REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Adam Doboszyński: W pół drogi cz. II

149

Na tle tych czarnych horoskopów, wynikających niestety z najbardziej trzeźwych i naukowych rozważań (Einstein, Russell), jakiż może być los Polski? Czyż mamy, przerażeni ogromem zwalczających się mocy, wobec których siły nasze wydają się znikome, założyć ręce i czekać, aż zmiotą nas nadchodzące burze dziejowe? Czyż mamy jak liść na jesieni dać się miotać bezwładnie podmuchom wichury? Odpowiedź wypaść musi: nie.

Dzieje uczą, że w najtragiczniejszych nawet chwilach zawieruchy dziejowej trafiały się oazy spokoju, że wtedy, kiedy ginęły całe cywilizacje, udawało się pewnym krajom uchronić przed katastrofą. Na tle ogólnego zdziczenia i spoganienia świata odcina się nasz Naród religijnością (najzdrowszą bodaj ze wszystkich narodów katolickich), swą zdolnością do zbiorowych czynów bohaterstwa i swym dążeniem do ładu prawdziwie chrześcijańskiego, dalekiego od wynaturzeń zarówno kapitalizmu, jak i komunizmu. Jeśli jakiś naród ma widoki ocalenia się wśród nadchodzącej nawałnicy, to właśnie nasz; burza dziejowa może nie tylko przywrócić nam niepodległość, ale co więcej może nas wysunąć na takie miejsce wśród narodów świata, po które nasza słaba liczebność nie pozwala nam dziś sięgać. W porównaniu z innymi narodami jesteśmy dobrze przystosowani do przetrwania kataklizmów. Trzeba nam tylko świadomie obranego kursu i stanowczego kierownictwa, o własnej myśli i własnym planie. Więcej dziś, niż kiedykolwiek przedtem w naszych dziejach, przyszłe nasze losy zależą od hartu naszej woli i lotu naszej myśli. Wiedzieć czego chcemy to dziś najpierwsze z naszych narodowych przykazań. Pierwszym też ze starań nasżych wrogów jest, by myśl naszą zmącić i nie pozwolić nam na wytyczenie własnej, narodowej drogi. Wytyczenia tej drogi słusznie może Naród oczekiwać od obozu politycznego, który troskę o losy całego Narodu, a nie tylko poszczególnych jego klas, wysunął na czoło swych zainteresowań. Obóz ten w swojej pięćdziesięcioletniej już dziś historii zrobił wiele rzeczy pożytecznych i popełnił sporo błędów; niesłusznie jednak stawiano mu tak często zarzut, że usiłuje „monopolizować” zrozumienie interesu narodowego, skoro on jeden tylko kusił się o ogarnięcie całokształtu spraw narodowych i nie pozwalał go sobie przesłonić interesami cząstkowymi poszczególnych warstw, czy to zachowawczych, czy samych tylko chłopów, czy samych tylko robotników, a ponadto starał się utrzymać niezależność swego sądu od doktryn narzucanych nam z zagranicy.

REKLAMA / Advertisement

Od myśli narodowej ma więc Naród prawo oczekiwać, że po straszliwych przejściach lat ostatnich zdobędzie się na podsumowanie strat i osiągnięć i na wytyczenie Narodowi linii postępowania, która by mu pozwoliła przebrnąć przez nadchodzącą zawieruchę.

To,co potocznie określamy jako myśl „narodową”, przechodziło jak wszystko na świecie ewolucję, którą można podzielić na dwie wyrażne fazy. Zaczęło się w ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku od doktryny „egoizmu narodowego” (takim był tytuł głośnej książki Zygmunta Balickiego, jednego z twórców ruchu narodowego). Z doktryny tej wypływała tzw. „etyka narodowa”, uznająca dobro Narodu za najwyższą miarę moralną. W swej względności moralnej była ta etyka prawym dzieckiem haseł XIX wieku. Stosunek ruchu narodowego do religii musiał być w owych czasach utylitarny; w religii widziano przede wszystkim pożyteczne narzędzie do utrzymania zdrowia moralnego mas i dyscypliny społecznej.

REKLAMA

REKLAMA / Advertisement

Dopiero wstrząs duchowy wywołany dwukrotną, nieudaną próbą rządów narodowych w Polsce (w latach 1923 i 1926), zmusił narodowców do pogłębienia swej ideologii, czego oczywistą przesłanką musiało być oparcie jej na niewzruszonej opoce Chrześcijaństwa. W roku 1927 ukazała się praca Dmowskiego Kościół, naród i państwo, będąca pierwszą oficjalną wypowiedzią twórcy obozu narodowego w duchu integralnie katolickim. Po tej samej linii poszło w następnych latach szereg wypowiedzi młodszych pisarzy narodowych; rychło ten zwrot ku religii wyraził się w ożywieniu praktyk religijnych w młodym pokoleniu, w ślad za czym poszło i pogłębienie myśli religijnej, i zainteresowanie się społeczną nauką Kościoła. Sprowadzenia jednak starego ruchu politycznego z toru indyferentyzmu religijnego i przepojenia go pierwiastkami religii trudno dokonać w ciągu niewielu lat, toteż faza „ureligijniania się” polskiego ruchu narodowego, rozpoczęta w roku 1927, nie jest jeszcze zakończona, acz koniec jej nie wydaje się już daleki. Obecny stan myśli narodowej można streścić w ten sposób, że choć myśl ta dopatruje się w Narodzie nadal najwyższej wartości doczesnej i głównego podmiotu dziejów, to widzi go dziś stanowczo w ramach uniwersalizmu katolickiego. To wyjście poza opłotki krótkowzrocznego interesu narodowego i dobrowolne zrzeknięcie się pełnej suwerenności ducha narodowego na rzecz wspólnoty moralnej wyższego rzędu, pozwoliło polskiej myśli narodowej uniknąć tych manowców, na które zeszły nacjonalizmy innych narodów, nie uznających nad sobą żadnego moralnego hamulca wyższego nad interes własnego narodu.

W społeczeństwie polskim toczy się obecnie trudny (i drażliwy) proces zespalania się w organiczną całość założeń katolickich i narodowych, rozwiedzionych od czasów „Oświecenia” w wieku XVIII. Chcąc, by ten proces przebiegał sprawnie, musimy dbać o zdrowy rozwój zarówno wątków katolickich, jak i narodowych, naszej psychiki.

REKLAMA / Advertisement

Katolicyzm polski, zawsze dość powierzchowny i jednostronnie uczuciowy, doznał w wiekach XVII- XIX spłycenia, które musiało odbić się katastrofalnie na życiu duchowym i umysłowym Narodu. Na szczęście praca nad jego pogłębieniem wykazywała już pewne osiągnięcia przed rokiem 1939, a przeżycia okupacyjne, pogłębiając nurt żarliwości religijnej, wyzwoliły równocześnie nurt intelektualny, dzięki któremu myśliciele i pisarze katoliccy uzyskali znowu poważny głos w literaturze i publicystyce polskiej, a w wykuwaniu naszej myśli ustrojowej wysunęli się nawet na czoło. Tak więc pogłębianie się naszego życia duchowego idzie obecnie w parze z pogłębianiem rozumowych podstaw religii, w oparciu o solidną podstawę tomizmu. Jesteśmy na dobrej drodze, ale są to ciągle jeszcze tylko pierwsze kroki. Ogromny wysiłek czeka katolików polskich zanim będą mogli uchwycić ster dusz i umysłów w Narodzie, a obok tego czeka ich przecież drugie, niemniej ważne zadanie wysunięcia katolicyzmu polskiego na należne mu miejsce w społeczności katolickiej świata, w której – powiedzmy to sobie otwarcie – głos nasz waży bardzo lekko, ze względu na zupełny prawie w ostatnich stuleciach brak dorobku, który by się liczył w opinii katolickiej świata i przypominał o naszym istnieniu jako katolickiego narodu. Ostatni nasz większy wkład w życie Kościoła Powszechnego to Unia Brzeska z roku 1596, związana z nazwiskiem ks. Skargi. Od tego czasu nie było nas w Kościele, nie mieliśmy ani jednego wielkiego świętego-organizatora czy myśliciela, ani jednego głośnego pisarza katolickiego (poza Quo Vadis Sienkiewicza), ani jednego zakonu, który by się rozpostarł na inne katolickie narody. Nie było nas – szczególnie to upokarzające stwierdzenie – przy narodzinach nowoczesnego katolickiego ruchu społecznego, którego współtwórcami byli Francuzi i Szwajcarzy, Belgowie i Niemcy, Włosi i Anglicy. My zwykliśmy w Kościele przychodzić do gotowego. Takie fakty niestety liczą się.

Zwykło się u nas tradycyjnie narzekać na zaniedbywanie spraw polskich ze strony Watykanu, mało kto zadaje sobie jednak pytanie,czy nie jest ono prostym skutkiem naszej nieobecności w Watykanie? Inne wielkie narody katolickie mają tam stale silne liczbowo i personalnie przedstawicielstwa – z naszej strony Watykan zaniedbywany jest skandalicznie, a jeśli nawet jesteśmy tam reprezentowani, to w wielu wypadkach przez ludzi, których trudno nazwać katolikami. I takie fakty niestety liczą się, a odwieczna mądrość polskiego ludu wyraziła to w dosadnym powiedzeniu: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Mimo takiej jednak słabej naszej pozycji w opinii katolickiej świata i w Stolicy Piotrowej, wypadki ostatnich lat wykazały,że tylko w katolickiej społeczności i w jej Kierowniku mamy prawdziwych przyjaciół i sojuszników; co więcej skuteczność ich pomocy i przyjaźni wzrastać będzie w przyszłości w miarę potęgowania się wpływów katolicyzmu w skali światowej i naszego weń wkładu.Wielkie tu mamy zaległości do odrobienia, co gorzej, wysiłek nasz w tym kierunku jest dopiero w zaczątkach, ale też możliwo­ści są ogromne i korzyści możemy odnieść szczególnie duże.

Najlepsze wojsko nie zwycięży bez dobrych generałów, toteż osobista wartość członków Episkopatu ma rozstrzygający wpływ na bieg spraw kościelnych w każdym kraju. I na tym polu dokonało się w Polsce w latach 1945-1946 coś w rodzaju przewrotu, którego skutki dla przyszłości naszego Kościoła powinny być wręcz błogosławione. Oto po raz pierwszy od czasów saskich Watykan mianował kilkunastu biskupów według własnego uznania, nie potrzebując wchodzić w kompromis z rzą­dzącymi Polską niezmiennie od Augusta II czynnikami wrogimi Kościo­łowi. Do wymienionych na wstępie korzystnych dla Narodu Polskiego zdarzeń, w których wolno nam się dopatrywać palca Opatrzności, należy więc chyba doliczyć zerwanie przez komunistyczny rząd polski w roku 1945 konkordatu, co pozwoliło Stolicy Apostolskiej mianować biskupów oglądając się tylko na ich wartości kościelne i narodowe, a nie na ich „strawność” dla wrogiego Kościołowi reżimu. Episkopat polski jest też jedyną dziś bodaj grupą kierowniczą w Polsce, której składowi nikt nie może zarzucić „reakcyjnego pochodzenia”. Ten zbiór synów chłopskich i robotniczych najwyższej klasy, na jaką nasz Naród obecnie stać, daje gwarancję, że Kościół polski pójdzie do swoich przyszłych przeznaczeń lotem górnym, ale twardym i nieugiętym.

Rozmachu, potrzebnego Kościołowi w Polsce dla przebicia się przez stojące przed nim trudności, dostarczyć może jednak tylko dynamizm młodości, toteż siła przebojowa Kościoła leżeć musi w jego młodszym duchowieństwie. I tu mamy wszelkie powody do optymizmu. Młode pokolenie księży, wychowane w Polsce Niepodległej i zahartowane w ogniu długoletniej walki z rządami wrogimi Kościołowi, łączące w swej psychice ideały społeczne Encyklik papieskich z głębokim poczuciem narodowym, ma wszelkie dane ku temu, by godnie przewodzić swym świeckim współbraciom w pochodzie ku nowej, do głębi katolickiej Polsce. Przewodzić nie znaczy jednak obejmować formalnego kierownictwa w każdej akcji społecznej, doświadczenie uczy bowiem, że akcja katolicka bywa tym skuteczniejsza, im więcej samodzielości zostawia duchowieństwo czynnikowi świeckiemu, im świadomiej zmierza do wyrobienia licznych zastępów świeckich działaczy katolickich, zdolnych stanąć do rozprawy z doskonale wyrobionymi działaczami, których od dziesiątków lat kształtują wrogie Kościołowi organizacje, takie jak klasowe związki zawodowe, TUR czy przedwojenne „Wici”. Powiedzmy to sobie otwarcie, że najwyżej nawet etycznie stojący księża mają często słabość do piastowania naczelnych stanowisk w świeckich organizacjach katolickich, przy czym za wytłumaczenie służy im brak działaczy świeckich, łączących w swych osobach odpowiedni poziom wiedzy religijnej i przygotowanie do akcji społecznej. Powstaje w ten sposób błędne koło, gdyż piastowanie kierowniczych stanowisk w Akcji Katolickiej przez duchownych uniemożliwia właśnie w wielu wypadkach wyrobienie się samodzielnych działaczy świeckich i utrwala stan patronatu czynnika duchownego nad świeckim, co dało w okresie między wojnami skutki ujemne, pozwalające klasowym związkom zawodowym, TURowi, „Wiciom” itp. wyprzedzić swe odpowiedniki katolickie a w szczególności chrześcijańskie związki zawodowe i KSM na polu wychowania pełnowartościowego typu działacza.

Nie wydaje się dziś ulegać wątpliwości, że pierwszym warunkiem dla wprowadzenia w życie nakazów katolicyzmu społecznego jest wyrobienie dziesiątków tysięcy świeckich działaczy katolickich, którzy przy duchowej tylko asyście duchowieństwa, ale pod kierownictwem świeckim, przystąpią do przebudowy Polski na nowoczesne państwo katolickie, oparte na wskazaniach Encyklik Społecznych.

Adam Doboszyński

———————-
Adam Doboszyński (1904 – 1949) był politykiem endeckim i pisarzem, członkiem Stronnictwa Narodowego. Był współzałożycielem Bratniej Pomocy Zrzeszenia Studentów Polskich oraz prezesem Związku Akademików Gdańskich „Wisła”. Otrzymał także godność członka honorowego Związku Polskiej Młodzieży Akademickiej i Związku Polskich Korporacji Akademickich. W 1931 r. przystąpił do Obozu Wielkiej Polski. W 1933 r. podczas pobytu w Anglii, nawiązał znajomość z Gilbertem Keithem Chestertonem, pisarzem i myślicielem, którego koncepcja dystrybucjonizmu wywarła duży wpływ na poglądy Doboszyńskiego. Znalazło to wyraz w wydanej rok później pracy Doboszyńskiego „Gospodarka narodowa”. W reakcji na zabójstwo przez policję Wawrzyńca Sielskiego, Doboszyński zorganizował bojówki, które w nocy z 22 czerwca na 23 czerwca 1936 r.opanowały zbrojnie na kilka godzin miasteczko Myślenice, akcja ta została później nazwana „wyprawą myślenicką”. Na emigracji krytykował SN i jego prezesa Tadeusza Bieleckiego za ugodowość wobec rządu gen. Władysława Sikorskiego i oficjalnie wystąpił ze Stronnictwa Narodowego. Brał udział w pracach powołanego wiosną 1942 r. Komitetu Zagranicznego Obozu Narodowego. Celem komitetu było wypracowanie wspólnego stanowiska politycznego i zbliżenia Stronnictwa Narodowego, Obozu Narodowo-Radykalnego „ABC” i falangistów Bolesława Piaseckiego. W grudniu 1946 r. przedostał się do Polski. Aresztowany i sądzony przez komunistów, został stracony w sierpniu 1949 r.

REKLAMA / Advertisement