą metę gospodarować, licząc na dalszą zwyżkę ceny ziemi. O utrzymaniu się więc przy ziemi decyduje nie dzielność gospodarza, wysoka produkcja, kultura i umiejętność zawodowa, tylko siła kapitalistyczna. Nabyć może również tylko silny kapitalistycznie właściciel, albo też drobny rolnik. Ginie zatem średnia własność. Topnieje przerażająco, jak śnieg wiosenny.

I w tym to właśnie objawie, w tym zagadnieniu koncentruje się jak w ognisku soczewki cała polska kwestia rolna. Nie byłoby to klęską społeczną, gdyby pomijając inne jeszcze względy, ginęła ona na rzecz średniej i większej chłopskiej własności. Tymczasem tak nie jest. Rozmnaża się tylko drobna, mała, a przede wszystkim karłowata parcelowa własność. Gospodarstwo chłopskie drobnieje w swych przeciętnych wymiarach. Topnieje również przez działy średnia i większa chłopska własność tam, gdzie była, a nowa się nie wytwarza. Wpływa na to prócz wyżej podanych powodów wciąż większe zapotrzebowanie ziemi niż jej podaż, a nadewszystko wytworzona przez wychodźstwo drożyzna robotnika, drożyzna wielka bardzo w stosunku do rezultatów obecnej produkcji rolnej. W ten sposób utrzymuje się u góry, a nawet może i powiększa, własność latyfundyalna, u dołu zaś rozszerza się mrowie drobnej, coraz drobniejszej własności. Między niemi zaś wytwarza się coraz większa pustka, przepaść, brak ogniw pośrednich.

Pod względem socjalnym stan podobny jest nie do zniesienia. Wytwarza najdogodniejsze pole do rozwoju antagonizmów społecznych, do zazdrości, walki. Utrudnia niezmiernie postęp kulturalny i gospodarczy. Średnie ziemiańskie, większe i średnie chłopskie gospodarstwa stanowią zawsze ten czynnik, którego wpływ jest miarodajnym dla stanu kulturalnego i produkcyjnego wsi polskiej. Wszelka demokratyczna kultura nie polega na niwelującej równości wszystkich, ani na obniżaniu się kulturalnym i przystosowywaniu do poziomu niższych warstw, lecz na tworzeniu i utrzymywaniu ciągłego wzajemnego przenikania między warstwami, na łatwości rozsiewania się zdobyczy i nabytków góry między szerokie masy za pomocą tysięcy kanalików, stadiów pośredniczących, na nie za wielkich różnicach między szczytami i dolinami cywilizacji, a minimalnych między poszczególnymi szczeblami kultury. Wtedy wzajemne obcowanie i naśladownictwo, możność jednego i drugiego bez wielkiego trudu, są największym bodźcem cywilizacyjnym.

REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

To samo się tyczy i postępu gospodarczego. Szereg prób i inwestycyj jest możliwy tylko na większych jednostkach gospodarczych, wymaga wyższego wykształcenia, które się nie opłaca i jest nie do uzyskania na małym gospodarstwie. Celowość nowych sposobów musi być wypróbowana praktycznie przez jednostki interesowane, nie przez publiczne zakłady lub urzędników. Selekcja nasion i rozpłodowego inwentarza tu należy. Większe gospodarstwo w ogólności, do pewnych naturalnie granic, czyni w rolnictwie pracę produkcyjniejszą, aczkolwiek produkcja jego absolutna może być mniejsza, niż mniejszego. Przy mniejszym nakładzie pracy można wyprodukować więcej dla wyżywienia ludności. To zaś jest dla gospodarstwa społecznego w normalnych warunkach najważniejszym, nie sama absolutna wielkość produkcji. Produkcja zbożowa największą bywa u średniej i większej chłopskiej i średniej ziemiańskiej własności. Również i jakość inwentarza.

Ten cały szereg przewag wspomnianych form własności, który tu znacznie można by pomnożyć, kończy się, gdy przejdziemy pewne maximum, które da się jeszcze opanować przez jednostkę gospodarującą, mającą przy niem jeszcze możność indywidualizacji, koncentracji i dopilnowania nakładów kapitałowych. Z chwilą, gdy się je przejdzie, występują wszystkie braki wielkich przedsiębiorstw bez ich zalet. Te ostatnie giną, gdyż w rolnictwie masowa produkcja, połączona z koncentrowaniem nakładu kapitałowego, w krajach, w których przy danym stanie techniki już występuje prawo zmniejszającego się przychodu, nie daje bynajmniej coraz to większych wyników w miarę swego powiększania się. Gospodarowanie cudzą głową i cudzymi rękoma tam, gdzie ocena rezultatów wy­ maga dłuższego czasu, jak w rolnictwie, gdzie trzeba ciągłej indywidualizacjo w produkcji i znacznych nakładów dla każdych zmian i nowości, zwykle daje liche rezultaty. Dowodem tego są też polskie latyfundia, które są ogólnie bardzo niedostatecznie zagospodarowane i produkcyjnie stoją bardzo nisko, nieraz na poziomie kategorii najmniejszych chłopskich gospodarstw, a czasem jeszcze gorzej.

1 otóż, jak widzieliśmy, rozwój naturalny idzie w kierunku niszczenia najbardziej społecznie i gospodarczo wartościowych gospodarstw, a wzmacniania najgorszych pod tym względem form. Jak widzimy, drogą opisaną i rozpatrzoną przez nas kwestia populacyjna zmienia się w kwestię rolną w najprzykrzejszej formie głodu ziemi.

Brak możności dania ludności pracy wywołuje:

1) emigrację,

2) drożyznę ziemi,

3) drożyznę robotnika rolnego,

4) znikanie średnich form własności i rozpadanie się jej na drobną i latyfundyalną,

5) rozdrabnianie się małej własności,

6) upadek produkcji rolnej,

7) głód ziemi.

Wszystkie te objawy wspierają i wywołują jeden drugi, komplikują się wzajemnie i zaostrzają. Razem stanowią klęskę społeczną. Czyż społeczeństwo może na to patrzeć obojętnie, z założonymi rękami? Sprawa ta ma poza wszystkim jeszcze i doniosłość narodową. Średnie formy gospodarcze są najbardziej politycznie i narodowo konserwatywnym elementem. Zasługi średniej szlachty polskiej w dziejach porozbiorowych są dobrze znane. Jej, jak i z niej rekrutującej się inteligencji miejskiej zawdzięczamy utrzymanie uczuć i tradycji narodowych w szerokich warstwach, przekazanie ich ludowi, utrzymanie i posuwanie kultury polskiej w walce z zaborcami. Dopiero w ostatnich czasach zaczęła być luzowaną przez nieliczne nasze mieszczaństwo i przez liczny, lecz nie uświadomiony lud wiejski i robotniczy.

Natomiast nasi latyfundyalni karmazyni, dorobkiewicze i arystokracja zawsze skłonni byli do kompromisu, do kierowania się przede wszystkim interesem stanowo-klasowym, będąc skrępowani posiadaniem znacznej ilości ziemi, w którą mógł zawsze ugodzić zaborca. Uwydatniło się to, i to bardzo przykro, także i podczas obecnej wojny wszechświatowej, szczególniej w Galicji, budząc powszechne rozgoryczenie i oburzenie, wnosząc nową pointę do kwestii rolnej — polityczną. Także i pod względem ogólno-kulturalnym nie jest obojętnym fakt znacznej przewagi wśród własności rolnej najniższej i najwyższej formy. Pierwsza stanowi o ubóstwie kultury, druga zaś o jej specjalnie ziemiańsko-arystokratycznym charakterze. Znaczy to, że lenistwo, ociężałość, pewne sobkostwo, zacofanie, skłonność do kosmopolityzmu będą cechami kulturalnymi narodu.

Doskonale odczuł i ujął tę sprawę J. Słowacki w liście do T. Januszewskiego z lutego 1849 r., pisząc: „Ziemie obszerne robią Cię egoistą, bo nie dbasz o ludzi ani o naród Twój… Kawałek ziemi miej. . . nie stawaj się panem klucza, bo się zamkniesz tym kluczem na długo w cielsku i krwi i w głupocie ciężkiego szlachcica”…

Zmienia się ta atmosfera, gdy własność ziemską reprezentują pracujący, zadowoleni średni gospodarze i gdy w najbogatszych kołach społeczeństwa przewagę mają przedstawiciele przemysłu i handlu, ludzie, którzy nie zatracili związku z życiem pracy i realnych interesów. Tylko w takim społeczeństwie mogą się rozwijać kult pracy, radość życia wytężonego, rozmach twórczy. Te znowu względy nakazują społeczeństwu głęboko się zastanowić nad kwestią wielkiej własności ziemskiej nawet wtedy, gdy byt jej nie jest tak ściśle związany z kwestią rolną, jak w Polsce, gdy tylko udział jej w posiadaniu ziemi jest za duży. Trzeba pamiętać, że przez zmniejszenie go zwiększa się podaż wielkiego kapitału dla przemysłu, handlu i wielkich społecznych inwestycji. Jakaż droga do naprawy tych nienormalnych stosunków? Najradykalniejszą byłoby usunięcie przyczyny ich, a więc znalezienie upustu dla ludności. Nie mogłyby nim się stać od razu nie tylko przemysł i kresy wschodnie, lecz nawet kolonie. Cały szereg autorów, zajmujących się tak żywotną obecnie kwestią rolną w Polsce (Wł. Grabski, M. Kiniorski, J. Mikułowski-Pomorski, J. Lutosławski, Wł. Glinka, J. Hupka, J. Turnau i w. in.), za środek rozwiązania widzi podniesienie produkcji rolnej przez reformę i zniesienie wszelkich czynników, postępowi jej przeszkadzających, a rozwinięcie jej sprzyjających; należą tu komasacja, oświata zawodowa, melioracje itd. I tu również trzeba długo czekać rezultatów; zupełnego zresztą rozwiązania problemu nie sposób tą drogą znaleźć.

Tymczasem problem istnieje i domaga się nagląco rozwiązania. Sposób postawienia tego ostatniego zależy jednak jeszcze od rozstrzygnięcia jednego wstępnego pytania. Mianowicie w razie, gdyby owa zasadnicza przyczyna kwestii rolnej, przeludnienie, przez nagły i gwałtowny rozwój przemysłu lub podniesienie produkcji została usunięta, czy wówczas ustrój rolny potrafiłby się sam samoczynnie naprawić, czy też pozostawałby w dalszym ciągu w dotychczasowym stanie? Czy tendencje jego nie zmieniłyby się? Od odpowiedzi na to pytanie zależy kierunek reformy agrarnej, czy ma ona poprawić tylko stosunki w okresie przejściowym, czy też ma zaprowadzić w zupełności pożądany, idealny ustrój i wprowadzić środki, uniemożliwiające jego pogorszenie się, zmianę. Odpowiedź wypada pośrednio.

Bez wątpienia podniesienie produkcji rolnej i wytworzenie dla przyrostu i nadwyżki ludności ujścia w przemyśle i handlu wstrzymałoby dalsze drobnienie małej własności i rozpadanie się obecnie średniej. Natomiast nie potrafiłoby wytworzyć większej chłopskiej i średniej ziemiańskiej w miejsce tej, która już zniknęła, nie potrafiłoby zmniejszyć za dużego udziału, przewagi formy latyfundyalnej w większej własności tani, gdzie ona istnieje.

Wskutek tego reforma rolna musi mieć dwa cele na oku:

1. Zaspokoić chwilowy głód ziemi i skierować go od rozbijania średnich form własności, do czego naturalne jego tendencje zmierzają, na własność latyfundyalną, a nadto zabezpieczyć sobie stałe instytucje, które by w powyższy sposób działały, a więc dawały ochronę średniej własności i miały możność zwracać ruch parcelacyjny ku latyfundyom.

2. Przy stosowaniu powyższych środków mieć na oku przede wszystkim wytworzenie brakujących form gospodarczych w naszym ustroju rolnym, a więc naprawić te rany, które mu obecny naturalny, a raczej dziki rozwój zadał, tj. odnowić średnią własność kosztem wielkiej.

Wszyscy zgadzają się, że należy w tym celu rozwiązać powiernictwa, rozparcelować dobra donacyjne i tzw. majorackie w Kongresówce oraz ziemie komisji kolonizacyjnej i przez nią rozkolonizowane w zaborze pruskim, ograniczyć własność martwej ręki. Własność państwową byłoby wskazanym raczej wydzierżawiać, dzieląc ją na średnie gospodarstwa typu brakującego w danej okolicy. Część idzie dalej. Żąda się ustanowienia maximum własności. W ten sposób zapobiegnie się tworzeniu nowych jednostek wielkiej własności, przewyższających oznaczoną granicę. Lecz jak zmniejszyć istniejące już jednostki własnościowe, przekraczające tę granicę? Projektuje się nadwyżki ponad owo ustawowe maximum wywłaszczyć za zapłatą, o ile stanowią ziemie uprawne — rozparcelować, o ile lasy — upaństwowić.

O kwestię wywłaszczenia toczy się zażarta walka. Wobec jasnego i wykonywanego już prawa państwa rozporządzania prywatną własnością, o ile chodzi o dobro ogółu, dyskusya to jałowa. Już św. Tomasz z Akwinu usankcjonował pośrednio tę zasadę. (Summa Theologica, I-a, Il-ae, ąuaestio 105, art. 2 ad 3), powołując się przy tym jeszcze na Arystotelesa. Odnośnie do reformy rolnej stosowaną jest ona już w Anglii, Australii i Rumunii. Inna rzecz, czy jest ona, szczególniej w mało wyrobionych i dojrzałych społeczeństwach, jak u nas, tym bardziej w obecnych czasach, pożądaną. To też byłoby wskazanym znaleźć na jej miejsce jaki inny, równie skuteczny środek.

Również gorącą dyskusję wywołuje wysokość maximum własności. Wnioski Polskiego Stronnictwa ludowego chcą je oznaczyć na 100 do 300 morgów. Jest to niezdawanie sobie sprawy, czego się żąda. Byłoby to zniszczeniem średniej ziemiańskiej własności, co nie jest bynajmniej pożądanym ze względów wyżej już poruszonych. Lecz co więcej, rzuciłoby do parcelacji szaloną masę ziemi, mianowicie około 20.000 gospodarstw o obszarze do 10 mil. hektarów. Państwo nie byłoby wprost w stanie takiego olbrzymiego przedsięwzięcia opanować. Musiałoby ono się zatem toczyć powoli i długo. Wymagałoby szalonych inwestycji pieniężnych w budynki i urządzenia gospodarstw. Odciągnęłoby wszelkie drobne kapitały od wszelkich innych zużytkowań, zaabsorbowałoby cały kredyt państwa. Można więc powiedzieć, że byłoby ono formalną rewolucją, połączoną ze znacznym zubożeniem kraju i to na dłuższy okres czasu. A co przede wszystkim, odciągnęłoby ludność od przemysłu, uniemożliwiło jedyne właściwe i zasadnicze rozwiązanie kwestii, oraz niesłychanie i na długi czas obniżyło produkcję rolną. W krótkim zatem czasie przeludnienie znowu by wystąpiło, ale wtedy nie byłoby już czym go zaspokoić. W dodatku, będąc niewykonalnym, skieruje ono swe ostrze właśnie przede wszystkim przeciw średniej własności, która sama w obecnych warunkach będzie się prosić o wywłaszczenie. Natomiast ustanie wpół drogi wobec swego ogromu, nim dojdzie do jedynie uzasadnionego celu, tj. parcelacji latyfundiów. W ten sposób tylko pogorszy ustrój rolny, zamiast go naprawić. Jest zresztą wprost nielogicznym ustanawiać tak niskie maximum, gdy trzeba dać sobie radą najprzód z wyższym. Chyba,, że chodzi nie o prawdziwą reformą, tylko o papierową, o teatralny efekt.

Projekt prof. Bujaka stawia wcale racjonalne maximum 500 hektarów ziemi uprawnej, a 1500 ha. lasu. Jest to obszar, który daje jeszcze pole do stosowania wyższego wykształcenia, do koncentracji nakładów, a zarazem daje się opanować indywidualną pracą kierowniczą. Lecz właśnie w stosowaniu wywłaszczenia i maximum własności, zachodzi kwestia zasadnicza. Czy wywłaszczenie ponad maximum ma obowiązkowo wszystkich objąć i być w całości przeprowadzone? Czy też państwo ma mieć tylko możność przeprowadzenia go tam, gdzie będzie potrzebne? Kwestią tą rozstrzygają, zdaniem naszym, w zupełności wywody, wyżej wyłuszczone, a tyczące się rozwoju stosunków rolnych. Oświadczamy się stanowczo przeciw pierwszej ewentualności. Z naciskiem znowu zaznaczamy, że wszelka reforma rolna będzie tylko chwilowym paliatywem, pogarszającym nawet na przyszłość sytuację, o ile stan gospodarczy kraju nie będzie taki, że rozwiąże sam kwestią ludnościową. To może uczynić tylko przemysł.

Otóż przeprowadzenie reformy rolnej musi trwać dłuższy czas; według projektów prof. Bujaka ciągnąć by się miało przez okres jednego pokolenia, a więc koło 25 lat. Bardzo prawdopobnym jest, a w każdym razie niewykluczonym np. w razie uspokojenia się Rosji, że przemysł nasz tak się ruszy, iż pochłonie całą nadwyżką ludności. Wówczas forsowanie w dalszym ciągu nadziału gruntem byłoby karygodnym odciąganiem robotnika od przemysłu, zmniejszaniem zdolności konkurencyjnej naszego przemysłu, połączonym może nawet ze stałą utratą możności jego ekspansji. Albo też uczyniłoby państwo właścicielem wielkich obszarów, z którymi nie umiałoby sobie poradzić, zmuszone do własnej gospodarki. Następnie trzeba sobie uprzytomnić, że rozparcelowanie w ciągu 25 lat, jak chce prof. Bujak, aż koło 5 mil. ha ziemi, bo tyle wówczas trzeba by wywłaszczyć, nie jest taką bagatelą. Trzeba by rocznie parcelować koło 200.000 ha ziemi. Przyjmując obecną cenę ziemi koło 10.000 K za 1 ha, dość ogólną, daje to około 2 miliardy K rocznie.

Każdy znawca przyzna, że przeciętna parcelacja trwa najmniej 3—6 lat. Wobec tego zapas ziemi, będący stale w ręku państwa w trakcie parcelacji, będzie wynosił koło 4-ro krotnej ilości rocznej sprzedaży ziemi, t. j. wymagał uwięzienia nakładu koło 8 miliardów koron. Do tego dodać należy jeszcze inwestycje przy podziale na mniejsze gospodarstwa, w trakcie będące, w kwocie co najmniej 2— 3 miliardów K. Otrzymujemy więc stały wkład, niepokryty przez nabywców, koło 10—11 miliardów K Choćby zapłata sprzedawcom miała następować w formie obligacji, to jednak oprocentowanie tej kwoty na razie ciążyłoby na państwie i dopiero później mogłoby je ono przenieść na kupujących. Lecz wypuszczanie co roku koło 2 miliardów K papierów państwowych, chociaż pośrednio opierających się na wartości ziemi, lecz aż do pełnej jej wartości, a więc wciągających dla swego zabezpieczenia także w grę ogólny kredyt i autorytet państwa, nie wydaje się nam możliwym bez większej szkody dla ogólnego zapotrzebowania kredytowego państwa, dla innych jego emisyj, szczególniej w państwie, które tego kredytu będzie w wydatnej mierze potrzebować.

Z tych wszystkich powodów należy reformę rolną uczynić bardziej elastyczną, dać państwu możność pójścia daleko, lecz nie nakładać na nie obowiązku i konieczności tak uczynić, choćby to było sprzecznym z interesem ogólnym, który się nie da przewidzieć. Należy dać państwu prawo pierwokupu, nawet ewentualnie wywłaszczenia, jeśli się to okaże koniecznym, lecz nie nakładać na nie obowiązku. Wywłaszczenie w razie wprowadzenia należałoby uczynić zawisłym od wykazania jego konieczności i pożytku, od zaistnienia pewnych przewidzianych warunków i od decyzji specjalnych wyższych organów. Można by je zatem dopuścić np. tylko w powiatach, gdzie większa własność zajmuje więcej jak 25 % obszaru, zgodnie z propozycją Wł. Grabskiego z czasów rosyjskiego ruchu agrarnego.

Naturalnie parcelacja musi dążyć wyraźnie do utworzenia średnich form własności. Rozdział ziemi na trzy równe grupy: jedna gospodarstw małych 4—7 ha dla bezrolnych, druga – dużych gospodarstw włościańskich koło 20 ha, a trzecia – małych folwarków 50—150 ha, proponowany przez prof. Bujaka, jest ze wszech miar wskazany. Nawet w niektórych okolicach należałoby tworzyć, zdaniem naszym, folwarki 200—400 ha. Ale nie można się ograniczyć na powyższych reformach.

Niemniej ważnym będzie takie uregulowanie obrotu ziemią, by dopuszczało i prywatną parcelację, lecz unormowaną, a nie utrzymywało cen ziemi na sztucznej wysokości, lub nawet je podbijało. Na nic się nie przyda prawo wywłaszczenia, jeśli je trzeba będzie wykonywać po cenach niezmiernie wygórowanych, bo wtedy ludność, o którą najwięcej chodzi, niezamożna nie będzie w stanie tej ziemi nabywać. Tymczasem bez kwestii sam fakt wywłaszczania, wielkiego popytu na ziemię ze strony tak poważnego nabywcy, jak państwo, będzie cenę ziemi parł silnie do góry. Sztuczne normowanie ceny ziemi albo będzie nakładać olbrzymie ciężary na państwo przez dopłaty, albo też będzie wymagało udzielenia państwu monopolu parcelacyjnego, co byłoby ze wszech miar bardzo niepożądanym i skrupiłoby się w końcu na cenie ziemi dla włościan wskutek wysokich kosztów administracyjnych monopolistycznego państwowego zakładu, albo wreszcie będzie wymagało sztucznego ustanawiania niskiej ceny nabycia, przymusowej, coby się bezwarunkowo nie dało pogodzić z poczuciem prawnym społeczeństwa i było bezsprzecznie czynnikiem demoralizującym życie państwowe, stanowiąc niczym nieuzasadnioną konfiskatę części majątku pewnych jednostek.

Z drugiej strony trzeba możliwie zabezpieczyć przed ponownym zniknięciem utworzone średnie gospodarstwa i to nie w sposób sztuczny za pomocą ustaw, które naturalnie byłyby obchodzone, lecz skierowując drogą naturalną popyt na ziemię na wielkie jednostki własności. Wreszcie byłoby wskazanym zapewnić sobie podaż gruntu ze strony wielkiej własności w sposób naturalny bez potrzeby wprowadzania do naszego ustawodawstwa przymusowego wywłaszczenia, jeśliby to tylko było możliwym. Wprowadzone być mogą specjalne ograniczenia obrotu, progresywny podatek spadkowy, lecz właściwe osiągnięcie wyżej podniesionych celów, a razem z nimi i istotnych celów reformy agrarnej i warunków jej skuteczności, da się uzyskać jedynie przez większe obciążenie podatkowe wielkiej własności, nieproporcjonalne zmniejszenie w ten sposób jej dochodów z ziemi, zmuszające do pozbywania się tej ostatniej.

Można by w tym celu użyć podatku gruntowego i ustosun­kować jego stopę nie tylko do dochodu, lecz i do wielkości posiadanego obszaru. Mianowicie poza zwykłem obciążeniem całego rolnictwa na równi z innymi źródłami dochodu, lub trochę wyższym ze względu na stosunkowo większą łatwość przerzucania podatku na konsumenta, można by wprowadzić pewien dodatkowy ciężar dla tych kategorii własności, które pragniemy postawić w gorszym położeniu gospodarczym w stosunku do innych. Podatek taki spełnić by miał rolę społecznego nacisku, zupełnie tutaj uzasadnioną. Wyrównywałby szanse średniej własności w walce współzawodniczej, równoważył wobec niej przewagę kapitałową latyfundialnej. Właściwie należałoby uprzywilejować i średnią własność wobec małej, lecz tylko w obecnych stosunkach; w normalnych szanse konkurencji się wyrównują, gdy specjalna zwyżka cen nie czyha na średnią własność. Ową nadwyżkę obciążenia można by wprowadzić do systemu podatkowego przez wprowadzenie progresji przy podatku gruntowym, ustosunkowaną do wielkości obszaru własności. Gdyby taka już istniała w systemie podatkowym ze względów ogólnej polityki skarbowej w stosunku do większych dochodów, to trzeba by obie te progresje z sobą skombinować. Z tych jednak względów przedstawia to znaczne trudności, komplikuje bardzo wymiar.

Dlatego też podobne, istniejące już systemy, australijski, stanu Oklahoma A. P., nawet Rumunii nie wydają się nam wskazane. Prócz trudności technicznych mają to złe do siebie, że używają systemu podatków dochodowych do celu, który nic nie ma wspólnego z normalnymi kryteriami udziału jednostek w wydatkach państwa. Cel podatku staje się podwójny. Wywołuje to zamieszanie pojęć i wykrzywia poczucie prawne ludności, łatwo może spaczyć cały system podatkowy. Najlepiej więc byłoby zostawić podatek gruntowy w cząstkowo-dochodowej, proporcjonalnej formie, wzorowanej na cedułowym systemie angielskim, a niezależnie od niego i od ewentualnego progresywnego ogólno-dochodowego podatku, wprowadzić dla wielkiej własności omawiane dodatkowe obciążenie, ustosunkowane do posiadanego obszaru za pomocą zupełnie osobnego podatku. Najwłaściwszą formą takiego podatku byłaby majątkowa z progresją , zależną jedynie od wysokości wartości ziemi. Należałoby określić wartość, odpowiadającą obszarowi 500 ha. przeciętnej ziemi i od tej kwoty rozpocząć progresję wcale silną. W ten sposób uzyskałoby się od razu kilka rezultatów.

Przede wszystkim miałoby się prostą formę podatkową. Następnie poprawiłoby się w dużej mierze ową znaczną dowolność, którą reprezentować by musiało jednolite ustawowe maximum własności dla całej Polski, gdyż nacisk podatkowy działałby według wartościowego kryterium i gdyby był dość silny, czyniłby zbytecznym przymusowe wywłaszczenie. Przy użyciu nadto zmiennej, zależnie od okoliczności, stopy, ustanawianej co pewien czas, choćby nawet np. corocznie, mógłby on zastąpić zupełnie wywłaszczenie. Jest zaś moralniejszym od tego ostatniego, gdyż zmuszałby wielką własność do intensywniejszej uprawy, uderzał z reguły w najgorzej gospodarowaną, a działał ogólnie w stosunku do całej pewnej grupy właścicieli, a nie przeciw pewnej jednostce, jak wywłaszczenie. Wreszcie w ten sposób wyrównywałaby się pewna niesprawiedliwość, pochodząca z obciążenia ziemi przez podatek gruntowy w stosunku do dochodu czy przychodu. Występuje ona ze specjalną siłą przy ziemi, gdzie wchodzi w grę zawsze indywidualność pracy kierowniczej. Dochodowa podstawa wymiaru odstręczać tu może nieraz od nakładów, intensywności gospodarki, aczkolwiek w znacznie mniejszym stopniu, niż przychodowa.

Zastosowanie natomiast do normalnego podatku gruntowego formy majątkowej, niemającej powyższych braków, byłoby chybionym i szkodliwym, gdyż w naszych stosunkach musiałoby się opierać na ocenie przychodów, a nie na wartości targowej. Gdyby się na tej ostatniej opierało, to podatek byłby właśnie czynnikiem rozbijającym małą i średnią własność. Natomiast forma majątkowa dodatkowego podatku dla wielkiej własności byłaby ze wszech miar wskazana, bo mogłaby się śmiało oprzeć na cenie targowej ziemi, zmuszałaby latyfundia do obejmowania wszystkich możliwie gruntów pod intensywną uprawę, ograniczałaby użycie ich zbytkowne, dla przyjemności, co właśnie jest ważnym przy tej kategorii własności. Wreszcie przez umiejętną regulację stopy podatku można by tu z góry zapewnić sobie w dobrowolny sposób po pożądanej cenie tyle właśnie ziemi, ileby jej było potrzeba na kolonizację. Podaż jej byłaby elastyczną, uregulowana w stosunku do zapotrzebowania.

W ten sposób pomyślana reforma rolna obeszłaby się zupełnie bez wywłaszczenia, utrwalałaby średnie formy własności, oraz stała w zależności od ogólnego rozwoju gospodarczego, będąc elastycznym, podatnym narzędziem dla umiejętnego kierownika państwowej polityki gospodarczo-rolnej. Tylko skombinowanie maximum własności i prawa pierwokupu państwa z progresywnym podatkiem majątkowym dla wielkiej własności ziemskiej, niezależnym od gruntowego i ogólno-dochodowego, zagwarantować może zadowalające i skuteczne przeprowadzenie naprawy naszego ustroju rolnego, rozwiązać korzystnie polską kwestię rolną. Wywłaszczenie jest tylko efektownym, lecz w gruncie rzeczy mało skutecznym środkiem. Jest ono szerokim gestem, lecz obliczonym na krótką chwilę, paliatywem, który musi być połączony z całym szeregiem równie sztucznych jak on środków, sprowadzających nieznośną i przykrą ingerencję państwa w szczegóły życia gospodarczego, naruszających równowagę społeczną. Jest ono Kronosem, zjadającym swe własne dzieci — przez zwyżkę cen.

Więcej, a bez rewolucji i wstrząsów dla całości życia gospodarczego, da się uzyskać przez podatek majątkowy od własności. Nie można też pomijać uwagą i wstrząśnięć w dziedzinie poczucia prawnego i moralności społecznej, wywoływanych przez wywłaszczenie. Można je ryzykować, jeśli się ono okazuje celowym i koniecznym. Jeśli jednak okazuje się, że więcej i pewniej można uzyskać inną drogą, to czemuż się przy nim upierać? Chyba, że chodzi nie o rzeczywistą reformę rolną, pomoc ludowi bezrolnemu i ulgę narodowi, lecz o papierowe efekty, choćby ze szkodą społeczeństwa połączone.

Edward Taylor

za: „Rok Polski : czasopismo poświęcone zagadnieniom życia narodowego”, nr 4/5 r. 1919

Foto: MOs810Praca własna, CC BY-SA 4.0, Link

—————-
Edward Taylor (1884 – 1964) był ekonomistą, twórca tzw. poznańskiej szkoły ekonomicznej, organizatorem studiów ekonomicznych i prawa skarbowego na Uniwersytecie Poznańskim. Ze spółdzielczości jako pierwszy w Polsce stworzył dyscyplinę naukową. Udzielał się m.in. w ruchu spółdzielczym oraz Izbie Przemysłowo-Handlowej, która w 1926 r. założyła – m.in. za jego pośrednictwem – Wyższą Szkołę Handlową. Między 1924 r. a 1926 r. zajmował się inflacją w Polsce i opublikował w tym czasie: Inflacja polska (1926) i Druga inflacja polska (1926). Wniósł także znaczny wkład do teorii ekonomii (ekonomika teoretyczna). Edward Taylor przed odzyskaniem niepodległości działał w organizacji filomackiej „ZET”. Od tego czasu był przyjacielem Romana Dmowskiego. Był członkiem Ligi Narodowej. Do wybuchu II wojny światowej należał do Narodowej Demokracji. W latach 1921–1924 był członkiem Rady Naczelnej Związku Ludowo-Narodowego. Wypowiadał się krytycznie nt. przewrotu majowego i rządów sanacji.

REKLAMA / Advertisement