REKLAMA / Advertisement

Reklama / Advertisement

Roman Dmowski o masonerii w „Dziedzictwie”

410

Pozycją najwyżej ocenianą w dorobku literackim Romana Dmowskiego jest utwór pt. „Dziedzictwo”. Jak pisze Michał Kałuski (Wrocław 1993, wyd. III) we wstępie do powieści: „Dmowski poruszył w niej wyjątkowo bardzo aktualny i jak się okazuje zawsze bardzo drażliwy temat, a mianowicie rolę masonerii zarówno w życiu jednostkowym, jak i publicznym. W „Dziedzictwie” masoni występują jako „uczynni grabarze”, a ich czołowym przedstawicielem jest Culmer, najważniejszy przeciwnik głównego bohatera Twardowskiego.

—————–

– Rozmowa toczyła się o zagadnieniach doby współczesnej: o komunizmie, o bezrobotnych, o maltuzjanizmie, o pacyfizmie, o arbitrażu, o Lidze Narodów… Twardowski, który w tych sprawach miał poglądy, kłócące się z ogólnie przyjętymi, postanowił ich nie ujawniać. Bawił się w duchu. wygłaszając z emfaza utarte komunały, będące w obiegu na Zachodzie. Widział. że to sprawia gospodarzowi i jego gościom, ogromną przyjemność. Niemal wszyscy obdarzali go komplementem, że jest europejskim człowiekiem.

REKLAMA

Reklama / Advertisement

W dwa dni po tej herbatce Culmer zadzwonił do niego z zapytaniem, kiedy może przyjść na dłuższą rozmowę. Umówili się co do godziny.

– Oho – rzekł do siebie Twardowski – zbliża się punkt kulminacyjny w rozwoju przyjaźni z panem Henrykiem Culmerem. Ciekaw jestem, z czym on przyjdzie…

Culmer tym razem był znów namaszczony. Zaczął od tego, że Twardowski zrobił bardzo dobre wrażenie na jego gościach. Mówił to takim tonem, jakby mu winszował zdania egzaminu. Później zaczął mówić o jego przyszłości, o karierze, która przed nim leży.

Reklama / Advertisement

– Ma pan wszelkie warunki, żeby zając wysokie stanowisko i stać się człowiekiem głośnym, nie tylko w tym kraju.

Twardowski dyskretnie robił minę, jakby się zaczynał do tych perspektyw zapalać.

– Chcę panu do tego pomóc – ciągnął dalej Culmer. – Chcę pana zbliżyć, powiem więcej, związać z ludźmi, mającymi wielkie wpływy w kraju i za granicą. Wielkie wpływy – to mało powiedziane: rządzą oni wszędzie i decydują o karierach ludzkich; nimi zawsze się dochodzi, bez nich nigdy.

Przerwał i obserwował, jakie jego słowa wywarły na Twardowskim wrażenie. Ten milczał ale miał wyraz twarzy prawie entuzjastyczny.

– Właściwie dziwne jest, że pan dotychczas z nimi się nie związał, że pan nie zetknął się z nami za granicą. jesteśmy wszędzie. Tłumaczyć to można tylko tym, że pan tak samotnie, tak na własną rękę chodził po świecie.

Twardowski wyraził zdziwienie, że istnieje na świecie taka potężna organizacja, o której on nic nie wiedział. Prawda, że siedział w książkach i zajmował się przedmiotem nie wymagającym związku z życiem… Culmer zaczął wymownie wykładać cele i zadania tej organizacji: jak popiera ona wszędzie prawdziwy postęp, broni sprawiedliwości. opiekuje się słabymi, walczy z gwałtem i przemocą, tępi obskurantyzm, uczy kochać ludzkość, bez względu na różnicę ras i wyznań itd., itd. Twardowski wyglądał na zachwyconego.

– Teraz przechodzę do najważniejszego – mówił Culmer. – Pan zajmuje się nauką… Ale żeby pan był człowiekiem nawet genialnym i pracował przez całe długie życie, zawsze pan zostanie w granicach wiedzy dostępnej dla ogółu, dla tłumu. Zawsze niedostępna będzie dla pana wiedza wyższa, wiedza wybranych, wiedza o tym, co zawsze dla tłumu było cudem. Zwłaszcza w dziedzinie pańskiego przedmiotu, psychologii.

Do Twardowskiego juz próbowali tak mówić niektórzy ludzie za granicą. Traktował ich jak szarlatanów. Tym razem postanowił słuchać z udaną powagą.

– Skądże wy te wiedzę macie? – zapytał.

Culmer zaczął mówić prawie rytmicznie, jakby deklamował jakiś wyuczony poemat. Twarz mu się zmieniła, oczy, utkwione w Twardowskiego, nabrały dziwnego wyrazu…

Twardowski to znał: widział podobne operacje w pracowniach i klinikach.

ParkerShop.pl: Zestawy Parker Urban już od 199 zł

– Nie wiedziałem – rzekł do siebie w duchu – że pan mecenas Culmer jest także hipnotyzerem. Zobaczymy, jak on to robi…
Culmer w najmniejszej mierze nie podejrzewał, że ma przed sobą człowieka z rozległą i gruntowną wiedzą o duszy ludzkiej w rozmaitych jej odmianach i stadiach rozwojowych, o reakcjach miedzy duszami jednostek: o sugestii, hipnotyzmie, telepatii, wreszcie o dziejach duchowych ludzkości. Nie wiedział, że ten młody psycholog studiował autorów starożytności, najdawniejsze dokumenty pisane i że wie dobrze, co mówią o przeszłości człowieka szczątki, pozostałe po dawnych cywilizacjach, spod powierzchni ziemi wydobyte.

Temu człowiekowi, operującemu wszystkimi wiadomościami, zdobytymi przez sumienne, metodyczne badania, deklamował niezdarną opowieść, będącą zlepkiem starych podań Wschodu, wytworów fantazji indywidualnej, starych i względnie nowych, ale jednych i drugich z czasów, kiedy ludzie mieli bardzo mętne pojęcia o prawach, rządzących przyrodą i historią. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego słuchacz, trzeźwy. zimny, krytyczny, śmieje się w duchu z dzisiejszego człowieka, niby inteligentnego i wykształconego, który może z powagą podobne brednie powtarza. Plótł duby smalone o Atlantydzie, o jakiejś genialnej rasie ludzi, która żyła na ziemi przed setkami tysięcy lat, o wiedzy przez nich posiadanej, o ich pozostałych potomkach, którzy tę wiedzę odziedziczyli i zazdrośnie jej strzegli przed tłumem, przed niższym gatunkiem ludzi. Mówił o Indiach, o których odleglejszej przeszłości nikt nic, prócz wybranych, nie wie, o kapłanach egipskich i chaldejskich, których tajemnice nikomu nie są znane, o przechowywaniu tych tajemnic przez mędrców Izraela, o przedostaniu się tej wiedzy do Europy, raz w czasach greckich, w czasach Pitagorasa oraz misteriów eleuzyńskich i orfickich, później pod koniec wieków średnich, o jej panowaniu w najwyższych umysłach humanizmu, reformacji, a później siedemnastego i osiemnastego wieku, wreszcie o jej zamknięciu w łonie potężnej organizacji, która przez nią doszła do panowania nad światem. Dla Twardowskiego niewiele w tym wszystkim było nowego. O jednych rzeczach wiedział, innych się domyślił na podstawie swych dziesięcioletnich studiów.

Umiałby dać o tym wszystkim Celmerowi wykład, tylko o wiele logiczniejszy i nie kłócący się z danymi dzisiejszej wiedzy, nie odbiegający od podstaw naukowego myślenia. Wiedział także, co to jest ta potężna organizacja, w której imieniu Culmer przemawiał. Nie ujawniał wcale tego, co myśli; postanowił grać dalej komedię. Culmer, pewny swego magnetycznego wpływu na słuchacza, był coraz mniej ostrożny, wypowiadał się coraz śmielej, coraz zuchwalej. Wreszcie skończył. Patrzył na Twardowskiego, który siedział pokornie, niby całkiem ujarzmiony. Po dłuższym milczeniu Twardowski zapytał słabym głosem:

– Co mam zrobić, żeby tę wiedzę posiąść?

– Wejść do nas: juz postanowiono pana przyjąć. Musisz pan złożyć przysięgę na dochowanie tajemnicy, przejść inicjacje i wytrzymać próby, którym będziesz poddany.

Twardowski dowiedział się wyraźnie, o co chodzi. Wstał z fotela, wziął papierosa, zapalił i rzekł spokojnym, ale mocnym głosem:

– To znaczy: utrącić moją niezależność.

Culmer osłupiał. Zmiana tonu Twardowskiego była dla niego całkiem nieoczekiwana. Przez chwilę nie mógł słowa przemówić. Wreszcie odezwał się:

– W pewnej mierze tak. Trzeba czymś zapłacić, gdy się tak wiele otrzymuje.

– Dla mnie – odrzekł Twardowski – moja niezależność nie ma ceny.

– Wiec pan odmawia?

– Odmawiam.

– Panie, niech pan pamięta o naszej zasadzie: kto nie z nami, ten przeciw nam. Niech pan się zastanowi nad skutkami swego kroku.

Był wyraźnie zdenerwowany. Twardowski się zreflektował, że może zbyt stanowczo odpowiedział. Na to jeszcze za wcześnie. Trzeba jeszcze zachować możność pociągnięcia Culmera za język, jeżeli ma wykryć tajemnice stryja…

– Zastanowię się – rzekł. – Pan rozumie, że to krok ogromnej wagi. Nie można się w jednej chwili zdecydować. Trzeba go pod każdym względem rozważyć. Żądam od pana paru tygodni czasu.

Culmer milczał przez dłuższą chwilę.

– Zgadzam się, ale radzę panu powziąć decyzję jak najrychlej. Leży to w pańskim interesie.

Reklama / Advertisement

Dziennik Narodowy poleca