REKLAMA / Advertisement

REKLAMA / Advertisement

Abp Józef Teodorowicz: Święty Paweł – Apostoł Narodów cz. III

218

REKLAMA / Advertisement

Oskarża swoich św. Paweł, że „nie znając sprawiedliwości Bożej i usiłując postawić natomiast swoją własną, nie poddali się sprawiedliwości”; „zbywa im (też) na umiejętności”. A jednak oświadcza równocześnie Apostoł: „Oddaję im to świadectwo, iż mają gorliwość Bożą”. Ale jednak popełnili oni straszliwą zbrodnię. Tej ani próbuje, ani chce czymkolwiek Paweł usprawiedliwiać. Lecz miłujące jego oko nie może i wtedy jeszcze odpocząć na samych tylko krwawych obrazach najokrutniejszego występku. Skoro już nie zdoła z duszy ciemnej swego narodu wydobyć żadnego promienia świetlistego, wtedy oko jego zawraca ku wielkiej myśli Bożej, która rządziła dziejami jego ukochanego, a tak wybranego Izraela i wyniosła go wysoko.

I on, gdy w swym narodzie widzi samą tylko niewdzięczność, zatwardziałość i zło, zamiast skarg wzbija się aż do podziwu myśli Bożej w dziejach Izraela i aż do wyniesienia narodu w jego wielkości, w jego tradycji i w jego duchowym bogactwie. Oto, jak on naród swój wielmoży. Mówi o nim: „Którzy są Izraelici, których jest synostwo i chwała, i przymierze, i zakon i służba Boża, i obietnice: których ojcowie, i z których jest Chrystus wedle ciała”… Lecz widzi on dobrze, jaka to przepaść przedziela wielkie posłannictwa Izraela od jego dzisiejszego sprzeniewierzenia się idei Bożej i zamierzeniom Bożym; i myśl o tym napełnia go niezmierną boleścią. I ten apostoł radości, ten siewca szczęścia, on sam nosi w sercu swym cierń ustawicznego bólu i smutku.

Czy może dla prześladowań, jakie od swoich ponosić musi? Nie, nigdy! Nie nad sobą, ale nad tymi on boleje, którzy go prześladują. Smutkiem go napełnia ich apostazja i zaślepienie. O tym to smutku i o tej przyczynie i źródle swej boleści, gdy pisze, dodaje w spowiedzi publicznej swojego serca: „Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię; bo mi świadectwo daje sumienie moje w Duchu świętym, że smutek wielki i ból nieustający noszę w sercu swoim”.

Jakaż to wielka jest miłość, jak przestronna, która na taki smutek zdobyć się jest w stanie! Jaka to miłość szczytna narodu swojego i Ojczyzny, która, gdy jest przez swoich odtrącona i zdeptana, wtedy właśnie na takie szczyty i wyżyny się wznosi! Lecz miłość jego nie pozwala mu zwątpić o swoich, mimo ich apostazji. Z ogromną siłą i śmiałością zdumiewającą wyrażeń odpowiada on na pytanie, które sam postawił: „Czy się tak potknęli, iż upadli bez ratunku? Bynajmniej! Grzech ich stał się raczej zbawieniem dla pogan: iżby z poganami i oni szli w zawody. A jeśli ich grzech stał się bogactwem świata, a ocalałe ich szczątki bogactwem pogan, to cóż dopiero pełna ich liczba?”

Nie traci więc Apostoł nadziei, iż przejrzą; pociesza on samego siebie, gdy woła: Czyżby Bóg odrzucił lud swój? Bynajmniej! Bo „i ja jestem Izraelita z potomków Abrahama”. Jeżeli więc nie odrzucił Pan jego, który był prześladowcą Kościoła, ale i nawrócił, to i nie odrzucił Bóg ludu swojego: „tych, których był poznał przed wieki”. Byleby się tylko odmienili! „I oni jeśli nie będą trwać w niedowiarstwie, będą wszczepieni, bo mocen jest Bóg wszczepić ich na nowo” I czegożby on nie oddał za to, by krewnych swoich wedle ciała oświecić i do Chrystusa nawrócić! Śle on ustawiczne modlitwy o ich nawrócenie: „Bracia, pożądaniem serca mojego i modlitwą moją do Boga są oni i zbawienie ich.

Na modłach i wzdychaniach serca jeszcze mu nie dosyć: wszystko on odda za ich zbawienie. Im bardziej go żydzi prześladują, tym natrętniej nawraca ku nim w swych apostolskich wycieczkach, chociaż dobrze wie, co go z ich strony czeka i chociaż jego powołanie dla misji pogańskiej aż nadto usprawiedliwiać mogło niezajmowanie się więcej sprawą nawrócenia żydów, dla której pracują inni apostołowie. Miłość jego dla swoich jest jednak tak wielka, że mimo wszystko, on raz po raz ku nim się wyrywa w swych misyjnych podróżach i pracach. Wie on z góry dobrze o tym, że ich wszystkich nie pociągnie ku sobie. Ale gotów narazić się nie wiem na jakie trudy, niebezpieczeństwa, przeciwności, jeśliby mógł okupić nimi chociażby tylko nawrócenie niektórych z nich. Mówi on do pogan: „Jako apostoł pogan, pracuję ja wprawdzie ku chwale urzędowania mego; tak atoli, abym też jako pobudził rodaków moich do współubiegania się z wami i zbawił niektórych z nich”.

REKLAMA / Advertisement

I nie ma dla Pawła św. tak niewdzięcznej pracy i tak wielkich wyrzeczeń, których by nie poniósł dla nawrócenia swoich. Największą chyba ofiarą, jaką człowiek może dać za drugich, jest ofiara z życia własnego; i życie jest gotów zawsze za nich oddać. Ale miłość Pawłowa zna jeszcze wyższą i większą ofiarę: On gotów jest za swoich oddać chociażby własne zbawienie: „Pragnąłbym, mówi on, sam być skazanym na zatracenie daleko od Chrystusa za braci moich, którzy są krewnymi moimi wedle ciała”.

I gdzież to jeszcze byście chcieli, abym Was dalej prowadził? Czyż są jeszcze granice dla takiej miłości, która za swoich, gotowa poświęcić nie tylko życie, ale i zbawienie własne? Prawdziwie jest to miłość bez granic!

II. Znamiona Apostolstwa

Własności duszy i przymioty św. Pawła wycisnęły charakter na jego całym apostolstwie. Duch, jaki go ożywia w jego pracach, ma swoje wybitne rysy i znamiona. Szczególniej uwypuklają się dwa przymioty przecenne w jego apostolstwie misyjnym. Pierwszy z nich kojarzy gorliwość dla wielkich spraw z pieczołowitą troską o najdrobniejsze nawet kwestie i szczegóły. Drugi znowu przymiot łączy w św. Pawle nieustępliwość w zasadzie z szeroką wolnością ducha. Przyjrzyjmy się wpierw tej pierwszej właściwości apostolskiej duszy św. Pawła. Jak już wspomniałem, mówił Apostoł o sobie, że go przyciska „troska” o wszystkie kościoły.

Weźmy teraz do ręki jego Listy, przejdźmy je, a one nam dadzą odpowiedź na to, jaką to była u niego ta troska i ta pieczołowitość. Z jego wynurzeń, jak i z jego wskazań, możemy sobie łatwo urobić obraz o olbrzymim rozpięciu prac i zabiegów Pawłowych. Orlimi prawdziwie skrzydły obejmował on wszystkie zagadnienia tworzącego się Kościoła. Co tylko w problemach należało do zagadnień wielkich, co było obliczone na trwałość stuleci, to wszystko zaprząta i duszę Pawłową i jego działalność. Pośpieszy on wraz z innymi Apostołami na pierwszy Synod do Jeruzalem. Będzie wespół z nimi rozstrzygał kwestię zasadniczą w sprawie obrzezania; będzie układał linie wytyczne w ukształtowaniu hierarchii Kościoła. Cały się on odda wielkiej, twórczej pracy kształtującego się uniwersalnego Królestwa Chrystusowego na ziemi.

Obok św. Piotra, który jest tego Kościoła głową, wszędzie znad w tej pracy, i rękę, i serce, i duszę Pawłową. Była to praca tak olbrzymia, że kto się jej oddawał, ten miał wszelkie prawo powiedzieć sobie, iż już go nie stać na pomniejsze organizacyjne dzieła. Taki mógł sobie z czystym sumieniem przypisać zasadę, ujętą w przysłowie rzymskie, i oprzeć się na niej: „De minimis non curat praetor”. Troska pretora już nie ujmuje drobiazgów, skoro ma on wyższe zadania do spełnienia. Tymczasem w Listach św. Pawła mamy równocześnie obraz tej duszy, tak zaprzątniętej najdrobniejszymi sprawami, jak gdyby właśnie drobiazgi wypełniały wyłącznie jego serce. Ileż to drobnych spraw zajmuje Apostoła Narodów: tu idzie o wydalenie jakiegoś członka z gminy chrześcijańskiej; tam znowu o kolektę na kościoły w Jeruzalem; ówdzie o strój kobiet w kościołach; te i tysiączne inne lokalne sprawy, kwestie i kwestyjki podnosi on raz po raz w swoich Listach, a nieraz dla nich odbywa dalekie nawet podróże i odwiedza swe kościoły, ażeby być w nich rozjemcą, nauczycielem i sędzią.

Można by śmiało powiedzieć o św. Pawle, nie przesądzając w niczym roli św. Piotra, iż tkwił w nim na przemian duch wielkiego Papieża, ale równocześnie wioskowego proboszcza. Ożywiała go żarliwość, w najmniejsze wnikająca sprawy, jak gdyby jego pasterska miłość nie znała różnicy między wielkimi a małymi sprawami. Nic dla niej nie było nazbyt małym, nazbyt drobnym i drobiazgowym. Jakiż to prześliczny i wspaniały mamy przykład w tej trosce Pawłowej, która dla największych rzeczy nie poświęci nigdy troski o najmniejsze; i znowu na odwrót; dla małych, szarych i codziennych spraw nie zapomina on wielkich zagadnień powszechnych.

Jaki to wzór i przykład ma dla siebie w św. Pawle apostolstwo wszystkich czasów i wieków; a dla wszelkiej akcji katolickiej, jaka stąd wielka płynie nauka. Chciejmy tylko odbyć ze sobą dobry rachunek sumienia i zapytać się: czym się to dzieje, że tyle programów akcji szeroko rozdzwonionych, szumnie rozpoczętych, nie wydało i nie wydaje trwałych owoców? Czym się to dzieje, że dzieła, rozpoczęte dziś, a związane z wielkimi nadziejami, a łudzące krasą życia jutro już słabną, mdleją i w niepamięci giną? Czym się to dzieje? — pytamy. Oto w tym szukajmy rozwiązania zagadki tego zjawiska, że ludzie, biorący się u nas do dzieł, wyczerpują się na same programy—nieraz wielkie i szumne, ale nie zniżają się do praktycznych zagadnień drobnych, ściśle jednak z wielkim programem związanych.

Wielu jest takich, którzy kołyszą swoją wyobraźnię dalekimi planami i upajają się niemi, ale zbywa na tych, którzy w poświęceniu codziennym oddają się cali miłości sprawy. Poryw i zapał wyprowadził na widownię niejeden program i czyn, który jak ognik rozbłysnął, ale i wkrótce zagasnął. Zabrakło bowiem temu dziełu piastunki i matki, zabrakło mu serca, wzorowanego na sercu Pawłowem, które by z uporną miłością nawracało właśnie ku lekceważonym, pozornym drobiazgom, z jakich się jedynie wywija wszelka realna i trwała budowa. Niechże więc św. Paweł będzie w tym dla nas przykładem, modelem i wzorem.

**********

Jeśli teraz przejdziemy do rozważania drugiego rysu duszy Pawłowej, to zobaczymy, jak w nim powiązane są harmonijnie osobliwe przeciwieństwa. Bo wiąże się u św. Pawła nieustępliwość niczym niewzruszona, gdy idzie o zasady, z giętkością, z darem przystosowania się tam, gdzie idzie o dusze, które św. Paweł pragnie pozyskać. Patrzmy na niego, jak to on, obracając się ustawicznie pośród wiru najprzeróżniejszych, dybiących na niego, prądów, pośród pokuśnych próśb i żądań, pośród natarczywych nacierań i gróźb, nigdy na chwilę nie zniży się do żadnego kompromisu, nigdy nie zejdzie ze swej prostej linii. Zeznaje on w liście do Galatów, na jakie to trudności np. był narażony ze strony tych żydów, którzy pozornie, przyjąwszy Chrystianizm, po to łudzili wiernych maską, włożoną na swoje oblicze, ażeby Pawła samego zniewolić do ustępstw na rzecz żydostwa. Przyszli oni, a raczej wtargnęli do wnętrza Kościoła,, ażeby, jak mówi Paweł św. — „nas w niewolę podbili”

Ale jak we wszystkich wypadkach, tak i w tym szczególnie trudnym, Paweł św. stanął niewzruszenie: „My — powiada św. Paweł — dalecy od ulegania im, nie ustąpiliśmy ani na chwilę, iżby prawda Ewangelii pozostała u was nienaruszoną”.

Paweł św. w ogóle nie znosi i nie cierpi wszelakiego kompromisu, gdy idzie o zasady; nie znosi on żadnej połowiczności do tego stopnia, że nawet upomni św. Piotra o to, gdy ten w rzeczy choć formalnej, idzie za daleko w ustępstwach swoich dla względu ludzkiego. Pisze on: „A gdy przybył Kefas do Antiochii, sprzeciwiłem się mu wobec wszystkich, gdyż był wart nagany”, zanim bowiem przyszli byli niektórzy od Jakuba, z poganami jadał a gdy przyszli tamci, usunął się od nich i odłączył z obawy przed tymi, którzy byli z obrzezania. A gdym obaczył, iż nie prosto szli według prawdy Ewangelii, powiedziałem Kefie przed wszystkimi: Jeżeli ty, będąc żydem, żyjesz zwyczajem pogan czemuż zmuszasz pogan, by żyli obyczajem żydów”

I ktoby to myślał! Ten właśnie tak twardy, tak nieugięty człowiek, który tam, gdzie idzie o kompromis moralny, nie wybaczy niczego ni sobie, ni drugim,—-on to właśnie staje się jak wosk miękki, gotowy do ulania w każdą formę, gdy chodzi o wielką sprawę pozyskania Chrystusowi dusz. Ten sam Paweł, któregoś my przed chwilą słyszeli wołającego, że nie odstąpi od zasady na chwilę, ten sam głosi maksymę praktyczną swego apostolstwa, której był wierny przez całe swe życie: „Nie zależąc bowiem od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, abym ich co najwięcej pozyskał. I stałem się dla żydów jako żyd, abym żydów pozyskał: dla tych, co są pod zakonem, jakbym był pod zakonem (chociaż pod zakonem nie byłem), abym tych, co byli pod zakonem, pozyskał; dla tych,, którzy byli bez zakonu, jakbym był bez zakonu (chociaż bez zakonu Bożego nie byłem, alem był w zakonie Chrystusowym), abym pozyskał tych, co są bez zakonu. Dla słabych stałem się słabym, abym słabych pozyskał. Dla wszystkich stałem się wszystkim, abym wszystkich ratował. A wszystko czynię dla Ewangelii, abym i ja wespół z nimi stał się uczestnikiem Ewangelii”

I ten strażnik graniczny linii, która oddziela Chrystusa od Antychrysta, ten się stał naprawdę dla wszystkich wszystkim; ten wchodzi w umysłowość, w nastroje, w upodobania i w uczucia tych, którym kazał; ten zdawał się przemieniać w tysiące form i kształtów, ażeby do każdego przemówić jego językiem i dialektem jego duszy i jego świata. Jak to umie św. Paweł wczuć się, i wżyć, i odgadnąć nastroje ludzi, na których działa! Kiedy go np. nienawistnie oblegają masy żydowskie i gdy nań nacierają, on zamiast po grecku, przemówi do nich w ich języku aramejskim i w oka mgnieniu tłum uciszy.

Kiedy mu zależeć będzie na pozyskaniu niektórych faryzeuszy z Sanhedrynu, to się powoła przed nimi na to, że i on był faryzeuszem, a więc jednym z nich. Ale najlepsze było to, jak na tym samem zebraniu św. Paweł, widząc razem przeciw niemu idące obozy faryzeuszy i saduceuszy, rzucił między nich kwestię, między nimi sporną i rozjątrzającą ich umysły: była to kwestia zmartwychwstania, którą uznawali faryzeusze, a nie uznawali saduceusze. Nagle pośród sporu z obu obozami, pada z ust Pawłowych słowo: „Wierzę w Zmartwychwstanie”… Podziałało ono jak iskra, rzucona na prochy. W oka mgnieniu cel zamierzony przez Pawła zostaje osiągnięty. Bo się natychmiast poczęły między sobą kłócić obie strony, a św. Pawłowi nie tylko dają pokój, ale dostaje mu się jeszcze nadto pochlebny epitet: „A niektórzy ze stronnictwa faryzejskiego zerwali się i spierali, mówiąc: Nic złego nie znajdujemy w tym człowieku; może w istocie jakiś duch lub anioł do niego przemówił”. Kiedy zaś przemawia do pogan, to wtedy jego styl, jego zwroty, nawet jego porównania, utrafiają w umysłowość pogańskiego audytorium.

Abp. Józef Teodorowicz

————————–
Józef Teofil Teodorowicz (1864 – 1938 we Lwowie) był polskim arcybiskupem lwowskim obrządku ormiańskiego, teologiem, politykiem, posłem na Sejm Ustawodawczy, a następnie senatorem I kadencji w II RP. Był członkiem Ligi Narodowej. W latach 1919–1922 był posłem niezależnym na Sejm Ustawodawczy i wiceprzewodniczącym klubu poselskiego Związku Ludowo-Narodowego. W latach 1922–1923 senatorem z ramienia Stronnictwa Chrześcijańsko-Narodowego do chwili, gdy na polecenie Piusa XI zrezygnował z mandatu.

REKLAMA / Advertisement